Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona11/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   19

Poirot szybko rzucił okiem na pozostałą trójkę. Diana sprawnie prowadziła rozmowę, śmiejąc się i przekomarzając z Hughem. Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że tych troje nie ma najmniejszych zmartwień.

- W jakiej postaci przejawia się ten obłęd? - zapytał cicho Poirot.

- Staruszek z czasem stał się dosyć porywczy. Do trzydziestki był w porządku... normalny jak wszyscy. Potem zaczął dziwaczeć. Minęło trochę czasu, zanim ludzie to zauważyli. Potem zaczęły się plotki. Ludzie gadali. Działy się różne rzeczy, które tuszowano. Ale - wzruszył ramionami - stary skończył jako kompletny wariat! O morderczych skłonnościach! Zamknięto go w zakładzie dla umysłowo chorych.

Przerwał, a po chwili dorzucił:

- Zdaje się, że dożył późnej starości... Właśnie tego Hugh się obawia. Dlatego nie chce zasięgnąć porady lekarskiej. Boi się, że go zamkną i że będzie musiał żyć całe lata w czterech ścianach. Trudno mieć mu to za złe. Na jego miejscu czułbym się tak samo.

- A co na to admirał Chandler?

- Kompletnie załamany - odrzekł zwięźle Frobisher.

- Jest bardzo przywiązany do syna?

- To jego oczko w głowie. Widzi pan, jego żona utonęła, kiedy chłopiec miał zaledwie dziesięć lat. Od tej pory żyje wyłącznie dla syna.

- Bardzo kochał żonę?

- Uwielbiał ją. Jak wszyscy. Była.... była jedną z najcudowniejszych kobiet, jakie widziałem. - Zamilkł na chwilę, po czym zapytał gwałtownie: - Chce pan obejrzeć jej portret?

- Z wielką przyjemnością. Frobisher odsunął krzesło i wstał.

- Pokażę panu Poirot kilka rzeczy, Charles - powiedział głośno. - To koneser.

Admirał obojętnie skinął ręką. Frobisher ruszył przez taras, a Poirot poszedł w jego ślady. Wesoła maska spadła na chwilę z twarzy Diany. Dziewczyna spojrzała na detektywa pytająco. Hugh również uniósł głowę i popatrzył na małego człowieczka o wielkich czarnych wąsach.

Poirot wszedł za Frobisherem do domu. Po słonecznym tarasie w nagłym mroku prawie nic nie widział. Uświadomił sobie jednak, że dom pełen jest starych i pięknych przedmiotów.

Pułkownik Frobisher zaprowadził go do sali portretowej. Na wyłożonych boazerią ścianach wisiały podobizny Chandlerów z minionych epok. Twarze poważne i wesołe, mężczyźni w dworskich strojach lub w mundurach marynarki. Kobiety w perłach i atłasach.

Frobisher przystanął przed portretem na samym końcu sali.

- Wyszedł spod pędzla Orpena - burknął.

Patrzyli na wysoką kobietę, której ręka spoczywała na obroży charta. Kobietę o kasztanowych włosach, promieniującą życiem.

- Nie sądzi pan, że chłopak jest do niej podobny jak dwie krople wody? - odezwał się nagle Frobisher.

- Po pewnymi względami, owszem.

- Oczywiście nie jest tak delikatny... tak kobiecy. Jest jej męskim odpowiednikiem. Ale w podstawowym zarysie... - przerwał. - Szkoda, że odziedziczył po Chandlerach akurat tę jedną cechę, bez której mógłby się obyć.

Stali w milczeniu. Otaczała ich melancholijna atmosfera, jak gdyby Chandlerowie minionej epoki wzdychali nad dziedzicznym obciążeniem, które bezlitośnie przekazywali swym potomkom.

Herkules Poirot odwrócił głowę i spojrzał na swego towarzysza. George Frobisher nadal wpatrywał się w piękną kobietę na ścianie.

- Dobrze ją pan znał - odezwał się cicho detektyw.

- Od dziecka - odrzekł pułkownik gwałtownie. - Miała szesnaście lat, kiedy wysłano mnie do Indii jako młodszego oficera. A kiedy wróciłem..., była już żoną Charlesa Chandlera.

- Jego też pan dobrze zna?

- Charles jest jednym z moich najstarszych przyjaciół. To mój najlepszy przyjaciel... od zawsze.

- Często się pan z nimi widywał po ich ślubie?

- Spędzałem tu większość czasu na przepustkach. To dla mnie jakby drugi dom. Charles i Caroline zawsze trzymali tu dla mnie pokój... gotowy na mój przyjazd. Wyprostował ramiona i wojowniczo wysunął głowę do przodu.

- Dlatego tu teraz jestem... na wszelki wypadek. Jeżeli Charles będzie mnie potrzebował, to jestem na miejscu.

I znowu zawisł nad nimi cień tragedii.

- A co pan sądzi... o całej tej sprawie? - zapytał Poirot.

Frobisher stał sztywno z brwiami zwieszonymi nisko nad oczyma.

- Uważam, że im mniej się o tym mówi, tym lepiej. I szczerze mówiąc, nie wiem, co pan ma tu do roboty, panie Poirot. Nie rozumiem, po co Diana tu pana ściągnęła.

- Wie pan o zerwaniu zaręczyn Hugha z Dianą Maberly?

- Tak, wiem o tym.

- A zna pan powody?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo - odparł Frobisher sztywno. - Takie sprawy młodzi ludzie załatwiają między sobą. Nie wtykam nosa gdzie nie trzeba.

- Hugh Chandler powiedział Dianie, że nie powinni się żenić, ponieważ on wpada w obłęd - rzekł Poirot.

Zobaczył, jak z czoła Frobishera spływa strużka potu.

- Czy musimy gadać o tej cholernej sprawie? - warknął pułkownik. - Jak się panu zdaje, co pan może na to poradzić? Hugh postąpił słusznie, biedny chłopak. Nie ma w tym jego winy... to dziedzictwo... skażona krew, mózg... Ale jak miał się zachować, kiedy się o tym dowiedział, jeżeli nie zerwać zaręczyny? To była jedna z tych rzeczy, które po prostu należy zrobić.

- Gdybym tylko mógł mieć pewność...

- Może mi pan wierzyć.

- Ale przecież pan mi nic nie powiedział.

- Powtarzam, że nie chcę rozmawiać na ten temat.

- Dlaczego admirał Chandler zmusił syna do wystąpienia z marynarki?

- Ponieważ było to jedyne wyjście.

- Dlaczego?

Frobisher z uporem potrząsnął głową.

- Czy miało to coś wspólnego z zabiciem owiec? -zapytał cicho Poirot.

- Więc słyszał pan o tym? - warknął gniewnie pułkownik.

- Diana mi powiedziała.

- Byłoby lepiej, gdyby trzymała buzię na kłódkę.

- Nie myślała, że ma to jakiś związek. - Ona nie wie.

- Czego?


Niechętnie, gwałtownie i gniewnie Frobisher wyjaśnił:

- No dobrze, skoro już musi pan wiedzieć... Tamtej nocy Chandler usłyszał jakiś hałas. Pomyślał, że ktoś się włamał do domu. Poszedł to sprawdzić. W pokoju chłopaka paliło się światło. Chandler wszedł. Hugh spał w łóżku, spał jak zabity... w ubraniu. Zakrwawionym ubraniu. Umywalka w pokoju była cała zalana krwią. Ojciec nie mógł go obudzić. Rano dowiedział się, że znaleziono owce z poderżniętymi gardłami. Wypytał Hugha. Chłopak nic o tym nie wiedział. Nie pamiętał, żeby wychodził... a jego buty, stojące przy drzwiach, były całe zabłocone. Nie potrafił wyjaśnić, skąd wzięła się krew w umywalce. Nic nie potrafił wyjaśnić. Biedny chłopak, on po prostu nie wiedział. Charles przyszedł do mnie, pogadać o tym. Co należy zrobić w tej sytuacji? Trzy dni później wszystko się powtórzyło. A potem... sam pan widzi. Chłopak musiał wystąpić ze służby. Tutaj, na miejscu, Charles może go mieć na oku. Nie można było dopuścić do skandalu w marynarce. Tak, to było jedyne wyjście.

- A od tej pory? - spytał Poirot.

- Nic odpowiem więcej na żadne pytanie! - wściekł się Frobisher. - Nie uważa pan, że Hugh wie lepiej, co powinien zrobić?

Herkules Poirot nie odpowiedział. Nigdy nie był skłonny przyznać, że ktokolwiek mógł wiedzieć lepiej niż Herkules Poirot.
III
Wracając do hallu, natknęli się na wchodzącego admirała. Zatrzymał się na chwilę. Jego ciemna sylwetka odcinała się wyraźnie na tle nieba.

- O, tutaj jesteście - odezwał się niskim, ochrypłym głosem. - Poirot, chciałbym zamienić z panem kilka słów. Proszę do mojego gabinetu.

Frobisher wyszedł na dwór, Poirot zaś ruszył za admirałem. Czuł się jak majtek wezwany na pokład rufowy, by się wytłumaczył.

Admirał wskazał Poirotowi jeden z wielkich foteli, sam zaś usiadł w drugim. Podczas rozmowy z Frobisherem detektyw wyczuwał niepokój, nerwowość, irytację... oznaki napięcia psychicznego. Teraz, w obecności admirała, wyczuwał spokojną, pozbawioną nadziei rozpacz...

- Nie mogę odżałować, że Diana wciągnęła pana w tę sprawę - odezwał się Chandler, wzdychając ciężko. - Biedne dziecko, wiem, jakie to dla niej ciężkie. Ale... ale to nasza prywatna tragedia i myślę, że pan zrozumie, panie Poirot, że nie życzymy sobie nikogo z zewnątrz.

- Naturalnie, wiem, co pan czuje.

- Diana, biedne dziecko, nic może w to uwierzyć... Ja sam też początkowo nie wierzyłem. I pewnie nic wierzyłbym do tej pory, gdybym nie wiedział...

Zamilkł.


- Czego?

- Że to jest we krwi. To dziedziczne.

- A jednak zgodził się pan na zaręczyny?

Admirał Chandler zarumienił się.,

- Myśli pan, że wtedy powinienem się wtrącić? Ale nie miałem o tym pojęcia. Hugh jest podobny do matki... nie ma w nim nic, co by przypominało Chandlerów. Miałem nadzieję, że wrodził się w nią całkowicie. Aż do tej pory nie wykazywał żadnych oznak nienormalności. Nie wiedziałem... do diabla, w końcu w każdej starej rodzinie można znaleźć ślady lekkiego obłędu!

- .Nie konsultował się pan z lekarzem? - zapytał cicho Poirot.

- Nie, i nie mam zamiaru! - rykną Chandler. - Tutaj, ze mną, chłopiec jest bezpieczny! Nie zanikną go w czterech ścianach jak jakieś dzikie zwierze...

- Powiada pan, że on jest bezpieczny. Ale inni? Czy inni też są bezpieczni?

- Co pan ma na myśli?

Poirot nie odpowiedział. Spoglądał wprost w smutne, ciemne oczy admirała.

- Obsesja zawodowa - powiedział Chandler z goryczą. - Pan szuka przestępcy! Ale mój syn nie jest przestępcą, panie Poirot.

- Jeszcze nie.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- To przybiera na sile... Te owce...

- Kto panu powiedział o owcach?

- Diana Maberly. I pański przyjaciel, pułkownik Frobisher.

- George lepiej by zrobił, gdyby trzymał buzie na kłódkę.

- To pański stary przyjaciel, dobrze mówię?

- Mój najlepszy przyjaciel - warknął admirał.

- I był także przyjacielem... pańskiej żony?

Chandler uśmiechnął się.

- Tak. Wydaje mi się, że George kochał się w Caroline, kiedy była dzieckiem. Nigdy się nie ożenił. Myślę, że to właśnie dlatego. Ano, to mnie się poszczęściło... a w każdym razie tak mi się zdawało. Zabrałem ją... po to tylko, żeby ją stracić.

Westchnął i zgarbił się.

- Czy pułkownik Frobisher był razem z panem, kiedy pańska żona... utonęła? - zapytał Poirot.

Chandler skinął głową.

- Tak, kiedy to się zdarzyło, był z nami w Kornwalii. Ona wypłynęła ze mną łodzią... a on tego dnia został w domu. Do tej pory nic rozumiem, jak to się stało, że łódź się wywróciła... Musiał powstać jakiś nagły przeciek. Byliśmy na środku zatoki. Fala była duża. Podtrzymywałem ją do ostatka... - Głos mu się załamał. - Dwa dni później morze wyrzuciło jej zwłoki. Bogu dzięki, że nie zabraliśmy ze sobą małego Hugha! Tak przynajmniej wtedy myślałem. Teraz jednak... kto wie, czy nie byłoby lepiej, gdyby wtedy popłynął z nami. Wszystko skończyłoby się raz na zawsze.

Znów westchnął - głęboko, beznadziejnie.

- Jesteśmy ostatnimi z Chandlerów, panie Poirot. Po nas nie będzie już więcej Chandlerów w Lyde. Gdy Hugh zaręczył się z Dianą, miałem nadzieję... a, nie ma o czym mówić. Bogu dzięki, że się nie pobrali. To wszystko, co miałem do powiedzenia!


IV
Herkules Poirot siedział na krześle w ogrodzie różanym. Obok siebie miał Hugha Chandlera. Diana Maberly właśnie zostawiła ich samych.

Młody człowiek zwrócił przystojną, choć wymizerowaną twarz w stronę detektywa.

- Pan ją musi przekonać, panie Poirot - powiedział.

Zamilkł na chwilę.

- Widzi pan, Diana nie zrezygnuje - ciągnął po pewnym czasie. - Nie podda się. Nie pogodzi się z tym, z czym i tak będzie musiała się pogodzić. Ona... ona nadal wierzy, że... że jestem zdrowy.

- Podczas gdy pan jest zupełnie pewien, że - wybaczy pan - jest pan nienormalny?

Młody człowiek skrzywił się.

- Właściwie to jeszcze nic jestem zupełnie obłąkany... ale to się pogarsza. Diana nic o tym nie wie, Bogu dzięki. Widuje mnie tylko, kiedy jestem... zdrowy.

- A kiedy nie jest pan zdrowy... co wtedy?

Hugh Chandler odetchnął głęboko.

- Po pierwsze, śnię. A kiedy śnię, jestem szalony. Zeszłej nocy, na przykład, wcale nie byłem człowiekiem. Najpierw byłem bykiem... rozszalałym bykiem, pędzącym w promieniach słońca, smakującym pył i krew, pył i krew... A potem byłem psem... wielkim, śliniącym się psem. Miałem wodowstręt... dzieci rozbiegały się na mój widok, mężczyźni próbowali mnie zastrzelić... Ktoś podsunął mi wielką miskę wody, a ja nie mogłem pić. Nie mogłem pić!

Przerwał.

- Obudziłem się. I wiedziałem, że to prawda. Podszedłem do umywalki. Usta miałem spieczone, spieczone i suche. Chciałem pić. Ale nie mogłem, panie Poirot... Nie mogłem nic przełknąć... Boże jedyny, nie byłem w stanie się napić!

Herkules Poirot pomrukiwał łagodnie. Hugh Chandler, zaciskając ręce na kolanach, mówił dalej. Wysunął głowę do przodu i przymknął oczy, jak gdyby zobaczył, że ktoś na niego naciera.

- Poza tym są nie tylko sny. Rzeczy, które widzę na jawie. Widma, przerażające zwidy. Szczerzą się do mnie. A czasami potrafię latać, mogę wyfrunąć z łóżka i lecieć z wiatrem... w towarzystwie diabłów!

- No, no - mruknął detektyw z łagodną dezaprobatą.

Hugh Chandler odwrócił się do niego.

- Nie ma najmniejszych wątpliwości. To jest we krwi. To moje rodowe dziedzictwo. Nie mogę od niego uciec. Bogu dzięki, że odkryłem to w samą porę! Zanim ożeniłem się z Dianą. Gdybyśmy tak mieli dziecko i przekazali mu tę straszną cechę!

Oparł dłoń na ramieniu Poirota.

- Pan ją musi przekonać. Musi pan jej powiedzieć. Ona musi zapomnieć. Musi. Znajdzie sobie z czasem kogo innego. Na przykład Steve Graham... ma bzika na jej punkcie, a to dobry chłopak. Byłaby z nim szczęśliwa... i bezpieczna. Chcę, żeby była szczęśliwa. Graham jest trudny, ale jak ja odejdę, będzie im się dobrze powodziło.

- A to dlaczego będzie im dobrze, jak pan odejdzie? - przerwał mu Herkules Poirot.

Hugh Chandler uśmiechnął się łagodnym, uroczym uśmiechem.

- Dzięki pieniądzom mojej matki. Odziedziczyła duży spadek, który dostał się mnie. Wszystko to zapisałem Dianie.

Herkules Poirot odchylił się na krześle.

- Ach tak? - bąknął. Po chwili odezwał się: - Ale pan może doczekać późnej starości, panie Chandler.

Hugh Chandler potrząsnął głową.

- Nie, panie Poirot - zaprzeczył stanowczo. - Nie mam zamiaru doczekać starości.

Nagle wzruszył ramionami i odsunął się.

- Mój Boże! Niech pan patrzy! - Wpatrywał się w punkt za ramieniem Poirota. - Tam... stoi koło pana... szkielet... potrząsa kośćmi. Woła mnie... przyzywa...

Jego oczy, z .nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami, spoglądały na słońce. Nagle przechylił się, jak gdyby miał się przewrócić.

Po chwili odezwał się niemal dziecinnym głosem:

- Pan nic nie widział...?

Herkules Poirot potrząsnął głową powoli.

- To mi nie przeszkadza... te zwidy - powiedział Hugh ochryple. - Boję się tylko krwi. Krew w moim pokoju... na moich ubraniach.... Mieliśmy papugę. Pewnego dnia zobaczyłem ją w moim pokoju... z poderżniętym gardłem! A ja leżałem na łóżku, z brzytwą w ręku i dłonią mokrą od krwi!

Nachylił się ku Poirotowi.

- Nawet ostatnio ginęły różne zwierzęta - szepnął. - W okolicy... w wiosce, na nizinie. Owce, młode jagnięta, owczarki collie. Ojciec zamyka mnie na noc, ale czasami... czasami drzwi są rano otwarte. Pewnie mam gdzieś ukryty klucz, ale nie wiem, gdzie go schowałem. Po prostu nie wiem. To nie ja robię to wszystko... to ktoś, kto wciela się we mnie, kto mną zawładnął, kto przemienia mnie z człowieka w rozszalałego .potwora, żądnego krwi i nie znoszącego wody...

Nagle ukrył twarz w dłoniach.

Po dłuższej chwili Poirot odezwał się: - Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego nie skontaktował się pan z lekarzem?

Hugh Chandler potrząsnął głową.

- Naprawdę pan nie rozumie? Fizycznie jestem silny. Silny jak byk. Mógłbym żyć całe lata... zamknięty w czterech ścianach! Tego nie zniosę! Lepiej będzie odejść... na zawsze. Wie pan, są na to sposoby... Wypadek przy czyszczeniu broni, coś w tym stylu. Diana zrozumie... wolę usunąć się sam, na swój sposób!

Spojrzał wyzywająco na Poirota, lecz detektyw nie podjął wyzwania. Zamiast tego zapytał sucho:

- Co pan jada i pija?

Hugh Chandler, zaniósł się śmiechem odrzucając głowę do tyłu.

- Koszmary z powodu niestrawności? To ma pan na myśli?

Ale Poirot powtórzył tylko łagodnie:

- Co pan jada i pija?

- To samo co wszyscy.

- Żadnych lekarstw? Pigułek? Proszków?

- Ależ nie. Czy sądzi pan, że jakiekolwiek proszki uwolnią mnie od kłopotów? - Zacytował drwiąco: - "Czy możesz wyleczyć umysł obłąkany?"

- Właśnie próbuję - odparł sucho Poirot. - Czy ktoś w tym domu choruje na oczy?

Hugh Chandler wlepił w niego wzrok.

- Ojciec ma kłopoty z oczami. Bardzo często musi chodzić do okulisty.

- Ach tak? - Detektyw pogrążył się w zadumie. Po chwili spytał: - Pułkownik Frobisher zdaje się spędził wiele lat w Indiach?

- Tak, służył tam w wojsku. Tęskni za Indiami... Często o nich opowiada... o tradycjach krajowców i tak dalej.

- Ach tak? - mruknął znowu Poirot. Nagle zauważył: - Widzę, że skaleczył się pan w brodę..

Hugh uniósł ręce do twarzy.

- Tak, paskudna rana. Ojciec zaskoczył mnie kiedyś przy goleniu. Wie pan, ostatnio jestem trochę nerwowy. W dodatku na brodzie i szyi wyskoczyła mi wysypka, a to utrudnia golenie.

- Powinien pan używać kremu - poradził detektyw.

- A tak, używam. Dostałem go od wujka George'a.

Roześmiał się nagle.

- Prowadzimy rozmowę jak w damskim salonie piękności. Płyny do płukania włosów, kremy, proszki, kłopoty z oczami. Do czego to wszystko prowadzi? Do czego pan zmierza, panie Poirot?

- Staram się uczynić co w mojej mocy dla dobra Diany Maberly - odpowiedział detektyw spokojnie.

Nastrój młodego człowieka zmienił się raptownie. Jego twarz spoważniała. Oparł dłoń na ramieniu Poirota.

- Tak, niech pan zrobi dla niej, co w pańskiej mocy. Niech pan jej powie, żeby zapomniała. Niech pan jej powie, że nadzieja nie ma sensu... Niech pan jej powie to, co ja panu powiedziałem... Niech pan jej... och, na miłość boską, niech pan jej powie, żeby trzymała się z dala ode mnie! To jedyne, co może dla mnie zrobić, trzymać się z dala... i próbować zapomnieć!


V
- Czy jest pani dzielna, mademoiselle? Bardzo dzielna? Musi się pani zdobyć na odwagę.

- A więc to prawda! - krzyknęła ostro Diana. - To prawda? Jest obłąkany?

- Nie jestem psychiatrą, mademoiselle - odparł Poirot. - Nie mnie osądzać, kto jest normalny, a kto nie.

Zbliżyła się do niego.

- Admirał Chandler uważa, że on jest nienormalny. George Frobisher uważa tak samo. Nawet sam Hugh tak myśli...

Poirot przyglądał się jej.

- A pani, mademoiselle?

- Ja? Ja twierdzę, że nie! Właśnie dlatego... Przerwała.

- Właśnie dlatego zwróciła się pani do mnie?

- Tak. Czy mogłabym mieć w tym jakiś inny cel?

- Zadaję sobie to samo pytanie, mademoiselle - rzekł detektyw.

- Nie rozumiem pana.

- Kim jest Stephen Graham? Wybałuszyła oczy.

- Stephen Graham? To... to nikt.

Chwyciła go za ramię.

- Co pan zamierza? O czym pan myśli? Stoi pan sobie ukryty za tymi swoimi wielkimi wąsami, mruży pan oczy przed słońcem i nic pan nie mówi. Boję się przez pana... okropnie się boję. Dlaczego się boję przez pana?

- Może dlatego, że ja sam też się boję - powiedział Poirot.

Szeroko otwarte, ciemnozielone oczy wpatrywały się w niego.

- Czego pan się boi? - wyszeptała. Herkules Poirot westchnął głęboko.

- O wiele łatwiej jest złapać mordercę niż zapobiec morderstwu - oświadczył.

- Morderstwu? - krzyknęła. - Proszę nie wymawiać tego słowa!

- A jednak muszę je wymawiać - rzekł detektyw. Nagle zmienił ton, mówiąc szybko i autorytatywnie: - Mademoiselle, pani i ja musimy spędzić tę noc w Lyde Manor. To konieczne. Spodziewam się, że potrafi to pani zorganizować. A więc?

- Tak, myślę, że to możliwe. Ale dlaczego...

- Dlatego, że nie ma czasu do stracenia. Powiedziała pani, że jest pani odważna. Proszę to teraz udowodnić. Niech pani robi, co mówię i nie zadaje pytań.

Skinęła głową bez słowa i odwróciła się.

Po chwili Poirot ruszył za nią do domu. Z biblioteki doleciał go jej głos i głosy trzech mężczyzn. Wszedł na szerokie schody. Na piętrze nie było nikogo.

Bez trudu znalazł pokój Hugha Chandlera. W rogu stała umywalka z zimną i gorącą wodą. Nad nią, na szklanej półce, leżały rozmaite tubki, flakony, buteleczki.

Herkules Poirot szybko i sprawnie wziął się do roboty...

To, co miał do załatwienia, nie zabrało mu wiele czasu. Kiedy Diana, zarumieniona i w wojowniczym nastroju, wyszła z biblioteki, detektyw był już z powrotem w hallu.

- Załatwione - powiedziała.

Admirał Chandler zaciągnął Poirota do biblioteki i zamknął drzwi.

- Niech pan posłucha, panie Poirot - rzekł. - Nie podoba mi się to.

- Co się panu nie podoba, admirale?

- Diana nalegała, żebyście mogli tu spędzić noc, pan i ona. Nie chciałbym być niegościnny...

- To nie jest kwestia gościnności. - Powtarzam, nie chciałbym być niegościnny, ale szczerze mówiąc, panie Poirot, nie podoba mi się to. Nie... nie życzę sobie tego. Nie rozumiem też powodu. Co nam to może dać?

- Powiedzmy, że to tylko eksperyment.

- Jaki znów eksperyment?

- Za pozwoleniem, to już moja sprawa.

- Niech pan posłucha, panie Poirot, po pierwsze wcale tu pana nie zapraszałem...

- Niech mi pan wierzy, admirale - przerwał mu Poirot - w zupełności rozumiem i podzielam pańskie stanowisko. Znalazłem się tu tylko wyłącznie na skutek nalegań pewnej zakochanej dziewczyny. Powiedział mi pan to i owo. Pułkownik Frobisher też mi co nieco powiedział. No i sam Hugh. A teraz... chciałbym się przekonać na własne oczy.

- Tak, ale przekonać o czym? Mówię panu, tu nie ma nic do oglądania! Codziennie zamykam Hugha na noc i to wszystko!

- A jednak... Hugh powiedział mi, że czasami drzwi rano są otwarte.

- A to co znowu?

- Pan nie zauważył, że drzwi bywają otwarte?

Chandler zmarszczył brwi.

- Zawsze byłem przekonany, że to George je otwiera... co pan ma właściwie na myśli?

- Gdzie pan zostawia klucz? W zamku?

- Nie, zostawiam go na biurku w korytarzu. Rano ja, George albo Withers, nasz lokaj, zabieramy go stamtąd. Withersowi powiedzieliśmy, że to dlatego, że Hugh spaceruje we śnie... Podejrzewam, że on wie więcej, ale to wierny sługa, jest u mnie od lat.

- Czy jest drugi klucz?

- Nic o tym nie wiem.

- Ktoś mógł go dorobić.

- Ale kto?

- Pański syn uważa, że to on sam go gdzieś schował, chociaż nie pamięta tego po przebudzeniu.

- Nie podoba mi się to, Charles - odezwał się z drugiego końca pokoju pułkownik Frobisher. - Dziewczyna...

- Właśnie o tym samym myślałem - wtrącił szybko admirał. - Dziewczyna nie powinna tu z panem wracać. Jeśli już pan chce, to niech pan przyjedzie sam.

- Dlaczego nie chce pan, żeby panna Maberly spędziła tu noc? - spytał Poirot.

- Za duże ryzyko - odpowiedział cicho Frobisher -W takich przypadkach...

Przerwał.

- Hugh ją kocha... - rzekł Poirot.

- Właśnie o to chodzi! - zawołał Chandler. - Człowieku, przecież z nienormalnymi wszystko jest na bakier. Hugh dobrze o tym wie. Diana nie może tu przyjść.

- Jeśli o to chodzi, to ona sama powinna podjąć decyzję - powiedział Poirot.

Wyszedł z biblioteki. Diana czekała już na niego w samochodzie.

- Zabierzemy tylko parę drobiazgów potrzebnych na noc i wrócimy na kolację - zawołała.

Po drodze Poirot powtórzył jej przebieg rozmowy z admirałem i pułkownikiem. Dziewczyna zaśmiała się pogardliwie.

- Oni myślą, że Hugh mógłby mnie skrzywdzić? Zamiast odpowiedzi Poirot zapytał, czy mogłaby się zatrzymać w wiosce przed apteką. Wyjaśnił, że zapomniał spakować szczoteczkę do zębów.

Apteka mieściła się w połowie długości spokojnej wiejskiej uliczki. Diana czekała na detektywa w samochodzie. Uderzyło ją, że Herkules Poirot wyjątkowo długo zastanawia się nad wyborem szczoteczki do zębów...

1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   19


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna