Adam Wiedemann Prawda 12. 01[do A.]



Pobieranie 245.04 Kb.
Strona1/6
Data08.05.2016
Rozmiar245.04 Kb.
  1   2   3   4   5   6
Adam Wiedemann

Prawda




7.12.01[do A.]
Obudziłem się u siebie w domu, co mnie zdziwiło nieco, bo noc poprzednią spę­dziłem we wrocławskim hotelu Plaza i już się zdążyłem przyzwyczaić, że widok z łóżka mam na Odrę. Albo inaczej, te pływające po rzece kaczki czy też łabędzie były moim w miarę najwyrazistszym wspomnieniem z dnia poprzedniego, bo potem zaraz przyszedł Romek i sięgnąłem po pierwsze piwo.

Tymczasem obudziłem się u siebie i zacząłem się rozglądać za Frytką, którego oczywiście, już nie było (Frytka nigdy nie zostaję u mnie na noc, o czym niby wiem, a i tak zawsze rano się za nim rozglądam), za to na podłodze panował nieopisany bajzel, wywołany głównie przez kawałki potłuczonego szkła, pety, książki, egzem­plarze „Ha!artu” etc. Trochę mnie ten widok przeraził, bo tak to wyglądało, jakbyśmy się tu wczoraj nieźle napierdalali, co nie jest takie znowu niemożliwe, skoro obaj swojego czasu ćwiczyliśmy karate. Spojrzałem na zegar, była za pięć ósma, stanowczo za wcześnie, żeby do kogokolwiek dzwonić, więc tylko wziąłem papierosa i zapa­liłem, po czym z powrotem położyłem się spać. (Zanim zasnąłem, przestraszyły mnie jeszcze dwie rzeczy: po pierwsze znienacka włączyło się radio, któremu przed wyjaz­dem zadałem funkcję budzenia, żeby zdążyć na pociąg z Łodzi, a potem zapomniałem skasować; po drugie odkryłem na prześcieradle wypaloną dziurę).

O kurde, ognie sztuczne! za oknem. Jakie fajne.

No więc zasnąłem i nie pamiętam, co mi się śniło, obudził mnie telefon, Kopyto w sprawie wieczorku Andrzeja Sosnowskiego, a ściślej mówiąc noclegu dla niego, na­gle się okazało, że Andrzej nie będzie miał gdzie spać, a w dodatku tego samego dnia jest spotkanie z Sommerem w Jaszczurach, no po prostu tragedia. Pogadaliśmy chwilę, po czym spojrzałem na zegar, była za piętnaście dwunasta, a o dwunastej spotkanie z dziewicami u Marty Deskur (chcemy zrobić na Boże Narodzenie zdjęcia 11 dziewic w ciąży, no i właśnie zgłosiło się parę). Czym prędzej zerwałem się z pościeli, niewiele myśląc, ubrałem się w brudne ciuchy z wczoraj i pobiegłem. Jeszcze jedna ciekawa rzecz: nigdzie nie mogłem znaleźć papierosów, a przecież, jak pamiętamy, poprzednim razem obudziwszy się, dysponowałem prawie pełną paczką, z której jednego wypaliłem.

Po drodze zadzwoniłem do Frytki, który też akurat wstał i dzięki Bogu rozwiał moje niepokoje, nic się takiego nie stało, po prostu jak leżeliśmy na tapczanie, to nagle zasnąłem i chcąc obrócić się na drugi bok. spadłem na podłogę, tłukąc przy tym kieliszek i zrzucając parę książek z krzesła, na których stała popielniczka. (Leżeliśmy razem na tapczanie? To ci dopiero!)

Koło Wawelu zaczepiło mnie kilka dziewczynek (w tym jedna na wózku) wołają­cych „Ale pan ma fajne włosy!”, i jeszcze zadzwoniła moja mama, już nawet nie pamię­tam. czego chciała, ale dosyć miło sobie porozmawialiśmy; u Marty dziewice już były, niestety tylko dwie (Małgorzata i Magdalena), ale bardzo sympatyczne i gotowe na wszystko (tzn. że będą nam pozować nago i za darmo), za to co mnie niemile zaskoczy­ło, to obecność Zająca, Marta bez porozumienia ze mną wciągnęła do naszego projektu didżeja nazwiskiem Zając, który zresztą od razu chciał wymusić na nas zaangażowanie swojej dziewczyny Patrycji, która za jedyne trzy bańki przypudrowałaby dziewicom noski. Na Patrycję się stanowczo nie zgodziliśmy, ale po co nam ten Zając?, w dodatku chciał nam opylić „okazyjnie" jakiegoś skuna i Marcie nawet wmusił (ja trawę mam za darmo u Irka). No dobra, wyszliśmy z Martą i Samsonem (to jej pies), Marta do banku, bo nie miała przy sobie kasy na tego skuna, ja na obiad, a Samson chciał się po prostu wysikać. Na Rynku spotkałem Paulinkę, dziewczynę Frytki (byłą) i nawet chciałem ją wziąć na ten obiad i sobie z nią pogadać, ale powiedziała, że jest Umówiona z siostrą, i poszła. Obiad u Pani Stasi (pierogi), pan kasjer już się oczywiście zdążył zapoznać z ostatnim moim kawałkiem w „Przekroju” i „Mówię panu, ale się uśmiałem” (on tak zawsze), potem ruszyłem już mniej więcej prosto do domu, po drodze wstąpiłem tylko do pani zegarmistrz (mojemu zegarkowi pękło kółko, trzeba będzie wymienić) i do Magdy. Zobaczywszy, w jakim jestem stanie, od razu zaczęła mi nalewać piwo, ale powstrzymałem ją (wybieram się przecież do dentystki) i tylko opowiedziałem, jak się sprawy mają z Kuczokiem, a mają się tak, że usłyszawszy kiedyś ode mnie, że mam znajomą barmankę imieniem Magda, Kuczok się w niej jakby zakochał, a w każdym razie dostał jakiejś takiej jazdy, choć jej na oczy nie widział, we Wrocławiu nie dawał mi żyć telefonami, kiedy wreszcie pójdziemy do Magdy. Magda wyglądała na nieco rozba­wioną i nieco zaniepokojoną, ale umówiliśmy się na niedzielę wieczór, po czym już naprawdę poszedłem do domu, wyjąłem listy ze skrzynki (w tym ten od Ciebie i awizo na dwa polecone), posprzątałem na podłodze, umyłem zęby i już właściwie byłem goto­wy na dentystkę, ale jeszcze trochę czasu zostało, więc przeczytałem wywiad z Sonnenberg w „City Magazynie” i prawdę mówiąc jakaś biedna ta Ewcia w tym wywiadzie, jak gdyby rzeczywiście było z nią bardzo niedobrze.

W poczekalni oglądałem jednym okiem film polski z lat siedemdziesiątych, dzie­jący się w Grecji w czasie wojny (nie dało się wywnioskować, o co chodzi, ale sama estetyka obrazu zajebiście stylowa), no i wreszcie dentystka, dawno pana nie widzia­łam, mówi, a czytam regularnie pana „Dziennik duszy”,

- Wie pani, muszę się przyznać, że trochę zapomniałem o tym tlenku,

- Jak to poeta... Roztargniony...

I wzięła się za borowanie, a ja w tym samym momencie uświadomiłem sobie, że zostawiłem w poczekalni kurtkę, w której mam nie tylko telefon, lecz także kartę do banku, i każdy może to w każdej chwili wziąć. Strasznie się udenerwowałem, zwłasz­cza że zabieg trwał prawie godzinę.

Na szczęście nikt nic nie ukradł, wyszedłszy, zadzwoniłem oczywiście do Frytki, który stwierdził, że o dwudziestej w Alchemii; no to ruszyłem w stronę poczty, już stoję na światłach przy Starowiślnej, a tu nagle ktoś mnie od tyłu klepnął w plecy i, o Jezu, jak mnie nagle serce zabolało, myślałem, ze się zaraz przewrócę, no ale oczywiście zrobi­łem dobrą minę, bo był to Grzegorz Nurek, też szedł na pocztę, dałem mu zeta, żeby mi kupił znaczek, a sam poszedłem do okienka z przesyłkami awizowanymi. Kolejka była długa, pani w okienku wyraźnie czymś podkurwiona, daję jej to awizo, na co ona:

- Tu są dwa listy, jeden panu wydam, a na drugi będzie pan musiał poczekać.

- A to dlaczego?-pytam i czuję, że mi to serce zaraz gardłem wyskoczy, normal­nie jak mała młockarnia, ja tu zaraz padnę, myślę i tylko niepotrzebnie zrobiłem sobie tę nową plombę.

- Bo jeszcze jest nie wciągnięty. Przyjdzie asystentka, wciągnie, to panu wydam.

Asystentka przyszła, ale nie mogła znaleźć listu, przeszukała wszystkie szafki

trzykrotnie i w końcu znalazła go dokładnie tam, gdzie był ten pierwszy.

Grzesiek wyglądał na takiego, co to by sobie chciał trochę towarzysko pokonwersować, aleja oczywiście myślałem już tylko o jednym, żeby się zaraz znaleźć w domu.

Co rzeczywiście nastąpiło dosyć szybko, przechadzka dobrze mi zrobiła, ale i tak led­wo Wszedłem po tych schodach, a potem usiadłem na tapczanie i chyba z godzinę tak siedziałem, W końcu sięgnąłem do torby po listy. W jednym była „Krasnogruda” z moim tekstem o Miłoszu, drugi był z ministerstwa kultury, przyznali mi półroczne stypendium. Natychmiast zadzwoniłem do Kuczoka, który też o to stypendium wy­stępował i byłem ciekaw, czy dostał, ale niestety. Za to go ucieszyłem wiadomością, zę jest umówiony z Magdą.

W końcu poczułem się na tyle dobrze, żeby zadzwonić do Jasia, i mieliśmy cał­kiem przyjemną rozmowę, aż sobie pomyślałem, że może by dać spokój z tym Frytką, bo przecież Jasiu jest taki fajny, ale oczywiście ubrałem się i poszedłem do Alchemii.

Frytka (w Alchemii nie było wolnych miejsc, więc poszliśmy do Singera) przy­szedł z Kubą, który od razu: Co, Adam, nie jesteś zadowolony z mojej obecności? Oni wszyscy (tzn. koledzy Frytki) uważają, że ich nie lubię. tzn. że chciałbym mieć Frytkę tylko dla siebie, co oczywiście nie jest prawdą, choć oczywiście życie bez nich wy­obrażam sobie (w przeciwieństwie do życia bez Frytki). Usiedliśmy i wzięliśmy po herbacie, obiecując sobie, że dzisiaj nie będziemy pić, żadnych piw, wódek, o winach nie wspominając (skądinąd Frytka i Kuba byli już po kielonku mojego krupniku, któ­ry podobno kazałem mu wczoraj zabrać, żeby nie mieć alkoholu w domu).

Rozmowa się nie kleiła.

W końcu Kuba sobie poszedł, a my z Frytką postanowiliśmy iść do domu i zrobić sobie kolację, bo nie ma sensu siedzieć w tym Singerze i zamawiać drugiej herbaty. Po drodze na chodniku leżała puszka po czarnym okocimiu, więc stwierdziłem tak żartem, oby to nie był zły znak. Kanapki robił Frytka, bo trzeba przyznać, że ma po temu lepsze zdolności, ja tylko pokroiłem chleb. Jedliśmy, słuchając drugiej płyty Breeders, po czym zrobiło się tak sennie, że wcale nie protestowałem, kiedy Frytka stwierdził, że już pójdzie do domu, niestety w tym samym momencie zadzwonił tele­fon i odezwał się łamaną polszczyzną:

- Tu Bill. Jesteś na Kazimierzu? Bo my tu właśnie z Sommerem w Singerze i na ciebie czekamy.

- Bill Martin z Piotrem Sommerem - mówię do Frytki. - Trzeba będzie wrócić do Singera.

Frytka zawsze powtarza, że nie chce funkcjonować jako „kolejny chłopiec Wiedemanna”, ale jak się nadarza okazja poznać kogoś znanego, skwapliwie z niej korzysta.

Tym razem nie było miejsca w Singerze i stali z piwami w przejściu, dobrze już podochoceni. Frytka miał bardzo udane entrée, bo pierwsza rzecz, o jaką mnie Piotrek zagadnął, to był nowy numer „Ha!artu”, na co:

- Tu właśnie stoi przed tobą jeden z redaktorów - powiedziałem i poszło jak z płatka. Poza tym okazało się, że Piotr nie przyjeżdża na tę imprezę do Jaszczurów, bo musi być w Łodzi na Bierezinie, co przynajmniej połowicznie rozwiązało problem z wieczorkiem Andrzeja.

Po jakimś czasie, już też kupiwszy sobie piwa, dosiedliśmy się wszyscy do ja­kichś ludzi, których szybko przepłoszyliśmy rozmowami o literaturze, za to do nas dosiadł się młodszy brat Barana, też mający na imię Kuba, i wzbudził od razu ogrom­ną sympatię Sommera (bo jednak Frytka był zbyt podekscytowany sytuacją, żeby sobie z nim swobodnie porozmawiać, wobec czego rozmawiał z Billem), który mu na wstępie powiedział, że właśnie kończy 75 lat; Kuba nie bardzo wiedział, czy w to uwierzyć (siedzieliśmy w ciemnościach przy jednej świeczce i wszystko wydawało się możliwe), więc mu szepnąłem na ucho, że tak naprawdę to Piotr jest w wieku jego brata, ale chce uchodzić za poważnego starca, w co Kuba uwierzył już bezwarunko­wo, a Piotr był przekonany, że właśnie wręcz przeciwnie, przekonałem Kubę co do jego matuzalemostwa. W ogóle świetnie nam się z Piotrem rozmawiało, jak jeszcze nigdy (bo dotychczas zazwyczaj zaczynaliśmy się o coś kłócić albo obrażać), Bill ciągle chodził po nowe piwa i dawno już nie było mi tak radośnie na sercu (które skądinąd całkiem przestało mnie boleć), w końcu Piotr stwierdził, że musi już iść, bo ma o dziewiątej pociąg, Kuba się przesiadł do jakiejś dziewczyny i zostaliśmy we trzech; Frytka był już na tyle pijany, żeby mi powiedzieć, że przecież wczoraj całowa­liśmy się na tym tapczanie i jak ja mogę tego nie pamiętać, na co Bill, przysłuchujący się temu oczywiście: jesteście homoseksualistami?, my: nie nie, gdzież tam, tak tylko się kolegujemy, Bill: ale powiedzcie poważnie, bo ja jestem, my: no nie, Bill, nie żartuj sobie, etc.; w trakcie tej głupiej rozmowy dosiadła się do mnie Kornelia, którą dotychczas znałem jakby z widzenia (Dorosia utrzymywała, że ona jest reinkarnacją tej Kornelii od Kierkegaarda), właściwie to przyprowadził ją Kuba, twierdząc, że powinni­śmy się poznać, no i rzeczywiście, od razu zawiązała się między nami nić sympatii, zaproponowałem jej pozowanie w charakterze dziewicy, na co ona czemu nie, i nie pamiętam już, o czym tam jeszcze gadaliśmy, bo w pewnym momencie patrzę, a tam Frytka całuje się z Billem, Frytka, ty Świnio, mówię, nie chcę cię więcej znać, Bill bierze mnie do baru, tłumaczy się, że niby nie wiedział, co jest grane, a jednocześnie zaczyna się do mnie dobierać, wracamy do stolika i mówię do Frytki: idź już sobie, bo jak ty tak z każdym, to właśnie ja się dzisiaj prześpię z Billem, po czym Frytka rzeczy­wiście sobie poszedł, a ja wziąłem Billa do domu i rzeczywiście się z nim przespałem.


11.12.01 [do A.]
Dzieł Niziurskiego nigdy nie czytałem. Ani Siesickiej, ani Musierowicz, ani Ku­busia Puchatka. 1 Mnicha też nie. A Nienackiego i Muminków tylko po jednym tomie, żeby stwierdzić, że to nie dla mnie. Jedyne, co mi się z tego wszystkiego podobało, to

Alicja. I Andersen, choć już nie tak bardzo, ale jak teraz z Markiem słuchaliśmy w kuchni, to jednak musiałem stwierdzić, że to wielka literatura 1 tak samo nie kupo­wałem nigdy prezerwatyw, trzy komplety dostałem w prezencie (od trzech różnych osób, z których skądinąd dwie miały na imię Marta) i może jednej użyłem, umierając przy tym ze śmiechu, bo kutas w prezerwatywie wygląda jak, nie przymierzając, pa­rówka w foliowym flaku, i to ma być moje narzędzie rozkoszy? (Ja to, wiesz, lubię ładne kutasy, w tym i swój.) A do tej masturbacji już nie chce mi się wracać, po prostu jak jestem zakochany, to moje potrzeby seksualne jakoś tak się redukują, i chcę być tylko głaskany, całowany etc. Poza tym podoba mi się Twoje sformułowanie: „akcep­tuję onanizm jako stan”. Jeszcze trochę tej pisaniny, a pójdę na tapczan zwalić konia.

Jeśli chodzi o diabła, to spotkałem kiedyś istotę, która mogła nim być, a miano­wicie faceta z wąsem, w płaszczu i z teczką, który w całkowitych ciemnościach, godzinie czwartej czy piątej w nocy stał bez ruchu pośrodku łazienki prysznicowej w DS Żaczek. Włączyłem światło, a on tam po prostu stał. Ale gdyby to nawet był diabeł, nie wiedziałbym, jak zacząć gadkę. Bo to człowiek musi wprzód diabła o coś poprosić, nie na odwrót.

W sprawie Tadzia: ja takie jazdy miewałem w liceum (mój dziennik świadkiem), ale na studiach już nie. Byłem co prawda wiceprezesem Koła Polonistów. ale nie sądzę, bym bywał na jakichś zebraniach, raz tylko musiałem napisać sprawozdanie z działalności, no to napisałem (i też je mam w dzienniku). Tak więc nie bardzo rozu­miem Twoje prezesowskie gniewy. Tadziu jest w miarę fajnym chłopcem, pisze ładne nudnawe wiersze, no i co z tego, że ma ten odpał na punkcie kariery, to na swój sposób (póki jest jeszcze młodziutki) dodaje mu nawet uroku. Bo wszak wiadomo, że kariera na pstrym koniu jedzie (znowu ten koń) i nie wiadomo (jak mówi piosenka), pokaże czas, He ich zabierze wiatr.


29-30.12.01 [do A.]
Przed paroma godzinami zadzwoniła Peliszko. że chciałaby się spotkać ze mną z Cichoń na czymś w rodzaju imieninowej imprezy (bo one mają na imię odpowied­nio: Ewelina i Ewa), w jakiejś knajpie, o jedenastej wieczorem, bo wcześniej będzie ze Smolakiem w kinie.

- Ze Smolakiem? - zdziwiłem się, trochę drwiąco.

- To teraz nasz sąsiad - odrzekła niewzruszenie Peliszko - i dobrze się rozu­miemy.

Do jedenastej zostały mi jeszcze trzy godziny i teraz nie wiem. chyba najpierw zjem zupę, a potem zdecyduję, czy będę pisał dalej, czy się zdrzemnę, bo jednak jak usiadłem do tego komputera, to całe zmęczenie zaczęło ze mnie wyłazić.

Bo też jestem, trzeba przyznać (jednak zdecydowałem się pisać, zupa dobrze mi zrobiła) znużony śmiertelnie, dopiero co rano o dziesiątej przyjechałem tu pociągiem z Wrocławia, w domu zastałem chamski jak zwykle list od właściciela mieszkania, który swoim psim swędem wykrył, że nie płacę za prąd (a nic płacę, bo jeśli nadpłata, czego ten chuj prymitywny nie byłby w stanie pojąć), i zdenerwowany tym listem położyłem się niby spać, no ale spało mi się nienajlepiej, zwłaszcza że i telefon się rozdzwonił, i chociaż zdecydowałem się go nie odbierać, to .jednak budził mnie usta­wicznie. aż wreszcie wstałem i wziąłem się do roboty, nietrudnej na szczęście, jaka było wprowadzenie ostatecznych korektorskich szlifów do Zatracenia Cegiełki, które przygotowuję do druku, przy jednoczesnym słuchaniu sobie nowych płyt, kupionych przed świętami jeszcze na bożonarodzeniowej przecenie Deutsche Grammophon.

W pociągu też usiłowałem spać, ale chyba było za gorąco, poza tym jechałem z dwiema dziewczynkami, które, jak wywnioskowałem z rozmowy, miały zamiar wy­siąść w Katowicach, więc sobie tak wymyśliłem, że jak one wysiądą, to się dopiero rozłożę plackiem na siedzeniu i te dwie godziny solidnie pośpię. Naprzeciwko sie­dział taki w miarę zwykły chłopak z okropnie grubą dziewczyną, wyglądającą trochę jak Divine w filmie Watersa Poliester (to jeszcze jedna kobieta mająca siusiaka, tzn. facet wyspecjalizowany w kobiecych rolach), wydawali się bardzo w sobie zakochani i trochę się zastanawiałem, jak też długo ze sobą wytrzymają i czy naturalną koleją rzeczy przekształcą się w to małżeństwo z Poliestru, takie tam małoduszne refleksje człowieka niewiernego. W Katowicach dziewczynki wysiadły i rozłożyłem się zgod­nie z planem, a tu nagle drzwi się otwierają i jak nie wrzaśnie jakiś chłop: Wysiadka! W ten właśnie sposób pracownik PKP poinformował nas, że dwa ostatnie wagony zostaną odłączone i trzeba się przenieść gdzieś bliżej lokomotywy. Rad nie rad prze­niosłem się, a tam - dzikie tłumy, nie sposób przejść korytarzem, stanąłem zatem w przedsionku i, oparty o drzwi od kibla, usiłowałem czytać Clarice Lispector, którą dostałem na pożegnanie od Billa, myśląc sobie przy tym, czy czasem ten Bill nie jest w sumie najlepszy z tych moich chłopaków, których pomału wszystkich zaczynam mieć serdecznie dosyć. W Mysłowicach znienacka zwolniły się aż trzy miejsca w przedziale i jakimś cudem udało mi się zająć jedno z nich, dzięki czemu znalazłem się w towarzystwie kolejnych dwóch dziewczyn, które ze swoimi narzeczonymi je­chały na sylwestra do Zakopanego. Jedna z nich wyjęła z torebki pudełko ciasteczek i mówi do tej drugiej:

- Patrz, całkiem jak w Alicji, na każdym jest napisane zjedz mnie!

- Daj spokój, co za okropna książka, jak mi ojciec czytał w dzieciństwie, to my­ślałam, że umrę ze strachu, jak się te latające małpy pojawiały.

Latające małpy? - myślę i usiłuję sobie przypomnieć, ale już jestem bardzo śpiący.

- Latające małpy? — pierwsza dziewczyna też wyraża niejaką wątpliwość.

- A nie, przepraszam, to było w Dorotce z krainy Oz, wszystko już mi się myli.

Dorotki niestety nie znam. O, właśnie zadzwoniła Cichoń, że jednak nie przyjedzie, bo ona aż z tych swoich Spytkowic musiałaby, a dzisiaj odwiedziła ją kuzynka (z mężem) i zasiedziała się, i teraz nie ma już pociągu, a nawet jakby był, to ona sama by się bała, a siostra jej nie odprowadzi, boby z kolei musiała sama wracać. I teraz nie wiem, iść czy nie iść, sama Peliszko w porządku, ale jak mi przyjdzie nie daj Boże siedzieć z nią i z tym Smolakiem, to się na śmierć zanudzę i wtedy co, kto pojedzie z Frytką na sylwestra?

Poszedłem w końcu do tego Zwisu, bo umówieni byliśmy w Zwisie, przyszli obo­je, tzn. Peliszko i Smolak, no i zaczęły się przewidziane nudy, bo trzeba było Smola­kowi zadawać konwencjonalne pytania, na które on wyczerpująco odpowiadał. Pe­liszko zmieniła fryzurę i cały czas dopytywała się, jak mi się podoba w tej nowej fryzurze, a ja po każdym kolejnym piwie robiłem się coraz szczerszy i wynajdowałem coraz to nowe mankamenty. Prawdę mówiąc, wyglądała jak w czapce. A o niczym innym nie można było rozmawiać, bo w obecności Smolaka po prostu nie wypadało. W końcu wysłałem potajemnego esemesa do Bena Z zapytaniem, gdzie jest, na co Beno, że właśnie z Białasem i z Irkiem udają się na miasto, no to ich zawezwałem, żeby przyszli. Przyszli upici absyntem, w związku z czym Irek zaraz zasnął, Białas poleciał na panny» a my z Benem poszliśmy na Kolberga na zupę, która zresztą prze­ciągnęła się do dzisiaj rana. czyli właściwie do popołudnia.

Co do Peliszko, to w końcu została z jakimś grubym kolegą z ASP, który się do nas przysiadł, jak już przeszliśmy do KK. Sama sobie winna, kto jej kazał przycho­dzić ze Smolakiem.

4.1.02 [do A.]

No, na sylwestrze byłeś poniekąd obecny, ale jakoś nie chce się ten sylwester skończyć, wczoraj piliśmy z Frytką i Honetem, a dziś z Pluszką i Motyką, zawsze znajdzie się ktoś, kto chce się ze mną napić, i nawet przyniesie w tym celu własna wódkę. W sprawie dziewic na razie przestój, bo jednak zgłosiło się ich za mało i Marta odwołała sesję, a tarot postawiony przez Motykę wykazał, że projekt usku­teczni się dopiero w Iipcu. Kornelia okazała się jakimś demonem, piłem z nią przed Wigilią i po prostu jestem przerażony (skądinąd ciągle bardzo ją lubię). W którymś bodajże esemesie pytałeś się o Friedricha Guldę, otóż niema on z Gouldem nic wspól­nego, jest takim sobie Austriakiem, jakkolwiek podobnie jak Gould (a nawet lepiej od niego) gra Bacha, trochę ma twardszy dźwięk, a za to bardziej spójne (moim skrom­nym zdaniem) interpretacje. Piękniejsze po prostu, nie takie przekombinowane. Teraz sobie kupiłem jego płytę z sonatami Mozarta i też są niezłe, choć ten dźwięk jednak trochę twardy. Wszystko dlatego, że zajmuje się również jazzem. Z Placówką to było tak, że jak wtedy się spotkaliśmy z Kuczokiem w Ptaszylu, to co prawda między nim a Madzią nic nie zaiskrzyło, ale za to powiedział mi, że w „Tygodniku” zbierają opo­wiadania wigilijne i on zamierza takie napisać, tylko że nie ma pomysłu, więc zaczę­liśmy myśleć i Kuczok mówi:

- Bo takim typowo wigilijnym elementem, na któiym można by się oprzeć, jest...

- Choinka - dopowiadam.

- Jaka choinka, no coś ty.

- No to karp.

- Gdzie tam karp. To jest ten pusty talerz, który się stawia dla...

- No to ja mam gotową historię o takim talerzu - stwierdziłem i następnego dnia napisałem opowiadanie i zaniosłem je do „Tygodnika".



2.02 [do B.]

Po sylwestrze miałem wrażenie, że z Fiytką wszystko skończone (choć nic się właściwie takiego nie stało, po prostu Frytka się strasznie wstydził, że jesteśmy tam razem i przy każdej okazji tłumaczył, że nic nas właściwie nic łączy, aż wszyscy za­częli się nade mną litować, że mam takiego niefajnego chłopaka, i ja też w końcu uznałem, że nie jest on wcale taki fajny), a za to postanowiłem heroicznie wrócić do Jasia, który tam taki biedny i samotny został w tym Berlinie, a w każdym razie poje­chać tam do niego, bo nie widzieliśmy się od października, więc żeby się okazało, jak jest naprawdę. Tymczasem tuż przed samym wyjazdem do Berlina i który bardzo niemądrze połączyłem z wyjazdem do Słowenii) przydarzyła się ta historia z Frytką, opisana w poprzednim liście, po której nie miałem już wcale ochoty widzieć się z Jasiem, no ale pojechałem i nawet pierwszego dnia było nam fajnie, ale już drugiego miałem wszystkiego dosyć, Jasiu to bardzo sympatyczny i przede wszystkim bardzo dobry chłopak, ale on chciałby mnie mieć po prostu do swojej nieustannej dyspozycji, wszystko robić razem, wszędzie chodzić razem, a mnie to zwyczajnie męczy, czasami chciałbym samemu coś porobić, poza tym po spaniu z Tobą spanie z Jasiem straciło dla mnie cały urok, tak więc doszedłem do cichego wniosku, że jednak przestałem go kochać i trzeba to będzie skończyć jakoś (tylko jak?). Jasiu natomiast postanowił je­chać ze mną do Słowenii i oczywiście było to straszne, czułem się z nim jak z kulą u nogi, a on wszystkim tłumaczył, jak to się dla mnie poświęcił, przyjeżdżając na ten nudny festiwal. Potem wróciliśmy do Berlina, no i nastąpiła ta rozstrzygająca rozmo­wa, a właściwie kłótnia, bo obaj mieliśmy do siebie masę pretensji, i to pomogło dojść do meritum sprawy, niestety wypiliśmy przy tym bardzo dużo piw, bo akurat były w lodówce (brat Jasia przyniósł), i kiedy wstałem, żeby już wyjść na pociąg i w ten sposób całą sprawę zakończyć, okazało się, że ledwo się trzymam na nogach i nieste­ty, nie dojdę. Więc powiedziałem Jasiowi, że teraz idę spać, a ten następny dzień może się postarajmy przeżyć jakoś tak normalnie, bo to już nasz ostatni. No i ten następny dzień jakoś tak niespodziewanie się udał, była piękna pogoda, poszliśmy na spacer do Tiergarten, a potem przegrywaliśmy płyty i w końcu Jasiu zawiózł mnie na ten po­ciąg, tak że rozstaliśmy się jak przyjaciele. W pociągu, po przekroczeniu granicy, odsłuchałem sobie pocztę głosową (bo za granicą, ze względów oszczędnościowych, nie używałem właściwie telefonu), a tam pięć nagrań od pijanego Frytki, jak to on za mną tęskni etc., bardzo się oczywiście wzruszyłem i natychmiast zadzwoniłem do niego, po czym wyszedł po mnie na dworzec i poczułem się jak zwykle trochę kurewsko, bo tak od jednego chłopaka od razu do drugiego, ale i tak radość z widzenia Frytki była wielka, mnie tam właściwie wystarcza, jak mogę sobie na niego popa­trzeć. W domu Kamińscy (Adam Kamiński poeta z Gdyni i jego narzeczona Kasia; bardzo ich lubię), pozwoliłem im mieszkać pod moją nieobecność, ale jak wróciłem, to jakoś tak zostali. I w ogóle okazało się, że Frytka (który im przekazywał klucze) powiedział im, że jest normalnie moim chłopakiem, i rzeczywiście, przez cały tydzień byliśmy jak dwie zakochane pary, wybraliśmy się na wycieczkę do Tyńca etc., pełne szczęście, a apogeum tego szczęścia nastąpiło jedenastego wieczorem, kiedy ktoś puścił Marylę Rodowicz i zrobiło się u mnie w domu coś na kształt dyskoteki, całowaniom i tańcom zdawało się nie być końca, aż tu nagle zadzwonił telefon i w ferworze weso­łej zabawy odebrałem, a był to Jasiu, który już zaczął tęsknić i przywoływać mnie do siebie, na co mu powiedziałem, że właściwie to jestem szczęśliwy w Krakowie, bo jest u mnie Frytka i jeszcze jedni znajomi i się fajnie bawimy, na co Jasiu wkurwił się strasznie i stwierdził, że już nie chce mieć ze mną nic więcej wspólnego, i w ten sposób, niezbyt co prawda elegancko, ale zerwaliśmy już z sobą chyba na zawsze, i jakiś tam kamień zsunął mi się z serca, i właściwie mógłbym wrócić do tańczenia, ale jakoś tak nastrój imprezowy mnie opuścił, wobec czego wziąłem Frytkę do kuch­ni, żeby z nim poważnie porozmawiać: Kamińscy myśleli, że poszliśmy tam się cało­wać. a my tymczasem w loku logicznej dyskusji doszliśmy (a właściwie to ja dosze­dłem) do wniosku, że dalej tak być nie może, że trzeba skończyć wreszcie z tym oszukiwaniem się, wiecznym czekaniem, aż będziemy odpowiednio pijani i w przy­pływie dobrego bądź złego nastroju Frytka da się pocałować, i kazałem mu iść do domu, a on posłusznie poszedł, a potem pojechał do Łodzi i tyleśmy się widzieli.
  1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna