Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona12/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   19

VI
Herkules Poirot siedział w wielkiej sypialni, przeładowanej masywnymi dębowymi meblami z epoki elżbietańskiej. Czekał. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko czekać. Wszystko inne było już przygotowane.

Wezwanie nadeszło dopiero nad ranem.

Na dźwięk kroków Poirot przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. Korytarzem szło dwóch mężczyzn w średnim wieku. Twarz admirała była poważna i zasępiona, pułkownika zaś roztrzęsiona i rozedrgana.

- Pozwoli pan z nami, panie Poirot? - odezwał się Chandler.

Przed drzwiami sypialni Diany Maberly leżała na podłodze skurczona postać. Światło padało na zmierzwione włosy i ogorzałą twarz. Hugh Chandler leżał oddychając chrapliwie. Był w szlafroku i pantoflach. W prawej ręce ściskał zakrzywiony, błyszczący nóż. Ale nie całe ostrze błyszczało - tu i ówdzie zaciemniały je lśniące czerwone plamy.

- Mon Dieu! - zawołał cicho Poirot.

- Nic jej się nie stało - rzekł ostro Frobishcr. - On jej nie tknął. - Podniósł głos. - Diana! Wpuść nas! Otwórz drzwi!

Poirot usłyszał, jak admirał jęczy i mamrocze ledwie dosłyszalnie:

- Moje dziecko. Moje biedne dziecko...

Rozległ się dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Otworzyły się drzwi i stanęła w nich Diana. Twarz miała bladą jak kreda.

- Co się stało? - wyjąkała. - Ktoś... próbował wejść... słyszałam... jak maca drzwi... klamkę... drapie futryny... To było straszne! Jak zwierzę...

- Bogu dzięki, że drzwi były zamknięte! - powiedział ostro Frobisher.

- Pan Poirot kazał mi je zamknąć.

- Wnieście go do pokoju - polecił detektyw.

Dwaj mężczyźni nachylili się i podnieśli nieprzytomnego. Diana gwałtownie zaczerpnęła powietrza, kiedy mijali ją w drzwiach.

- Hugh? Czy to Hugh? Co... co on ma na rękach? Dłonie młodego Chandlera były lepkie i ciemne od brunatnoczerwonych plam.

- Czy to krew? - szepnęła Diana.

Poirot spojrzał pytająco na obu mężczyzn. Admirał skinął głową i powiedział:

- Ale nie ludzka, Bogu dzięki! Kocia! Leży na dole w hallu, z poderżniętym gardłem. Potem Hugh musiał przyjść tutaj.

- Tutaj! - powtórzyła Diana ochrypłym ze strachu głosem. - Do mnie?

Mężczyzna na krześle wstrząsnął się, mruknął coś. Patrzyli na niego zafascynowani. Hugh Chandler usiadł i zamrugał.

- Cześć - rzucił otępiałym, zachrypniętym głosem. - Co się stało? Dlaczego jestem...

Przerwał. Wpatrywał się w nóż, który wciąż ściskał w ręku.

- Co zrobiłem? - zapytał powoli.

Jego oczy przesuwały się z jednej postaci na drugą. Wreszcie zatrzymały się na Dianie, która stała skulona koło ściany. - Czy napadłem Dianę? - zapytał spokojnie. Jego ojciec potrząsnął głową.

- Powiedzcie mi, co się stało - nalegał Hugh. - Muszę wiedzieć!

Powiedzieli mu... niechętnie, z wahaniem. Zmusiła ich do tego jego spokojna perswazja.

Za oknem stawał świt. Herkules Poirot odsunął zasłony. Poranne słońce zajrzało do pokoju.

Hugh Chandler miał twarz spokojną, a głos pewny.

- Rozumiem - powiedział tylko.

Wstał. Uśmiechnął się i przeciągnął, a jego głos nadal był całkiem naturalny, kiedy odezwał się po chwili:

- Piękny dziś dzień, prawda? Chyba wybiorę się do lasu, może upoluję królika.

Wyszedł z pokoju. Admirał chciał rzucić się za nim, lecz Frobisher złapał go za ramię.

- Nie, Charles, nie. To najlepsze wyjście... przynajmniej dla niego.

Diana szlochając opadła na łóżko.

- Masz rację George - przyznał admirał niepewnie. - Masz rację, wiem o tym. Chłopak ma nerwy...

- To mężczyzna - skwitował Frobisher załamanym głosem.

Zapadła cisza. Po pewnym czasie admirał odezwał się:

- Do diabła, a gdzie ten przeklęty cudzoziemiec?
VII
W magazynie broni Hugh Chandler zdjął strzelbę ze stojaka i właśnie ją ładował, kiedy Herkules Poirot oparł mu dłoń na ramieniu.

Detektyw wyrzekł tylko jedno słowo, za to zadziwiająco autorytatywnie:

- Nie!

Hugh Chandler spojrzał na niego.



- Zabierz pan te ręce - warknął grubym, gniewnym głosem. - Nie wtrącaj się pan. Mówiłem już, będzie wypadek. To jedyne wyjście.

- Nie! - powtórzył Herkules Poirot.

- Nie rozumie pan, że gdyby przypadkiem drzwi Diany nie były zamknięte, to poderżnąłbym jej gardło... Dianie! Tym nożem!

- Nie, nie rozumiem. Pan by nie zabił panny Maberly.

- Ale kota zabiłem, może nie?

- Nie, nie zabił pan kota. Nie zabił pan papugi. Owiec też pan nie zabił.

Hugh wybałuszył na niego oczy.

- Kto tu jest nienormalny, pan czy ja? - spytał ostro.

- Żaden z nas - odparł detektyw.

.W tej samej chwili do pokoju wszedł admirał Chandler i pułkownik Frobisher. Za nimi szła Diana.

- Ten facet mówi, że nie jestem wariat! - powiedział Hugh słabym, oszołomionym głosem.

- Mam przyjemność powiadomić pana, że jest pan najzupełniej zdrowy - oświadczył Herkules Poirot.

Hugh roześmiał się. Był to śmiech, jakim w powszechnym mniemaniu śmieją się obłąkani.

- Dobre sobie! Podcinanie gardeł owcom i innym zwierzętom to pewnie oznaka zdrowotności, co? Byłem zdrowy, kiedy zabiłem tamtą papugę? I tego kota dziś w nocy?

- Powtarzam, że nie zabił pan owiec... ani papugi czy też kota.

- Więc kto?

- Ktoś, kto z całego serca pragnie udowodnić, że jest pan obłąkany! Za każdym razem podawano panu silny środek nasenny i wciskano panu do ręki zakrwawiony nóż albo brzytwę. Kto inny myl zakrwawione ręce w pańskiej umywalce.

- Ale w jakim celu?

- W takim, żeby zrobił pan dokładnie to, przed czym pana powstrzymałem.

Hugh wytrzeszczył oczy. Poirot zwrócił się do pułkownika Frobishera:

- Pułkowniku, wiele lat spędził pan w Indiach. Czy nigdy nie spotkał się pan z przypadkiem doprowadzenia człowieka do obłędu na skutek podawania mu lekarstw?

Twarz pułkownika rozchmurzyła się.

- Sam nigdy się z tym nie zetknąłem, ale słyszałem o tym dość często. Zatrucie bieluniem. Człowiek popada w obłęd.

- Otóż to. Aktywny składnik bielunia to związek bardzo zbliżony do alkaloidu zwanego atropiną... który można otrzymać także z belladonny, zwanej również wilczą jagodą. Preparaty z belladonny są dosyć powszechne, natomiast sulfat atropiny często przepisuje się jako lekarstwo na oczy. Powielając recepty i dając lek do sporządzenia w coraz to innych aptekach, można zgromadzić spory jego zapas bez wzbudzania podejrzeń. Następnie z lekarstwa można wyizolować czysty alkaloid i przyprawić nim, dajmy na to, krem do golenia. Stosowanie takiego kremu szybko doprowadzi do wysypki, która utrudni golenie się, w następstwie czego środek ten będzie systematycznie wprowadzany do organizmu. Wynikiem będą charakterystyczne objawy - suchość w ustach i gardle, trudności z przełykaniem, halucynacje, rozdwojenie wzroku - jednym słowem wszystkie te objawy, które zaobserwowano u pana Chandlera.

Odwrócił się do młodego człowieka.

- Aby usunąć ostatni cień podejrzenia, powiem panu, że to nie są przypuszczenia, lecz fakt. Pański krem do golenia zawiera pokaźną domieszkę sulfatu atropiny. Pobrałem z niego próbkę i dałem do zbadania.

- Kto to zrobił? - zapytał Hugh, blady i roztrzęsiony,

- Po co?


- Właśnie na to pytanie szukałem odpowiedzi od samego przyjazdu - oświadczył Poirot. - Szukałem motywu morderstwa. Finansowo na pańskiej śmierci zyskiwała Diana Maberly, ale jej nie brałem na serio pod uwagę...

- Mam nadzieję! - warknął Hugh.

- Wyobraziłem więc sobie następny możliwy do przyjęcia motyw. Odwieczny trójkąt: dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Pułkownik Frobisher kochał pańską matkę, admirał Chandler się z nią ożenił.

- George? - zawołał admirał. - George?! Nie wierzę,

- Myśli pan, że nienawiść może przejść aż na syna? - zapytał Hugh z niedowierzaniem.

- W pewnych okolicznościach, owszem - odparł Poirot.

- To wierutne kłamstwo! - krzyknął Frobisher. - Nie wierz mu, Charles!

Chandler odsunął się od niego.

- Bieluń - mruknął do siebie. - Indie... tak, teraz rozumiem. A my ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy że to trucizna... wiedząc o przypadkach obłędu w rodzinie...

- Mais oui!* - zawołał Herkules Poirot wysokim ostrym głosem. Obłęd w rodzinie. Szaleniec, owładnięty żądzą zemsty, przebiegły jak tylko szaleńcy być potrafią ukrywający swój obłęd przez całe lata. - Okręcił się na pięcie do Frobishera. - Mon Dieu, musiał pan chyba wiedzieć, podejrzewać, że Hugh jest pańskim synem? Dlaczego mu pan tego nie powiedział? Frobisher zająknął się, przełknął ślinę.

- Nie wiedziałem. Nie byłem pewny... Widzi pan, Caroline przyszła kiedyś do mojego pokoju... była czymś śmiertelnie przerażona... miała poważne kłopoty. Nie wiem, nigdy się nie dowiedziałem, o co wtedy chodziło. Ona i ja... straciliśmy głowę. Natychmiast potem wyjechałem... to było jedyne wyjście, oboje o tym wiedzieliśmy. Ja... zastanawiałem się nad tym, ale nie byłem pewny. Caroline nigdy nie dała mi poznać, że Hugh jest moim synem. A potem, kiedy... kiedy ujawnił się ten obłęd, uznałem, że wszystko jest jasne.

- Tak, wszystko jasne! - rzekł Poirot. - Nie mógł pan zauważyć, jak Hugh wysuwa głowę do przodu i opuszcza brwi na oczy... co odziedziczył po panu. Ale Charles Chandler to zauważył! Zauważył to już przed wielu laty... i zmusił żonę, by wyznała mu prawdę. Myślę, że się go bała... zauważyła oznaki szaleństwa i to ją popchnęło w pańskie ramiona... w ramiona pana, którego zawsze kochała. Charles Chandler obmyślił zemstę. Nastąpił wypadek, w wyniku którego jego żona utopiła się. Wypłynęli wtedy sami, ale on wie, jak doszło do tego wypadku. Potem skierował swą nienawiść ku chłopcu, który nosił jego nazwisko, ale który nie był jego synem. Pańskie opowieści o Indiach podsunęły mu pomysł z bieluniem. Hugh miał być stopniowo doprowadzony do szaleństwa. Doprowadzony do takiego stanu, żeby sam odebrał sobie życie. To admirał, nie Hugh, był żądny krwi. To Charles Chandler podcinał owcom gardła na pastwiskach. Ale to Hugh miał ponieść karę!

Wie pan, kiedy nabrałem podejrzeń? Kiedy admirał Chandler tak się sprzeciwił wizycie syna u lekarza. Obiekcje Hugha były naturalne. Ale ojciec! Przecież mogła istnieć kuracja, która uratowałaby jego syna... było tysiąc i jeden powodów, dla których powinien zasięgnąć porady lekarskiej. Ale nie, on nie mógł dopuścić, żeby lekarz zbadał Hugha... bo mógłby odkryć, że Hugh jest zdrowy!

- Zdrowy... - powtórzył Hugh spokojnie - Jestem zdrowy?

Zbliżył się do Diany.

- Jesteś zdrów jak ryba - burknął pułkownik Frobisher. - W naszej rodzinie nie ma obłędu.

- Hugh - szepnęła Diana.

Admirał Chandler podniósł strzelbę syna.

- Bzdury! - oświadczył. - Idę zapolować na królika. Frobisher ruszył ku niemu, lecz powstrzymała go dłoń Poirota.

- Sam pan przed chwilą powiedział... to najlepsze wyjście.

Hugh i Diana wyszli z pokoju. Dwaj mężczyźni, Anglik i Belg, patrzyli, jak ostatni z Chandlerów przemierza park i niknie w lesie. Po chwili usłyszeli strzał.
KLACZE DIOMEDESA

I
Zadzwonił telefon.

- Halo, Poirot, to pan?

Herkules Poirot rozpoznał głos młodego doktora Stoddarta. Lubił Michaela Stoddarta i jego nieśmiały, przyjacielski uśmiech. Bawiło go naiwne zainteresowanie doktora zbrodnią, ale poważał go jako pracowitego i zdolnego fachowca.

- Nie chciałbym sprawiać panu kłopotu... - bąknął Stoddart i zawahał się.

- Ale coś sprawia kłopot panu? - podsunął detektyw przenikliwie.

- Otóż to. - W głosie doktora zabrzmiała ulga. - Trafił pan w dziesiątkę!

- Eh bien, cóż mogę dla pana zrobić, przyjacielu?

Widać było, że Stoddartowi brakuje pewności siebie.

Odpowiadając, zaczął się nieco jąkać.

- Uważam, że to straszliwy nietakt, prosić, żeby pan do mnie zajrzał o tak późnej porze... Ale wpadłem w t-t-tarapaty.

- Oczywiście, że przyjadę. Do pańskiego domu?

- Nie... właściwie to jestem teraz w jednym z bloków na tyłach mojego domu. Conningby Mews, numer siedemnaście. Naprawdę mógłby pan przyjść? Moja wdzięczność nie miałaby granic.

- Wyruszam natychmiast - odparł Herkules Poirot.


II
Herkules Poirot szedł wzdłuż ciemnych bloków, patrząc na numery domów. Było już po pierwszej w nocy i wyglądało na to, że większość mieszkańców poszła spać, choć w jednym czy dwóch oknach paliło się jeszcze światło.

Kiedy doszedł do numeru siedemnastego, drzwi domu otworzyły się i stanął w nich doktor Stoddart.

- Jest pan! - powiedział. - Proszę do środka. Małe, przypominające drabinę schody prowadziły na piętro, gdzie po prawej stronie znajdował się przestronny pokój. Na jego wyposażenie składały się kozetki, dywany, trójkątne srebrne poduszki oraz liczne butelki i szklanki.

Wszędzie panował nieład, dokoła walały się niedopałki papierosów i potłuczone kieliszki.

- Ha! - wyrzekł Herkules Poirot. - Mon cher Watson, dedukuję, że odbyło się tu przyjęcie!

- I owszem, było tu przyjęcie - przyznał Stoddart ponuro. - I to jakie!

- Czyli pan w nim nie uczestniczył?

- Nie, sprowadziły mnie tutaj wyłącznie sprawy zawodowe.

- A cóż się stało?

- Ten dom jest własnością kobiety nazwiskiem Patience Grace... pani Patience Grace - zaczął Stoddart.

- Imię i nazwisko nie pozbawione staroświeckiego uroku - wtrącił Poirot.

- Pani Grace nie jest ani urokliwa, ani staroświecka. Na swój sposób jest nawet przystojna. Zmieniła już kilku mężów, a obecnie nosi się z przyjacielem, którego podejrzewa, że chce ją porzucić. Przyjęcie rozpoczęło się od alkoholu, a skończyło na narkotykach... konkretnie na kokainie. Po kokainie człowiek czuje się początkowo wspaniale, wszystko wokół jest piękne. Wydaje się, że można przenosić góry. Zażycie nadmiernej dawki powoduje gwałtowne podniecenie, halucynacje i ostatecznie delirium. Pani Grace pokłóciła się ze swoim przyjacielem, antypatycznym osobnikiem o nazwisku Hawker, w wyniku czego zerwał z nią natychmiast i wyszedł. Ona zaś wychyliła się z okna i na chybił-trafił strzeliła do niego z fabrycznie nowego rewolweru, który dostała od jakiegoś półgłówka.

Herkules Poirot uniósł brwi.

- Trafiła go?

- Gdzie tam! Chybiła o dobre kilka jardów. Trafiła za to jakiegoś pechowego włóczęgę, który akurat grzebał na ulicy w pojemnikach na śmieci. Dostał w mięsień ramienia. Naturalnie, narobił wrzasku jak sto diabłów. Tłum gapiów wepchnął go tu czym prędzej, zatamowali krew, która z niego sikała, i posłali po mnie.

- Tak?


- Załatałem go jak należy. To nie było nic poważnego. Potem paru gości wymaglowało go, aż zgodził się przyjąć kilka banknotów pięciofuntowych i nie wspominać więcej o tej sprawie. Oczywiście, biedakowi było w to graj. Cudowne zrządzenie losu.

- A pan?


- Ja miałem tu trochę więcej roboty. Pani Grace dostała ataku histerii, więc dałem jej jakiś zastrzyk i wpakowałem ją do łóżka. Była tu jeszcze jedna dziewczyna, która niemal straciła przytomność... całkiem młoda dziewczyna. Nią też się zająłem. Tymczasem pozostali goście ulotnili się czym prędzej.

Przerwał.

- A potem miał pan wreszcie czas na przemyślenie sytuacji - rzekł Poirot.

- Otóż to - przyznał Stoddart. - Gdyby to była tylko zwykła pijacka rozróba, no, to byłoby po krzyku. Ale narkotyki to co innego.

- Jest pan zupełnie pewny, że faktycznie było tak, jak pan mówi?

- Absolutnie. Omyłka nie wchodzi w rachubę. To kokaina, bez dwóch zdań. Znalazłem ją w emaliowanym pudełeczku... wie pan, oni to wąchają. Pytanie - skąd się to tam wzięło? Przypominam sobie, że niedawno mówił pan o nowej wielkiej fali zażywania narkotyków i o wzrastającej liczbie narkomanów.

Herkules Poirot pokiwał głową.

- Policja niewątpliwie zainteresuje się tą dzisiejszą zabawą.

- Ano właśnie... - mruknął Michael Stoddart zmartwionym głosem.

Poirot zerknął na niego z nagłym zainteresowaniem.

- Ale taka perspektywa wcale pana nie cieszy?

- Niewinnym ludziom też się zdarza wpakować w różne sprawy - wyjąkał Stoddart. - To trudno wyjaśnić.

- Czy to o panią Patience Grace tak się pan niepokoi?

- Ależ skąd. Ona jest tak twarda, jak tylko jej podobne być potrafią!

- A więc chodzi o tę drugą... o tę dziewczynę? - powiedział Poirot łagodnie.

- Oczywiście, w pewnym sensie ona też jest twarda. To znaczy, sama tak uważa. Ale po prostu jest jeszcze bardzo młoda... trochę zwariowana, i tak dalej... taka szczeniacka brawura. Pakuje się w takie awantury, bo pewnie jej się wydaje, że to wytworne, modne albą co.

Na ustach Poirota pojawił się nikły uśmiech. - Ta dziewczyna... znał ją pan przed dzisiejszym przyjęciem? - zapytał cicho detektyw.

Michael Stoddart skinął głową. Sprawiał wrażenie bardzo młodego i zażenowanego.

- Poznałem ją w Mertonshire. Na balu myśliwych. Jej ojciec jest emerytowanym generałem. To taki pukka Sahib, wie pan, pieniacz i popędliwiec. Ma cztery córki i wszystkie są trochę zwariowane... moim zdaniem, to zasługa takiego ojca. Zresztą okolica, w której mieszkają, też nie jest najciekawsza - w pobliżu zakłady wojskowe, dookoła same pieniądze, ani śladu tradycyjnego wiejskiego spokoju. Wielu bogaczy, często kompletnie zdeprawowanych. Dziewczęta wpadły w złe towarzystwo.

Przez dłuższą chwilę Herkules Poirot przyglądał się doktorowi w zamyśleniu.

- Rozumiem teraz, dlaczego pragnął pan mojej obecności - powiedział. - Chce pan, żebym wziął tę sprawę w swoje ręce?

- Zgodziłby się pan? Czuję, że sam powinienem się tym zająć... ale wyznaję, że o ile to możliwe, chciałbym zaoszczędzić Sheili Grant takiego rozgłosu.

- Sadzę, że da się to zrobić. Chciałbym zobaczyć się z tą młodą damą.

- Proszę za mną.

Kiedy wychodzili, z pokoju naprzeciwko dobiegał rozdrażniony głos:

- Doktorze... na miłość boską, doktorze, ja zwariuję! Stoddart wszedł do pokoju. Poirot ruszył w jego ślady. Znalazł się w sypialni, w której panował kompletny chaos. Podłoga była zasypana pudrem, dookoła walały się jakieś słoiki i flakony, wszędzie poniewierały się części ubrania. Na łóżku leżała kobieta o nienaturalnie jasnych włosach i pustej, nacechowanej rozpustą twarzy.

- Łażą po mnie robaki! - krzyknęła. - Naprawdę, łażą po mnie. Ja zwariuję! Na miłość boską, dajcie mi jakiś zastrzyk!

Doktor Stoddart podszedł do łóżka, mówiąc coś kojącym, zawodowym tonem.

Herkules Poirot cicho wyszedł z pokoju. Naprzeciwko ujrzał inne drzwi. Otworzył je.

Był to maleńki pokoik, właściwie skrawek pokoju, bardzo skromnie umeblowany. Na łóżku leżała smukła dziewczęca postać.

Herkules Poirot na palcach podszedł do łóżka i spojrzał na dziewczynę.

Ciemne włosy, owalna, blada twarz i... tak, młoda, bardzo młoda...

Otworzyła oczy - oczy zdziwione, przerażone. Popatrzyła na Poirota, usiadła i potrząsnęła głową, usiłując odrzucić gęstą grzywę czarnych włosów. Wyglądała jak wystraszone źrebię. Cofnęła się trochę, niczym dzikie zwierzę, które nie ufa obcemu przynoszącemu pokarm.

- Kim pan jest, u diabła? - zapytała znienacka młodym, cienkim głosikiem.

- Proszę się nie obawiać, mademoiselle.

- Gdzie jest doktor Stoddart?

W tej samej chwili młody człowiek wszedł do pokoju.

- O, jest pan! - powiedziała dziewczyna z ulgą w głosie. - Kto to jest?

- To mój przyjaciel, Sheilo. Jak się pani czuje?

- Okropnie. Podle... Po co ja brałam to świństwo?

- Na pani miejscu więcej bym tego nie robił - rzekł sucho Stoddart.

- Już... już nie będę.

- Skąd pani to dostała? - wtrącił Herkules Poirot.

Jej oczy rozszerzyły się, a górna warga zadrżała.

- Tutaj, na przyjęciu. Wszyscy tego próbowaliśmy. Na początku było cudownie.

- Ale kto to przyniósł? - zapytał detektyw łagodnie.

Potrząsnęła głową.

- Nie wiem... Być może Tony, Tony Hawker. Ale tak naprawdę to nic o tym nie wiem.

- Czy był to pierwszy raz, kiedy zażywała pani kokainę, mademoiselle? - zapytał łagodnie Poirot.

Skinęła głową.

- I oby było to po raz ostatni - wtrącił szorstko Stoddart.

- Tak... chyba tak... ale to było naprawdę cudowne.

- Niech pani posłucha, panno Grant - rzekł Stoddart. - Jestem lekarzem i wiem, co mówię. Starczy, że raz pani wsiąknie w narkotyki, a skończy pani w nieprawdopodobnych męczarniach. Widziałem już takich, więc znam to. Narkotyki rujnują człowieka, ciało i duszę. W porównaniu z nimi alkohol to niewinna igraszka, niech pani z tym skończy, natychmiast. Proszę mi wierzyć, to, wcale nie jest zabawne! Jak pani myśli, co by o tej historii powiedział pani ojciec?

- Ojciec? - Sheila Grant podniosła głos. - Ojciec? - Roześmiała się. - Wyobrażam sobie jego minę! Nie może się o tym dowiedzieć. Wpadłby w szewską pasję!

- I słusznie - stwierdził Stoddart.

- Doktorze... doktorze... - z sąsiedniego pokoju doleciały jęki pani Grace.

Stoddart rzucił pod nosem jakieś nieparlamentarne słówko i wyszedł.

Sheila Grant spojrzała na Poirota ze zdziwieniem.

- Kim pan właściwie jest? - odezwała się. - Nie widziałam pana na przyjęciu.

- Nie, nie byłem na przyjęciu. Jestem przyjacielem doktora Stoddarta.

- Pan też jest lekarzem? Nie wygląda pan -na doktora.

- Nazywam się - rzekł detektyw, jak zwykle nadając temu prostemu stwierdzeniu rangę ostatnich słów sztuki - nazywam się Herkules Poirot.

Stwierdzenie to odniosło należyty skutek. Od czasu do czasu Poirot z przykrością przekonywał się, że gruboskórne młode pokolenie nigdy o nim nie słyszało.

Było jednak oczywiste, że Sheila Grant o nim słyszała. Zdumiona i osłupiona patrzyła na niego i patrzyła...


III
Słusznie lub niesłusznie, powiadają że każdy Anglik ma ciotkę w Torquay.

Powiadają także, iż każdy ma kuzyna co najmniej drugiego stopnia pokrewieństwa w Mertonshire. Mertonshire leży dostatecznie daleko od Londynu, jest rajem dla myśliwych i wędkarzy, ma kilka wielce malowniczych, choć nieco zakompleksionych miasteczek, dobrą sieć kolejową i nową magistralę, ułatwiającą komunikacje samochodową z metropolią. Pomoc domowa chętniej podejmuje tu pracę niż w innych, bardziej rolniczych okręgach Wysp Brytyjskich. W rezultacie jest praktycznie niemożliwe mieszkać w Mertonshire, jeżeli nie rozporządza się rocznym dochodem wyrażającym się liczbą czterocyfrową, choć jeśli wziąć po uwagę podatek dochodowy i różne tam takie, liczba pięciocyfrowa byłaby zdecydowanie lepsza. Jako cudzoziemiec, Herkules Poirot nie miał tam żadnego kuzyna, nawet w drugim stopniu pokrewieństwa, miał za to wielu przyjaciół, toteż bez większych trudności załatwił sobie zaproszenie do tej części świata. Co więcej, na gospodynię wybrał sobie uroczą damę, której główne zajęcie sprowadzało się do mielenia językiem na temat sąsiadów. Wiązała się z tym jedna tylko niedogodność - Poirot musiał mianowicie wysłuchać mnóstwo plotek o ludziach, którzy nie obchodzili go w najmniejszym stopniu, zanim rozmowa zeszła na temat ludzi, którzy interesowali go naprawdę.

- Dzieci Granta? Tak, ma ich czwórkę. Cztery dziewczęta. Nic dziwnego, że biedny generał nie może sobie z nimi dać rady. Jak mężczyzna mógłby sobie poradzić z czwórką dziewcząt? - lady Carmichael zagestykulowała wymownie.

- Właśnie, jak? - mruknął Poirot.

- Generał był w wojsku wielkim służbistą, sam mi to powiedział - ciągnęła lady. - Ale te dziewczęta go pokonały. To już nie te czasy, co za moich lat. Pamiętam, ze stary pułkownik Sandys był takim pedantem, że jego biedne córki...

Tu nastąpiły długie dygresje na temat poczynań córek Sandysa i innych przyjaciół lady Carmichael z lat jej młodości.

- Ale ja wcale nie twierdzę, że z tymi dziewczętami jest coś nie w porządku, nie - ciągnęła lady Carmichael, wracając do tematu. - Po prostu mają temperament i obracają się w nieodpowiednim towarzystwie. Tutaj już nie tak, jak to kiedyś bywało. Teraz zjeżdżają się tu najrozmaitsi ludzie. Nie zostało już nic z tak zwanego ziemiaństwa. Dziś są tu tylko pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. A czego to ludzie nie opowiadają? Jak pan mówił? Anthony Hawker? O tak, znam go.

Wyjątkowo niesympatyczny młody człowiek. Ale najwyraźniej tarza się w pieniądzach. Przyjeżdża tu na polowanie... no i urządza przyjęcia, bardzo wystawne i trochę dziwne, jeśli wierzyć w to, co mówią... ale ja tam nigdy nie wierzę w takie rzeczy, uważam, że ludzie są wyjątkowo złośliwi! Zawsze wierzą w to, co najgorsze. Wie pan, że opowiadanie o tym, jak ktoś pije albo zażywa narkotyki, niemal weszło już w modę. Niedawno ktoś mi powiedział, że wszystkie dziewczęta to urodzone pijaczki, ale moim zdaniem to bardzo nieładnie mówić w ten sposób. A jeśli ktoś się zachowuje trochę inaczej, trochę dziwnie, to od razu mówią "narkotyki", a to też nieładnie. Mówią tak o pani Larkin i chociaż za nią nie przepadam, to jednak uważam, że to tylko zwykłe roztargnienie. Ona jest bardzo zaprzyjaźniona z tym pańskim Anthonym Hawkerem i moim zadaniem to właśnie dlatego tak nie znosi panien Grant... mówi, że to pożeraczki mężczyzn! Prawdę mówiąc, uganiają, się trochę za mężczyznami, ale co w tym złego? W końcu to naturalne. Zwłaszcza, że wszystkie są ładniutkie, sztuka w sztukę.

1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   19


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna