Afryka – wielka i tajemnicza



Pobieranie 73.57 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar73.57 Kb.
Adam Kosidło

Instytut Historii UG



Afryka – wielka i tajemnicza

(problemy z przeszłością i teraźniejszością).


Europa miała problemy z poznaniem Afryki od zawsze. Chociaż kontynent ten znany był już od odległej starożytności, to osąd ten właściwie dotyczy tylko jego północnej, arabskiej części a Afryka na południe od Sahary, zaczęła być rozpoznawana wraz z odkryciami geograficznymi w XV i XVI w., które jednak skupiały się głównie na terenach przybrzeżnych i handlu niewolnikami, podczas gdy jej interior tak naprawdę zaczął być znany dopiero w XIX w., w związku z tworzeniem się tam europejskich kolonialnych imperiów. Z tym, że w polskim społeczeństwie wiedza o Afryce w nigdy nie była zbyt wielka, ponieważ Polska nigdy nie była krajem kolonialnym, a tym bardziej, że w XIX w. na mapie świata jej nie było, a kiedy powstała po I wojnie światowej, to sprawy inne były daleko ważniejsze, a zainteresowanie Czarnym Lądem ograniczyło się do ograniczonych akcji popularyzatorskich i starań Ligi Morskiej i Kolonialnej o odkupienie od Francji Madagaskaru oraz do umieszczenia w Elementarzu powszechnie znanego wierszyka o „Murzynku Bambo”. Sprawy Afryki stały się bardziej znane w latach 50. i 60. XX w., a to w związku z procesem dekolonizacji i nadziejami na rozwój tam socjalizmu, ale już wkrótce trudne problemy tego kontynentu znowu zeszły na odległy plan. Z wyjątkiem sytuacji, że jakiś kraj znalazł miejsce w szumie medialnym w związku z sukcesem sportowym (jak Kamerun, Nigeria i Ghana –piłka nożna), czy w związku z toczonymi wojnami domowymi o charakterze etnicznym (Nigeria, Rwanda czy Sudan) czy rasowym (Zimbabwe czy RPA). Jak to w dzisiejszym świecie bywa, największe zainteresowanie budziła jednak zawsze krew albo krańcowa nędza. Należy od tej nieracjonalnej tradycji jednak jak najszybciej odejść i rozpocząć nauczanie społeczeństwa o problemach tegoż kontynentu.

Otóż Afryka jest drugim po Azji kontynencie i liczy ok. 30,4 mln km 2. Składa się ona z 53 państw i zamieszkuje ją ok. 900 mln mieszkańców, ale oblicza się, że w roku 2020 może liczyć już ponad 1 200 mln, mimo iż jest to jedyny kontynent, na którym średnia życia ludzkiego spada (głównie na skutek wielu chorób, w tym AIDS). Ponad 50% populacji liczy mniej niż 18 lat, a najmniej ludzi jest po 65 roku życia. Gęstość zaludnienia to 29 osoby na km2, najmniej po Australii, z najsłabszym wskaźnikiem urbanizacji sięgającym zaledwie ok. 40%. Przyrost naturalny oblicza się na ponad 30 promili. Według ONZ-ego Human Development Report z 2003 r. prawie połowa krajów z Czarnej Afryki zajmuje ostatnie miejsca na liście najbiedniejszych krajów świata (miejsca od 151 do 175). Ponadto Afryka – co jest powszechnie wiadome - dzieli się na 2 wyraźne części: Afryka północna, głównie arabska ma problemy zbliżone do krajów Bliskiego Wschodu, a Afryka na południe od Sahary, Afryka Czarna, chociaż podziela wiele z trudnych problemów części północnej, to jednak posiada także swoje własne, spośród których trzeba podkreślić skalę nędzy. Jest ona bowiem największa na świecie, co widoczne jest w tym, że prawie połowa mieszkającej tam ludności żyje w tzw. „krańcowej nędzy”, która przejawia się w tym, że wielu z nich utrzymuje się za mniej niż 1 dolar dziennie1. Co prawda, w latach 1999 -2004 strefa totalnego ubóstwa zmniejszyła się prawie o 5%, do 41% w 2004 r., ale liczba ludności, która w niej żyje nawet trochę się powiększyła, do ponad 300 mln. Najludniejsze kraje to Nigeria ok. 130 mln i Etiopia (ok. 70 mln). Najbiedniejsze zaś to Etiopia (130$), Burundi (140), Sierra Leone (150), Malawi (190), a dwa najbogatsze to Botswana (3 500$) i RPA (3 300). Średnio mniej niż 500$ na głowę.. Inne dane warte przemyślenia to: 57% dziewczynek uczęszcza do szkoły podstawowej, chłopców o 10% więcej (najlepiej to wygląda w Beninie, Gwinei, na Madagaskarze, Rwandzie i Nigrze a najgorzej w Malawi, Mauretanii i Namibii)2; 15% parlamentarzystów to kobiety; śmiertelność niemowląt spadła na tysiąc urodzin ze 101 w 1990 do 92 w 1999 r., ale następnie wzrosła wyraźnie w takich krajach jak Botswana, Zimbabwe, Suazi i Lesoto, ale już np. w Erytrei - gdzie dochód na głowę wynosi tylko 190$ -w latach 1990-2005 spadła ze 147 do 78 na tysiąc urodzin. Podaje się szacunkowo, że w końcu 2006 r. żyło na świecie 39,5 mln nosicieli HIV, z czego w Czarnej Afryce 64% wszystkich chorych dorosłych, wśród których 60% to kobiety, i 90% dzieci. Mimo że tempo zachorowań spada (głównie w Kenii, Ugandzie i Zimbabwe), to jednak w 2006 roku zachorowało tam 2,8 mln ludzi3. I poza tym wszystko co dobre to w Czarnej Afryce najmniejsze, a to co najgorsze to największe. Skąd więc taka sytuacja? Oczywiście, rozwojowy punkt wyjścia był najniższy! Ale w takich sytuacjach z reguły przynajmniej tempo początkowe bywa wysokie. A w Afryce wydaje się, że wszystko się cofa. Niektórzy badacze, w związku z taką sytuacją twierdzą, że Afryka przed przybyciem białego człowieka nie ma nawet własnej historii, ponieważ nie widać tam śladów celowego dziania się wydarzeń. Oczywiście jest to pogląd skrajny, podobnie jak B.Davidsona, który w książce Stara Afryka na nowo odkryta upiększa przeszłość Afryki4. A prawda mieści się zapewne gdzieś pośrodku.

Tym niemniej musi zastanawiać fakt, że na kontynencie, który był kolebką człowieka, ludzie kiedyś przed wiekami nauczyli się budować chaty, robić broń i proste narzędzia z żelaza oraz hodować kilka rodzajów zwierząt, uprawiać pewne płody rolne, by nadal w interiorze robić to samo prawie do dnia dzisiejszego, i aby życie umysłowe obracało się tam wokół czarów, magii i religii. A ponadto jak wylicza się, że podczas gdy inne znane cywilizacje - i te w Chinach, Indiach, Japonii, Ameryce Przedkolumbijskiej, na Bliskim Wschodzie, no i oczywiście w Europie - tworzyły nowe wynalazki, systemy filozoficzne, rozwijały coraz to nowe nauki, konstruowały nowe coraz wspanialsze wielkie budowle, nowe narzędzie, wspaniałe dzieła sztuki, wielkie religie, itp., to przecież w Afryce – z wyjątkiem starożytnego Egiptu, budowli Zimbabwe, rzeźb z Beninu – prawie wszystko pozostało po staremu.

Badanie historii Afryki jest bardzo trudne, również i dlatego, że żadne ze znanych plemion afrykańskich nie znało pisma, ani żadnych znaków pisarskich. Ponadto Afrykanie nie stworzyli własnego kalendarza, systemu cyfr, nie posługiwali się pługiem (poza Etiopią), kołem, nie wykorzystywali także siły wiatru ani wody; nie wykorzystywali pociągowej pracy zwierząt, ani nie znali żadnych mechanicznych narzędzi. Ten krótki wykaz to tylko niepełna rejestracja braków tak widoczna w zestawieniu z Europą czy Azja.

Po jej prezentacji warto zadać sobie zasadnicze pytanie: Jak to się stało, że ten bogaty w zasoby naturalne kontynent stał się najbiedniejszym i najbardziej zacofanym obszarem?

Odpowiedź na tak postawione pytanie jest złożona i trudna do jednoznacznego zdefiniowania, ale z cała pewnością możemy stwierdzić – mówiąc bardzo ostrożnie i trochę wybiórczo - że wpłynęła na to geografia (warunki klimatyczno-glebowe5), historia (handel niewolnikami, kolonializm, sposób dekolonizacji, zimna wojna), geopolityka (oddalenie od kształtującego się przez stulecia centrum cywilizacyjnego, ekonomia (niekorzystnie wykreowanie dla Afryki miejsce w światowej gospodarce – miejsce dostarczyciela surowców i taniej siły roboczej, niekorzystne od lat 50. XX w. terms of trade, nieudane centralne planowanie) i fatalna wręcz polityka rządów niepodległych już państw (słabość i demoralizacja elit politycznych6, despotyczne rządy, powszechna korupcja, gwałcenie praw człowieka) oraz przeróżne konflikty i wojny (od wojen etnicznych poczynając przez ludobójstwo na wojnach domowych i międzypaństwowych kończąc).

I. Zacznijmy więc naszą narrację od historii, bo bez znajomości dziejów Afryki nigdy tego kontynentu nie zrozumiemy. Rozważymy oczywiście tylko kilka wybranych problemów, bo na szerszą prezentację nie ma miejsca. Na początek wybierzmy konsekwencje handlu niewolnikami.



Handel „czarnym złotem” – bo tak się go nazywano – nie ulega wątpliwości, że sprzyjał depopulacji. Ale trwają dyskusje, co do jego wielkości liczbowych. Afrykanie dane te starają się powiększyć, inni pomniejszyć, ale nie w tym jest problem. Co ciekawe, że Afrykanie zarzucając Europie uprawianie tego obrzydliwego procederu, starają się zapomnieć, że istniał on w samej Afryce od zawsze, jak również i to, że aktywni w tym dziele byli również Arabowie i że ze Wschodniej Afryki wywieźli oni ok. 20 mln czarnych niewolników7. Historiografia afrykańska w imię braterstwa z innymi uciskanymi przez Europę z reguły o tym nie pamięta. Dzisiaj ocenia się, że atlantycki handel niewolnikami prowadzony przez Europejczyków objął. w latach 1600 – 1900 ok. 11,5 mln; 1,8 mln w XVII w., 6,1 mln w XVIII w., 3,3 mln w XIX w.. Handel arabski, saharyjski objął ok. 4 mln; 900 tys. przed 1600 r., 700 tys. w XVII w., 700 tys. w XVIII w. 1,8 mln w XIX w. Badacze oceniają, że był to ubytek rzędu 1% rocznie, który nie mógł przecież decydować o tempie i kierunku rozwoju Czarnej Afryki. Inni uważają, że kontakt z Europą, w tym sprowadzenie z Ameryki do Afryki kukurydzy i manioku przyczyniło się do lepszego odżywiania Afrykanów i do szybkiego wręcz przyrostu liczby ludności. Znany podróżnik D.Livingstone stwierdził z kolei, że tylko 1 na 5 Afrykanów niewolników docierał do celu, czyli do Ameryki.. Co nie jest prawdą, jako że był to „towar” bardzo cenny, na którym można było zarobić 3-6-krotne i kupcy szanowali go i doceniali jego wartość. Otóż w XVII w. 1 młody, zdrowy Murzyn kosztował na wybrzeżu Afryki ok. 10 funtów, tj. ok. 100 galonów podłego rumu, natomiast w Ameryce jego wartość wynosiła już od 30 do 70 funtów.

Historycy afrykańscy zwracają jednak uwagę nie na liczby, ale na następstwa tego zjawiska. A więc spróbujmy – z racji braku miejsca i czasu – je wyliczyć; 1/wywożono ludzi młodych, silnych, a więc zdolnych do prokreacji, a jednocześnie najbardziej wydajnych w pracy oraz nowatorskich; 2/ łapacze wyludniali kompletnie pewne okolice, a nawet tych, których nie zabierano ze sobą byli mordowani – prowadziło to powstawania pustek i ugorów, a im więcej ludzi tym większa między nimi rywalizacja i powinien być szybszy postęp; 3/ niewolników najczęściej Europejczykom na wybrzeże dostarczali sami Afrykanie, stąd niektóre plemiona mające dostęp do morza wyspecjalizowały się w tym procederze a wojny o niewolników były bardziej krwawe niż wojny wcześniejsze; 4/powodowało to dezintegrację plemienną a w rezultacie osłabiało siłę moralną i militarną Afrykanów, osłabiało solidarność plemienną oraz rozbijało tradycyjne więzi, ale jednak nie na tyle, aby przyjmować lepsze rozwiązania swoich prześladowców; 5/ strach przed obławami prowadził do tymczasowości i braku stabilizacji, co szczególnie negatywnie wpłynęło na rozwój rzemiosła i powstawanie miast, co wymaga stabilizacji, ponadto na ten stan negatywnie wpłynęła coraz silniejsza konkurencja towarów europejskich; 6/ skutkowało to oczywiście również upadkiem rolnictwa; 7/ aby jednak handel żywym towarem był opłacalny trzeba było opłacać niektórych Afrykanów; na nim więc bogacili się wodzowie i starszyzna, którzy otrzymywali za utrzymywane kontakty handlowe towary luksusowe – najczęściej nędznej jakości - i broń. Podnosiło to w oczach prostych Afrykanów ich prestiż, a broń ułatwiała z kolei podbój sąsiadów i łapanie niewolników. W sumie proces ten prowadził do demoralizacji Afrykanów, do uciekania ich w głąb interioru, co znowu prowadziło do kolejnych wojen, podtrzymując tym samym stan braku stabilizacji i koncentrując uwagę Afrykanów na konieczności przeżycia, a nie na marzeniu o rozwoju i postępie. Sami Europejczycy przybywali na ich teren nie jak ci, których można by naśladować, ale jako ci, którzy dorosłych mordowali i porywali ich dzieci. Ledwie skończył się handel niewolnikami i niewolnictwo (przypomnijmy: handel niewolnikami został zabroniony w 1807 r., niewolnictwo w koloniach brytyjskich w 1833 r., we francuskich 1848 r. w USA w 1865 r., w Brazylii w 1888 r., ale w Arabii Saudyjskiej zniesiono je dopiero w 1962 r., a w Mauretanii w 1980 r.), gdy przyszedł kolonializm.

II. Nie dokonując głębokich analiz próbujmy sporządzić bilans wpływów, czyli pozytywów i negatywów funkcjonowania kolonializmu.

Jest to zadanie trudne i jeszcze do końca to się nikomu nie udało. Punkt wyjścia do oceny niech będzie następujący – kolonializm nie jest głównie odpowiedzialny za dzisiejszy stan państw postkolonialnych. Na wsparcie takiej tezy można posłużyć się przykładem krajów, czy obszarów, które nie zaznały kolonializmu, jak: Etiopia, Liberia czy plemiona Amazonii. Co zaś na ten temat mówią autorytety?. Jedni, że „nie zdziałał on wiele dla przezwyciężenia biedy w koloniach, ale też nie uczynił je biednymi”8, inni że „błędem jest interpretowanie kolonializmu jako jedynie eksploatacji”, która miała spowodować niedorozwój, ponieważ w istocie „okres kolonialny był dla ludów skolonizowanych epoką modernizacji”9. M. Ferro w swojej mądrej książce określił zaś, że był on „patchworkiem zbrodni i dobrych intencji” podczas gdy neokolonializm zaledwie „interesowną pomocą”10



Czekając na pełniejsze zbadanie problemu spróbujmy na razie wyliczyć pozytywy kolonializmu dla mieszkańców imperiów;

  • otwarcie ich obszarów na wpływy europejskie, bowiem historia wyraźnie przekonuje, że systemy zamknięte są systemami stacjonarnymi i tym samym skazanymi na stagnację;

  • pozostawienie im organizacji państwowych, a przecież tylko takie struktury są w świecie dzisiejszym podmiotami tak politycznej, jak i gospodarczej działalności;

  • ustanowienie nowoczesnej – jaka by ona nie była - administracji terenowej, aparatu bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, czyli policji, armii i służb celnych;

  • stworzenie podstaw europejskiej oświaty i służby zdrowia – likwidacja wielu chorób, które wcześniej dziesiątkowały ludzi i zwierzęta, jak: mucha tse-tse, malaria, śpiączka, itp.;

  • rozpoczęcie procesów dezintegracji tradycyjnych systemów polityczno-społecznych, będących częścią systemu stacjonarnego oraz wytworzenie nowych elit przekonanych dla realizacji wzorca postępowego rozwoju;

  • ustanowienie zrębów nowoczesnych systemów komunikacji i komunikowania się: koleje, samoloty, telefony, stacje radiowe czy telewizyjne;

  • polepszenie położenia kobiet;

  • upowszechnienie języka europejskiego, lingua franca, jako jedynego niekiedy środka komunikowania się między różnymi społecznościami zamieszkującymi jedno państwo, a także jako łącznika ze światem zewnętrznym i jego osiągnięciami;

  • zmniejszenie śmiertelności niemowląt, wzrost demograficzny oraz wzrost długości życia;

  • bądź wreszcie wprowadzenie i upowszechnienie się religii monoteistycznych, chrześcijaństwa i islamu, religii również sprzyjających rozkładowi stacjonarnej tradycji, itp.

A teraz przedstawmy niektóre negatywy:

  • sztuczne granice niepodległych postkolonialnych państw11, powodujące konflikty z sąsiadami /Etiopia – Somalia, Etiopia – Erytrea, Maroka – Sahara Hiszpańska, Libia – Czad, i tak można przykłady mnożyć), czy też konflikty wewnętrzne o charakterze etnicznym, narodowościowym czy regionalnym, które mogą wydarzyć się w prawie każdym kraju Czarnej Afryki;

  • brak odpowiednich własnych kadr politycznych, administracyjnych, gospodarczych, oświatowych i wszelkich innych, bardzo często w momencie przyznawania niepodległości kolonia posiadała kilku bądź kilkunastu absolwentów wyższych uczelni (liderzy polityczni, którzy przewodzili ruchom nacjonalistycznym okazali się z reguły bezdusznymi egoistycznymi satrapami);

  • pozostawienie ustrojów polityczno-administracyjnych nieprzystających do tradycji i potrzeb Azji i Afryki;

  • wprowadzenie systemu politycznego opartego na rywalizacji partii politycznych, co doprowadziło do powstania partii bazujących na regionach, grupach etnicznych czy wyznaniowych, które wykazywały niewielkie chęci współpracy, a znacznie większe do wzajemnej rywalizacji;

  • monokulturowa gospodarka surowcowa zależna od rynku zewnętrznego, przy niekorzystnych terms of trade;

  • pozostawienie nierozwiązanych konfliktów między europejskimi osadnikami a czarną większością w RPA, Rodezji – Zimbabwe, między Hindusami i Arabami w Afryce Wschodniej, między Hindusami a czarnymi; między Arabami a Murzynami w prowincji Dar-Fur w Sudanie, itp.;

  • petryfikacja przedkolonialnych, międzyplemiennych wrogości i konfliktów (np. Tutsi i Hutu w Rwandzie i Burundi);

  • albo też charakter odziedziczonych armii, w których żołnierze byli zwykle rekrutowani z zacofanych obszarów (w Afryce głównie z muzułmanów, z tym że kadra oficerska zawsze była biała), ale tym niemniej byli wystarczająco zorganizowani i uzbrojeni, by już wkrótce po uzyskaniu niepodległości mieszać się do polityki (co stawało się przyczynami krwawych konfliktów jak choćby w Kongo Belg., czy w byłej Brytyjskiej Afryce Wschodniej), bądź też przejmować władzę, by sprawować ją również w mało kompetentny sposób (w tym zakresie Afryka zdecydowanie wyprzedziła Azję), itp.12

A czy i jakie korzyści miały metropolie?

Posiadanie imperiów bywało kosztowne, stąd też na przełomie wieków kręgi gospodarcze nie wykazywały entuzjazmu dla podboju Azji i Afryki. Ale jednak z powodów rywalizacji mocarstwowych, zapewnienia sobie pewnego miejsca „pod słońcem” oraz nadziei na duże korzyści w przyszłości decyzje o ekspansji bezpośredniej były podejmowane. Kiedy już zawłaszczanie jakiegoś obszaru zostało rozpoczęte, to pojawiało się pytanie, dlaczego go nie kontynuować. Szło się więc naprzód zarówno z konieczności, jak i na skutek ambicji13. Z tym, że początkowy koszt utrzymania kolonii musiały brać na siebie rządy metropolii. W praktyce wyglądało to tak, że niezbędne dla funkcjonowania gospodarki inwestycje, głównie z zakresu infrastruktury (porty, koleje, drogi), realizowane były z pieniędzy metropolii, w dopiero później w oparciu o nie kapitał prywatny mnożył zyski. Ponadto na kolonializmie zarabiały znaczne grupy ludzi z Europy, jak: urzędnicy kolonialni, wojskowi, doradcy ekonomiczni, różnej maści administratorzy a w szczególności osadnicy, których stopa życiowa np. w Indiach, Algierii, Kenii, Południowej Afryce, czy w obu Rodezjach rosła daleko szybciej niż poziom życia w metropoliach. Poza tym emigracja rozwiązywała także napięcia społeczne, jak choćby bezrobocie czy bezdomność (chociaż nie w koloniach portugalskich). Z posiadania imperium korzyści były także w sferze kultury. I nie chodzi tu tylko o poszerzenie wiedzy, będące konsekwencją zapoznania innych cywilizacji i odległych kontynentów, ale w Anglii i we Francji powstała nawet odrębna kultura kolonialna. Istnienie kolonii zaspakajało w końcu żądzę przygód wielu młodych mężczyzn oraz nakazywało im wierzyć, że mają do spełnienia ważną misję cywilizacyjną, albo nawet, że mają szanse znaleźć nowe i lepsze miejsce dla ułożenia swego życia14.

Natomiast jeszcze nikomu nie udało się obliczyć zysków kapitałowych, które metropolia zawdzięcza imperium. Nie są one tak pewne, jako że przykłady krajów skandynawskich czy Szwajcarii wcale nie przekonują do tezy o ich znaczącym wpływie na rozwój dobrobytu mieszkańców mocarstw kolonialnych. Ale prace nad tym problemem trwają.

III. Kolonializm i procesy dekolonizacji natomiast w sposób twórczy i dynamiczny wykreowały współczesna mapę Afryki. Pojęcie dekolonizacja nie oznacza bowiem, powrotu do stanu sprzed przybycia Europejczyków, ale kolonializm stworzył same podstawy struktur państw afrykańskich i rozpoczął powolny proces kreowania w nich narodów. Proces ten bywa trudny i powolny, tak było nawet w Europie, kiedy to państwa w sposób świadomy prowadziły - głównie poprzez edukacje czy służbę wojskową – procesy narodotwórcze, kierowane przez elity własne, bądź też obcych zdobywców. Dla dobra przyszłości można powiedzieć, że kolonializm i dekolonizacja trwały nawet zbyt krótko (jedno długie ludzkie życie) i dopiero ledwie rozpoczęły tworzenie narodu i dalej to zadanie, w sposób najczęściej mało skuteczny prowadzić już musiały miejscowe elity. Naśladując cywilizacje europejskie również Afryka musi przyjąć europejski wzorzec państwa i to z całym dorobkiem inwentarza. Jak się bowiem okazało, nie można przyjąć wysokiego poziomu życia bez stworzenia wydajnych instytucji, struktur gospodarczych i organizacji powiązań międzynarodowych.

W zasadniczej swojej części dekolonizacja Afryki trwała jednak krótko, bo od 1951 r. do poł. lat 60. Zaczęła się od przyznania niepodległości Libii w 1951 r., poprzez niepodległość Ghany 1957 r. (to pierwsza „czarna” kolonia otrzymująca niepodległość) i Gwinei w 1958 r. (pierwsza kolonia francuska na południe od Sahary) oraz rok 1960, kiedy to niepodległość otrzymało 16 afrykańskich kolonii (rok Afryki) po niepodległość Gambii i innych małych posiadłości jak Lesoto i Suazi w II poł. lat 60. Oczywiście to nie był jeszcze koniec. Po długiej i krwawej walce w 1975 roku wolność wywalczyły – po rewolucji goździków w samej Portugalii, która obaliła dyktaturę Caetano - kolonie portugalskie (Angola, Gwinea Bissau i Mozambik), a w 1980 roku w konsekwencji równie krwawych wydarzeń - Zimbabwe (dawniej Płd. Rodezja), w 1990 roku Namibia i ostatecznie w 1993 roku również po wieloletniej walce przeciwko Etiopii niezależnym państewkiem stała się Erytrea. Można więc powiedzieć, że główna część procesu zamykała się w zaledwie 15 latach. To niespotykane tempo realizacji tego tak ważnego procesu, zważywszy, że wcześniej niektóre ludy i narody europejskie o swoją wolność walczyły niekiedy ponad 100 lat (przypomnijmy, Polacy czy narody bałkańskie).

II połowa XX wieku, tzn. czas, kiedy trwała dekolonizacja, upływała jednak w całkowicie innych warunkach, a te inność kształtowały przynajmniej trzy rodzaje przyczyn:

1/zmiana w sytuacji międzynarodowej po 1945 r. (ukształtowanie się nowego światowego centrum, USA i ZSRR , które z powodów sobie właściwych prowadziły politykę dekolonizacyjną, ponieważ same – jak twierdziły - nie posiadały kolonii, a nawet jak USA ogłosiły się pierwszą europejską kolonią, która jeszcze w końcu XVIII w. wywalczyła niepodległość i stała się wzorem dla innych; ZSRR – był ideologicznym wrogiem kolonializmu, ponieważ postrzegał go jako część składową zwalczanego przez siebie imperializmu; również Chiny w obu państwowych wydaniach były za likwidacją kolonializmu, podobnie jak również kraje z Ameryki Łacińskiej i Azji, które same były kiedyś koloniami. Jeżeli nowe centrum stało się antykolonialne, to taka polityczna moralność zaczęła obowiązywać na całym świecie, bowiem narzucają ją – jak zwykle - zwycięzcy. Duża rolę odegrała w tym zakresie ONZ, która powolnymi ruchami krytykowała kolonializm, by przyśpieszając wydała wreszcie w1960 roku specjalną rezolucją uznającą go za sprzeczny z prawem międzynarodowym i zagrażający pokojowi na świecie. Równie ważną, a może najważniejszą przyczyną była zmiana nastawienia światowej opinii publicznej, która od końca II wojny światowej wyrażała rosnącą niechęć wobec kolonializmu, i wszelkich brudnych kolonialnych wojen);

2/ nowa sytuacja w metropoliach (osłabienie ich w konsekwencji II wojny, kryzys gospodarczy, zależność od USA, społeczeństwa w metropoliach wolały wydatkować pieniądze na własny rozwój a nie na kolonialne awantury, wzrost znaczenia partii lewicowych, spadek popularności kolonializmu);

3/ nowa sytuacja w koloniach (kryzys gospodarczy, nowe nadzieje pobudzone propagandą wojenną, powstanie lokalnych partii politycznych, ukształtowanie się hałaśliwej grupy zawodowych polityków, powstawanie związków zawodowych, postępy w urbanizacji, rozwój systemów oświatowych, rozwój lokalnej prasy, itp.).

Trzeba jasno podkreślić, że kontrola polityczna nad imperiami kolonialnymi w szczególności, kiedy zaczęły zawodzić elity kolaborujące stawała się coraz bardziej kosztowna, i to nie tylko finansowo. Tym bardziej, że dysfunkcyjność gospodarczą kolonializmu w relacjach metropolia – kolonie można łatwo udowodnić przytaczając następujący fakt: kraje posiadające najwięcej kolonii (Wielka Brytania i Francja) rozwijały się po 1945 roku wolniej niż pozostałe wielkie gospodarki. Stąd też w pewnym momencie należało nawet ze względów gospodarczych po prostu z nich zrezygnować, co być może udowadnia tezę przytoczoną przez M. Chamberlaina, że kolonializm nosił w sobie zalążki rozkładu już w momencie zaistnienia, a co wsparł J. Kieniewicz uważając rozbiór Afryki nawet za przejaw kryzysu w systemie kapitalistycznym15.

Warto może podkreślić – dostrzegając różnice w polityce kolonialnej mocarstw europejskich – że charakter relacji metropolia versus kolonia w niewielkim stopniu wpływał na samą dekolonizację, jako że żadna polityka kolonialna w dłuższej perspektywie nie mogła odpowiadać aspiracjom kolonialnych społeczności, bowiem ruch antykolonialny był zawsze odpowiedzią na samo istnienie zależności, a nie na jej charakter. Owszem, praktyka kolonialna mogła opóźniać (jak w koloniach portugalskich) czy przyśpieszać (jak w imperium brytyjskim) postęp ku niepodległości, ale nie zniweczyć, bowiem jedynym ustępstwem dla rozwiniętych ruchów nacjonalistycznych – gdziekolwiek by to nie miało miejsca – było i jest bezpośrednie wycofanie obcej kontroli. W tym względzie historia nie zna żadnych połowicznych rozwiązań. Również Zeitgeist – duch dziejów, czy też przekonanie o konieczności ewolucji, bywa często przywoływany jako powód likwidacji kolonializmu16. T. Hodgkin natomiast konkluduje, iż pewien rodzaj historycznych sytuacji, pewne fundamentalne ludzkie problemy, mają to do siebie, że bywają rozwiązywane w podobny sposób17. Jeśli tak, to potrzeba dekolonizacji jest taką właśnie uniwersalną sytuacją ludzką, jako że wszystkie społeczeństwa świata poddane wpływom Europy dążą w swym rozwoju do zbudowania narodowego państwa.

Kiedy więc system kolonialny dążący wcześniej do podporządkowania sobie każdego skrawka kuli ziemskiej stracił swój dynamizm a zaczął przejawiać swoją archaiczność, która w głównym stopniu dotyczyła zbędności własnej struktury politycznej jaką była kolonia?

Otóż, w kapitalizmie wszelka działalność gospodarcza nosi racjonalny charakter, czyli taki, który przynosi zysk. Kolonie ze swoja podległością polityczną jednej metropolii zderzały się coraz częściej i mocniej z sytuacją, w której kierunki postępu gospodarczego zaczęły wyznaczać już międzynarodowe banki i koncerny. A ponadto okazywało się, że właściwy, bo kreatywny model rozwoju gospodarczego kształtuje się tylko między państwami należącymi do centrum, a nie do peryferii. Przekonała się o tym Wielka Brytania preferując Commonwealth, a nie odpowiednio wczesne przystąpienie do jednoczącej się Zachodniej Europy. W tej sytuacji, ten sam kolonializm, który w końcu XIX w. był wyrazem wstępnej, bo europejskiej globalizacji, stał się po drugiej wojnie światowej już wyraźną zawadą w procesie globalnej unifikacji świata, globalizacji, której alternatywy zdawały się określać dwa wrogie sobie ideologiczne supermocarstwa. Natomiast przyśpieszenie globalizacji nastąpiło – bo niejako musiało – po zwycięstwie w zimnej wojnie Stanów Zjednoczonych.

To co nastąpiło po dekolonizacji nazywane bywa formalną niepodległością, bądź też neokolonializmem, czy też neoimperializmem albo „imperializmem bez kolonistów”, co może być uważane za całkiem trafne zważywszy, iż dekolonizacja nie zlikwidowała podstawowych form zależności charakterystycznych dla kolonii, podczas gdy poprzez fakt ten metropoliom udało się uniknąć bezpośredniej odpowiedzialności za wydarzenia w byłych koloniach, szczególnie za niestabilność i za niską stopę życiową. Stąd też M. Ferro widzi dekolonizację z jednej strony jako jedynie „zmianę suwerenności”, potwierdzoną przyjęciem do ONZ i innych organizacji międzyrządowych, a z drugiej jako efekt instytucjonalnej i biurokratycznej uniformizacji oraz moralnej i kulturalnej unifikacji świata pomniejszonego w wyniku informatycznej rewolucji, czyniącej ziemię „globalną wioską”18. Można ją także postrzegać - jak H. Kissinger - „jako zwycięstwo demokracji”19, czy też uznać za realizację procesu stawania się historii najnowszej – historią współczesną.

Najprościej zaś opisać dekolonizację jako jedynie proces likwidujący formalne europejskie imperia i tym samym likwidujący kolonializm i jego główną bazę, czyli kolonie. Ale większość elementów opisujących wcześniej kolonie tkwi nad w państwach postkolonialnych. Można by wręcz stwierdzić, że w świecie zależności istnieją zawsze, tylko ich formy i przejawy były – i będą – w różnych epokach odmienne.. Proces dekolonizacji w szerokim rozumieniu doprowadził także do powstania luźnego ugrupowania państw nazwanych Trzecim Światem. Określano nim te państwa, które nie należały ani do bloku państw kapitalistycznych na czele z USA, ani do bloku radzieckiego. Pojęcie to wprowadził do obiegu w 1956 r. francuski demograf Alfred Sauvy oraz politolog i socjolog George’s Belandier nawiązując do słynnej broszury opata E. Sieyesa z przedednia Wielkiej Rewolucji Francuskiej20. Z tym, że dzisiaj to polityczne pojęcie wyszło już z obiegu, bowiem przestał istnieć „świat drugi” – czyli blok radziecki. Ale biedne kraje rozwijające się – tak eufemistyczne zostały nazwane kraje postkolonialne – pozostały i tragiczne ich losy już dzisiaj zaczynają wpływać dramatycznie na życie całego globu, a wydaje się, że ten niebezpieczny proces będzie narastał.

IV. Elity rządzące Afryką to bez wątpienia jedno z najgorszych zjawisk, nękających ten biedny kontynent. Tworzą je najczęściej pospolici demagodzy, ludzie bardzo słabo wykształceni, okrutni, których celem pozostaje upajanie się władzą i zaspakajanie potrzeb materialnych swoich i swojej rodziny, opierając się przy tym na aparacie bezpieczeństwa – wojsku i policji – który w głównej mierze składa się z członków własnego plemienia. Taki dyktator przeciwników politycznych najczęściej po prostu morduje, chociaż niekiedy z obawy przed światową opinią publiczną, „tylko” torturuje, niekiedy osobiście, okalecza i zamyka w ciężkich więzieniach na resztę życia. Znane są przypadki, że niektórzy z nich uprawiali nawet kanibalizm, zjadając pewne części ciała zamordowanych przeciwników wierząc, że przejmą ich fizyczne i psychiczne siły i udaremnią odwet (taki był prezydent Ugandy –Idi Amin). Czasy okrutnych dyktatorów w dziejach Afryki obejmują głównie lata od poł. lat 60 do poł. lat 90., i niektórzy jako datę graniczną przyjmują wypędzenie z Zairu/Konga w 1997 roku Sese Seko Mobutu, który rządził swoim krajem od 1965 roku i doprowadził go do całkowitej ruiny, co widać jest w tym, że poziom życia mieszkańców w 1960 r. był 2-krotnie wyższy niż w roku 2000. Za jego rządów nawet drogi bite skonstruowane przez Belgów zarosły krzewami. Był za to wielokrotnie uroczyście podejmowany w USA, a są dowody na to, że wcześniej - będąc jeszcze wysokim oficerem w armii kongijskiej - był agentem CIA, i że za swoje donosy otrzymywał regularne wynagrodzenie od amerykańskiego rezydenta wywiadu w stolicy kraju, Leopoldville. 3-krotnie podejmował go amerykański prezydent Ronald Regan, który gorąco ściskał mu dłonie, nazywając go przy okazji wielkim przyjacielem Ameryki i wielkim afrykańskim przywódcą. Tak samo gorąco w Moskwie był witany prezydent Etiopii, płk Mengistu Mariam, który za wielką pomocą gospodarczą i militarną obiecywał władcom Kremla i swojemu społeczeństwu, zbudowanie socjalizmu w ich ubogim kraju, a przyniósł tylko głód, śmierć i olbrzymie zniszczenia gospodarcze. W okresie zimnej wojny dla Waszyngtony, Paryża, Londynu i Moskwy liczyło się głównie to, czy dany kraj afrykański – ustami swego lidera – opowiada się po ich stronie w ideologicznej rywalizacji.

Od końca ubiegłego wieku następuje powolny nawrót do systemów demokratycznych, wielopartyjnych, przyspieszony upadkiem bloku radzieckiego i wydarzeniami z 11.09.2001 roku. Podaje się, że w końcu ubiegłego wieku już 25 państw wybrało demokrację. Są to jednak w dużej mierze pozory. Kiedy w roku 2000 prezydent Senegalu Abdou Diouf uznał – płacząc - swoją przegraną w wyborach, to okazało się, że był to 4 taki przypadek w dziejach Afryki w ciągu ostatnich 40 lat, że prezydent ustępuje w wyniku decyzji wyborców. Kiedy w 2002 roku spotkali się przywódcy 53 państw Afryki na pierwszej konferencji Unii Afrykańskiej, zastępującej Organizację Jedności Afrykańskiej z 1963 r., to okazało się, że oprócz demokratycznie wybranego prezydenta RPA T.Mbeki czy Nigerii, O.Obasanjo, wielu z liderów to znani despoci, tacy jak Charles Taylor (stanął przed międzynarodowym trybunałem w 2006 roku), prez. Liberii, który wygrał wybory hasłem: „On zabił moją mamę, on zabił mojego tatę, ale ja głosuję na niego” i który handlując diamentami ze znanymi koncernami światowymi utrzymywał liczną prywatną armię, składającą się w znacznej mierze z dzieci, która znana była z tego, że swoim rzeczywistym bądź urojonym wrogom obcinała ręce bądź nogi; jak prez.Togo, G.Eyedema, dawny sierżant armii, który rządził od 1967 roku; płk M.Kadafi rządzący Libią od 1969 roku, który w roku 2004 nawet oddał Amerykanom przygotowywane instalacje do produkcji bomby atomowej, obawiając się losu S.Husejna; Arpad Moi z Kenii prezydent od 1978 r.; T.O.Nguema z Gwinej Równikowej od 1979 r.; Robert Mugabe z Zimbabwe od 1980 r., który przejmował władzę nad krajem, który był wielkim eksporterem żywności, by już w latach 90. stać się beneficjentem światowych organizacji pomocy; jak Hoszni Mubarak z Egiptu rządzący od 1981 r., czy wreszcie prez. Kamerunu, Paul Biya od rządzący 1982 r.21 To nie są wszyscy, tę listę można by ciągnąć dalej, ale tu chodzi jedynie o przykłady. Z tym, że ich epoka już właściwie minęła i teraz dyktatorzy starają się rządzić bardziej w rękawiczkach by nie narażać się – aktywnej na Zachodzie Europy opinii publicznej – i rządowi USA.

V. Rokowania na przyszłość. Jeden ze znanych badaczy tych problemów napisał w 2006 roku, że przyszłość Afryki 50 lat po niepodległości rysuje się bardziej ponuro niż kiedykolwiek wcześniej22. Nawet zmiana liderów nie zaważy decydująco, ponieważ zaniedbania tak bardzo narosły, że Afryka bez pomocy z zewnątrz – i to wielkiej - po prostu nie jest w stanie poczynić oczekiwanego postępu.. Zrozumiała to ONZ, która jeszcze w końcu ubiegłego wieku uchwaliła rezolucję nakazującą krajom członkowskim aby przeznaczały 0,7% swego dochodu krajom ubogim, co zresztą przez większą część krajów bogatych nie jest realizowana, z wyjątkiem Szwecji, Danii, Norwegii i Holandii (USA przeznaczają 0,1%)

USA, Unia Europejska i G8 podejmują również pewne inicjatywy, ale ich skutków jak na razie nie widać, podobnie jak wielu podejmowanych wcześniej. Afryka dostała w sumie od czasów niepodległości pomoc w wysokości – jak żaden inny kontynent – ponad 500 mld, po których ślady są gorzej niż mierne. Jeszcze w latach 90. międzynarodowa rządowa pomoc wynosiła rocznie średnio 28,6 mld, by na początku XXI w. spaść poniżej 17 mld. Donatorzy są zniechęceni do sposobów wydawania darowizn przez rządy i nie myślą o ich zwiększeniu. Ponadto Afryka zalega z długami, których wartość jest trudna do ustalenia, ponieważ ciągle gdzieś banki zgadzają się na kolejne obniżki, ale oblicza się, że sięga ponad 200 mln dol. W rzeczy samej Afryki nie można zostawić także samej, ponieważ większość jej państw to po prostu bankruci, których nie stać nawet na zapewnienie normalnej pracy urzędom i służbom publicznym. Dodam w tym miejscu – aby nie być gołosłownym – że w końcu lat 90. więcej niż połowa krajów Afryki ustalała budżet, który zależał w ponad 50% od pomocy zagranicznej, natomiast inwestycje publiczne aż w ponad 70%. I dla większości krajów są to budżety na głowę mieszkańca i tak mniejsze niż w 1960 r.. Stąd nic dziwnego, iż ponad połowę ludności Czarnej Afryki żyje za mniej niż dolara dziennie. Cała ekonomiczna produkcja Afryki wynosi nie więcej niż 420 mld, co stanowi 1,3% światowej produkcji, czyli mniej niż wkład Meksyku. Udział w handlu światowym, który wynosił w latach 80. nieco ponad 3% zmniejszył się do 1,6%, natomiast Afryka przyciąga mniej niż 1% globalnych inwestycji. Za to analfabetyzm ma się znakomicie: 4 na 10 Afrykanów i 5 na 10 Afrykanek nie umie czytać i pisać. Co wykształceni Afrykanie myślą o swojej przyszłości w krajach macierzystych niech świadczy fakt, ze prawie 50% kończących studia za granicą do Afryki nie wraca.

I na koniec jeszcze bardziej ponura prezentacja: W Afryce na południe od równika mieszka ponad 70% chorych na świecie na AIDS, podczas gdy region ten liczy tylko 10% ludności świata. Z powodu tej straszliwej choroby do 2004 roku zmarło ponad 20 mln, 30 mln jest nosicielami HIV/AIDS i liczba ta rośnie rocznie o ok. 3 mln, mając wszakże świadomość, że to jest dopiero początek szczytu epidemii. Dwa kraje w południowej Afryce w gospodarce wyróżniają się pozytywnie, jest to RPA – tyle samo produkcji przemysłowej co reszta Afryki na południe od Sahary – i Botswana, a to z racji demokratycznych rządów, bogatych kopalin takich jak diamenty czy złoto. Ale jak gdyby dla potwornej przeciwwagi, w tych krajach jest największa zachorowalność na HIV/AIDS: w RPA jest to ponad 10% społeczeństwa, czyli ok. 5 mln ludzi, w Botswanie 37% ludności liczącej 1,6 mln, w tym w grupie najwyższego ryzyka, czyli w przedziale wieku 15 do 49 odsetek wynosi ponad 40%. Jak podaje wspominany już M.Meredith średnia długość życia do 2010 roku w tym kraju spadnie do 27 lat, połowa dzieci będzie wówczas sierotami. Niewiele lepiej jest w krajach sąsiednich: w Zambii, Zimbabwe, Malawi, Mozambiku, Lesotho i Suazi. W jej konsekwencji takiej sytuacji rozpadają się więzi społeczne i brakuje wykwalifikowanych pracowników. Pielęgniarki i nauczyciele umierają szybciej niż kształcą się ich następcy.

Sytuacja na lepsze mogłaby się zmienić, gdyby opinia światowa, czyli bogate kraje ustaliły realny plan i bezpośrednio wcielały go w życie, odsuwając miejscowe elity od dysponowania pieniędzmi, ponieważ znaczna ich część jest przez nich rabowana i wywożona za granicę Bank Światowy szacuje, że 40% prywatnych afrykańskich kapitałów jest tak przechowywanych. To zaś propaguje w społeczeństwie kulturę korupcji. Z kolei specjalny raport Unii Afrykańskiej z 2002 roku podaje, że korupcja kosztuje Afrykę na południe od Sahary rocznie 148 mld dolarów, czyli więcej niż ¼ dochodu brutto.

Kraje rozwinięte nie chcą – co mogłoby stanowić pierwszy krok poprawy sytuacji gospodarczej i społecznej – zmienić własnej polityki rolnej i handlowej, która dopuszczałaby na rynki krajów bogatych afrykańskie surowce bez ceł. I ten fakt, a nie co innego jest rzeczywistym probierzem intencji bogatego świata. Podkreślmy, że USA, Japonia i Unia Europejska okopały się systemami subsydiów i taryf celnych, które w rezultacie niszczą afrykańskich producentów. I znowu podajmy kilka – nie za dużo – przykładów. Ogólna wartość subsydiów dla rolnictwa na świecie dziennie sięga 1 mld dol., czyli 365 mld na rok, co stanowi prawie tyle, ile warta jest produkcja całej Afryki na południe od Sahary. Unia Europejska dopłaca rocznie do każdej krowy ok. 900 dol, a Japonia wydatkuje ok. 2 700 na krowę (przypomnijmy, że dochód na głowę w Afryce to ok. 500 dol.). USA dla swoich 25 000 farmerów produkujących bawełnę udzielają subsydiów na sumę 4 mld, co jest więcej warte niż cała amerykańska produkcja tego surowca, a Unia Europejska i Chiny po 1 mld dają dla swoich. Konsekwencje tych pozbawionych wolności handlowej praktyk jest to, że amerykańska bawełna produkowana 3 razy drożej, sprzedawana jest taniej niż afrykańska, co powoduje, że ceny bawełny na rynkach światowych są daleko niższe niż byłyby bez dopłat i tylko farmerzy zachodnioafrykańscy z tego tytułu tracą rocznie ok. 250 mln dol. Zwiększyli oni nawet – według danych Banku Światowego – produkcje tego surowca w latach 1998-2004 o 14%, ale równocześnie w tym samym czasie ich dochód na skutek takich praktyk spadł o 31%. Dla całej Afryki rzecz się ma jeszcze gorzej, ponieważ Afryka jest trzecim producentem bawełny na świecie. Podobna sytuacja dotyczy także innych surowców.

To co może Afryce pomóc to zdecydowana redukcja długów, większa pomoc finansowa, głównie na inwestycje bezpośrednie, i reformy handlowe. W tych zamiarach pomocne są także humanitarne akcje, takie jak te organizowana przez słynnego irlandzkiego piosenkarza, Boba Geldofa i jego towarzyszy, typu Live Aid - z okazji głodu w Etiopii z 1985 roku, który ponownie przed szczytem G8 w Gleneagles, w Szkocji w lipcu 2005 r., zorganizowali światowy koncert zatytułowany Live 8, który był transmitowany do 140 krajów i zebrał ponad 2 mld słuchaczy. Było to wielkie wydarzenie nie tylko edukacyjne i propagandowe (a także kulturalne), jak że dzięki niemu wielu ludzi na świecie po raz pierwszy dowiedziało się prawdy o sytuacji w Afryce, ale miało także wymierne praktyczne konsekwencje. Otóż, przywódcy G8 powzięli jednak – może bez entuzjazmu - decyzje o zmniejszeniu długów, 2-krotnym powiększeniu sumy pomocy w ciągu 5 najbliższych lat i obiecali przemyśleć w najbliższym czasie głębokie reformy w handlu globalnym.

Jest to kroczek we właściwym kierunku, ale Afryka i świat czekają na szybsze i odważniejsze kroki. My wszyscy wbrew pozorom też możemy coś w tym kierunku zrobić.

Adam Kosidlo




1 http://allafrica.com

2 http://worldbank.org/Global/ Monitoring Report 2007

3 Ibidem

4 B.Davidson, Stara Afryka na nowo odkryta, Warszawa 1972

5 Zob. R.Cameron, Historia gospodarcza świata, Warszawa 1996.

6 Niektórzy te przyczynę są skłonni umieścić na pierwszym miejscy: M.Meredith,The State of Africa. A History of Fifty Years ofr Independence, London 2006.

7 C.A.Bayly, The Birth of the Modern Word, 1870-1914, London 2004

8 D. Fieldhouse, Colonialism, 1870-1945. An Introduction, New York 1981, s. 105

9 R. von Albertini, Decolonization, New York 1971, 514.

10 M. Ferro, Historia kolonizacji, Warszawa 1997, s. 196.

11 Zob. „Gazeta Wyborcza” (cotygodniowy kolorowy dodatek), 20.III. 2000, s. 14: Wywiad z prezydentem Mali, A. Umarem Konaré, w którym padają dosyć trudne do zaakceptowania dzisiaj oceny: „Granice nie są dla mnie żadnym tabu. Stanowią część dziedzictwa kolonialnego. Dostaliśmy je bez pytania, czy je chcemy, czy nie. Kwestionowanie tych granic u samego początku naszego niepodległego bytu wtrąciłoby nas w koszmar niezliczonych wojen – dziś jednak widzimy, że to właśnie te granice prowokują konflikty, stwarzają problemy. Kwestię granic jednak należy stawić w czasach pokoju, a nie wojny. I zmieniać je należy nie orężem, ale poprzez debaty, nie kierując się emocjami, lecz argumentami...”. W tym miejscu można postawić pytanie: Jeżeli zmiany granic w czasie pokoju nie udawały się gdzie indziej, to czy istnieje szansa, że może się to udać w Afryce?

12 Zob. A. Adu Boahen, Conclusions. The Colonial Era: Conquest to intedependence, w: Colonialism in Africa, vol. II, The History and Politics of Colonialism, 1914-1960, Cambridge 1970, s. 521-522.

13 Cyt. za M Ferro, s. 25.

14 Tamże, s. 319-323.

15 M. E. Chamberlain, Decolonization. The Fall of the European Empires, London 1985, s. 1; P. Kennedy, Strategy and Diplomacy, 1870-1945, s. 201-203; Zob. J. Kieniewicz, Od ekspansji do dominacji. Próba teorii kolonializmu, Warszawa 1986, s.260-264.

16 R. Holland, European Decolonization, 1918-1981. An Introductory Survey, London 1985, s. 1-2.

17 T. Hodgkin, Nationalism in Colonial Africa, New York 1971; por. A. K o s i d ł o, O roli czynników zewnętrznych w procesie dekolonizacji Afryki. Próba systematyzacji, „Dzieje Najnowsze” 1991, R. XXIII, nr 2, s. 3-4.

18 M. Ferro, s. 30 i 317.

19 H. Kissinger, Dyplomacja, Warszawa 1996, s. 880. Zob. także W.M i l e s, Decolonization as disintegration, “Journal of Asian and African Studies” 1995, vol. 30, no. 1-2, s. 41-52, który dostrzega dekolonizacje Afryki jako “dezintegrację”.

20 G. Myrdal, Przeciw nędzy na świecie, Warszawa 1976, s.21.

21 Szczegółowe treści zob. M.Meredith, The State of Africa, op. cit.

22 Ibidem, s. 681-5





©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna