Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona1/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19
AGATHA CHRISTIE


DWANAŚCIE PRAC HERKULESA
TŁUMACZYŁA GRAŻYNA JESIONEK

TYTUŁ ORYGINAŁU THE LABOURS OF HERCULES

SCAN-dal

WPROWADZENIE


Mieszkanie Herkulesa Poirot było w wystroju z gruntu nowoczesne. Lśniło chromem. Nawet fotele, choć wygodnie wyściełane, miały kanciaste, zdecydowane kształty.

W takim to właśnie fotelu - jak zawsze pedantycznie, na samym środku - zasiadał Herkules Poirot. Naprzeciw niego, również w fotelu, siedział doktor Burton, członek najszacowniejszych towarzystw, z uznaniem pociągając Château Mouton Rothschild z piwniczki Poirota. Doktor był zażywny, rozczochrany, a spod strzechy jego białych włosów promieniało rumiane, dobrotliwe oblicze. Miał zwyczaj chichotać donośnie, acz nieco astmatycznie, oraz obsypywać siebie i wszystko dookoła popiołem z papierosów. Na próżno Poirot obstawiał go popielniczkami.

Doktor Burton zadawał właśnie pytanie:

- Dlaczego akurat Herkules? - mówił. - Skąd się to wzięło?

- Chodzi ci o imię, które nadano mi na chrzcie?

- Nie ma w nim nic chrześcijańskiego - zaprotestował doktor. - Jest pogańskie, zdecydowanie pogańskie. Ale skąd się wzięło? Kaprys ojca? Widzimisię matki? Względy rodzinne? Jeśli dobrze pamiętam - choć pamięć już u mnie nie ta, co kiedyś - miałeś brata imieniem Achilles, dobrze mówię?

Poirot przebiegł w myślach szczegóły kariery Achillesa Poirot. Czy to wszystko naprawdę miało miejsce?

- Przez bardzo krótki okres - odparł. Doktor Burton taktownie zmienił temat. - Ludzie powinni ostrożniej wybierać dzieciom imiona - oświadczył po namyśle. - Sam mam wnuki, to wiem. Jedna jest Blanche - a ciemna jak Cyganka! Dalej Deirdre, smutna Deirdre, która okazała się wesoła jak ptaszek. Co do małej Patience, to na dobrą sprawę powinna się nazywać Impatience!* A Diana... hm, Diana... - stary znawca literatury klasycznej wzruszył ramionami. - Waży osiemdziesiąt kilogramów, a ma dopiero piętnaście lat! Mówią, że to szczenięca otyłość, ale wcale mi na to nie wygląda. Diana! Chcieli jej dać Helena, ale tu już wtrąciłem swoje trzy grosze. Wiedząc, jak wyglądają jej rodzice! Czy jej babka, jeśli już o tym mowa! Namawiałem usilnie na Martę, Dorcas, na coś rozsądnego, ale gdzie tam... szkoda było słów. Rodzice to dziwni ludzie...

Zaczął lekko posapywać, a na jego małej, pucołowatej twarzy wystąpiły zmarszczki. Poirot spojrzał na niego pytająco.

- Wyobraziłem sobie następującą sytuację: twoja matka siedzi sobie z nieboszczką panią Holmes, szyją śpioszki lub stukają drutami i recytują - "Achilles, Herkules, Sherlock, Mycroft..."

Poirot nie podzielał rozbawienia przyjaciela.

- Jeżeli dobrze zrozumiałem, chodzi ci o to, że wyglądem nie przypominam Herkulesa?

Doktor Burton obrzucił wzrokiem Herkulesa Poirot, małą schludną postać odzianą w sztuczkowe spodnie, nienaganny czarny żakiet i starannie zawiązany krawat, i przesunęły się z lakierków na jajowatą głowę i olbrzymie wąsy, które były ozdobą górnej wargi.

- Jeśli już mam być szczery, to nie, Poirot! - wyznał doktor Burton. - Jak rozumiem - dorzucił po chwili -nigdy nie miałeś czasu zapoznać się z klasyką?

- To prawda.

- Szkoda. Wielka szkoda. Dużo straciłeś! Gdyby to ode mnie zależało, każdy powinien studiować klasykę.

Poirot wzruszył ramionami.

- Eh bien, i bez niej radziłem sobie wcale nieźle.

- Radziłeś sobie! Radziłeś! Nie w tym rzecz, żeby sobie radzić. Cóż za mylny punkt widzenia! Klasyka to nie drabina prowadząca do szybkiego sukcesu, jak te obecne kursy korespondencyjne! Nie jest ważne to, co dzieje się w godzinach pracy, istotny jest czas wolny. Wszyscy popełniamy ten sam błąd. Weźmy ciebie - starzejesz się, będziesz chciał rzucić pracę, zwolnić tempo... i co wtedy poczniesz z wolnym czasem?

Poirot miał odpowiedź pod ręką.

- Zamierzam zająć się - nie żartuję! - uprawą dyń.

Doktor Burton na chwilę zaniemówił.

- Uprawą dyń? Co masz na myśli? Te wielkie, rozdęte paskudztwa, które smakują jak woda?

- O! - podchwycił Poirot z entuzjazmem. - Właśnie w tym rzecz. One nie muszą smakować jak woda.

- Uhm, wiem... posypuje się je serem, siekaną cebulą albo polewa białym sosem,

- Nie, nie, mylisz się. Ja zamierzam poprawić smak samej dyni. Można z niej wydobyć - przymknął oczy - bukiet...

- Bój się Boga, człowieku, przecież dynia to nie claret! - Słowo "bukiet" przypomniało doktorowi o kieliszku. Pociągnął z niego, delektując się trunkiem. - Bardzo dobre to wino. Mocne. Uhm. -- Pokiwał głową z uznaniem. - Ale z tymi dyniami... chyba nie mówisz tego poważnie? Czyżbyś miał zamiar się schylać?! - zakrzyknął przerażony, ze współczuciem obejmując swój wydatny brzuszek.

- Schylać się, okopywać te rośliny, karmić je wełną moczoną w wodzie i tak dalej?

- Odnoszę wrażenie, że jesteś całkiem dobrze obeznany z uprawą dyń - zauważył Poirot.

- Widziałem to na wsi. Ale poważnie, Poirot, cóż to za rozrywka? Porównaj to tylko - jego głos przeszedł w pochwalny pomruk - z fotelem przed kominkiem w długim, niskim pokoju o ścianach wyłożonych książkami... to musi być długi pokój, nie kwadratowy. Dookoła same książki. Kieliszek porto... i otwarta książka w dłoni. Czas biegnie wstecz, gdy czytasz... Tu zaczął powoli skandować po grecku, a potem: przetłumaczył: I znów zręcznością swoją na morzu ciemnym jak wino sternik prostuje chyży statek miotany wiatrami. Naturalnie, niepodobna oddać w pełni ducha oryginału.

Opanowany entuzjazmem, na chwile zapomniał o Poirocie. Ten zaś, obserwując swojego gościa, poczuł nagle zwątpienie... niemiłe wyrzuty sumienia. Czyżby oto coś stracił? Bogactwo ducha? Ogarnął go smutek. Tak, powinien był zapoznać się z klasyką... przed laty... niestety, teraz już na to za późno...

Doktor Burton przerwał jego melancholijną zadumę.

- Czy mam rozumieć, że naprawdę chcesz się wycofać z zawodu?

- Tak.


Doktor Burton zachichotał.

- Nie zrobisz tego!

- Ależ zapewniam cię...

- Nie uda ci się to, mój stary. Za bardzo lubisz swoją pracę.

- Nic, wierz mi... czynię wszystko w tym kierunku. Jeszcze tylko kilka spraw... ale specjalnie wybranych, rozumiesz, a nic to, co mi się nawinie pod rękę... wyłącznie problemy, które będą miały jakiś wydźwięk osobisty.

Doktor Burton uśmiechnął się szeroko.

- Tak to jest. Jeszcze tylko jedna czy dwie sprawy, a potem następna... i tak to leci. Ostatni występ prima-donny w porównaniu z twoim będzie niczym, Poirot!

Zachichotał i bez pośpiechu wstał z fotela - przemiły, siwowłosy chochlik.

- To, co robisz, to nie są prace Herkulesa - powiedział. - To prace miłości. Przekonasz się, że mam rację. Idę o zakład, że za dwanaście miesięcy wciąż będziesz tutaj, a dynie - wzruszył ramionami - wciąż będą tylko dyniami.

I żegnając się z gospodarzem, doktor Burton opuścił surowy w wystroju pokój.

Odszedł on już z tych kart, by na nie więcej nic wrócić. Nas jednak zajmuje tylko to, co po sobie zostawił - pomysł.

Po wyjściu gościa Herkules Poirot usiadł bowiem niespiesznie w fotelu, niczym pogrążony we śnie, i mruknął:

- Prace Hcrkulesa... Mais oni, c'est une idee, ça...*

Następny dzień zasiał Herkulesa Poirot ślęczącego nad ogromnym, oprawnym w cielęcą skórę tomiskiem oraz kilkoma innymi, cieńszymi książkami. Od czasu do czasu Poirot spoglądał z udręką na liczne, zapisane na maszynie karteluszki.

Jego sekretarka, panna Lemon, została wydelegowana w celu zebrania materiałów na temat Herkulesa i przedłożenia mu ich do rąk własnych.

Bez cienia zainteresowania (ona nie z tych, co pytają: "dlaczego"), za to nadzwyczaj sprawnie, panna Lemon wywiązywała się z zadania.

Herkules Poirot zatopił się w oszałamiającym morzu wiedzy klasycznej, związanej przede wszystkim z "Herkulesem, sławnym herosem, który po śmierci wszedł do grona bogów i któremu oddawano należną im cześć". Jak dotąd nie najgorzej - dalej jednak przestało mu iść jak po maśle. Przez dwie godziny Poirot czytał pilnie, robiąc notatki i marszcząc brwi, porównywał je z literaturą fachową. W końcu rozparł się w fotelu i potrząsnął głową. Jego nastrój z poprzedniego wieczoru prysł bezpowrotnie. Co za ludzie!

Weźcie takiego Herkulesa... tego bohatera! Bohatera, a to dobre! Przecież to tylko wielki, muskularny osiłek o śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach! Poirotowi przyszedł na myśl niejaki Adolf Durand, rzeźnik, którego proces odbył się w Londynie w 1895 roku. Był to osobnik o sile niedźwiedzia, który zabił kilkoro dzieci. Podstawową linią obrony była epilepsja, na która Durand niewątpliwie chorował, chociaż roztrząsanie kwestii, czy była to padaczka petit mal, czy grand mal, zajęło kilka dni. Starożytny Herkules bezsprzecznie cierpiał na grand mal. Poirot potrząsnął głową. No, jeżeli tak wyglądał grecki ideał bohatera, to w warunkach współczesnych nie miał szans. Poirot był wstrząśnięty klasycznymi ideałami. Ci bogowie i boginie... mieli chyba nic mniej różnych wcieleń niż współcześni zbrodniarze. Zresztą faktycznie sprawiają wrażenie osobników o wyraźnie zbrodniczych skłonnościach. Pijaństwo, rozpusta, kazirodztwo, gwałty, szabrownictwo, morderstwa i szykany - starczyłoby tego, żeby juge d'instruction* miał pełne ręce roboty. Brak normalnego życia rodzinnego, brak ładu, brak metody. Brak ładu i metody nawet w zbrodniach! Też mi Herkules! -- parsknął Herkules Poirot, z rozwianymi złudzeniami wstając z fotela.

Rozejrzał się dookoła z aprobatą. Kwadratowy pokój z solidnymi kwadratowymi meblami o nowoczesnej linii... nawet jedna rzeźba nowoczesna, przedstawiająca kostkę na kostce, na niej zaś kompozycję z drutu miedzianego. A w środku tego lśniącego, uporządkowanego pokoju - on! Przejrzał się w lustrze. Oto współczesny Herkules, jakże odmienny od tego niesmacznego wizerunku nagiego osobnika z przerostem mięśni, wywijającego maczugą. Ot, mała, zwarta postać, tak bardzo na miejscu, w wielkomiejskim ubraniu i z wąsem - wąsem o zapuszczeniu jakiego antyczny Herkules nie mógłby nawet marzyć, wąsem wspaniałym, a zarazem wyszukanym.

A jednak między Herkulesem Poirot a Herkulesem starożytnym istniało pewne podobieństwo - i jeden, i drugi miał bez wątpienia znaczny udział w uwalnianiu świata od chwastów... I jednego, i drugiego można by nazwać dobroczyńcą społeczności, w której przyszło mu żyć...

Jak to powiedział doktor Burton przed wyjściem? "To, co robisz, to nie są prace Herkulesa..."

Ha, i tu się pomylił, stary piernik! Jeszcze raz należy wykonać dwanaście prac Herkulesa... współczesnego Herkulesa. Dowcipny koncept, a i zabawny! Zanim wycofa się ostatecznie, podejmie się dwunastu spraw, ni mniej, ni więcej. Powinny to być sprawy wybrane specjalnie pod kątem związku z dwunastoma pracami starożytnego Herkulesa. Tak, to będzie nie tylko zabawne... będzie to dzieło natchnione, ba - artystyczne.

Poirot sięgnął po Encyklopedię starożytności i ponownie zagłębił się w wiedzy klasycznej. Nie zamierzał zbyt wiernie naśladować swojego pierwowzoru. Obejdzie się bez kobiet, koszul Dejaniry... prace i tylko prace.

A zatem, pierwszą jego pracą powinien być lew z Nemei.

- Lew z Nemei - powtórzył, obracając słowa w ustach.

Naturalnie, nic spodziewał się. że będzie zmuszony stanąć oko w oko z lwem z krwi i kości. Gdyby dyrekcja jakiegoś ogrodu zoologicznego zwróciła się do niego w sprawie związanej z prawdziwym lwem, uznałby to za przesadny zbieg okoliczności.

Nie, tu trzeba odwołać się do symboliki. Pierwsza sprawa powinna mieć związek z jakąś powszechnie znaną osobistością, musi być sensacyjna, a także wagi najwyższej! Jakiś przestępca doskonały... albo przeciwnie, ktoś, kto w świadomości społecznej uchodzi za lwa. Głośny pisarz, polityk lub malarz... może nawet członek jakiejś rodziny panującej?

Ktoś z rodziny królewskiej... Spodobała mu się la myśl...

Nie będzie się spieszył. Zaczeka... zaczeka na tę nader ważną sprawę, która zapoczątkuje serię jego dobrowolnych prac.
LEW Z NEMEI

I
- Jest coś ciekawego, panno Lemon? - zapytał rankiem następnego dnia od progu gabinetu.

Miał pełne zaufanie do panny Lemon. Brakowało jej wyobraźni, ale miała intuicję. Wszystko, co uznała za godne uwagi, zwykle okazywało się interesujące. Była urodzoną sekretarką.

- Niewiele, panie Poirot. Tylko jeden list, który, jak sądzę, może pana zainteresować. Położyłam go na samym wierzchu.

- Cóż to za list? - Z zaciekawieniem postąpił krok w przód'.

- Od człowieka, który chce, żeby zajął się pan zniknięciem pekińczyka jego żony.

Poirot zatrzymał się z nogą w powietrzu i rzucił pannie Lemon spojrzenie pełne gorzkiego wyrzutu. Nie zauważyła tego, zajęta pisaniem na maszynie. Pisała z szybkością i precyzją szybkostrzelnego czołgu.

Poirot był wstrząśnięty; wstrząśnięty i rozgoryczony. Panna Lemon, niedościgniona panna Lemon zawiodła go! Pekińczyk. Pe-kiń-czyk! I to po tym, co mu się śniło tej nocy. Kiedy służący przyniósł mu poranną czekoladę, Poirot wychodził właśnie z pałacu Buckingham, gdzie osobiście odbierał wyrazy podziękowania!

Słowa cisnęły mu się na usta - słowa zgryźliwe, uszczypliwe. Nie wypowiedział ich jednak, wiedząc, że panna Lemon i tak nic nie usłyszy poprzez błyskawiczny stukot maszyny.

Chrząknął z niesmakiem i sięgnął po list, leżący na wierzchu stosu z boku jego biurka.

Tak, dokładnie tak, jak mówiła panna Lemon. Adres ze śródmieścia i zwięzłe, suche, niezbyt wyszukane żądanie. Temat - porwanie pekińczyka. Jednego z tych spasionych stworzeń o wyłupiastych oczach, pieszczoszków bogatych dam. Czytając list, Herkules Poirot wykrzywiał usta.

Nic znalazł nic niezwykłego. Nic nieszablonowego, czy... ależ tak, tak, panna Lemon miała jednak rację. Istotnie, jeden szczegół był raczej niezwykły.

Herkules Poirot usiadł. Przeczytał list powoli i dokładnie. Nie takiej sprawy oczekiwał, nie taką sprawę sobie przyrzekł. Nie była to sprawa ważna w żadnym tego słowa znaczeniu, przeciwnie - błaha w najwyższym stopniu. Nie nadawała się - i w tym tkwiło sedno jego zastrzeżeń - na pracę Herkulesa.

Pech chciał, że dręczyła go ciekawość...

O tak, był ciekawy...

Podniósł głos, by panna Lemon mogła dosłyszeć go przez stukot maszyny.

- Niech pani zadzwoni do tego sir Josepha Hoggina - polecił - i umówi mnie z nim na spotkanie w jego biurze, tak jak proponuje.

Jak zwykle, panna Lemon miała rację.


Jestem prostym człowiekiem, panie Poirot oświadczył sir Joseph Hoggin.

Herkules Poirot wykonał prawą ręką dyplomatyczny gest, wyrażający (jak kto woli) podziw dla niezaprzeczalnej wartości kariery sir Josepha lub uznanie dla jego skromności, ale równie dobrze można go było traktować jako pełen wdzięku przejaw odmiennego zdania. W każdym razie gest ten w niczym nie zdradzał prawdziwych uczuć Poirota, który rozmyślał właśnie o tym, że sir Joseph rzeczywiście jest człowiekiem nadzwyczaj prostym (w potocznym tego słowa znaczeniu). Oczy Herkulesa Poirot spoczęły krytycznie na wydatnych szczękach, małych świńskich oczkach, bulwiastym nosie i zaciśniętych wargach. Ogólny obraz przypominał mu coś lub kogoś, ale chwilowo nie mógł sobie tego uprzytomnić. Coś niejasno drgnęło mu w pamięci. Przed laty... w Belgii... z całą pewnością miało to związek z mydłem...

- Ja tam nie stroję żadnych lochów - ciągnął sir Joseph. - Nie owijam w bawełnę. Większość ludzi, panie Poirot, machnęłaby na to ręką. Spisała na straty jak przedawniony dług i zapomniała o tym. Ale to nie w stylu Josepha Hoggina. Jestem bogaty i, że tak się wyrażę, dwieście funtów w te czy wewte to dla mnie nie różnica...

- Gratuluję - .wtrącił żywo Poirot.

- Hę?

Sir Joseph przerwał na chwilę. Jego małe oczka zwęziły się jeszcze bardziej.



- Nie znaczy to, że mam zwyczaj wyrzucać pieniądze w błoto - rzekł ostro. - Jak wymagam, to płacę. Ale płacę cenę rynkową... ani grosza więcej.

- Zdaje pan sobie sprawę, że moje honoraria są wysokie? - powiedział Poirot.

- Tak, naturalnie. Ale ta sprawa - sir Joseph zerknął na niego chytrze - to przecież bagatelka.

Herkules Poirot wzruszył ramionami.

- Ja się nie targuję - oświadczył. - Jestem ekspertem. A usługi eksperta kosztują.

- Wiem, że w tych sprawach jest pan pierwsza klasa - wyznał szczerze sir Joscph. - Popytałem tu i tam i dowiedziałem się, że jest pan najlepszym z najlepszych. Zamierzam dotrzeć do sedna tej historii i grosza nie poskąpię. Właśnie dlatego pana tu wezwałem.

- Ma pan szczęście - rzekł Herkules Poirot.

- Hę? - powtórzył sir Joseph.

- Wyjątkowe szczęście - dorzucił Poirot z naciskiem.

- Osiągnąłem, mogę to powiedzieć bez fałszywej skromności, szczyt kariery. Wkrótce zamierzam się wycofać... zamieszkać na wsi, od czasu do czasu podróżować i zwiedzać świat, a także, być może, zająć się uprawą ogródka... zwłaszcza uszlachetnianiem odmian dyni. To wspaniałe warzywa, tyle że bez smaku. Ale nie w tym rzecz. Chciałem tylko wyjaśnić, że przed wycofaniem się z zawodu muszę jeszcze wykonać pewne zadanie, które sobie narzuciłem. Postanowiłem podjąć się dwunastu spraw, ni mniej, ni więcej. Dobrowolnych "dwunastu prac Herkulesa", jeśli można to tak określić. Pańska sprawa, sir Joseph, będzie jedną z nich. Zafrapowało mnie to, że jest zupełnie niepoważna.

- Poważna? - wtrącił sir Joseph.

- Niepoważna - powiedziałem. Zwracano się do mnie w różnych sprawach - morderstw, tajemniczych zgonów, rozbojów, kradzieży biżuterii... 'Po raz pierwszy jednak mam spożytkować mój talent do wyświetlenia porwania pekińczyka.

Sir Joseph chrząknął.

- Zadziwia mnie pan! - oświadczył. - Sądziłem, że nie może pan opędzić się od kobiet nagabujących pana w sprawie zaginionych psów.

- Słusznie. Ale to jest pierwszy wypadek, kiedy w takiej sprawie zwraca się do mnie mężczyzna!

Małe oczka sir Josepha zwęziły się z uznaniem.

- Zaczynam rozumieć, dlaczego mi pana polecono. Bystry z pana jegomość, panie Poirot.

- Może byłby pan łaskaw podać mi teraz takty - mruknął detektyw. - Pies zniknął... Kiedy?

- Dokładnie tydzień temu.

- Domyślam się, że pańska żona przez cały ten czas szaleje?

Sir Joseph wytrzeszczył oczy.

- Nic pan nie rozumie. Psa zwrócono.

- Zwrócono? A zatem, wybaczy pan, że pytam, do czego jestem panu potrzebny?

Twarz sir Josepha spurpurowiała.

- Bo niech mnie diabli, jeżeli dam się oszwindlować! No, panie Poirot, opowiem to panu po kolei. Psa skradziono tydzień temu... ktoś go buchnął w Kensington Gardens, gdzie dama do towarzystwa mojej żony zabrała go na spacer. Następnego dnia żona dostała list, w którym żądano dwustu funtów. Dwieście funtów, dobre sobie! Za takiego ujadającego zwierzaka, który w dodatku wiecznie włazi pod nogi!

- Naturalnie, odmówił pan zapłacenia takiej sumy - mruknął Poirot.

- Oczywiście... a raczej odmówiłbym, gdybym cokolwiek o tym wiedział! Milly - moja żona - doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nic mi nie powiedziała. Po prostu wysłała pieniądze - w jednofuntowych banknotach, tak jak żądano - pod podany adres.

- I psa zwrócono?

- Tak. Wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi i to bydlątko siedziało na schodach. Poza tym nie było widać żywego ducha.

- Doskonale. Proszę dalej.

- Oczywiście, Milly przyznała się wtedy do tego, co zrobiła, a mnie trochę poniosło. No, ale po chwili ochłonąłem... co się stało, to się stało, a trudno oczekiwać od kobiety, żeby postępowała zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. I pewnie machnąłbym na to ręką, gdybym nie spotkał w klubie starego Samuelsona.

- Tak?


- Do diaska, przecież to jawna granda! Jego spotkało dokładnie to samo. Naciągnęli jego żonę na trzysta funtów! No, tego już było za wiele. Uznałem, że trzeba położyć temu kres i posłałem po pana.

- Czy nie sądzi pan, sir Joseph, że właściwym (i znacznie oszczędniejszym) krokiem byłoby zawiadomienie policji?

Sir Joseph potarł nos.

- Czy jest pan żonaty, panie Poirot? - zapylał.

- Niestety, ominęło mnie to szczęście.

- Hmm - mruknął sir Joscph. - Nie wiem, jak to z tym szczęściem, ale gdyby pan był żonaty, to by pan wiedział, że kobiety to śmieszne istoty. Na pierwszą wzmiankę o policji moja żona dostała ataku histerii... wbiła sobie do głowy, że gdybym się do nich zwrócił, to coś mogłoby się przydarzyć jej bezcennemu Shan Tungowi. Nawet nie chciała o tym słyszeć... prawdę mówiąc, na pomysł zwrócenia się do pana także zareagowała niezbyt przychylnie. Tyle, że tu już nie ustąpiłem i wreszcie zgodziła się. Ale powtarzam - wcale jej się to nie podoba.

- Rozumiem, że sytuacja jest delikatna - mruknął Poirot. - Czy nie byłoby wskazane, żebym sam porozmawiał z pańską małżonką i uzyskał dalsze informacje, a jednocześnie uspokoił ją co do bezpiecznej przyszłości jej psa?

Sir Joseph skinął głową i wstał.

- Zawiozę pana moim samochodem.
II
W wielkim, gorącym i zagraconym salonie siedziały dwie kobiety.

Kiedy sir Joseph wprowadził Herkulesa Poirot, mały pekińczyk rzucił się ku nim, szczekając zawzięcie i niebezpiecznie krążąc wokół nóg detektywa.

- Shan... Shan, wracaj. Wracaj do mamy, skarbie... Panno Carnaby, niech go pani złapie.

Druga kobieta pośpiesznie zerwała się z miejsca.

- Istny lew - mruknął Herkules Poirot.

- Tak, rzeczywiście - przyznała bez tchu pogromczyni Shan Tunga. - To taki dobry stróż. Nikogo i niczego się nic boi. Moje śliczne maleństwo.

Dokonawszy niezbędnej prezentacji, sir Joseph oświadczył:

- No, panie Poirot, to ja już pana zostawiam - po czym szybko skinął głową i opuścił salon.

Lady Hoggin - korpulentna kobieta o farbowanych na rudą włosach - sprawiała wrażenie osoby wielce drażliwej. Jej dama do towarzystwa, rozedrgana panna Carnaby, była pulchną osóbką o miłej powierzchowności, między czterdziestką a pięćdziesiątką. Odnosiła się do lady Hoggin z najgłębszym szacunkiem i najwyraźniej bała się jej panicznie.

- Proszę mi podać, lady Hoggin, wszystkie okoliczności tej ohydnej zbrodni - zagaił Poirot.

Lady Hoggin spłonęła rumieńcem.

- Bardzo mnie cieszy, że pan to mówi, panie Poirot. To rzeczywiście była zbrodnia. Pekińczyki są tak strasznie wrażliwe... wrażliwe jak dzieci. Biedny Shan Tung mógł umrzeć już z samego strachu.

- Tak, to było niegodziwe... niegodziwe! - wtrąciła bez, tchu panna Carnaby. - Proszę mi podać fakty.

- No więc to było tak: panna Carnaby wyszła z Shan Tungiem do parku na spacer...

- O mój Boże, tak, wszystko to moja wina - zakwiliła dama do towarzystwa. - Jak mogłam być tak głupia... tak niedbała...

- Nie chcę pani robić wymówek, panno Carnaby, ale uważam, że mogła pani zachować większą czujność - oświadczyła cierpko lady Hoggin.

Poirot przeniósł wzrok na damę do towarzystwa.

- I co się tam wydarzyło?

Panna Carnaby potoczyście i z lekkim podnieceniem zaczęła zdawać relacje:

- O, to było coś zupełnie niezwykłego! - wybuchnęła. - Przechodziliśmy koło kwietnika - Shan Tung był oczywiście na smyczy, już wcześniej pohasał po trawie - i właśnie kiedy miałam zawrócić do domu, moją uwagę przykuło dziecko w wózku... takie śliczne maleństwo... Uśmiechało się do mnie, miało takie śliczne różowiutkie policzki i takie loczki. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie spytać piastunki o jego wiek... ona na to, że siedemnaście miesięcy... i jestem pewna, że rozmawiałam z nią najwyżej minutę czy dwie, a potem spojrzałam nagle w dół i Shana już nie było. Smycz przecięto...

- Nikomu nic udałoby się podkraść i przeciąć smyczy, gdyby pani należycie wypełniała swoje obowiązki - wtrąciła lady Hoggin.

Wyglądało na to, że panna Carnaby w każdej chwili gotowa jest wybuchnąć płaczem.

- I co było dalej? - zapytał pośpiesznie Poirot.

- Naturalnie, szukałam go. Wszędzie. I wołałam! Pytałam też dozorcy, czy nie widział kogoś niosącego pekińczyka, ale on nikogo takiego nie zauważył... więc nie wiedziałam, co robić... dalej go szukałam, ale w końcu musiałam oczywiście wrócić do domu...

Panna Carnaby urwała raptownie. Poirot wyobrażał sobie doskonale, co działo się po jej powrocie.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna