Andrzej Rzepliński, „Życie”



Pobieranie 85.91 Kb.
Data03.05.2016
Rozmiar85.91 Kb.

5.03.1997, Andrzej Rzepliński, „Życie”


Od lustracji w Polsce nie uciekniemy

Dziś Sejm zajmie się projektem ustawy lustracyjnej. — Ona nie narusza praw człowieka — uważa Andrzej Rzepliński, — Jej celem nie jest odwet ani karanie kogokolwiek, a ochrona instytucji demokratycznych.

Najtrudniej i najboleśniej usunąć resztki chorego zęba. Pozbyliśmy się większej części zdobyczy realnego socjalizmu. Dla moich studentów wolności osobiste i polityczne, pełne i kolorowe sklepy, to oczywistości.

Pytanie o grubą kreskę

W gospodarce nie ma powrotu do centralnego sterowania własnością niczyją. Ćwiczymy demokrację w wolnych wyborach. Demokracja jest jednak wciąż młoda. Podział władz jest niejasny, wolność mediów publicznych podważana, wpływowe grupy kapitałowe i zawodowe wymuszają lub kupują od polityków przywileje branżowe. Możliwe jest dryfowanie w kierunku oligarchii i korupcji. I z lewa, i z prawa odzywają się głosy, że lepiej jechać w czołówce drugiej ligi i być częścią Wschodu niż znajdować się w ogonie ekstraklasy i być częścią Zachodu.

Praktycznie nie zrobiliśmy nic, aby symbolicznie i zbiorowo rozstać się z komunizmem. Niektórzy obwiniają za to politykę „grubej kreski” premiera Mazowieckiego. Mazowiecki ogłaszając ją, miał najpewniej na myśli uczciwie pracujących urzędników ministerstw, urzędów wojewódzkich, państwowej jeszcze gospodarki czy szkolnictwa. Nie mieliśmy zachodnich landów, z których można było przenieść urzędników znających i szanujących reguły państwa prawa. Nie sądzę jednak, że „gruba kreska” to był gruntownie przemyślany krok.

Myślę, że lepiej było ją po cichu uprawiać niż publicznie ogłosić. Mazowiecki zapomniał, że miał do czynienia jeszcze z dziesiątkami tysięcy aparatczyków PZPR i ZSL Oni, jakkolwiek nie musieli się już obawiać represji za utrzymywanie kraju w wasalnej zależności, a gospodarki i społeczeństwa w stanie katastrofalnej zapaści, nie bardzo widzieli dla siebie miejsce w nowych warunkach. W dużej mierze zasilili gospodarkę stając się „biznesmenami” ze wschodnioeuropejską mentalnością, Ich pieniądze i kontakty w połączeniu z „tymińszczyzną” znacznej części społeczeństwa i szkolnymi błędami rządów lat 1989-1993 przyniosły znane owoce wyborcze.

Z newralgicznych dla rządów prawa i demokracji konstytucyjnej grup zawodowych: sądownictwa, szkolnictwa, prokuratur, armii, policji, dyplomacji i administracji państwowej oraz adwokatów weryfikacji pod tym kątem podlegli, na podstawie ustaw, prokuratorzy i funkcjonariusze b. SB. Głęboką weryfikację przeprowadzono w więziennictwie.

Sieroty po esbekach

O ile nikt nie składał zastrzeżeń co do ustawowej weryfikacji prokuratorów, to w przypadku weryfikacji esbeków zgłaszano potrzebę opcji zerowej, tzn. budowy tajnej policji, wywiadu i kontrwywiadu cywilnego od nowa, przez powołanie do służby nowych ludzi oraz rozdzielenie tajnej policji oraz wywiadu i kontrwywiadu. Stało się inaczej.

Na przeszło 24 tys. funkcjonariuszy SB w styczniu 1990 r. weryfikacji poddało się w czerwcu 1990 r. ponad 14,5 tys., a pozytywnie ją przeszło ok. 10,5 tys. Prawie 7 tys. z nich znalazło zatrudnienie w nowym UOP. Z reguły, choć nie zawsze, pracę utracili funkcjonariusze dawnych departamentów: III (inwigilacja przede wszystkim inteligencji) oraz IV (inwigilacja przede wszystkim kleru katolickiego). W sumie poza „resortem” znalazło się ok. 17 tys. najwierniejszych czekistów, owo bijące serce Partii. Zanim odeszli, niektórzy to i owo skopiowali, nagrali na dyskietki, wynieśli. Choć nie byli to ludzie najbystrzejsi, raczej pijaczkowie i raczej tępi a niektórzy byli jeszcze weteranami bandyckiej UB — to jednak jedno wiedzieli — informacja to władza i pieniądze oraz w razie czego narzędzie szantażu.

Nie możemy też zapominać o opiekunach i doradcach radzieckich. To nie pracujący na potrzeby Imperium oficerowie wywiadu Polski Ludowej mają kartoteki ze składem osobowym KGB i jego współpracowników, lecz odwrotnie.

Nie wiadomo ilu tajnych współpracowników „osierocili” byli es-becy. Jeżeli w NRD było ich 174 tys., to w PRL musiało ich też być grubo ponad 100 tys. Nawet jeżeli tylko mała część tych ludzi uaktywniła lub może uaktywnić swe ponure związki, stanowią oni bombę zegarową wymierzoną w demokrację i rządy prawa oraz mogą stać się podglebiem dla oligarchii, korupcji i podważania suwerenności prawa. Dlatego nie można uciec od lustracji.

Sejmowa komisja nadzwyczajna pracowała nad projektem lustracji od 29 sierpnia 1996 r. do 30 stycznia 1997 r. Efektem jej pracy, czasami obfitującej w dramatyczne momenty i zabawne spięcia, jest projekt ustawy, który moim zdaniem może dobrze służyć Polsce, gwarantując wymogi rzetelnego postępowania sądowego dla osób objętych lustracją.



Wady do usunięcia

Nie znaczy, że projekt nie ma wad. Jego usterki dotyczą struktury organów powołanych do lustracji i jako takie łatwo by je usunąć.

Otóż projekt umiejscawia Sąd Lustracyjny w ramach Sądu Najwyższego. Sąd ten miałby być złożony z 21 sędziów Sądu Najwyższego, sądów apelacyjnych oraz sądów wojewódzkich. Rodzi to od razu problem ze sposobem powoływania członków tego Sądu. Wobec braku w projekcie wzmianki o organie zobowiązanym do popierania interesu publicznego (kogoś w rodzaju prokuratora), Sąd Lustracyjny musiałby występować jednocześnie w niewygodnej mu roli organu quasi-śledczego. Lepszym rozwiązaniem w postępowaniu lustracyjnym byłoby zbieranie materiałów w sprawie przez odrębną Komisję Lustracyjną, złożoną z prawników mających uprawnienia do pełnienia funkcji w wymiarze sprawiedliwości lub palestrze. Osoba niezadowolona z postanowienia Komisji miałaby prawo odwołać się do Sądu Lustracyjnego, którym powinien być powołany przez ustawę Wydział lustracyjny przy Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

Słuszny jest też zarzut wobec projektu ustawy, że pozostawienie akt personalnych osób lustrowanych w archiwach MSWiA, UOP oraz WSI, to trzymanie kur w lisiej jamie. Idąc śladem Niemców, Czechów i Węgrów, należy wyłączyć stamtąd te archiwa i poddać je zarządowi odrębnej instytucji. Istniejące obecnie służby specjalne RP miałyby oczywiście dostęp do tego archiwum na tych samych zasadach co organy lustracyjne. Aby nie mnożyć bytów, należałoby archiwa te powierzyć Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu – Instytutowi Pamięci Narodowej.

Brak mi w projekcie przepisu o prawie dostępu każdego obywatela do jego ewentualnej teczki osobowej. W ten sposób projekt ignoruje prawo ofiar reżimu do poznania zawartości teczki, odebrania zarekwirowanych dokumentów, zażądania sprostowania pomówień donosicieli. Rozumiem argument, że posłowie chcą uniknąć, aby w Sejmie III kadencji wcale silną frakcją nie była frakcja gen. Kiszczaka. Ale istnieje taka instytucja jak vacatio legis i taki przepis ustawy mógłby wejść w życie od 1 czerwca 1998 r.

Ostatnia moja krytyczna uwaga wobec projektu dotyczy tego, że brak jest wyraźnego zakazu pełnienia funkcji w Sądzie Lustracyjnym przez sędziego, który służył w organach bezpieczeństwa PRL lub był współpracownikiem takich organów. Nie powinno być też miejsca w tym Sądzie dla sędziego, który wdał wyrok uchylony w trybie ustaw z 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Nawet jeżeli tacy ludzie wydają nadal wyroki w imieniu RP, a jest paru takich, to nie może być dla nich miejsca w organie, który ma odegrać pewną rolę w przezwyciężaniu dziedzictwa realnego socjalizmu.



Lustracja - po co i jak?

Zaletą projektu jest oparcie go na następujących, klarownych zasadach: Celem lustracji nie jest zemsta. Jedynym celem ustawy jest ochrona newralgicznych dla demokracji konstytucyjnej i rządów prawa instytucji publicznych przed groźbą szantażu osób tam pracujących przez obecnych i byłych oficerów polskich bądź obcych służb specjalnych oraz prawo obywateli do pełnej przejrzystości co do przeszłości najważniejszych urzędników. Wbrew tracących o histerię niektórych komentarzy o stworzeniu żerowiska dla „kilku cwaniaków” do łowienia „kompromitujących materiałów zbieranych bądź fabrykowanych mozolnie przeciw ludziom demokratycznej opozycji”, nie chodzi o te kompromitujące materiały. Chodzi wyłącznie o stwierdzenie, czy ktoś był współpracownikiem SB itp. służb lub nie.

Nawet jeśli tylko mała grupa dawnych oficerów i tajnych współpracowników SB uaktywnia lub uaktywni swe ponure związki, stanowi to bombę zegarową wymierzoną w demokrację. Nie da się uciec od lustracji.

Motywy w ogóle nie są tu ważne, poza korzystnym dla osoby lustrowanej stwierdzeniem Sądu Lustracyjnego, że do współpracy została zmuszona pod groźbą utraty życia lub zdrowia. Sąd nie będzie ogłaszał ani tego czy ktoś został zwerbowany, bo po pijanemu spowodował wypadek, ani że został przyłapany na oszustwie. Sąd nie będzie też podawał, co i na kogo donosił współpracownik. Sąd ogłosi jedynie, że X nie był lub był oficerem bądź współpracownikiem tajnych służb Polski Ludowej.



Wywiad radzieckiej półkolonii

Ma być ujawniana służba, praca lub współpraca z organami bezpieczeństwa Polski Ludowej, a więc także z wywiadem i kontrwywiadem, wojskowym i cywilnym.

Wywiad polski był wywiadem radzieckiej półkolonii. Jeżeli się mylę, to proszę mi dać przykład choć jednej akcji pozyskania na Zachodzie agenta lub wykradnięcia informacji, która była świadomym aktem pr0polskim i jednocześnie choćby tylko niewygodnym dla KGB czy GRU. Czy choć jeden agent pozyskany wśród Polonii lub osób polskiego pochodzenia dostał polecenie zbierania dla oficera wywiadu Polski Ludowej informacji godzących w interesy Imperium? Czyż oficerowie polskiego wywiadu nie starali się przenikać do struktur władz emigracyjnych w Londynie oraz innych grup emigracyjnych i polonijnych. Czyż przez lata nie obowiązywała instrukcja 07 MBP z 2 kwietnia 1953 r. nakazująca m.in. wykorzystywanie przez „ośrodki wywiadowcze uciekinierów i ich krewnych oraz znajomych w kraju”. Jeżeli tak nie było, to należałoby wyłączyć wywiad z zakresu lustracji.

Ważnym założeniem projektu jest i to, że nie chodzi o lustrację wszystkich oficerów i współpracowników kontrwywiadu czy wywiadu, ale tych, którzy pełnią lub chcą pełnić funkcje publiczne określone w ustawie lustracyjnej. Ktokolwiek z nich zatem chce pozostać w służbie czynnej obecnie i w przyszłości, może spokojnie pracować w służbach specjalnych dalej.

Ustawa przewiduje w sądowym postępowaniu lustracyjnym gwarancje procesowe osobom lustrowanym, w tym prawo do obrony i pomocy obrońcy, do domniemania niewinności, do obowiązku brania wszystkich wątpliwości na korzyść tych osób oraz odwołania się do sądu drugiej instancji. Jednocześnie — tak dla ochrony prywatności osób lustrowanych, jak i dla ochrony wiadomości mogących stanowić tajemnicę państwową, postępowanie lustracyjne ma się toczyć z wyłączeniem jawności. Kolejnym dowodem na to, że celem autorów projektu nie jest wymachiwanie teczkami, ale ochrona koniecznych interesów państwa jest to, że rezygnacja osoby lustrowanej z pełnionej funkcji lub ubiegania się o nią, kończy postępowanie lustracyjne z mocy prawa.

Bez lustracyjnej gorączki

Sąd Lustracyjny upublicznia tylko takie prawomocne orzeczenie, w którym ustalono, że osoba lustrowana skłamała, składając oświadczenie w sprawie swojej ewentualnej współpracy. Złożenie fałszywego oświadczenia, potwierdzone orzeczeniem Sądu Lustracyjnego, pociąga za sobą odpowiedzialność karną — jak za fałszywe zeznania oraz uniemożliwia pełnienie funkcji publicznych wymagających określonych cech charakteru, takich jak: nieskazitelność charakteru czy przestrzeganie podstawowych zasad moralnych. W praktyce ten drugi środek represyjny dotknąłby sędziego lub prokuratora, który w wyniku orzeczenia Sądu Lustracyjnego musiałby opuścić wymiar sprawiedliwości. „I bardzo dobrze”, jak powiedział mi prokurator Prokuratury Krajowej z ponad dwudziestoletnim stażem pracy, „niepotrzebni nam ci, którzy współpracowali z SB, pracując w prokuraturze”.

Ostatnią wreszcie zasadą projektu ustawy lustracyjnej jest wprowadzenie stanowczej tamy amatorom gorączki lustracyjnej, a więc lewicowym i prawicowym radykałom, którzy w imię własnych interesów politycznych dokonują w kontrolowanych przez siebie czasopismach „dzikiej” lustracji. Projekt daje szansę takim radykałom, ale — i przede wszystkim — byłym oficerom służb specjalnych i ich politycznym nadzorcom, aby w terminie 60 dni przekazali Sądowi Lustracyjnemu wszystkie bezprawnie posiadane dokumenty świadczące o czyjejś służbie lub współpracy z tymi służbami. Nie jest przy tym prawdą, jak twierdzą niektórzy krytycy projektu, że przepisy karne wymierzone są w wolność prasy. Prasa może, i powinna, publikować informacje na ten temat. Projekt zaostrza bowiem odpowiedzialność jedynie za „pomówienie”, a więc za zarzut nieprawdziwy i gdy osoba rozpowszechniająca działa z innych pobudek niż ochrona interesu publicznego.

Europa się zgadza

W rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy o zerwaniu z dziedzictwem byłych komunistycznych ustrojów totalitarnych z dnia 27 czerwca 1996 r. większość uwagi poświęcono kwestii dekomunizacji i lustracji. W kluczowym paragrafie 11 czytamy, że ciało to przyjmuje do aprobującej wiadomości fakt przeprowadzenia w niektórych byłych państwach realnego socjalizmu lustracji i/lub de­komunizacji. W drugim zdaniu tego przepisu czytamy, że celem takich regulacji było „wykluczenie z możliwości pełnienia funkcji w organach władz publicznych osób, którym nie można ufać, iż będą je wykonywały zgodnie z zasadami demokracji, o ile w przeszłości nie wykazywały przywiązania do nich oraz gdy nie mają interesu lub motywacji, aby postępować zgodnie z nimi obecnie”.

Rezolucja wzywa też, aby lustracja prowadzona była zgodnie z zasadami prawa do rzetelnego procesu, w oparciu na indywidualnej a nie zbiorowej odpowiedzialności, aby jej celem nie był odwet i chęć karania, ale ochrona instytucji demokratycznych. Wymogi te spełnia projekt ustawy przygotowany przez komisję sejmową pod przewodnictwem posłów Bogdana Pęka, Piotra Marciniaka i Gwidona Wójcika.

Przyjęcie ustawy lustracyjnej będzie tylko jednym z działań na rzecz rozstawania się z dziedzictwem realnego socjalizmu. Działaniem ważnym, nie eliminującym jednak byłych oficerów i ich współpracowników z życia publicznego. To niemożliwe także dlatego, że jak uczy doświadczenie wyborów z 1993 r., upublicznienie z naruszeniem zasad państwa prawnego tzw. listy Macierewicza nie zaszkodziło specjalnie społecznemu wizerunkowi osób tam pomieszczonych.

Na koniec refleksja osobista. Kiedy w imieniu prezydium sejmowej komisji przygotowującej projekt lustracyjny zwrócił się do mnie poseł Piotr Ikonowicz z prośbą o przyjęcie funkcji eksperta, zgodziłem się z ochotą. Nie wiedziałem wówczas, że niektórym członkom Komi­sji chodziło o użycie mnie do ich starań przeciwko samej koncepcji lustracji, jakoby sprzecznej z zasadami ochrony praw człowieka. Równie dobrze byłoby oczekiwać od prawnika zajmującego się prawami człowieka pozytywnej opinii o projekcie ustawy wyznaczającej np. wymogi nieskazitelności charakteru sędziego czy ukończenia przez niego studiów prawniczych, jako rzekomo sprzecznych z zasadą równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji.

W trakcie prac Komisji jeden z posłów przeciwnych projektowi zmusił mnie i drugiego eksperta Komisji, prof. Jana Widackiego, do dokonania swoistej autolustracji. Uczyniliśmy to bez wahania i na poważnie. Oznacza to, że jeżeli skłamałem oświadczając, że nie służyłem, nie pracowałem ani nie współpracowałem z organami służb specjalnych przed i po 1989 r., to jestem gotów ponieść konsekwencje przewidziane w ustawie lustracyjnej.

Walkę z projektem ustawy prowadzili niektórzy posłowie, członkowie Komisji. Niemniej zaciętą walkę wydali jej niektórzy politycy radykalnej prawicy. Ich motywy są różne. Motywy tych pierwszych u wielu budzą obrzydzenie. Motyw tych drugich można zrozumieć, choć radykalne konsekwencje przerabianych już w 1992 r. działań na skróty są groźne dla demokracji, ustroju niezbyt idealnego, ale skoro nie wymyślono lepszego... W ten jednak sposób, ciemnogród „jasnogrodu” podaje ponad podziałami rękę ciemnogrodowi „ciemnogrodu”.

1997/01/08, Ewa Milewicz, Gazeta Wyborcza nr 6, s. 3


Lustracja wielozawodowa. Czy redaktorzy naczelni będą prześwietlani?

Udanej lustracji - takie życzenia noworoczne złożył wczoraj sejmowej komisji pracującej nad ustawą lustracyjną oraz dziennikarzom obecnym podczas jej obrad szef komisji Bogdan Pęk (PSL).

Komisja przegłosowała przepis, który ma uniemożliwić części zlustrowanych sprawowanie niektórych funkcji publicznych. Chodzi o osoby, które złożą fałszywe oświadczenia o współpracy lub pracy w PRL-owskich służbach specjalnych. Jeśli więc osoba zlustrowana fałszywie oświadczy, że nie była współpracownikiem ani funkcjonariuszem służb, to utraci kwalifikacje moralne do zajmowania wielu funkcji publicznych. O tym, że oświadczenie jest fałszywe, orzekać ma sąd lustracyjny. Po dziesięciu latach to orzeczenie uważa się za niebyłe.

Ponadto taka osoba odpowiadać ma z kodeksu karnego za złożenie fałszywego zeznania.

Ekspert komisji, prof. Andrzej Rzepliński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, przygotował wykaz zawodów i funkcji, przy których ustawy wymagają nieskazitelności charakteru, nieposzlakowanej lub nienagannej opinii, dobrej opinii obywatelskiej, przestrzegania podstawowych zasad moralnych. Są to m.in.: sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcowie prawni, urzędnicy służby cywilnej, nauczyciele, żołnierze zawodowi, policjanci.

Posłowie przegłosowali, że ten, kto składa fałszywe oświadczenie, tym samym nie ma nieskazitelnego charakteru, nie przestrzega podstawowych zasad moralnych itp.



Nie kończąca się historia

Niespodziewanie Aleksander Bentkowski (PSL) powrócił do rozwiązań przegłosowanych dwa miesiące temu. Zaproponował, aby sąd uwzględniał tylko oryginały dokumentów SB. Przestrzegał, że w przeciwnym razie funkcjonariusze SB ‘zmienią się w sędziów’. Np. przedstawiać zaczną kserokopie własnych oświadczeń z PRL, obciążające osoby lustrowane. Bentkowskiego poparł inny poseł PSL Władysław Żabiński. Wtedy Jerzy Jaskiernia (SLD) poparł posłów PSL i zaczął domagać się, aby cofnąć się do kwestii omawianych dwa miesiące temu. Jego zdaniem część posłów głosowała wtedy ‘przy niepełnej świadomości’.

• Odbywa się tu niebywały spektakl - oświadczył wtedy Pęk. - Znani prawnicy [Bentkowski i Jaskiernia - red.] z raczej znanych mi powodów próbują zakwestionować lustrację - powiedział Pęk. - Nie gadaj głupot - odkrzyknął mu Bentkowski.

I państwowe, i prywatne

Pęk chce, aby lustracji podlegały też władze publicznej telewizji i radia oraz PAP i PAI. W grudniu Pęk dostał list, w którym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się lustracji dziennikarzy. Wczoraj Artur Smółko (UP) przestrzegał, że do komisji zgłoszą się inne grupy (np. adwokaci) domagające się lustracji i komisja nie zakończy pracy. Natomiast Marian Marczewski (SLD) zaproponował, aby przepis Pęka rozszerzyć na kierownicze stanowiska w telewizji, radiu, prasie, zarówno publicznych, jak i prywatnych. - Mnie zależy na ‘Teleexpressie’ - dodał Jerzy Dziewulski (SLD).

Komisja nie głosowała nad przepisami dziennikarskimi.

1997/06/19, Ewa Milewicz, aj, Gazeta Wyborcza nr 141, s. 3


Kolejka do prześwietlenia. Jakie stanowiska zostaną objęte lustracją?

Ustawa lustracyjna wejdzie w życie mniej więcej za miesiąc. Najdalej po upływie kolejnych dwóch miesięcy zacznie działać sąd lustracyjny.

Lustracji podlegać mają parlamentarzyści i prezydent, także osoby sprawujące kierownicze stanowiska państwowe, a powołane, wybrane lub mianowane przez prezydenta, Sejm i Senat, Prezydium Sejmu oraz premiera. Są to:

• członkowie rządu,

• szef kancelarii premiera,

• szef służby cywilnej i w dół - administracja rządowa - wiceministrowie, kierownicy urzędów centralnych,


ich zastępcy oraz dyrektorzy generalni w ministerstwach i urzędach centralnych,

• sekretarz Komitetu Integracji Europejskiej,

• wojewodowie, wicewojewodowie, dyrektorzy generalni w urzędach wojewódzkich,

• prezes i wiceprezes NIK,

• prezesi Sądu Najwyższego,

• prezes i wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego,

• prezes i wiceprezesi NSA,

• prezes i wiceprezesi NBP,

• rzecznik praw obywatelskich,

• szef KRRiTV i jej członkowie,

• szefowie Kancelarii Sejmu i Kancelarii Senatu oraz ich zastępcy,

• ministrowie stanu w Kancelarii Prezydenta oraz szef jego Kancelarii, a także zastępcy tego szefa,

• główny inspektor pracy i zastępcy,

• kierownik Krajowego Biura Wyborczego,

• rzecznik ubezpieczonych.

• W PAN lustracji będą podlegać: prezes i wiceprezes, sekretarz naukowy i jego zastępcy oraz sekretarze


wydziałów.

• W państwowym radiu i telewizji lustracji podlegać będą: członkowie rad nadzorczych i zarządów,


dyrektorzy programów oraz ośrodków regionalnych.

• W PAP - dyrektor generalny oraz dyrektorzy biur, redaktorzy naczelni i kierownicy oddziałów


regionalnych. Ponadto:

• prezes i wiceprezesi PAI, członkowie zarządu oraz dyrektorzy - redaktorzy naczelni PAI.

• Największą grupą lustrowanych będą sędziowie i prokuratorzy. Sędziów jest ok. 7300, a prokuratorów - ok.
5000.

Parlamentarzystów mamy 560 (kandydaci do Sejmu i Senatu będą musieli składać oświadczenia o współpracy lub pracy w służbach specjalnych, ale sprawdzani będą tylko ci wybrani). Członkowie rządu to kilkanaście osób, wiceministrów jest około setki, podobnie dyrektorów generalnych w administracji centralnej i terenowej. Wojewodów mamy 49.



Oświadczenia lustrowanych

Wszystkie te osoby będą musiały oświadczyć na piśmie, czy współpracowały ze służbami specjalnymi. Dotyczy to nie tylko tych, którzy po wejściu w życie ustawy będą ubiegać się o ważne funkcje publiczne, ale i tych, którzy teraz je pełnią. A więc np. nie tylko kandydatów na sędziów, ale i obecnych sędziów. Ustawa nie obejmie raczej obecnego rządu i parlamentu, bo przed końcem tej kadencji nie zacznie działać sąd lustracyjny.

Wzory oświadczeń będą publikowane w ‘Monitorze Polskim’, z wyjątkiem oświadczeń kandydatów na parlamentarzystów, które będą publikowane na obwieszczeniach wyborczych.

Następnie oświadczenia trafią do sądu lustracyjnego. Jeśli ten stwierdzi (w dwóch instancjach), że kandydat na stanowisko lub wybrany parlamentarzysta skłamał - orzeczenie to będzie publikowane w ‘Monitorze Polskim’.



Utracone szanse

Jakie to ma konsekwencje dla lustrowanego? Traci on nie tylko szansę na stanowisko, o które się starał, ale też przez 10 lat nie będzie mógł sprawować wielu innych funkcji. Chodzić będzie o te stanowiska, które może sprawować tylko człowiek o nieskazitelnym charakterze, nienagannej opinii lub przestrzegający podstawowych zasad moralnych.

Z analizy przepisów zrobionej przez prof. Andrzeja Rzeplińskiego z Komitetu Helsińskiego wynika, że lustrowany, który skłamał, nie mógłby być m.in. notariuszem, adwokatem, nauczycielem, urzędnikiem państwowym, żołnierzem zawodowym, policjantem, radnym, strażnikiem łowieckim.

Natomiast jeśli kandydat do urzędu przyzna się, że współpracował ze służbami PRL, to decyzja, czy obejmie stanowisko, zależy od organu powołującego. Kandydat na parlamentarzystę, gdy po wyborze okaże się, że skłamał - traci mandat. Gdy zaś poda na obwieszczeniu, że współpracował, a wyborcy mimo to go wybiorą - będzie posłem lub senatorem.


11-02-2005 Bogdan Wasztyl, Dziennik Polski, nr 35

Kadry bezpieczeństwa. W mentalności funkcjonariuszy dominowały trzy cechy: widzenie ludzi od najgorszej strony, spontaniczne poszukiwanie haka na każdego oraz przekonanie o własnej wszechwiedzy i omnipotencji


Czują się ofiarami systemu. Są przekonani, że system potrzebował winnych, a lud - igrzysk. To, że wymiar sprawiedliwości trafił na nich, mogło być dziełem przypadku. A mimo to nie chcą rozmawiać z dziennikarzem. Na temat swej przeszłości i przyszłości milczą. To niemal zasada wśród byłych pracowników komunistycznych służb specjalnych.

Andrzej A., były kapitan Służby Bezpieczeństwa, w 1982 roku w Nowej Hucie podczas demonstracji przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego zastrzelił 20-letniego Bogdana Włosika. W 1992 roku został skazany na 10 lat więzienia. Jest jedynym obok zabójców księdza Jerzego Popiełuszki funkcjonariuszem dawnej SB, który trafił do więzienia za przestępstwa popełnione podczas stanu wojennego. A przecież w SB pracowało wówczas ponad 24 tysiące osób; wewnętrzne przepisy i procedury tych służb zezwalały na posiłkowanie się w służbie przestępstwami nawet wbrew przepisom obowiązującego prawa (w strukturach SB istniał nawet specjalny wydział, który zajmował się zacieraniem przestępczej działalności innych funkcjonariuszy).

A. kategorycznie nie chce rozmawiać.

Rozmawiać nie chce również Barbara W. z Częstochowy, skazana przed rokiem na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata za prześladowania opozycji w latach osiemdziesiątych. „Oskarżona wielokrotnie przekraczała swe uprawnienia” - czytamy w uzasadnieniu wyroku. - „Szczególnie rażąco, kiedy zmuszała dwie kobiety do składania zeznań, mimo że jako podejrzane miały prawo do odmowy wyjaśnień. Ponadto posługiwała się kłamstwami, szantażowała podejrzane o „działalność antypaństwową”, by zmusić je do przyznania się do winy. Jedną z kobiet próbowała zmusić do współpracy z SB, strasząc, że w przypadku odmowy umieści jej dzieci w domu dziecka. Oskarżona precyzyjnie stosowała przymus psychiczny”.

W 1990 roku Barbara W. została pozytywnie oceniona przez komisję weryfikacyjną i przeszła do pracy w policji. Szybko awansowała aż do stanowiska komendanta rejonowego. Chwaliły ją media. Wielokrotne zabiegi dawnych poszkodowanych przez „Basieńkę” (tak nazywały ją dawne ofiary) o postawienie jej przed sądem nie przynosiły żadnych efektów. Dopiero Instytut Pamięci Narodowej poważnie zajął się jej przeszłością. Zanim sporządzono akt oskarżenia, „Basieńka” w trybie pilnym przeszła na emeryturę - mundurową, uprzywilejowaną.

Andrzej Karaś jest wójtem Zaleszan w Podkarpackiem. Kiedy jego nazwisko znalazło się na tzw. liście Wildsteina, przyznał dziennikarzom, że pracował w SB. - Nie wstydzę się tego. Trafiłem do SB ze względów materialnych. To była taka sama służba jak w obecnej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nie krzywdziłem opozycji, bo wtedy takowej nie było - tłumaczył reporterom „Nowin”.

- To nie była taka sama służba - wyjaśnia dr Dariusz Iwaneczko z IPN. - Pracownicy SB bronili komunizmu przed społeczeństwem. Często wykonywali dyrektywy z Moskwy.

Dziennikarze zajrzeli do teczki Karasia. Z dokumentów tych wynika, że od najmłodszych lat był entuzjastą PZPR, zaciekle utrudniał budowę kościoła w rodzinnej miejscowości. Do SB zgłosił się sam, zapewniał, że nie utrzymuje żadnych kontaktów z klerem ani z wujem, który był żołnierzem Andersa. Pracował jako oficer techniki - mógł instalować podsłuch i opracowywać informacje uzyskane w ten sposób. Kiedy wystąpił z SB, został naczelnikiem gminy. Teraz jest jej wójtem wybranym w bezpośrednich wyborach. - Dobry gospodarz, ale nie znaliśmy jego przeszłości - przyznają mieszkańcy gminy. - SB to chyba nic dobrego, prawda?

Amnezja jak amnestia

Andrzej Filipczyk z rzeszowskiej „Solidarności”, który widział dokumenty gromadzone przez SB, zna nazwiska tajnych współpracowników, którzy na niego donosili. - Żaden z donosów, które widziałem, nie był błahy - zapewnia. - Na mojego kolegę, który w tamtym czasie studiował, donosiło 20 innych studentów. Oni dziś normalnie funkcjonują w życiu publicznym, są adwokatami, prokuratorami.

Filipczyk jest zwolennikiem tego, by oprócz nazwisk agentów i tajnych współpracowników ujawniać też nazwiska funkcjonariuszy SB i prominentnych działaczy PZPR. - Bez agentów i tajnych współpracowników państwo policyjne nie mogłoby istnieć, ale ten przestępczy system, jakim była PRL, tworzyli funkcjonariusze partii i SB. Oni wyrządzili społeczeństwu największe zło. I to trzeba jasno powiedzieć.

Rząd Tadeusza Mazowieckiego przyjął zasadę odcięcia przeszłości grubą kreską. Dziś większość społeczeństwa uważa, że grzechy III Rzeczpospolitej - powszechna korupcja, brak przejrzystości w życiu publicznym - są pokłosiem tamtej decyzji. Dobrego świadectwa ekipie Mazowieckiego nie wystawia też fakt, że jeszcze przez prawie rok po objęciu przez niego rządów służby specjalne - jak za komuny - inwigilowały opozycję, która nie popierała „Okrągłego Stołu” (m.in. Wolność i Pokój oraz Konfederację Polski Niepodległej).

Później nastąpiła weryfikacja. W połowie 1990 roku rozwiązano SB. Byli pracownicy tej formacji mogli przejść do pracy w policji lub Urzędzie Ochrony Państwa pod warunkiem przedostania się przez sito komisji kwalifikacyjnych powołanych w każdym województwie i składających się z dawnych działaczy opozycji. Przed komisjami stanęło 15 tysięcy funkcjonariuszy. Pozytywnie oceniono ponad 8 tysięcy.

Co stało się z negatywnie zweryfikowanymi esbekami? Można było odnieść wrażenie, że się rozpłynęli. - Krzywda im się nie stała. Ta solidarna wataha nieźle się ustawiła w III RP - twierdzi Kazimierz S., były esbek z podgórskiego miasteczka, który pod koniec lat 80. był więziony i szykanowany za to, że odmówił wykonania zbrodniczego planu, który miał doprowadzić do eliminacji ks. Adolfa Chojnackiego. Po opuszczeniu aresztu, S. przeszedł na marną rentę. Jego byli szefowie i koledzy trafili do prywatnych firm i powstających naprędce agencji ochrony. Raczej trzymają się razem a o S. jeszcze do dziś rozpuszczają złośliwe plotki. Przecież występował przed sądem przeciw SB, zdradził.

Pochodzący z biednej rodziny S. trafił do SB z powodów materialnych. Pracował w milicji, a w SB zarobki były o wiele wyższe. Imponowało mu też to, że esbecy uchodzili za elitę.

W drugiej połowie lat 70. do SB rzadziej trafiali ludzie bez wykształcenia, dzieci ubeków i esbeków. SB szukała ludzi po dobrych kierunkach studiów, którym oferowała mieszkanie, wygodne życie i dobre zarobki. Wielu kończących studia stawało przed takim wyborem moralnym. Niektórzy z tych, którzy wybrali wygodne życie, rezygnowali ze służby po 2 - 3 latach. Ci, którzy zostawali, stawali się sprawnymi trybami machiny ucisku.

Prof. Andrzej Paczkowski, członek kolegium IPN, wyróżnił kiedyś dwie cechy esbeckiej mentalności: widzenie ludzi od najgorszej strony i spontaniczne poszukiwanie haka na każdego oraz przekonanie o własnej wszechwiedzy i omnipotencji. O tej pierwszej przekonał się S., o tej drugiej mogli przekonać się wszyscy, którzy uważnie śledzili przesłuchanie gen. Gromosława Czempińskiego przez sejmową komisją śledczą ds. Orlenu.

Pod ochroną

W pierwszych latach po upadku komunizmu byli esbecy nie afiszowali się ze swoją przeszłością. Jerzy Morawski, autor wielu reportaży i dokumentów o esbekach, musiał pokonać sporo przeszkód, by do nich dotrzeć. - Pierwszego mogłem oszukać, ale gdy szedłem do następnych, doskonale wiedzieli, kim jestem i po co przychodzę. Trzymali się razem, informowali, ostrzegali - opowiada.

Morawski przyjechał w 1994 roku do małego miasta, by porozmawiać z komornikiem, człowiekiem bardzo zamożnym, dawnym oficerem SB. W pełnej ludzi kancelarii zobaczył pewnego siebie, zadowolonego z życia mężczyzny. Gdy wyjął kamerę i oznajmił, że chce rozmawiać o jego przeszłości, tamten skarlał natychmiast. Rozdygotany zaprosił reportera do innego pokoju, błagał, by go nie demaskować.

Morawski zapamiętał ludzkie wraki - z chorobą alkoholową, nieudanym życiem osobistym - ale przy tym ludzi dobrze zorganizowanych, poinformowanych i wciąż budzących lęk. Może jeszcze wówczas żywili jakieś obawy co do tego, czy przeszłość nie zaważy na ich przyszłości, ale rychło przestali się bać, bowiem dyskretną ochronę roztaczał nad nimi UOP i dawni koledzy, którzy w nim pracowali.

Morawski szukał esbeków na własną rękę, bo był przekonany o tym, że gdyby poszedł do archiwum UOP, pracujący tam dawni funkcjonariusze SB natychmiast ostrzegliby swoich kolegów.

Podobną solidarność esbeków zapamiętał pracujący obecnie w IPN prokurator Krzysztof Urbaniak, który przesłuchał wielu byłych funkcjonariuszy, prowadząc choćby śledztwo w sprawie zabójstwa Stanisława Pyjasa. Zmowa milczenia miała ukryć albo chociaż umniejszyć przestępczą działalność komunistycznych tajnych służb.


W sukurs tej zmowie szli kolejni szefowie UOP i MSWiA, którzy wielokrotnie odmawiali prokuraturze wgląd do utajnionych dokumentów.

Druga połowa lat 90. to narastające wśród dawnych esbeków poczucie bezkarności. Niektórzy uznali, że nie trzeba się wstydzić przeszłości. W obronie negatywnie zweryfikowanych wielokrotnie występował poseł (również obecnej kadencji) Marek Lewandowski z SLD, wcześniej dowódca do spraw polityczno-wychowawczych w jednostce ZOMO. Jego zdaniem weryfikacja była działaniem bezprawnym i politycznym. - Chcę, żeby z tych ludzi zdjęto stygmat, żeby uchylono opinię o ich niemoralności - przekonywał. Niektórzy z jego dawnych towarzyszy zapowiadali wystąpienie w obronie swych „pogwałconych” przez weryfikację praw do Strasburga.

Sędzia Bogusław Nizieński, rzecznik interesu publicznego, odpowiedzialny za przeprowadzanie lustracji, który miał do czynienia z byłymi esbekami jako świadkami w sprawach lustracyjnych, mówi nie o zmowie milczenia, ale o zmowie kłamstw. Przed sądem lustracyjnym esbecy najczęściej twierdzili, że wytwarzali fikcyjne dokumenty dotyczące osoby lustrowanej. Mimo że wielu ze świadków nie było już w służbie i pobierało spore uprzywilejowane emerytury (przypomnijmy, że Salomon Morel, ubecki kat z obozów w Świętochłowicach i Jaworznie, ścigany listem gończym, dziś dostaje grubo ponad 5 tysięcy zł emerytury), nie przedsięwzięto przeciw nim żadnych kroków. A przecież, gdyby miało być tak, jak zapewniali esbeccy świadkowie, to oznaczałoby to, że masowo dopuszczali się oni przestępstwa fałszowania dokumentów.

Głowa do góry

Przed kilkoma laty Piotr Niemczyk, dawny opozycjonista, a później członek kierownictwa UOP przestrzegał: „Istnieją związki byłych funkcjonariuszy milicji, a nawet UOP-u, które składają się z byłych esbeków. To jest zorganizowana formacja. Oni twierdzą, że jak komuniści wygrają wybory w 2001 roku, wrócą i zrobią porządek w UOP. Niektórzy z nich pracują w Kancelarii Prezydenta, w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, inni - w bankach czy dużych spółkach skarbu państwa, jeszcze inni w firmach ochroniarskich”.

Niemczyk się nie mylił. Po zwycięskich dla SLD wyborach służby specjalne zostały poddane reorganizacji i masowej wymianie kadr, w wyniku której najważniejsze stanowiska zajęli nowi starzy, np. szefem poznańskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego został Ireneusz Wróblewski, do 1989 roku w pionie śledczym SB, któremu później przyznano rentę specjalną ze względu na zły stan zdrowia. Przed objęciem nowej posady ozdrowiał.

Prof. Maria Łoś, socjolog, mówi wprost, że w 1989 roku nie tyle obalono komunizm, co uwłaszczono nomenklaturę (komunistycznych działaczy i ich rodziny) i sprywatyzowano państwo policyjne. Choć z tą diagnozą nie zgadza się wielu naukowców (m.in. prof. Paczkowski) wszyscy dostrzegają elementy składowe tego procesu: selektywne niszczenie i zawłaszczanie tajnych akt, płynne wejście byłych esbeków do firm związanych z sektorem finansowym, handlem zagranicznym, mediami, telekomunikacją...

Esbecy stworzyli i opanowali pozapaństwowy system bezpieczeństwa i kontroli - tworzyli firmy ochroniarskie, agencje detektywistyczne, banki danych, wywiadownie gospodarcze. - Najbystrzejsi funkcjonariusze, najczęściej wywiadu, najwięcej wiedzieli o regułach wolnego rynku.

Oni już siedzieli w firmach związanych z handlem zagranicznym. Inni szybko się tam dostali - twierdzi Piotr Niemczyk.

Zadanie mieli ułatwione. Szczególnie ci, których podopieczni (agenci, tajni współpracownicy) zaczęli odgrywać istotną rolę w gospodarce. Niemczyk bez trudu potrafi wskazać ich w otoczeniu najbogatszych ludzi w Polsce i zarządów największych firm.

Co znaczy SB?



Reporter „Dziennika” dzwonił do działów personalnych kilku największych polskich firm, podając się za byłego pracownika SB poszukującego pracy. Ta informacja nie robiła na nikim wrażenia:

- Co to ma wspólnego z tym, że chce pan u nas pracować?

- Co to znaczy SB?

- CV i list motywacyjny zawsze może pan złożyć. Nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli posiada pan umiejętności, które uznamy za przydatne, to pańska przeszłość pod warunkiem, że nie był pan karany, nie ma żadnego znaczenia.

Pracownicy działów personalnych nie potrafili sobie przypomnieć, by kiedykolwiek natknęli się na CV, w którym byłaby informacja o tym, że kandydat pracował w SB. Tłumaczyli, że być może wynika to z faktu, iż w CV nie powinno się uwzględniać wszystkiego, a jedynie te szczegóły, które mogą zachęcić potencjalnego pracodawcę. A być może z powodu, że byli esbecy nie szukają pracy w ten sposób. Mają rozległe kontakty i - być może - tajną wiedzę, które powodują, że zatrudnia się ich w innym trybie, na życzenie właścicieli bądź władz spółek.

O tym, że życie byłych esbeków w III Rzeczpospolitej nie jest koszmarem, świadczą choćby losy członków plutonu specjalnego ZOMO oskarżonych o strzelanie do górników podczas pacyfikacji kopalń Wujek i Manifest Lipcowy w grudniu 1981 roku. Część z nich pracowała w policji aż do emerytury. Maciej Sz., obecnie 52-letni emeryt, przez kilkanaście lat prowadził agencję ochroniarską Argus w Mysłowicach, jedną z największych na Śląsku (zezwolenie otrzymał od ministra spraw wewnętrznych). Leszek G. prowadził kantor i restaurację oraz agencję towarzyską. Romuald C., dowódca plutonu, został szefem ochrony NBP w Katowicach. Inni pracowali w firmach prywatnych i agencjach ochrony mienia.

Jeszcze przed rokiem sąsiedzi Barbary W. dziwili się, że „taką spokojną i fajną babkę włóczy się po sądach za jakieś bzdury”. - Kogo to jeszcze dzisiaj obchodzi? - pytali poirytowani. - Zabiła kogoś? Nie! To dajcie jej spokój.

Teraz, po ujawnieniu listy Wildsteina i kolejnych teczek, Zbigniew Sarnowski, przewodniczący Rady Gminy w Zaleszanach, nie ma wątpliwości, że służba w komunistycznym aparacie represji to wstyd i hańba: - To wstyd dla całej gminy. Mam nadzieję, że wójt, który służył w SB, zgodzi się na to, by wybrać honorowe wyjście.

- Co to oznacza?

- Rezygnację z funkcji.

Pracownicy IPN są świadomi ogromnej wagi informacji, które kryją się w dawnych esbeckich dokumentach. Twierdzą, że historię PRL-u trzeba opracowywać na nowo. Ich zdaniem największą wartością teczek nie jest moc obalania fałszywych autorytetów, ale wiedza o PRL-u jako o państwie policyjnym i o tajnych służbach tego państwa.

Senator Zbigniew Romaszewski chciałby, by społeczeństwo było wyrozumiałe w stosunku do agentów i tajnych współpracowników: - Ci ludzie dopuścili się wielu podłości, ale przeżywali też dramaty związane z łamaniem ich przez esbeków. Napiętnowani z imienia i nazwiska muszą być prawdziwi twórcy tamtego nieludzkiego systemu - komunistyczni notable i ich gorliwi pomocnicy z bezpieki.

W udostępnionych przez IPN dokumentach senator Romaszewski trafił na sprawę SOR „Graf”, którą przez kilka lat prowadził inspektor II Departamentu SB (do walki z opozycją) Andrzej Anklewicz. Anklewicz represjonował Romaszewskiego w miejscu pracy, Instytucie Fizyki PAN - próbował doprowadzić do wyrzucenia go z pracy, nie dopuścić do zrobienia przez niego doktoratu. W III RP Anklewicz został generałem, był szefem Straży Granicznej i wiceministrem MSW.

2005-01-04, Rzepa, nr 2.


Pół miliona agentów i ich teczki Niektóre kraje dawnego bloku wschodniego potrafiły sobie poradzić z komunistyczną przeszłością, inne dopiero stoją przed tym zadaniem

Jednym z największych problemów postkomunistycznych społeczeństw jest sprawa tajnych współpracowników byłych służb bezpieczeństwa. Według szacunkowych obliczeń w Europie Środkowo-Wschodniej, nie licząc byłych republik radzieckich, może ich być obecnie kilkaset tysięcy.

Nierzadko pełnią odpowiedzialne funkcje we władzach i w biznesie Polski, Niemiec, Czech, Słowacji, Węgier, Bułgarii i Rumunii. Niemal wszędzie, gdzie otwarto archiwa służb bezpieczeństwa, wybuchły poważne skandale. Agentami lub współpracownikami okazywali się znani pisarze, czołowi politycy, obwieszeni medalami sportowcy.

W okresie przełomu część dokumentacji bezpieki spalono i rozkradziono. Nie udało się zniszczyć wszystkiego. Stosunkowo najlepiej z archiwami poradzono sobie w byłej NRD, głównie dzięki pomocy zachodnich Niemiec. Idąc za tym przykładem, w innych krajach regionu powołano specjalne placówki mające zajmować się opieką i udostępnianiem akt. W Polsce i na Słowacji powstały Instytuty Pamięci Narodowej, na Węgrzech - Niezależny Instytut Archiwów Historycznych, a w Rumunii - Narodowa Rada Studiów nad Archiwami Securitate.

Lustracja i udostępnianie akt były nierzadko torpedowane przez postkomunistyczne rządy. W miarę sprawnie przebiegają w Czechach, niemal całkowicie zablokowane zostały w Bułgarii.



Lustracja po niemiecku

Pierwszym państwem byłego bloku wschodniego, które otworzyło archiwa służby bezpieczeństwa, była NRD. Już pod koniec 1990 roku powstał Federalny Urząd ds. Materiałów Służby Bezpieczeństwa Państwowego NRD. Nieoficjalnie, od nazwiska jego pierwszego szefa, nosi on nazwę Urzędu Gaucka.

Dostęp do akt Stasi mają wszyscy obywatele, a także firmy, urzędy, partie polityczne, związki i stowarzyszenia (mogą składać wnioski z zapytaniem, czy ich pracownicy lub członkowie byli w przeszłości związani ze służbami). Archiwa urzędu otwarto na początku 1992 roku. Do tej pory skorzystało z nich prawie 2 miliony ludzi. Na wniosek instytucji sprawdzono 1,6 miliona osób. Specjalną kategorią figurującą w archiwach są znane postaci z życia publicznego, jak politycy, artyści czy dziennikarze. Wgląd do zgromadzonych na ich temat materiałów mają jedynie historycy oraz przedstawiciele mediów.

W ubiegłym roku Urząd Gaucka dostał z Waszyngtonu wiele materiałów dotyczących szpiegów Stasi działających w RFN. Jednym z nich okazał się znany pisarz i publicysta Günter Wallraff, który jednak konsekwentnie temu zaprzecza. Mimo wiarygodnych danych archiwalnych do współpracy ze Stasi nie przyznają się również minister transportu Manfred Stolpe, były szef postkomunistycznej PDS Gregor Gysi oraz słynna łyżwiarka figurowa Katharina Witt.

Materiały z tajnych teczek mogą być publikowane tylko pod warunkiem, że osoby, których dotyczą, nie były ofiarami Stasi. Z prawa tego starał się korzystać były kanclerz RFN Helmut Kohl, który cztery lata temu sprzeciwił się publikacji zgromadzonych na jego temat materiałów. Zdaniem mediów były kanclerz usiłował w ten sposób zapobiec publikacji dokumentów dotyczących nielegalnego finansowania CDU.

Kohl podparł się orzeczeniem sądowym, w efekcie czego Bundestag znowelizował ustawę o Urzędzie Gaucka. W rezultacie kolejnego procesu jedynie niewielka część akt dotyczących kanclerza może zostać udostępniona mediom oraz historykom.



Czechy: Teczki w Internecie

W Czechach obowiązuje ustawa zatwierdzona jeszcze w Czechosłowacji w 1991 roku. Określa ona warunki, jakie muszą spełniać osoby ubiegające się o wyższe stanowiska w administracji państwowej, sądownictwie, mediach publicznych. Jednym z nich jest „negatywne zaświadczenie lustracyjne”, czyli potwierdzenie, że nie pracowało się i nie współpracowało z tajną komunistyczną policją (StB).

W 1996 parlament przyjął ustawę dającą każdemu obywatelowi możliwość sprawdzenia, czy służby bezpieczeństwa założyły mu teczkę. Wystarczyło pisemnie zwrócić się do specjalnej sekcji MSW mieszczącej się w Pardubicach, aby przestudiować teczkę na miejscu lub w ciągu 90 dni otrzymać pisemną odpowiedź. Od września 1997 z możliwości tej skorzystały ponad 4 tysiące osób.

W roku 2002 parlament podjął decyzję o umieszczeniu teczek w Internecie. Wystarczy wpisać adres: www.mvcr.cz, aby sprawdzić siebie, rodzinę czy znajomych. Stronę odwiedziło już ponad 1,8 miliona osób. Listy zawierają nazwisko, datę urodzenia, numer teczki, kryptonim oraz kategorię współpracownika (np. agent, informator czy właściciel lokalu konspiracyjnego).

W sumie StB założyła około 100 tysięcy teczek. Część z nich została jednak zniszczona w czasie aksamitnej rewolucji, a niektóre (około 3 tysięcy) ze względów bezpieczeństwa państwa pozostały utajnione. Osoby, które znalazły swoje nazwisko na liście współpracowników, a twierdzą, że nimi nie były, mogą zaskarżyć MSW do sądu. Ministerstwo przegrało już 800 takich procesów lustracyjnych.

Słowacja: Opór tajnych służb

Otwarcie teczek StB, która w 5,5-milionowej Słowacji miała 50 tysięcy agentów i współpracowników, wywalczyła dopiero w 2000 roku chadecja. Z jej inicjatywy powstał również Instytut Pamięci Narodowej, który udostępnia obywatelom gromadzone na ich temat materiały. Do tej pory wystąpiło o to 2,5 tysiąca Słowaków, a zapoznało się z nimi zaledwie 500 osób. - Nie możemy pokazać zainteresowanym wszystkich teczek, ponieważ służby bezpieczeństwa bronią się przed ich przysłaniem do naszych archiwów - powiedział „Rz” szef Instytutu Jan Langosz.

W listopadzie nazwiska agentów i współpracowników tajnych służb opublikowano w Internecie. Za jego pośrednictwem udostępniono również teczki. Na razie zeskanowano około 20 tysięcy akt ze wschodniego rejonu Słowacji. Otwarcie teczek w Internecie wywołało tak duże zainteresowanie obywateli, że w pierwszych dniach doszło do zablokowania serwera. Media wyłowiły wiele nazwisk polityków z ugrupowań rządzących. Ujawniły, że na liście agentów znalazło się nazwisko byłego prezydenta Rudolfa Schustera.

- Byli agenci StB pracują nadal w różnych instytucjach centralnych, ponieważ na Słowacji nie obowiązuje ustawa lustracyjna - przyznał niedawno szef MSW Vladimir Palko.

Pierwszy słowacki rząd Vladimira Mecziara powierzył przeprowadzenie lustracji Słowackim Służbom Informacyjnym (SIS). Ich uprawnienia wygasły jednak już w 1994 roku, gdy Mecziar oskarżył Pragę, że przekazała SIS niepełne i sfałszowane wykazy agentów. Zdaniem Mecziara „interes bezpieczeństwa państwa” wymagał anulowania lustracji. W okresie jego rządów (1993 - 1998) media ujawniły, że na szczytach władzy znajduje się wielu były tajnych współpracowników. Agentami StB okazali się m.in. szef NIK Sztefan Bajanek oraz szef Narodowego Urzędu Bezpieczeństwa (który weryfikował przeszłość osób mających dostęp do tajemnic państwowych) Vladimir Benczek.

W październiku 2004 roku sprawa tajnych agentów znów trafiła jednak na pierwsze strony gazet, gdy na wniosek premiera Mikulasza Dzurindy odwołany został kolejny szef NBU Jan Mojżisz. Media sugerowały, ze dzięki jego „niezłomnej postawie” certyfikatu pozwalającego na uzyskanie dostępu do tajemnic NATO nie otrzymało kilkudziesięciu czołowych polityków o komunistycznej przeszłości. Wielu z nich wywodziło się z partii premiera.



Węgry: Premierzy z przeszłością

Przez wiele lat węgierskie społeczeństwo było silnie spenetrowane przez komunistyczne służby bezpieczeństwa (AVH - Allamvedelmi Hatosag). Wyłoniony w pierwszych wolnych wyborach rząd premiera Jozefa Antalla sprzeciwił się jednak publikacji nazwisk agentów. Zgromadzenie Narodowe ostatecznie udostępniło teczki i uchwaliło ustawę lustracyjną dopiero w 1994 roku. Socjalistyczna ekipa premiera Gyuli Horna najpierw ją jednak całkowicie zawiesiła, a następnie zabrała się do jej przerabiania.

Pojęcie „tajny agent” zawężono do policji politycznej, a lustracji mieli podlegać tylko ci urzędnicy, którzy składali przysięgę przed prezydentem. Ostatecznie objętych nią zostało zaledwie 500 osób.

Niezależny Instytut Archiwów Historycznych, który opiekował się teczkami, nie mógł zresztą nikogo zmusić do rezygnacji ze stanowiska. Zainteresowana osoba otrzymywała jedynie poufne zawiadomienie z prośbą o podanie się do dymisji, a jeśli się do niego nie zastosowała w ciągu 30 dni, informację o jej współpracy podawano do wiadomości publicznej. Na tym kończyły się uprawnienia Instytutu.

Do dymisji nie podali się między innymi służący w komunistycznych paramilitarnych służbach - które pomagały tłumić węgierskie powstanie w roku 1956 - premier Horn oraz przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Zsoltan Gal. Na złożenie mandatu zdecydował się tylko jeden poseł.

Dwa lata temu do współpracy z komunistycznym kontrwywiadem przyznał się kolejny premier Peter Medgyessy. Oświadczył jednak, że pełnił „odpowiedzialną funkcję”, usiłując przeszkodzić agentom KGB w „storpedowaniu wejścia Węgier do Międzynarodowego Funduszu Walutowego”. Tłumaczenie to zostało uwzględnione.

Po „aferze Medgyessyego” z inicjatywy prawicowego, opozycyjnego Fideszu powołano specjalną komisję parlamentarną, która miała zbadać przeszłość wszystkich sześciu premierów, 106 ministrów i 297 sekretarzy stanu sprawujących władzę po roku 89. Raport komisji utajniono. Z przecieków opublikowanych przez prawicowy „Magyar Hirlap” wynikało jednak, że agentami było co najmniej siedmiu ministrów.

Bułgaria: Trudne odczytywanie niechlubnych kart

Tajna policja (Dyrżawna Sigurnost) miała w 8-milionowej Bułgarii około 60 tysięcy donosicieli, inwigilowała setki tysięcy osób i była wszechpotężnym panem życia i śmierci.

Działała w państwie, w którym rządząca partia komunistyczna miała milion członków, ich obowiązkiem była „klasowa czujność”. Teczki mogą więc być groźnym „hakiem” i narzędzia tego używano wielokrotnie, by dyskredytować polityków i inne osoby publiczne. Ze względu na układ sił na bułgarskiej scenie politycznej pierwsze próby rozwiązania problemu teczek były nieśmiałe i powierzchowne. Wydawało się, że po wyborczym zwycięstwie prawicy w 1997 roku nastąpił wreszcie odpowiedni moment.

Ustawa uchwalona przez zdominowany przez antykomunistów parlament jednak nie spełniła oczekiwań. Odtajnienie było bowiem częściowe i sprowadziło się głównie do udostępnienia osobom inwigilowanym ich teczek. Okazało się przy tym, że prawie połowa z 280 tysięcy jednostek archiwalnych została zniszczona albo wyniesiona. Politycy, z ówczesnym premierem Iwanem Kostowem na czele, sprawę teczek wykorzystali przeciwko swoim przeciwnikom politycznym. Ujawniono przede wszystkim, że od byłych konfidentów bezpieki aż roi się wśród przywódców tureckiego Ruchu na rzecz Praw i Swobód.

W 2001 r. powołana została specjalna komisja do sprawdzania, czy politycy, wyżsi urzędnicy państwowi byli współpracownikami tajnych służb. Choć wykrycie takiego faktu podawano do wiadomości publicznej, nie oznaczało to automatycznej utraty stanowiska. Po niespełna dwóch latach koalicja partii byłego cara i ugrupowania tureckiego uznała komisję za stronniczą i zlikwidowała ją, ustalając nowe reguły dostępu, czy też raczej braku dostępu, do teczek. Zgodnie z przyjętą w 2002 roku ustawą o ochronie informacji niejawnych dane na temat osób, które współpracują lub współpracowały ze służbami bezpieczeństwa, uzyskały klauzulę tajności. Bez rozróżnienia służb komunistycznych od obecnych. Ostatnio jednak premier Symeon Sakskoburggotski zmienił w tej sprawie zdanie i opowiedział się za odtajnieniem archiwów.

Rumunia: Ciszej nad tą trumną

W Rumunii dostęp do własnych teczek z archiwów policji politycznej Securitate jest ustawowo zagwarantowany wszystkim obywatelom. Udostępnianie dokumentów nadzoruje Narodowa Rada Studiów nad Archiwami Securitate (CNSAS), w której skład wchodzi kilku znanych intelektualistów, zwłaszcza historyków.

CNSAS odgrywa też rolę lustracyjną, choć w sposób skandalicznie nieuporządkowany. Cztery lata temu na przykład spełniła tylko częściowo swój ustawowy obowiązek ogłoszenia przed wyborami nazwisk kandydatów do parlamentu, którzy współpracowali z Securitate. Części z nich nie sprawdziła, ponieważ... nie zdążyła. Jeden z członków Rady powiedział potem „Rz” pół żartem, pół serio, że nie jest to problem, bo dla większości rumuńskich wyborców była współpraca z Securitate nie jest niczym nagannym.

Przez kilka lat działania CNSAS obecne służby specjalne nie przekazały Radzie archiwów, do czego zobowiązała je ustawa. Brakuje miejsca dla zmagazynowania 23 kilometrów akt, ponieważ rząd dotąd nie udostępnił Radzie odpowiedniego budynku. CNSAS, przyjmując prośby o teczki lub inicjując śledztwa, każdorazowo prosi o dokumenty odpowiednie służby, a te przekazują jej, co chcą. Na prośbę o ujawnienie byłych agentów wśród kleru CNSAS dostała od służb tylko teczkę jedynego biskupa, który już uprzednio przyznał się publicznie do współpracy, zresztą bardzo incydentalnej.

Nieskuteczne próby nadania większej powagi funkcjonowaniu Rady podejmowała tylko część jej członków (zwłaszcza były dysydent, poeta Mircea Dinescu oraz były minister spraw zagranicznych Andrei Plesu). Wsparcie opinii publicznej mieli mizerne, głównie ze strony byłych więźniów politycznych, nielicznych dysydentów z czasów dyktatury i najbardziej antykomunistycznie nastawionych intelektualistów.

Prośby o własne teczki złożyło przez kilka lat zaledwie dwa, trzy tysiące osób. Wydaje się to paradoksalne. W latach 1948 - 1964 komunistyczne represje w Rumunii były najstraszniejsze w skali bloku wschodniego. Po liberalizacji w latach 1964 - 1970 Nicolae Ceausescu stopniowo zainstalował wyjątkowo policyjny reżim. Represje były zjawiskiem rzadkim, bo opór sterroryzowanego społeczeństwa był marginalny. Rozbudowana struktura Securitate tak przenikała struktury państwa, rządzącej partii, koncesjonowanych organizacji społecznych i gospodarki, że stawała się z nimi niemal tożsama. Dziś zdecydowana większość Rumunów zdaje się mówić: „ciszej nad tą trumną”.

Piotr Zychowicz, Bogumił Luft, Piotr Jendroszczyk z Berlina, Andrzej Niewiadowski z Bratysławy i Budapesztu, Barbara Sierszuła z Pragi, Marek Suchowiejko z Sofii

Dla „Rzeczpospolitej” Ludwig Mehlhorn Były enerdowski opozycjonista, współzałożyciel ruchu obywatelskiego Demokracja Teraz. Organizacja ta stała się później częścią Sojuszu 90, który w zjednoczonych Niemczech utworzył wspólną partię z Zielonymi. Obecnie jest pracownikiem Akademii Ewangelickiej w Berlinie.

W niektórych krajach, między innymi w Polsce, za późno zabrano się za otwarcie archiwów służb specjalnych. Myślę, że, tak jak we wschodnich Niemczech, należało to połączyć z dekomunizacją struktur państwa, administracji i szkolnictwa. Nam udało się to dzięki pomocy zachodniej części kraju, która dała na ten cel pieniądze. Wykorzystaliśmy poza tym dynamikę rewolucji. Funkcjonariusze Stasi nie piastują obecnie we wschodnich Niemczech żadnych kluczowych funkcji państwowych.

Niestety, nie wszystkim krajom udało się rozliczyć z komunistyczną przeszłością. Myślę, że zależy to między innymi od stopnia rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. W Bułgarii czy Słowacji jest ono słabsze niż na przykład w Czechach czy w Polsce. Jeżeli chodzi o Polskę, to należy uwzględnić również Okrągły Stół, przy którym wyznaczono pewne zasady obowiązujące w następnych latach. Doszło przecież do pewnego zbliżenia pomiędzy komunistami a dotychczasową opozycją. NOT. P. Z.





: linki
linki -> Upowa ż nieni e do działania w formie przedstawicielstwa pośredniego na podstawie przepisów art. 5 ust. 1 I 2 Rozporządzenia Rady (ewg) nr 2913/92 z dnia 12 października 1992 ustanawiającego Wspólnotowy Kodeks Celny oraz przepisu art
linki -> Upowa ż nieni e do działania w formie przedstawicielstwa pośredniego na podstawie przepisów art. 5 ust. 1 I 2 Rozporządzenia Rady (ewg) nr 2913/92 z dnia 12 października 1992 ustanawiającego Wspólnotowy Kodeks Celny oraz przepisu art
linki -> Krwiodawstwo Informacje na temat krwiodawstwa na stronach pck
linki -> KS. adam boniecki smutny triumf Radia Maryja: coraz więcej ludzi reaguje alergicznie na przymiotnik„katolicki. Za murem
linki -> Książki anglojęzyczne, które nabyłem w ostatnich 2 miesiącach, i które są do wykorzystania przez każdego pracownika naszej przezacnej Katedry
linki -> Dorota Kołakowska, rzepa, nr 35
linki -> Spór o pana pułkownika piotr semka w
linki -> PAŃstwo dla obywateli plan rządzenia
linki -> Andrzej Rzepliński Ściganie zbrodni nazistowskich w Polsce w latach 1939-2004
linki -> Rzeczpospoplita, 23. 12. 00 Nr 299




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna