Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona14/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

- Hm - bąknął Poirot. - czy pociąg gdzieś się zatrzymywał?

- Miał przystanek w Amiens, ale dziewczęta siedziały wtedy w restauracyjnym i wszystkie twierdzą zgodnie, że Winnie była tam razem z nimi. Zgubiły ją, że się tak wyrażę, w drodze powrotnej do przedziałów. Krótko mówiąc, nie wróciła do swojego przedziału razem z pięcioma innymi dziewczętami, które z nią jechały. Jej koleżanki nie podejrzewały, że stało się coś złego, sądziły, że została w którymś z dwóch pozostałych zarezerwowanych dla nich przedziałów.

Poirot pokiwał głową.

- A kiedy widziano ją po raz ostatni?

- Mfiiej więcej dziesięć minut po odjeździe pociągu z Amiens. - Japp zakaszlał skromnie. - Ostatnio widziano ją, kiedy... hm... wchodziła do toalety.

- Typowe - mruknął Poirot pod nosem. - To już wszystko?

- Nie, jest jeszcze coś - rzekł Japp z ponurym wyrazem twarzy. - Na poboczu toru znaleziono jej kapelusz... mniej więcej czternaście mil za Amiens.

- Ale zwłok nie było?

- Żadnych zwłok.

- I co pan o tym sądzi? - zapytał Poirot.

- Trudno tu cokolwiek sądzić! Skoro nie ma jej zwłok, to nie mogła wypaść z pociągu. - Czy pociąg zatrzymywał się jeszcze gdzieś za Amiens?

- Nie. Raz tylko zwolnił... przed semaforem, ale nie zatrzymał się i wątpię, czy zwolnił na tyle, żeby ktoś mógł wyskoczyć i wyjść z tego cało. Myśli pan, że mała wystraszyła się i chciała uciec? To miał być jej pierwszy semestr, więc mogło ją ciągnąć do domu, to prawda, ale miała przecież ponad piętnaście lat... w tym wieku dziewczęta są rozsądne, a zresztą przez całą drogę była w świetnym humorze, wciąż szczebiotała i tak dalej...

- Czy przeszukano pociąg? - zapytał Poirot.

- A tak, przeszukano go jeszcze, zanim wyjechał na Gare du Nord. Nie było jej w pociągu, to pewne. - Po chwili milczenia Japp dorzucił z desperacją w głosie: - Po prostu zniknęła... rozpłynęła się w powietrzu! W tym nie ma za grosz sensu, panie Poirot. To obłęd!

- Co to była za dziewczyna?

- Zwyczajna, z tego, co wiem, całkiem przeciętna.

- Chodzi mi o to, jak wyglądała?

- Mam tu jej zdjęcie. Szczerze mówiąc, nie jest to jakaś uderzająca piękność.

Wręczył zdjęcie Poirotowi, który obejrzał je w milczeniu.

Fotografia przedstawiała kościstą dziewczynę o włosach splecionych w dwa proste warkocze. Nie było to zdjęcie pozowane, dziewczynkę najwyraźniej sfotografowano znienacka, w trakcie jedzenia jabłka. Jej rozchylone wargi ukazywały nieco wystające zęby przykryte aparatem dentystycznym. Nosiła okulary.

- Przeciętna mała... ale w tym wieku one wszystkie są przeciętne! - odezwał się Japp. - Wczoraj przeglądałem u dentysty "Sketch" i zobaczyłem zdjęcie Marcii Gaunt, to tegoroczna piękność. Pamiętam ją, jak miała piętnaście lat. Byłem wtedy w ich "zamku z powodu włamania. Dziobata, niezdarna, z wystającymi zębami, proste włosy i w ogóle. One przemieniają się w piękność w ciągu jednej nocy. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje! To jakiś cud.

Poirot uśmiechnął się.

- Kobiety - oświadczył - to cudowna płeć! A co z rodziną dziecka? Nie mają nic do powiedzenia?

Japp potrząsnął głową.

- Nic takiego, co mogłoby pomóc. Matka jest inwalidką. Biedny kanonik King jest zupełnie wytrącony z równowagi. Przysięga, że dziewczynka aż się paliła do wyjazdu do Paryża... tylko na to czekała. Chciała uczyć się malarstwa i muzyki. Dziewczęta od panny Pope zdają na malarstwo z samymi piątkami. Pewnie pan wie, że szkoła panny Pope jest powszechnie znana. Uczy się w niej wiele dziewcząt z wyższych sfer. Panna Pope jest surowa - to istny smok - bardzo droga i bardzo wybredna w doborze uczennic.

Poirot westchnął.

- Tak, znam ten typ. A panna Burshaw, która odebrała dziewczynki z .Anglii?

- Nadmiarem intelektu to ona nie grzeszy. Boi się, że panna Pope uzna, że to z jej winy.

- A czy w tej sprawie nie ma przypadkiem jakiegoś młodego człowieka? - zapytał Poirot w zamyśleniu.

Japp pomachał ręką w stronę zdjęcia.

- Czy ona na to wygląda?

- Nie, nie wygląda. Ale pomijając jej aparycję, być może ma romantyczną duszę. Piętnaście lat to wcale nie tak mało.

- No, jeżeli romantyczna dusza cudownym sposobem uniosła ją z pociągu, to zacznę czytać babskie romanse - oświadczył Japp. Z nadzieją popatrzył na Poirota.

- Nic pana w tym nie uderzyło, co? Detektyw potrząsnął głową powoli.

- Czy nie znaleziono przypadkiem jej butów w pobliżu torów? - zapytał.

- Butów? Nie. A dlaczego?

- To tylko taki luźny pomysł - mruknął Poirot.
II
Kiedy zadzwonił telefon, Herkules Poirot miał właśnie zejść do taksówki. Podniósł słuchawkę.

- Tak?


- Cieszę się, że pana złapałem - usłyszał głos Jappa.

- Już po wszystkim, mój stary. W Yardzie zastałem wiadomość. Dziewczynkę już znaleziono, na poboczu drogi piętnaście mil za Amiens. Jest oszołomiona i nie mogą wydobyć z niej żadnych składnych zeznań, lekarz twierdzi, że naszpikowano ją narkotykami, ale jest zdrowa i cała. Nic jej się nie stało.

- A więc moje usługi nie będą już panu potrzebne? - spytał detektyw powoli.

- Nie, niestety! Przeprrraszam, że pana trrrudziłem. Japp uśmiał się ze swojego dowcipu i wyłączył się.

Herkules Poirot się nie roześmiał. Powoli odłożył słuchawkę. Twarz miał zmartwioną.
III
Detektyw inspektor Heam spojrzał na Poirota ciekawie.

- Nie miałem pojęcia, że to pana tak zainteresuje - odezwał się.

- Nadinspektor Japp nie poinformował pana, że przypuszczalnie zwrócę się do pana w tej sprawie?

Hearn skinął głową.

- Powiedział, że przyjeżdża pan tu w związku z inną sprawą i że być może zechce nam pan pomóc w rozwikłaniu tej łamigłówki. Ale nie spodziewałem się pana teraz, kiedy już po wszystkim. Myślę, że zajmie się pan własnymi sprawami.

- Moje sprawy mogą poczekać - rzekł Poirot. - Natomiast ta sprawa bardzo mnie interesuje. Nazwał pan ją łamigłówką i mówi pan, że już po wszystkim. A mnie się zdaje, że łamigłówka pozostała.

- No cóż, odzyskaliśmy dziewczynkę. I nic jej się nie stało. To najważniejsze.

- Ale to nie wyjaśnia, w jaki sposób ją odzyskaliście, przyzna pan? Co ona sama mówi? Badał ją lekarz, prawda? Co on na to?

- Twierdzi, że podali jej narkotyki. Wciąż jeszcze jest po nich otępiała. Najwyraźniej niewiele pamięta z tego, co działo się po jej wyjeździe z Cranchester. Ma zanik pamięci. Lekarz uważa, że mogła doznać lekkiego wstrząsu. Ma siniaka z tyłu głowy. Lekarz mówi, że może to być powodem amnezji.

- Co dla kogoś jest bardzo dogodne - stwierdził Poirot.

- Nie sądzi pan chyba, że ona udaje? - rzekł inspektor Hearn z powątpiewaniem.

- A pan?


- Nie, jestem pewny, że nie. To miłe dziecko... trochę niedojrzałe jak na swój wiek.

- Tak, ona nie udaje - przyznał Poirot i potrząsnął głową. - Chciałbym się jednak dowiedzieć, w jaki sposób wysiadła z pociągu. Chciałbym się dowiedzieć, kto maczał w tym palce.... i dlaczego.

- Jeśli o to chodzi, powiedziałbym, że była to próba porwania. Zamierzali wziąć za nią okup.

- Ale tego nie zrobili!

- Przez to całe larum stracili zimną krew i porzucili ją na poboczu drogi.

- A jakiegoż to okupu mogli się spodziewać od kanonika katedry w Cranchester? - zapytał Poirot sceptycznie. - Dostojnicy Kościoła anglikańskiego to nie milionerzy.

- Moim zdaniem spartolili robotę - oświadczył radośnie inspektor.

- Ach, więc takie jest pańskie zdanie?

- A pańskie? - zapytał Hearn, rumieniąc się lekko.

- Chcę się dowiedzieć, w jaki sposób zniknęła z tego pociągu.

Twarz inspektora spochmurniała.

- Tak, proszę pana, to rzeczywiście zagadka. Najpierw siedziała w restauracyjnym, rozmawiając z resztą dziewcząt, a pięć minut później zniknęła... hokus-pokus i już, jak w kuglarskiej sztuczce.

- Otóż to, jak w kuglarskiej sztuczce! Kto jeszcze jechał w wagonie, w którym panna Pope zarezerwowała przedziały dla dziewcząt?

Inspektor Hearn pokiwał głową.

- Słuszne pytanie, proszę pana. To ważne. Ważne zwłaszcza dlatego, że był to ostatni wagon składu i jak tylko wszyscy wrócili z restauracyjnego, zamknięto drzwi między wagonami... prawdę mówiąc po to, żeby pasażerowie nie tłoczyli się przed restauracyjnym po herbatę, zanim nie posprzątają po obiedzie i się nie przygotują. Winnie King wróciła do wagonu z resztą dziewcząt... szkoła miała tam zarezerwowane trzy przedziały.

- A w innych przedziałach w tym wagonie?

Hearn wyciągnął notes.

- Panna Jordan i panna Butters - dwie stare panny udające się do Szwajcarii. Są w porządku, to bardzo szacowne damy, dobrze znane w Hampshire, skąd pochodzą. Dwóch francuskich komiwojażerów, jeden z Lyonu, drugi z Paryża. Szacowni panowie w średnim wieku. Młody człowiek nazwiskiem James Elliot i jego żona... całkiem niezła sztuka. On ma natomiast nieciekawą reputację, policja podejrzewa, że jest zamieszany w jakieś podejrzane transakcje... ale nigdy nie parał się kidnapingiem. Tak czy inaczej, przeszukano jego przedział i w jego bagażu nie znaleziono nic takiego, co by sugerowało jego związek z tą sprawą. Nie wiem zresztą, co mógłby mieć z tym wspólnego. No i wreszcie Amerykanka, pani van Suyder, udająca się do Paryża. Nic o niej nie wiadomo. Na pozór jest czysta. To już wszyscy.

- I jest absolutnie pewne, że po odjeździe z Amiens pociąg nie zatrzymał się ani na chwilę? - rzekł Herkules Poirot.

- Absolutnie. Raz zwolnił, ale nie na tyle, żeby można było wyskoczyć nie ryzykując przy tym własnym życiem.

- I właśnie dlatego ten problem jest tak ciekawy - mruknął Herkules Poirot. - Tuż za Amiens uczennica rozpływa się w powietrzu i tuż za Amiens znienacka się pojawia. A gdzie się podziewa przez ten czas?

Inspektor Heam potrząsnął głową.

- Tak pan to ujął. że brzmi to jak jakieś wariactwo. A przy okazji, dowiedziałem się, że pytał pan o jakieś buty... o buty tej dziewczynki. Była w butach, kiedy ją znaleziono, ale koło torów leżała inna para butów. Znalazł je dróżnik i zabrał je do domu, bo były jeszcze całkiem dobre. Mocne, czarne buciki.

- Aha! - bąknął Poirot z wyraźnym zadowoleniem.

- Nie rozumiem, o co chodzi z tymi butami, proszę pana - powiedział inspektor z ciekawością. - Czy mają jakieś znaczenie?

- Potwierdzają moją teorie - odrzekł Herkules Poirot. - Teorię na temat sposobu, w jaki przeprowadzono tę kuglarską sztuczkę.


IV
Szkoła panny Pope, tak jak i wiele innych tego typu szkół, mieściła się w Neuilly. Herkulesa Poirot, który przyglądał się właśnie imponującej fasadzie gmachu, wchłonęła nagle fala dziewcząt, które wysypały się przez drzwi.

Naliczył ich dwadzieścia pięć. Wszystkie były ubrane tak samo - w ciemnoniebieskie płaszcze i spódniczki i ciemnoniebieskie kapelusze z weluru, przewiązane otoczką w barwach firmowych panny Pope - purpurze i złocie. Były w wieku od czternastu do osiemnastu lat, grube i szczupłe, jasne i ciemne, niezdarne i zgrabne. Na samych końcu, w towarzystwie jednej z młodszych dziewcząt, szła siwowłosa, zrzędliwa kobieta. Poirot domyślił się, że to panna Burshaw.

Przez chwilę detektyw spoglądał za uczennicami, po czym nacisnął dzwonek i spytał o pannę Pope.

Panna Lavinia Pope różniła się w każdym calu od swojej zastępczyni, panny Burshaw. Miała osobowość.

Wzbudzała lęk. Nawet w trakcie swobodnych rozmów z rodzicami zachowywała tę oczywistą wyższość, tak cenną u dyrektorki szkoły.

Siwe włosy miała wytwornie ufryzowane, a kostium surowy, lecz szykowny. Była kompetentna i wszechwiedząca.

Pokój, w którym przyjęła Poirota, był pokojem kobiety o dużej kulturze. Za wystrój służyły stylowe meble, kwiaty oraz kilka oprawionych w ramki i podpisanych fotografii tych uczennic panny Pope, które zyskały światową sławę. Na ścianach wisiały reprodukcje arcydzieł malarstwa światowego i kilka udanych akwareli. Całe pomieszczenie było czyste i lśniące jak łza. Odnosiło się wrażenie, że żaden pyłek kurzu nie ośmieliłby się osiąść w tej świątyni.

Panna Pope przyjęła Poirota z pewnością siebie kogoś, kto rzadko się myli.

- Monsieur Herkules Poirot? Oczywiście znam pańskie nazwisko. Przypuszczam, że zjawił się pan w związku z tą niemiłą sprawą Winnic King. To był bardzo przygnębiający wypadek.

Panna Pope nie sprawiała wrażenia przygnębionej. Podeszła do katastrofy jak należy, zajęła się nią z wprawą i kompletnie zbagatelizowała jej znaczenie.

- Nic podobnego do tej pory się nie zdarzyło - oświadczyła.

"I nigdy więcej nie zdarzy!" - zdawała się mówić cała jej postawa.

- To miał być jej pierwszy semestr u pani, prawda? - zapytał Poirot.

- Tak.


- Odbyła pani wstępną rozmowę z Winnie i jej rodzicami?

- Tak, choć nie tak ostatnio. Dwa lata temu przebywałam niedaleko Cranchester... nawiasem mówiąc, u biskupa (postawa panny Pope dawała do zrozumienia: "Raczy pan zwrócić uwagę, że należę do grona tych, którzy bywają u biskupów"). Poznałam tam kanonika i panią King. Pani King jest, niestety inwalidką. Tam też poznałam Winnie. Bardzo dobrze wychowana panna, ma wyraźny pociąg do sztuki. Powiedziałam pani King, że z przyjemnością przyjmę jej córkę do siebie... za rok czy dwa, kiedy ukończy szkołę powszechną. My, panie Poirot, specjalizujemy się tu w muzyce i sztuce. Dziewczęta bywają w operze, w Comedie Française, chodzą na wykłady do Luwru. Przyjeżdżają tu najlepsi mistrzowie, aby uczyć je muzyki, śpiewu, malarstwa. Naszym celem jest upowszechnianie kultury.

Nagle panna Pope przypomniała sobie, że Poirot nie jest ojcem, i spytała znienacka:

- Czym mogę panu służyć, monsieur Poirot?

- Chciałbym wiedzieć, jak się obecnie przedstawia sytuacja jeśli chodzi o Winnie?

- Kanonik King przyjechał do Amiens, aby zabrać Winnie z powrotem. To jedyne rozsądne wyjście zważywszy na wstrząs, jaki przeżyło to dziecko.

Przerwała na chwilę.

- My nie przyjmujemy delikatnych dziewcząt - ciągnęła. - Nie mamy tu specjalnych udogodnień, aby zajmować się inwalidkami. Powiedziałam kanonikowi, że moim zdaniem dobrze by zrobił zabierając dziecko z powrotem.

- A pani zdaniem, co się właściwie wydarzyło, panno Pope? - zapytał bez ogródek detektyw.

- Nie mam pojęcia, monsieur Poirot. Trudno uwierzyć w tę sprawę w takiej wersji, w jakiej do mnie dotarła. Nie widzę żadnego powodu, aby winić osobę z mojego personelu, która zajmowała się dziewczętami... ewentualnie tylko to, że mogła szybciej odkryć zaginięcie dziewczynki.

- A czy nie miała pani przypadkiem wizyty policji? Przez arystokratyczną postać panny Pope przeszedł lekki dreszcz.

- Był u mnie niejaki monsieur Lefarge z prefektury, dowiedzieć się, czy mogłabym rzucić trochę światła na ten incydent - odparła lodowatym tonem. - Naturalnie, nie mogłam mu pomóc. Wtedy zażyczył sobie, żeby dać mu do obejrzenia walizkę Winnie, którą, naturalnie dostarczono tu razem z bagażem innych dziewcząt. Powiedziałam, że po walizkę dzwonił już kto inny z policji. Coś mi się zdaje, że oni tam mają niezły bałagan. Krótko potem zadzwonili do mnie i upierali się, że nie wydałam im bagażu Winnie. Moja rozmowa z nimi była krótka. Nie można dopuścić, żeby władze weszły nam na głowę.

Poirot odetchnął głęboko.

- Ma pani nadzwyczaj dzielną naturę - oświadczył. - Podziwiam panią, mademoiselle. Rozumiem, że po dostarczeniu bagażu walizkę Winnie rozpakowano?

Panna Pope była wyraźnie zbita z tropu.

- i Taki mamy zwyczaj - powiedziała. - Żyjemy tu według ustalonych zwyczajów. Bagaże dziewcząt rozpakowujemy zaraz po dostarczeniu i chowamy je tak, jak mają być chowane zawsze. Rzeczy Winnie rozpakowano razem z rzeczami pozostałych dziewcząt. Naturalnie, potem spakowano je z powrotem, tak że oddałam walizkę w takim stanie, w jakim się tu znalazła.

- Dokładnie w takim samym stanie? - rzekł Poirot. Podszedł do ściany.

- Czyż nie jest to obraz słynnego mostu w Cranchester z widokiem katedry w tle?

- Ma pan słuszność, panie Poirot. Zapewne Winnie namalowała go dla mnie, chcąc mi zrobić niespodziankę. Ten obraz znajdował się w jej walizce, z napisem na opakowaniu: "Dla panny Pope od Winnie". To bardzo miły gest z jej strony.

- Aha! - bąknął Poirot. - A co pani o nim sądzi.... jako o dziele sztuki?

On sam widział wiele obrazów przedstawiających most w Cranchester. Rokrocznie temat ten można było spotkać na wystawie w Akademii - czasami w oleju, czasami w akwareli. Widział już ten most namalowany dobrze, miernie i nudno, nigdy jednak nie widział go w wersji tak surowej.

Panna Pope roześmiała się pobłażliwie.

- Nie należy zniechęcać dziewcząt, panie Poirot. Przeciwnie, należy wzbudzać w nich zapał do lepszej pracy.

- Byłoby chyba bardziej naturalne, gdyby posłużyła się akwarelami, nie sądzi pani? - rzekł Poirot w zamyśleniu.

- Istotnie. Nie wiedziałam, że próbuje malować farbami olejnymi.

- Tak... Pozwoli pani, mademoiselle?

Poirot zdjął obraz ze ściany i podszedł z nim do okna. Obejrzał go dokładnie, po czym, odwracając się do panny Pope, oświadczył:

- Muszę panią prosić, mademoiselle, żeby dała mi pani ten obraz.

- No cóż, panie Poirot, doprawdy...

- Niech pani nie udaje, że jest pani do niego przywiązana. To malarstwo jest naprawdę ohydne.

- Tak, przyznaję, że nie ma żadnej wartości artystycznej. Ale to jednak praca uczennicy i...

- Zapewniam panią, mademoiselle, że obraz ten nie jest godny wisieć na pani ścianie.

- Nie wiem, dlaczego pan tak mówi, panie Poirot.

- Udowodnię to pani za chwilę.

Z kieszeni wyciągnął buteleczkę, gąbkę i kilka szmatek.

- Najpierw jednak opowiem pani pewną historyjkę, mademoiselle. W pewnym sensie ma ona coś wspólnego z baśnią o brzydkim kaczątku, które przemieniło się w łabędzia.

Mówiąc to, pracował pilnie. Pokój przepełnił zapach terpentyny.

- Przypuszczam, że nieczęsto bywa pani na rewiach teatralnych?

- Rzeczywiście, wydają mi się nader trywialne...

- Trywialne, to prawda, ale czasami pouczające. Widziałem jak sprytna artystka rewiowa zmieniała swą powierzchowność w niemal magiczny sposób. W jednym skeczu była gwiazdą kabaretową, wspaniałą i olśniewającą. Dziesięć minut później była drobnym, anemicznym dzieckiem z polipami w nosie, ubranym w mundurek gimnazjalistki... a jeszcze dziesięć minut później była Cyganką w łachmanach, przepowiadającą przyszłość.

- Nie wątpię, że to możliwe, nie widzę jednak...

- Ależ ja pani tłumaczę, w jaki sposób odegrano tę kuglarską sztuczkę w pociągu. Winnie, uczennica o jasnych warkoczach, w okularach i z aparatem dentystycznym udaje się do toalety. Kwadrans później wychodzi stamtąd jako - że użyję słów detektywa inspektora Hearna - niezła sztuka. Jedwabne pończochy, boty na wysokich obcasach, futro z norek, by ukryć strój uczennicy, na lokach kawałek aksamitu zwany kapeluszem... i twarz, właśnie twarz! Róż, puder, szminka, makijaż! Jak wygląda naprawdę twarz tej artystki? Prawdopodobnie Bóg jeden wie! Ale pani, mademoiselle, pani sama wielokrotnie widziała, jak te niezdarne uczennice cudem jakimś zmieniają się nagle w atrakcyjne, wyrośnięte panny. Panna Pope jęknęła.

- Chce pan powiedzieć, ze Winnie King przebrała się za...

- Nie, nie Winnie King. Winnie porwano po drodze w Londynie, a jej miejsce zajęła artystka od przebierania się. Panna Bershaw nigdy nie widziała Winnie King... skąd mogła wiedzieć, że dziewczynka z warkoczami i aparatem dentystycznym na zębach to nie jest Winnie King? Do tej pory szło więc łatwo, ale osoba, która podszyła się pod Winnie, nie mogła przyjechać aż tutaj, ponieważ pani znała prawdziwą Winnie King. A wiec hokus-pokus i dziewczynka znika w toalecie, z której wychodzi jako żona człowieka nazwiskiem Jim Elliot, mającego w paszporcie wpisaną żonę! Jasne warkocze, okulary, wełniane pończochy, aparat dentystyczny... wszystko to da się ukryć bez kłopotu. Ale grube buciki i kapelusz, ten twardy brytyjski kapelusz muszą zniknąć.... więc wylatują przez okno. Później prawdziwą Winnie przewieziono przez kanał - nikt przecież nie szuka chorego, prawie nieprzytomnego dziecka jadącego z Anglii do Francji - i spokojnie wyrzucono ją z samochodu na pobocze szosy. Jeżeli przez cały ten czas była pod wpływem skopolaminy, to nie może pamiętać, co się z nią działo.

Panna Pope szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w detektywa.

- Ależ dlaczego? - zapytała stanowczo. - Jaki powód miałaby taka bezsensowna maskarada?

- Bagaż Winnie! - odparł Poirot poważnie. - Ci ludzie chcieli przemycić coś z Anglii do Francji... coś, czego szukali wszyscy celnicy. Łup pochodzący z kradzieży. A cóż bardziej niewinnego niż walizka uczennicy? Jest pani szeroko znana, panno Pope, a pani szkoła jest wręcz sławna. Na Gare du Nord walizki panienek przechodzą przez kontrolę celną en bloc. Wszak jadą do znanej angielskiej szkoły panny Pope! A potem, po porwaniu, cóż bardziej naturalnego niż posłać po bagaż dziecka... w dodatku rzekomo z prefektury? Herkules Poirot uśmiechnął się.

- Na całe szczęście panuje tu zwyczaj rozpakowywania walizek uczennic natychmiast po dostarczeniu ich.... a do tego dochodzi prezent dla pani od Winnie. Ale to nie jest ten sam prezent, który Winnnie spakowała w Cranchester.

Podszedł do panny Pope.

- Dała mi pani ten obraz. Proszę więc spojrzeć, przyzna pani, że nie pasuje on do pani szkoły!

Pokazał jej płótno.

W magiczny sposób most w Cranchester zniknął. Zamiast niego pojawiła się klasyczna scena utrzymana w bogatych, mrocznych kolorach.

- "Pas Hipolity" - powiedział cicho Poirot. - Hipolita wręczająca swój pas Herkulesowi... płótno pędzla. Rubensa. Wielkie arcydzieło... mais tout de meme* nie pasuje do pani salonu.

Panna Pope spłonęła lekkim rumieńcem.

Dłoń Hipolity spoczywała na jej pasie... Amazonka nie miała na sobie nic więcej... Herkules miał tylko przerzuconą przez jedno ramię lwią skórę... Ciało rubensowskie jest obfite, zmysłowe...

Panna Pope doszła do siebie.

- Tak, to wspaniałe arcydzieło - stwierdziła. - Ale jak wiadomo, należy mieć na uwadze wrażliwość rodziców. Niektórzy z nich są nieco surowi... jeżeli rozumie pan, co mam na myśli...
V
Herkules Poirot opuszczał już szkolę, kiedy nastąpił szturm. Został otoczony, osaczony, przytłoczony przez tłum dziewcząt - grubych i chudych, ciemnych i jasnych.

- Mon Dieu! - mruknął pod nosem. - Oto najprawdziwszy najazd Amazonek!

- Doszły nas słuchy... - krzyczała wysoka, jasnowłosa dziewczynka.

Nacierały na niego. Herkules Poirot nie miał drogi odwrotu. Zniknął w powodzi młodej, żywiołowej kobiecości.

Usłyszał dwadzieścia pięć głosów. Każdy był w innej tonacji, lecz wszystkie wypowiadały to samo doniosłe zdanie:

- Monsieur Poirot, czy mogę prosić o autograf do mojego sztambucha?


STADO GERYONA

I
- Ja naprawdę bardzo przepraszam za to najście, panie Poirot.

Ranna Carnaby gorliwiej zacisnęła dłonie na torebce i pochyliła się, wpatrzona badawczo w twarz Poirota. Jak zwykle, odnosiło się wrażenie, że brak jej tchu.

Brwi Herkulesa Poirot powędrowały w górę.

- Pan mnie sobie nie przypomina? - zapytała z niepokojem.

Herkules Poirot zamrugał.

- Przypominam sobie panią jako jedną z najbardziej pomysłowych przestępczyń, z jakimi się zetknąłem! - oświadczył.

- Ależ doprawdy, panie Poirot, czy musi pan tak mówić? Taki pan był dla mnie dobry. Emily i ja ciągle o panu rozmawiamy, a jak tylko widzimy w gazecie jakąś wzmiankę o panu, to zaraz ją wycinamy i wklejamy do albumu. A jeśli chodzi o Augusta, nauczyłyśmy go nawet sztuczki. Mówimy: "Umrzyj za Sherlocka Holmesa, umrzyj za pana Fortune'a, umrzyj za sir Henry'ego Merrivale'a, a potem: umrzyj za pana Poirot", i wtedy on się kładzie i leży jak zabity... ani drgnie, dopóki nie pozwolimy mu wstać!

- Cieszę się - odparł krótko Poirot. - A jakże się miewa ce cher Auguste? Panna Carnaby splotła dłonie i zaczęła sypać pochwałami pod adresem swojego pekińczyka.

- O, panie Poirot, on jest jeszcze mądrzejszy. Rozumie dosłownie wszystko. Czy pan wie, że pewnego razu podziwiałam dziecko w wózeczku, aż tu nagle poczułam szarpniecie, a to August z całych sił próbował przegryźć smycz. Czyż nie jest mądry?

1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna