Anna Kańtoch Duchy w maszynach Część 1



Pobieranie 303.51 Kb.
Strona1/4
Data07.05.2016
Rozmiar303.51 Kb.
  1   2   3   4
Anna
Kańtoch


Duchy w maszynach

Część 1

Odkąd umarli przejęli linie kolejowe, pociągi wreszcie przestały się spóźniać. Oczywiście papierowych rozkładów jazdy na dworcu już nie było – część zgniła pod wpływem deszczu, inne zostały podarte przez wiatr albo rozwydrzoną dzieciarnię. Przetrwał jedynie ten nad kasami – białe litery wymalowane na solidnej metalowej płycie. Przez lata mocno zardzewiała, ale wciąż dało się odczytać, że ekspres Marsylia – Rzym (przewóz przesyłek konduktorskich, nie kursuje w dni świąteczne) odjeżdża z peronu drugiego o godzinie osiemnastej zero pięć. Przez dziurawy dach do holu wpadało światło. Dziewięć dziur i dziewięć jaskrawożółtych kolumn, które zmieniały dworzec w pogańską świątynię gruzu, rdzy i pleśni. Ciszę mącił trzepot skrzydeł. Gołębie krążyły pod sufitem, ich pióra w promieniach słońca miały złocistobiały kolor.

Noel zerknął na wiszący nad wejściem zegar. Gdy zielona jedynka zmieniła się w dwójkę, wzdłuż kręgosłupa przebiegły mu ciarki. Czym prędzej odwrócił wzrok.

Trzy minuty do odjazdu. Powinien się spieszyć.

Gdy przechodził przez hol, chmury zakryły słońce, a Noel omal nie potknął się o coś, co niegdyś musiało być wózkiem bagażowym. Zaklął i jak na zawołanie zapaliła się wisząca u sufitu żarówka. Zamrugała, zgasła, po czym na powrót rozjarzyła się sinawym blaskiem.

Ścigany strachem, przyspieszył kroku. Minął McDonalda, gdzie na plastikowych stolikach zalegała gruba warstwa kurzu, potem rząd kas z powybijanymi szybami. W jednej z nich, mrucząc cicho, pracował komputer. Na ekranie spod brudu połyskiwały zielone rzędy cyfr i liter. Ceny biletów, które nikomu już nie były potrzebne, kursy do miejscowości, gdzie nikt nie jeździł.

Wbiegł na peron dokładnie w chwili, gdy ekspres hamował z przeraźliwym zgrzytem. Noel nerwowo przełknął ślinę. Krew na jego policzkach zdążyła już zaschnąć i teraz nieprzyjemnie ściągała skórę. Zapragnął zawrócić, zmyć znaki ochronne, a potem... potem...

Wiedział, że nie ma do czego wracać. Nie istniało takie miejsce, w którym byłby bezpieczny, więc równie dobrze mógł wsiąść do pociągu.


* * *
Z trudem znalazł przedział, gdzie w oknie była cała szyba. Jedno z siedzeń zostało pocięte nożem – głębokie rysy ciągnęły się po sztucznej skórze, a kłęby włosia leżały na podłodze. Drugie na szczęście ocalało. Noel oczyścił je trochę z kurzu i usiadł z ulgą.

Ekspres ruszył. Koła postukiwały raźno, lampka nad drzwiami świeciła, rozpraszając półmrok. W jej blasku Noel widział upstrzone ciemnymi plamami lustro, napis „Z...az pal...eni...” oraz tabliczki z numerami siedzeń, z których trzy dało się jeszcze odczytać.

Wstał i otworzył czarne od brudu okno. Do przedziału wtargnął łagodny, czerwono-złoty zmierzch. Lato konało powoli i z godnością, dni były jeszcze ciepłe, wieczory całkiem długie, a w powietrzu unosiła się woń palonych traw.

Mijali właśnie miasto, Noel nie potrafił nawet powiedzieć jakie. Gmachy opuszczonych wieżowców godziły w niebo, ulice tarasowały zardzewiałe wraki. Przy jednym z nich stała mała dziewczynka, której za sukienkę służył męski podkoszulek przewiązany w pasie sznurkiem. Uniosła rękę i pomachała Noelowi, a on odpowiedział tym samym gestem.

Na drodze za miastem wraków było znacznie mniej. Owszem, wciąż rdzewiały na poboczu, ale środek pozostał przejezdny. I właśnie środkiem wolno posuwał się ogromny samochód z zapalonymi światłami. Za kierownicą nikt nie siedział, reszta siedzeń także była pusta. Noel pośpiesznie cofnął się od okna, a potem dla pewności zasunął szybę. Niemądry odruch – gdyby umarli mieli go zobaczyć, zobaczyliby już dawno, bo w pociągu musiało ich być sporo.

Zastanowił się, czy prócz niego jedzie ekspresem ktoś żywy. Możliwe, choć mało prawdopodobne, uznał. Większość ludzi niechętnie podróżowała koleją, mimo że umarli rzadko czynili żywym krzywdę.

Rzecz jasna, Noel stanowił wyjątek od tej reguły.

Wyciągnął się na siedzeniu, czując, jak opada z niego napięcie. Wyjął z kieszeni starą, w wielu miejscach poprzecieraną mapę Rzymu, którą kupił na targu za grosze, i studiował ją przez chwilę, jednak zmęczenie powoli brało górę. Nic dziwnego, skoro od rana był w drodze, a zeszłej nocy spał może z pół godziny.

Nie powinienem zasypiać, myślał. Nie... powinienem...

Śnił mu się szaman, który smarował jego twarz krwią świeżo zarżniętego kurczaka. Trzy znaki ochronne: jeden na czole i dwa na policzkach.

Pierwszy, żeby umarli go nie zobaczyli, drugi, żeby nie usłyszeli, i trzeci, by nie wyczuli jego zapachu.
* * *
Otworzył oczy i usiadł, zdjęty nagłym lękiem, który zawsze towarzyszył mu przy przebudzeniu. Lęk, że kiedy spał, wydarzyło się coś strasznego, że wreszcie go dopadli albo za chwilę dopadną.

Pod powiekami miał obraz pociągu, który wypadł z torów i teraz szybuje w mroku na spotkanie ziemi. Potem zgrzyt miażdżonego metalu i szybka śmierć albo długa agonia.

Lęk przed tym, że umrze i stanie się jednym z nich.

Siedział przez chwilę nieruchomo, wsłuchując się w stukot kół. Jego skórę pokrywał zimny pot, a serce uspokajało się bardzo powoli. Był taki czas niegdyś, przed laty, gdy po przebudzeniu dochodził do siebie w parę sekund. Teraz zajmowało mu to kilka minut.

Schylił się po mapę, która spadła na podłogę, po czym wstał i spojrzał w lustro – na szczęście znaki na jego twarzy pozostały nienaruszone. Poczuł się lepiej, choć oczywiście nie oznaczało to wcale, że jest całkowicie bezpieczny. Ktoś mógł zdradzić, a umarli mogli się domyślić, że będzie jechał tym pociągiem.

I nowy przypływ lęku: czy przegapił stację, do której zmierzał? Nie, niemożliwe. Za oknem dopiero szarzało, a w Rzymie powinien być koło południa.

Lustro odbiło wyraz ulgi na jego twarzy. Przeczesał palcami jasne włosy i posłał samemu sobie niepewny uśmiech. W wieku trzydziestu czterech lat wciąż wyglądał bardzo młodo, nieledwie dziecinnie. Już kilka razy ocaliło mu to życie, gdyż zabójcy wahali się, widząc kogoś tak niewinnego. Co prawda zrezygnował tylko jeden, a reszta po chwili zaskoczenia próbowała robić swoje, lecz Noelowi nawet ułamek sekundy wystarczył, by zorientować się w sytuacji i odeprzeć atak.

Wrócił na siedzenie z mocnym postanowieniem, że nie zaśnie. Udało mu się i gdy w skwarze nowego dnia pociąg wjeżdżał do Rzymu, mężczyzna wyglądał przez okno – blady i z podkrążonymi oczami, ale gotów stawić czoła wszystkiemu i wszystkim. Nawet umarłym.


* * *
Stojąca na peronie kobieta nie wyglądała na martwą.

To była pierwsza rzecz, na jaką ludzie zwracali uwagę, spotykając kogoś nieznanego – nie czy jest brzydki, czy ładny; nie czy budzi zaufanie, czy też wręcz przeciwnie. Najważniejsze pytanie brzmiało, czy nieznajomy jeszcze żyje.

Kobieta miała rumieńce, a jej oczy błyszczały, więc Noel zbliżył się ostrożnie. Gdy chwyciła go za ramię, uścisk ciepłej dłoni rozwiał ostatnie wątpliwości.

– Noel, mam rację, prawda? Ja się nazywam Renata. Czekałam tu na pana... Nie gniewa się pan?

Cofnęła rękę, przerażona własną śmiałością, a potem zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Ze zmieszaniem było jej do twarzy, w dodatku miała szerokie biodra, wąską talię i duże, ciężkie piersi. Ulubiony typ urody Noela.

Z trudem oderwał wzrok od jej dekoltu, który kusząco opinała sukienka z kolorowych gałganków. Przez chwilę Noel miał ochotę zapytać, skąd wiedziała o jego przyjeździe, ale dał sobie spokój. Większość dorosłego życia spędził w podróży i wiedział już, że odpowiedzi w takich sytuacjach są zdumiewająco do siebie podobne: przyjaciel przyjaciela czy znajomy znajomego, ryzyko kontaktu przez telefon, litość i tragedia...

To zawsze była tragedia.

– Nie gniewa się pan? – powtórzyła. Uśmiech na jej twarzy był coraz bardziej wymuszony, w oczach narastał lęk. – Wiem, że pan woli podróżować nierozpoznany, ale moja córka, och, proszę, moja mała córeczka... To nie zajmie dużo czasu, proszę...

Wciąż jeszcze mówiła spokojnie i nie zapominała tytułować go „panem”, lecz Noel wiedział doskonale, że jeśli odmówi, Renata uklęknie przed nim na brudnym peronie, obejmie za kolana, a potem zacznie wyć i błagać, i znowu wyć, a pod koniec w jej głosie nie będzie niczego poza bólem stworzenia, któremu odebrano ostatnią nadzieję.

– Nie gniewam się – odpowiedział, pocierając dłonią skronie. A potem dodał, nim znów rozpoczęła swoją litanię: – I pomogę twojej córce.


* * *
Poprowadziła go cichymi, obumarłymi ulicami aż do cichej, obumarłej kamienicy. A potem do środka, w głąb chłodnej klatki schodowej, gdzie na ścianach rósł gąbczasty grzyb i czuć było zgnilizną. Drewniane stopnie poskrzypywały, gdy w półmroku wspinali się na trzecie piętro. Renata szła pierwsza, a Noel nie mógł oderwać wzroku od jej bioder, łagodnie falujących pod sukienką. Myślał o tym, jak by to było, gdyby położył się z tą kobietą na świeżo wykrochmalonym prześcieradle, kochał się z nią, a potem zasnął z głową na jej piersiach. Spałby całą noc, choć raz spokojny i bezpieczny, a później otworzyłby oczy i ona wciąż byłaby przy nim.

Być może.

Jestem zmęczony, pomyślał, po raz kolejny pocierając dłonią czoło. Głowa jeszcze go nie bolała, ale charakterystyczny ucisk zapowiadał, że wkrótce zacznie się migrena.

– To tutaj. – Wyciągnęła klucz z kieszeni swojej wielobarwnej gałgankowej sukienki.

Sukienka była brudna, nie zwyczajnie zszarzała i poplamiona, lecz niemal czarna.

Zauważył to dopiero teraz, wcześniej za bardzo był zajęty gapieniem się na biodra kobiety. Nic dziwnego, pomyślał, przecież Renata czekała na peronie pośród gruzu i kurzu. Ja wyglądam dokładnie tak samo.

Tak, ale ja spędziłem całą noc w pociągu, a ona tylko przyszła na dworzec, odezwała się bardziej trzeźwa część jego umysłu.

Renata włożyła klucz do zamka i przekręciła.

Mieszkanie było niewielkie i bardzo zagracone. Kawałki kolorowych materiałów, ozdobne puzderka, szklane śniegowe kule, świeczniki, wazoniki, książki i komiksy – wszystko to leżało na stole, krzesłach, nawet na podłodze. Część rzeczy była w niezłym stanie, inne wyglądały na rupiecie.

Na stole stał też telefon. Zwyczajny szary aparat, od którego odchodził kabel z wtyczką zwisającą luźno na końcu.

Spojrzeli na niego równocześnie, ona i on. Mężczyzna pospiesznie odwrócił wzrok, a kobieta pobladła gwałtownie. Przez chwilę jej usta poruszały się w milczeniu, dłonie bezsensownie szarpały sukienkę.

– Czy chciałby pan... – wydusiła wreszcie. – Czy chciałby pan umyć się po podróży? Przygotuję w tym czasie coś do jedzenia.

Skinął głową. Przez uchylone drzwi widział drugi pokój, w którym stało łóżko. A na nim... kształt pod kocem, bardzo cichy i bardzo nieruchomy.

– Potem – dodała, podążając za jego wzrokiem – pomoże pan mojej córeczce...

W łazience sięgnęła po wiadro wody i ostrożnie przelała ją do emaliowanej miski, która pełniła rolę umywalki. Obok stała wanna po brzegi wypełniona dziecinnymi zabawkami. Noel posłał w ich stronę roztargniony, smutny uśmiech, po czym zdjął koszulę i chwycił mydło. Chłodna woda koiła zmęczone mięśnie, rozjaśniała umysł. Zamknął oczy. Wiedział, że Renata stoi w progu i patrzy.

Nie przeszkadzało mu to.

Po chwili usłyszał dźwięk oddalających się kroków, a potem odgłosy kuchennej krzątaniny. Otwieranie szafek, brzęk kubków i talerzy – wszystko trochę zbyt głośne, trochę zbyt ostentacyjne.

Na palcach przeszedł do pokoju, w którym stało łóżko. Rysujący się pod kocem kształt miał wielkość dziesięcio-, może dwunastoletniego dziecka. Noel ostrożnie uniósł przykrycie.

To rzeczywiście było dziecko dziesięcio – albo dwunastoletnie. Miało na sobie sukienkę, więc wywnioskował, że to dziewczynka. Z wyschniętych i poczerniałych rysów twarzy nie dało się tego poznać. Noel wyciągnął dłoń i dotknął resztek jasnych włosów, a potem położył kołdrę i cicho wrócił do łazienki.

Renata przyszła chwilę później. Stanęła za jego plecami, objęła go w pasie jedną ręką i przytuliła się. Jej ciało było miękkie i ciepłe. Jestem zmęczony, pomyślał. Tak łatwo byłoby pozwolić jej zrobić to, co zamierzała.

Odwrócił się powoli, podczas gdy ona próbowała go powstrzymać. Nie chciała patrzeć mu w twarz; bezustannie uciekała wzrokiem, a drugą rękę chowała za plecami.

Szarpnął ją, zakręcił jak dziecinną kukiełką i chwycił nadgarstek drugiej ręki. Tej, w której trzymała nóż.

– Nie – jęknęła. – Och, nie.

Jej rysy wykrzywił ból, strach i złość. Walczyła z całych sił, ale Noel, choć niewysoki i drobny, mięśnie miał dobrze wytrenowane.

Nóż z brzękiem upadł na podłogę, Renata obwisła w jego ramionach i rozpłakała się. Podtrzymywał jej miękkie, ciepłe ciało, szeptał jakieś bezsensowne słowa i pozwalał, by szlochała z czołem opartym na jego piersi. Nie potrafił się na nią gniewać, czuł tylko ciężar gorzkiego smutku.

I zmęczenie.

Zadzwonił telefon, a Renata momentalnie ucichła i zesztywniała.

Jeden terkotliwy dźwięk, potem drugi. I znowu. Żadne z nich się nie poruszyło, ani nawet głośniej nie odetchnęło.

Telefon dzwonił i dzwonił.

Kobieta wyprostowała się, Noel wypuścił ją z objęć i podszedł do aparatu. Podniósł słuchawkę.

– Mama? – głos był chrapliwy, brudny, jakby ktoś próbował mówić z gardłem pełnym ziemi. W tle Noel słyszał głuchy pogłos, który kojarzył mu się z długimi, ciemnymi tunelami, przez które mkną puste pociągi.

Milczał.


Dziecko po drugiej stronie linii zachichotało.

– To nie mama, tylko pan Noel, prawda? A więc się nie udało. Szkoda. Ale zdaje pan sobie sprawę, że my i tak wygramy?

Uderzył w widełki i przerwał połączenie.

Renata stała w progu, patrząc na niego wielkimi, zapadniętymi w głąb czaszki oczami. Rumieńce zniknęły – gdyby teraz ujrzał ją po raz pierwszy, być może uznałby, że kobieta nie żyje. W pewnym sensie to była prawda. Serce Renaty pompowało krew, ale ona sama zmarła w chwili, gdy straciła nadzieję.

– Miała na imię Eliana – powiedziała. – Moje dziecko, moja mała księżniczka. W lipcu skończyłaby jedenaście lat.

Czekał cierpliwie.

– Zatrucie, ponad pół roku temu. Odeszła szybko, w ciągu jednej nocy. Jak zdusić palcami płomień. Bóg dał, Bóg zabrał, tak kiedyś mówiono. Gdyby pan był tu wtedy...

Gdyby – odwieczna zmora wszystkich, którzy kogoś stracili. Noel nienawidził tego krótkiego słówka. Gdyby był tu pół roku temu, mógłby pomóc Elianie. Teraz było o wiele za późno.

– Myślałam, żeby do niej dołączyć, kiedy ona... ona...

– Odezwała się do ciebie – podpowiedział.

– Tak. – Przelotny uśmiech ożywił jej rysy, a kiedy zniknął, kobieta wydawała się jeszcze bardziej blada i wyczerpana. – Odezwała się do mnie. Powiedziała, że wróci, jeśli coś dla niej zrobię...

– Oni nigdy nie wracają – powiedział łagodnie. – Powinnaś to wiedzieć.

Wzruszyła ramionami. Wiedziała, ale jak wszystkie matki sądziła, że jej córka będzie tym jednym jedynym wyjątkiem.

– Powiedziała, że znów będzie jak dawniej, że będziemy razem mieszkać i... i... – zająknęła się.

– Skąd wiedzieli, że będę w tym właśnie pociągu?

– Nie znali konkretnej godziny, ani nawet daty, wiedzieli tylko tyle, że przyjedzie pan pod koniec miesiąca. Dwa dni koczowałam na dworcu, miałam tam koc, wodę i puszki z jedzeniem...

Stąd ta brudna sukienka, pomyślał, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W takich chwilach czepiał się najgłupszych drobiazgów.

– Kto... – odchrząknął, czując, że ściska mu się gardło. – Kto mnie zdradził?

– Nie wiem, naprawdę. Miałam tylko... – Bezradnym, dziecinnym gestem uniosła dłoń do ust, a potem potrząsnęła głową. Budziła współczucie i może to w tym wszystkim było najgorsze. – Wie pan, co miałam zrobić.

Nie odpowiedział, odsunął się tylko pół kroku. Omal nie zginąłem, omal nie zginąłem, powtarzał w myślach bezsensownie. Miał zawroty głowy i czuł, że zaczyna się dusić. Zawsze tak reagował – w chwili zagrożenia potrafił zachować spokój, ale zaraz potem przychodziła panika.

Renata uszczypnęła się w policzek, a potem w dolną wargę. Mocno, aż skóra zmieniła kolor na czerwony, a z wargi pociekła krew. Jej oczy błądziły po pokoju, nie dostrzegając Noela. Pozornie wyglądały na puste, ale głęboko na dnie wciąż tliła się iskierka świadomości. Niemal widział trybiki obracające się w mózgu kobiety. Wiedział, że jej umysł zmaga się w tej chwili sam ze sobą, podejmując decyzję.

Jeszcze jeden krok w tył. I drugi. Powoli, nie spuszczając z niej wzroku.

– Mogło mi się udać – powiedziała cicho. – Mogłam odzyskać moją córkę.

Wytarła krew, rozmazując ją po całej twarzy. Jej oczy już nie sprawiały wrażenia pustych. Teraz było w nich szaleństwo.

– Gdyby nie pan...

Nie czekał na dalszy ciąg. Gdy był już blisko drzwi, po prostu odwrócił się i uciekł, w półmroku przeskakując po kilka stopni naraz. Za plecami słyszał wrzaski Renaty, coraz mniej artykułowane i ludzkie.

Wypadł na ulicę i pędził nią, wymijając zardzewiałe wraki samochodów. Nie miał pojęcia, dokąd biegnie, po prostu skręcał na chybił trafił, aż poczuł, że żar rozsadza mu płuca i nie jest w stanie zrobić ani jednego kroku więcej. Wtedy się zatrzymał, rozpaczliwie łapiąc powietrze, a potem, wciąż zgięty wpół, wszedł w ciemną bramę i znalazł tam najciemniejszy kąt. Usiadł z plecami przyciśniętymi do brudnej ściany, po czym podciągnął kolana pod brodę. I zaczął płakać – najpierw cicho, bo brakowało mu tchu, a później coraz głośniej. Jak zawsze doznał przedziwnego uczucia rozdwojenia – rozsądny Noel obserwował go z zewnątrz, tłumacząc, żeby wziął się w garść, bo w chwili takiej słabości ktoś go kiedyś zabije, podczas gdy Noel nierozsądny szlochał i przeklinał, wołając, że już dość, że lepiej umrzeć, niż znosić to dzień po dniu, w końcu wszyscy umrą, on też, co za różnica, wcześniej czy później, i tak dołączy do nich i oni wygrają, wygrają, wygrają...

Długo trwało, zanim się uspokoił, o wiele za długo, by mógł sobie na to pozwolić. Jednak nie potrafił inaczej – nerwy miał coraz bardziej zszargane, coraz gorzej i krócej sypiał, a w sytuacji zagrożenia trudniej było zdobyć się na reakcję. Już wkrótce nadejdzie dzień, gdy sparaliżuje go strach, i wtedy ktoś wbije mu nóż w plecy albo... albo...

Albo uda mu się jeszcze raz, a potem jego umysł podejmie decyzję i Noel zmieni się w pochlipujący strzęp człowieka. Istniała i taka możliwość.

Wstał, poszukał w kieszeni kawałka szmatki, w który wysmarkał nos. Gardło miał obolałe od krzyków, czuł się słaby jak szczenię i chciało mu się pić. Przynajmniej z tym ostatnim mógł coś zrobić. Pora poszukać wody, a potem czegoś do jedzenia.

Wyszedł na ulicę. Światło zakłuło go pod powiekami, zamrugał więc, czekając, aż ból minie. Która mogła być godzina? Pewnie koło czwartej albo piątej po południu, zadecydował. W jego rodzinnych stronach o tej porze czułoby się już chłód, ale tu nic nie świadczyło o bliskości wieczoru – może tylko fakt, że słoneczne promienie nabrały głębszej, niemal miodowej barwy.

Zdjął koszulę i przetarł spocony kark. Ulica, na której stał, była szeroka, a po jednej i drugiej stronie wznosiły się kilkupiętrowe kamienice. Szare od brudu i poobtłukiwane, mimo wszystko miały w sobie piękno i jakąś niesamowitą godność. Muszą być bardzo stare, pomyślał z szacunkiem, patrząc w ślepe oczy posągu, który stał przy jednej z bram.

Potem ruszył przed siebie. Wyglądało na to, że idzie w dobrym kierunku, bo wraki samochodów zabezpieczono tu barykadami z gruzu i połamanych mebli, co świadczyło, że gdzieś w okolicy mieszkają ludzie.
* * *
Ludzi nie było. Miasto stawało się coraz piękniejsze: świątynie jak ze snu (bo budynki tak wielkie i bogato zdobione musiały być świątyniami), posągi (niemal nienaruszone, niemal żywe) i fontanny – o tak, także fontanny – i choć w żadnej z nich nie było ani kropli wody, to Noelowi na ich widok ściskało się serce.

Jednak ludzi nie było. Opustoszały Rzym zastygł w miodowym blasku jak mucha w bursztynie.

Noelowi coraz bardziej dokuczało pragnienie. Zdawało mu się, że z wybitych okien wszystkich tych pięknych budowli obserwują go umarli. Obserwują i czekają, aż osłabnie na tyle, by upaść.

A może wcale mu się nie zdawało?

Dotarł na olbrzymi, otoczony kolumnami plac i usiadł przy jednej z fontann. Przed sobą miał kolejną świątynię. Nie chciał na nią patrzeć, ale patrzył. Gdyby zostało mu jeszcze trochę łez, pewnie rozpłakałby się z żalu i zachwytu jednocześnie.

Odwrócił się, słysząc odgłos kroków. Ktoś nadchodził z zachodu, a jego sylwetka na tle czerwieni słońca była czarna jak drzazga wetknięta w płomień. Noel zamrugał i złudzenie znikło – szedł ku niemu krzepki, siwowłosy mężczyzna. Prawdopodobnie żywy.

– Nie musisz się mnie bać – powiedział starzec, odgadując jego myśli. – Zresztą tutaj umarli i tak nie mogliby zrobić ci krzywdy.

Usiadł obok i podał mu manierkę. Pijąc, Noel pomyślał, że to chyba najsłodsza i najczystsza woda, jakiej próbował w życiu.

– Dziękuję.

Siwowłosy powiedział cicho kilka słów, których Noel nie dosłyszał, poprosił więc o powtórzenie.

– Bazylika Świętego Piotra. Przynajmniej kiedyś tak się nazywała. Ojciec przekazał mi tę nazwę, a jemu z kolei jego ojciec. Ładnie, prawda?

Noel skinął głową i napił się jeszcze wody.

– Dobrze mówisz naszym językiem – pochwalił nieznajomy. – Byłeś już kiedyś w Rzymie?

– Nie, ale byłem na północy, w Bolonii i Rawennie. Podróżuję od dwudziestu lat i znam kilkanaście różnych języków.

Siwowłosy wrócił spojrzeniem do bazyliki.

– Jest piękna – powiedział. – Martwa, ale piękna. Co ty na to? Zgadzasz się, że coś, co martwe, może być także piękne?

Noel wzdrygnął się. Starzec zauważył to i zachichotał.

– Wiem, kim jesteś, przyjacielu. Do mnie możesz mówić Elisha. Nie tak nazwała mnie świętej pamięci matka, ale mojego prawdziwego imienia i tak nikt już nie używa. Chodź, nakarmię cię i dam ci do picia coś lepszego niż woda.


* * *
Borgo Santo Spirito, Via del Gianicolo, Via Acciaioli – Elisha wymieniał nazwy ulic, którymi szli. Słowa obcego języka pieściły ucho, były pełne, okrągłe i ciepłe niczym zastygłe krople słońca.

Mrok zgęstniał już tak bardzo, że gdyby Noel wyciągnął rękę, nie mógłby dostrzec własnych palców. Wtedy zaczęły zapalać się światła – w zakurzonych biurach, zrujnowanych sklepach i pomieszczeniach, o których przeznaczeniu dawno zapomniano. Najpierw daleko, na początku Via Acciaioli, potem coraz bliżej. Fala jasności pełzła wzdłuż ulicy, a Noel z trudem opanował chęć ucieczki. Przymknął oczy Blask dopadł go i pochłonął, obrysował kontury i wyostrzył rysy zmęczonej twarzy.

Z jednego z mieszkań dobiegły dźwięki muzyki, a Noel przyspieszył kroku. Nie zrobią mi krzywdy, tłumaczył sobie, tu są tylko żarówki, które mogą zapalać, i płyty, które mogą puszczać. Żadnych samochodów z elektrycznymi silnikami, nic niebezpiecznego.

Mimo to szedł coraz szybciej.

– Skąd wiedzieliście, że przyjadę? – zapytał, by zająć czymś myśli.

Spodziewał się standardowej odpowiedzi, lecz tym razem został zaskoczony.

– Od naszego szamana. Jest dobry nie tylko w opanowywaniu duchów. Czasem widzi różne rzeczy, takie, które się zdarzyły albo zdarzą. Powiedział mi, że będziesz dziś wieczorem przy San Pietro, a nawet że wcześniej zdarzy ci się coś złego. Zdarzyło się?

– Tak.


– Co takiego?

– Spotkałem kobietę, która mnie oszukała i próbowała zabić. Ładna, ciemnowłosa, twierdziła, że ma na imię Renata. Znasz ją?

– Trochę. To dziwaczka, która zawsze wolała trzymać się na uboczu. A od kiedy umarła jej córka, prawie w ogóle przestała się u nas pokazywać, czasem tylko na targ przychodzi. Miałeś pecha.

– Ktoś musiał zdradzić moje plany.

– Ktoś bliski?

– Nie, chyba nie – odparł niepewnie. Wcześniej się nad tym nie zastanawiał. – Ktoś taki wiedziałby nie tylko, że się wybieram do Rzymu, ale też którym pociągiem pojadę. Gdyby zdradził mnie przyjaciel, duchy wykoleiłyby pociąg. Kilku byłoby im żal, ale jeden pewnie by poświęciły.

– To dobrze – skomentował Elisha, a potem dodał pośpiesznie: – To znaczy dobrze, że to nie był nikt bliski. Zdrada bliskich osób boli najbardziej.

Noel odwrócił się tylko po to, by zobaczyć, że twarz starca jest uśmiechnięta i doskonale niewinna.

– Tobie też nie mam powodu ufać – powiedział z powątpiewaniem.

– Nie masz – potwierdził Elisha. – Tak naprawdę w twojej sytuacji nie powinieneś ufać nikomu. Ale przecież nie możesz unikać ludzi, bo twój dar opiera się na pomaganiu im. A żeby pomóc, trzeba też zaufać.


* * *
Sypialnia Elishy umeblowana była bardzo skromnie – koślawy stół, kilka krzeseł, na których piętrzył się stos byle jak rzuconych ubrań, i skrzynia pod ścianą. Rolę łóżek pełniły dwa niezbyt czyste materace. Noel usiadł na jednym z nich, odsuwając kłąb koców.

– Pewnie jesteś głodny... – Elisha uniósł wieko skrzyni. – Mam chleb, ser, parę jabłek, suszoną szynkę, a nawet trochę kawy, musielibyśmy tylko wyjść na zewnątrz, żeby ją zagotować...

– Wystarczy chleb i ser, dziękuję. – Noel uwielbiał kawę, lecz matka przestrzegała go, że w tym gorzkim napoju bardzo łatwo rozpuścić truciznę.

Podszedł do okna. Wzdłuż ulicy płonęły ogniska: sześć, siedem, może nawet więcej. Skupieni wokół nich ludzie piekli mięso i śmiali się radośnie. Żywi mieszkali w domach zbudowanych przed Katastrofą, lecz elektryczne czajniki i kuchenki mikrofalowe potrafili uruchomić tylko umarli, aby więc przygotować coś ciepłego do jedzenia, trzeba było wyjść na zewnątrz i rozpalić ogień – latem pod gołym niebem, a zimą w specjalnie przygotowanej dużej sali. Wszędzie tak to wyglądało.

Noel przymknął oczy, przywołując wspomnienia z dzieciństwa: za oknem deszcz, a on, jego matka i mnóstwo innych osób grzeją się w cieple płomieni. Nikt nie chce wracać do domu, bo tam czeka na nich zimno i wilgoć. Opowiadają więc sobie historie i żarty, a potem zasypiają przy ognisku, ramię przy ramieniu, głowa przy głowie.

– Chcesz do nich iść? – głos Elishy wyrwał go z zamyślenia.

– Nie chcę. Jestem zmęczony. Zjem tylko i położę się spać. Nie masz nic przeciwko?

Starzec wzruszył ramionami.

– Dlaczego miałbym mieć?

Noel w zamyśleniu gryzł kawałek koziego sera. Smakował dziwnie. Trucizna czy jakieś nieznane zioła? – zastanowił się przelotnie mężczyzna, ale był zbyt wyczerpany, by poważnie rozważyć tę kwestię.

Jak to powiedział jego nowy znajomy? Żeby pomóc, trzeba też zaufać.

– Nie zajmujesz się mną z czystego altruizmu, prawda? – zapytał, wyciągając się na materacu. – Chcesz, żebym komuś pomógł?

– Tak, chcę. To matka jednego z moich przyjaciół. Ale jej czas jeszcze nie nadszedł, więc śpij spokojnie.
* * *
Noel nie spał spokojnie. Otwierał oczy za każdym razem, gdy Elisha przekręcał się na swoim posłaniu, nasłuchiwał przez chwilę, a potem z powrotem zapadał w płytki pół sen, pół jawę, gdzie odgłosy nocy zlewały się z majakami.

Śmiech, tupot stóp obutych w lekkie sandały, przenikliwy gwizd gdzieś na ulicy. Polowanie rozpoczęte, ktoś Noela ściga, a on nie może uciekać, nogi ma miękkie jak z gumy, brakuje tchu, zaraz go dopadną...

To tylko zły sen, powtarza świadoma, czuwająca cząstka jego umysłu.

Usnął na dobre dopiero tuż przed świtem.

Nie na długo.

Ktoś pochylił się nad nim i szarpnął za ramię.

– Hej, to ja... – wymruczał Elisha. – Zrobisz mi krzywdę, jeśli będziesz tak machał rękami.

Zawstydzony Noel opuścił dłonie. W głowie czuł tępy, pulsujący ból, a w całym ciele pustkę, jaką pozostawiły umykające koszmary.

Przetarł oczy. W drzwiach stał jakiś mężczyzna, jego potężna sylwetka odcinała się czernią od mroku nocy.

– To właśnie mój przyjaciel – tłumaczył cierpliwie Elisha. – Dante Benedetti. Na jego matkę przyszedł czas. Pomożesz?


* * *
Na wschodzie niebo pękło i w kożuchu kłębiastych cumulusów powstała różowo-złota szczelina, przez którą wlewał się blask nowego dnia. Starczyło go, by podświetlić najbliższe chmury, ale mroku już nie zdołał rozproszyć.

Noel nie miał pojęcia, jak Benedetti odnajduje drogę, i niezbyt go to obchodziło. Po prostu trzymał się tuż za nim, starając się nie tracić z oczu szerokich pleców przewodnika. Jako ostatni szedł Elisha, od czasu do czasu przeklinając, gdy w ciemności potknął się o nierówność chodnika.

A jeszcze dalej gromadzili się umarli.

Noel wyczuwał ich wściekłość, gorycz i nienawiść. Mieszanka uczuć, która jeżyła włosy na karku i sprawiała, że w serce wpełzał lodowaty chłód.

Benedetti poprowadził ich do mieszkania na parterze. W dużym pokoju na wygodnym i zarzuconym poduszkami łóżku leżała stara kobieta. Martwa kobieta.

Zebrana wokół rodzina spojrzała z nadzieją na Noela.

– Skonała przed półgodziną – powiedziała dwudziestokilkuletnia dziewczyna. – Może jej pan pomóc?

– Tak, ale chcę zostać z nią sam.

Wychodzili powoli, ociągając się i popatrując na niego niepewnie.

Po chwili w pokoju został tylko on i zmarła. Ta na łóżku, blada i nieruchoma, i ta skulona w kącie, duch o wykrzywionej złością twarzy.

– Nawet nie próbuj! – parsknęła. – Jeśli to zrobisz, dopadniemy cię, rozerwiemy na strzępy i będziemy zlizywać twoją krew, a ty będziesz umierał długo i długo...

– Nie jesteś teraz sobą – powiedział Noel spokojnie. – Jeszcze mi podziękujesz.

Nie zwracając uwagi na jej wrzaski, zbliżył się do zwłok i położył dłonie na stygnącej piersi. A potem po prostu nacisnął, łagodnie i powoli, czując, jak zgromadzona w nim energia przelewa się w ciało staruszki, jak wypełnia jej żyły i pędzi aż do serca, które poruszyło się pod jego palcami.

Duch krzyknął raz jeszcze, a potem zamilkł. Umarła otworzyła oczy.

– C... co się stało? – zapytała niepewnie. – Czy ja żyję?

Wyglądała młodziej, oczy jej błyszczały i zniknęła część zmarszczek. Nie zawsze się udawało – Noel musiał nie tylko ożywić ciało, ale też zwalczyć przyczynę śmierci, a starość, choroba czy rana od czasu do czasu wygrywały z jego darem. Wtedy zmartwychwstały i tak konał po kilku godzinach.

Tym razem jednak miał przeczucie, że wszystko będzie w porządku.

Otworzył drzwi, by wpuścić rodzinę, która natychmiast obstąpiła starszą panią. Wszyscy – nawet powściągliwi mężczyźni – śmiali się przez łzy, całowali ją i tulili.

Noel spróbował dyskretnie wymknąć się z pokoju.

– Dziękuję, młody człowieku – głos zmartwychwstałej zatrzymał go w progu.

Uśmiechnął się, a potem dołączył do Elishy, który stał na korytarzu i przez uchylone drzwi patrzył na ulicę.

– Czekają na ciebie – powiedział starzec.

– Wiem – potwierdził Noel. – Chodźmy już, im szybciej będę miał to za sobą, tym lepiej.

– Proszę, niech pan zaczeka. – Młoda kobieta, ta sama, która pytała, czy Noel może pomóc zmarłej, wybiegła na korytarz. – Wszyscy chcielibyśmy podziękować, możemy dać panu...

– Niczego nie potrzebuję.

– To niech pan chociaż u nas zostanie. Mamy mnóstwo jedzenia... Będzie pan naszym gościem. Ty też jesteś zaproszony, Elisha – dodała pospiesznie i jakby z lekkim strachem. Fakt, że zapomniała o jego towarzyszu, najwyraźniej wytrącił ją z równowagi.

– To jak, zostajemy? – Elisha uśmiechnął się szeroko.

Noel nie miał ochoty na tak duże towarzystwo, ale był świadom, że starzec bardzo chce zostać. Pewnie nieczęsto zdarzała mu się okazja do darmowego poczęstunku.

– Zostajemy, ale najpierw muszę coś zrobić.

Im szybciej będę miał to z głowy, tym lepiej, powtórzył w myślach. Oni nie odejdą, dopóki mnie nie zobaczą.

Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Za plecami usłyszał odgłos powietrza gwałtownie wciąganego w płuca. Nie odwrócił się, żeby sprawdzić, na kim jego odwaga wywarła wrażenie. Po prostu szedł przed siebie, a umarli rozstępowali się przed nim.

Był wdzięczny naturze za chmury. W pogodny ranek o tej porze byłoby niemal jasno, a tak ulica wciąż tonęła w mroku, razem z nią zaś twarze umarłych.

Ich wściekłość, gorycz i nienawiść...

– Nie możesz wiecznie uciekać – powiedział pierwszy.

– W końcu cię dopadniemy – zawtórował drugi.

– Każdego czeka śmierć – to głos trzeciego, a może trzeciej? – Ciebie także.

– Odebrałeś nam kobietę, która już do nas należała, uszczupliłeś nasze szeregi, ale w końcu umrzesz... – zaszemrał przesycony jadem szept.

– I do nas dołączysz.

Szedł szpalerem i milczał. Nie było nic do powiedzenia.

Oni mieli rację.

Jako ostatnia w szeregu stała kobieta, której sylwetka wydała mu się znajoma. Spojrzał na nią i w tym momencie kłębiaste chmury rozstąpiły się, wpuszczając więcej światła. Niewiele, ale wystarczająco, by mógł zobaczyć jej twarz.

Poznał ją, mimo że kula zmiotła pół czoła, wybiła oko i zniszczyła część policzka. Szalona Renata jakimś cudem zdołała zdobyć pistolet albo rewolwer i zdecydowała się podążyć za córką.

Noel zatrzymał się, czekając, aż kobieta wypowie swoją groźbę. Naprawdę chciał mieć to już za sobą. Lecz ona uśmiechnęła się tylko, a potem uniosła dłoń i wykonała nią krótki gest podrzynania gardła.


* * *
– Okłamałeś mnie – powiedział Noel, opierając stopy na poręczy balkonu. Była poluzowana, więc starał się zrobić to ostrożnie. Za nimi w mieszkaniu kłębił się tłum ludzi i od czasu do czasu ktoś zaglądał ciekawie przez drzwi, w których brakowało szyby. – Jesteś szamanem.

Elisha uśmiechnął się.

– Nie okłamałem cię. Po prostu nie powiedziałem prawdy.

– To to samo.

– Niezupełnie.

Noel wzruszył ramionami. Nie był wprawdzie przekonany, ale nie chciało mu się sprzeczać. Zamknął oczy – słońce świeciło mu prosto w twarz, a pod powiekami rozlewały się pomarańczowe i czerwone plamy. Gdy znikły, spojrzał w zachmurzone teraz niebo. Wiał lekki wiatr i Noel roztarł zziębnięte ramiona. Powinien wrócić do środka po koszulę, ale również mu się nie chciało. Wypite wino krążyło w jego krwi, sprawiając, że był senny i ociężały. Nie powinien pić alkoholu, a już na pewno nie o tak wczesnej godzinie, gdy wciąż był niewyspany po niespokojnej nocy i gdy za jego plecami znajdowało się kilkadziesiąt osób, z których ktoś mógłby chcieć go zabić.

– Jak na to wpadłeś? – zapytał Elisha.

– Bo traktują cię z szacunkiem i dostałeś prawie tyle jedzenia co ja. – Noel skrzywił się. – Powinienem domyślić się już wcześniej, kiedy ta kobieta zapomniała cię zaprosić i spanikowała. No i ta kawa, ilu ludzi w dzisiejszych czasach pija kawę?

Elisha zachichotał, ale nie skomentował.

– Mogłeś uspokoić umarłych – mruknął Noel z pretensją większą, niż zamierzał.

– Mogłem, ale wiedziałem, że ty to zrobisz znacznie szybciej. Ostatecznie oni czekali właśnie na ciebie. Przynieść ci coś? Jeszcze wina, salami albo oliwek? Próbowałeś oliwek? Są naprawdę dobre.

– Jeśli idziesz do środka, to przynieś mi koszulę. Niczego więcej nie potrzebuję.

Elisha wrócił po chwili z talerzem załadowanym kolejną porcją jedzenia i koszulą Noela przerzuconą przez ramię.

– Nie lubisz ludzi, co?

– Nie lubię tłumów. – Noel zapiął ostatni z trzech ocalałych guzików. Po chwili namysłu podwinął rękawy, bo teraz dla odmiany było mu za ciepło. Pogoda była dziwaczna: raz słonecznie, raz pochmurno, wiatr zrywał się, by zaraz ucichnąć.

– Oni chcą cię tylko poznać, wiesz. Żaden z tych ludzi nigdy wcześniej nie widział wskrzesiciela. I pewnie już nigdy nie zobaczy. Jesteś jedyny w swoim rodzaju, Noelu.

– Wiem.

Właśnie dlatego, że wiedział, zmusił się, by spędzić w mieszkaniu pół godziny, obściskiwany, poklepywany, wypytywany i częstowany najlepszymi kąskami. Potem uciekł na balkon, gdzie już siedział Elisha. Kilka co śmielszych osób usiłowało do nich dołączyć, lecz wystarczyło jedno znaczące spojrzenie szamana, by zrezygnowały.



– Nie lubię, gdy ktoś się kręci za moimi plecami – Noel czuł potrzebę usprawiedliwienia. – Wiem, że prawdopodobnie nie ma tu nikogo, kto chciałby mnie skrzywdzić, że wszyscy są mi wdzięczni, podziwiają mnie i tak dalej. Ale mimo wszystko...

– Istnieje pewna szansa, co? Jak często ci się to zdarza?

– Że ktoś próbuje mnie zabić? Różnie, ostatni raz wczoraj, a przedostatni przed czterema miesiącami, w Grazu.

– I tak jest od kiedy?

– Odkąd zacząłem wskrzeszać, miałem wtedy jakieś pięć, sześć lat. Teraz mam trzydzieści cztery.

Elisha gwizdnął przeciągle.

– Musisz nieźle się znać na sztuce przeżycia.

Noel ponownie zamknął oczy.

– Większość zabójców nie jest zbyt pomysłowa. Działają tak, jak każą im zmarli, a oni są dość przewidywalni. Poza tym miałem znakomitą nauczycielkę.

– Kogo?


– Moją matkę. Zmarła, kiedy byłem nastolatkiem.

I jeszcze tej samej nocy przyszła pod okna Noela, złorzecząc mu i grożąc śmiercią, lecz o tym mężczyzna już nie wspomniał, a Elisha nie spytał, choć musiał się domyślać, że coś takiego mogło mieć miejsce.

– Zaczęliśmy podróżować, kiedy skończyłem siedem lat. Najpierw po to, żeby się znaleźć w nowym miejscu, gdzie nikt by mnie nie znał i nie chciał zabić, ale po pewnym czasie ludzie i tak się dowiadywali albo pocztą pantoflową, albo dlatego, że przywracałem komuś życie. Moja matka zawsze była rozdarta – z jednej strony najchętniej ukryłaby mnie gdzieś na wsi i kazała udawać normalnego człowieka, z drugiej rozumiała, że skoro dostałem ten... dar, to musi w tym być jakiś cel, a ja nie mogę tak po prostu zapomnieć o tym, co potrafię. Potem gdy byłem starszy, zacząłem szukać Obcych. Matka towarzyszyła mi przez jakiś czas, a po jej śmierci jeździłem już sam. Cały czas miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś ich spotkam i dowiem się, dlaczego uczynili mnie tym, kim jestem. Wciąż mam nadzieję.

– Dlatego właśnie przyjechałeś do Rzymu?

Noel skinął głową.

– Słyszałem, że ostatnio widywano tu ich statki.

– Ano widywano, nad Koloseum, Santa Marią czy Villa Borghese. Ale żaden nie wylądował.

– Oni bardzo rzadko lądują. W Marsylii spędziłem prawie dwa miesiące i przez ten czas widziałem statki Obcych ze dwadzieścia razy, ale tylko jeden wylądował.

– I co?

– Nic, zanim dobiegłem do niego, już zdążył wystartować. – Noel odwrócił się w stronę Elishy. – Powiedz mi, jak dużo osób widziało statki Obcych? Mnóstwo, prawda? Widuje się je raz tu, raz tam, najczęściej nad dużymi miastami. Pojawiają się przez kilka tygodni czy miesięcy, a potem przenoszą w inne miejsce. A ilu ludzi widziało Obcego?



– Niewielu – przyznał Elisha, po czym się zaśmiał. – I zawsze to są relacje z drugiej ręki, wiesz, znajomy znajomego czy przyjaciel przyjaciela. Nigdy nie spotkałem kogoś, kto widziałby Obcego na własne oczy.

– Ja nie tylko widziałem, ale nawet z nim rozmawiałem. Tak przynajmniej mówiła mi matka, bo ja tego nie pamiętam.

Elisha sięgnął do kieszeni, by wyjąć woreczek z tytoniem i bibułki. Zręcznie skręcił papierosa i gestem zaproponował go rozmówcy.

Noel pokręcił głową.

– Nie, dzięki, nie palę, ale nie będzie mi przeszkadzać, jeśli ty zapalisz. Lubię zapach dymu.

Szaman wypuścił z ust szare kółeczko. Nie odzywał się, a Noel nie przerywał milczenia. Dobrze się czuł w towarzystwie starca, który palił bez pośpiechu, z przyjemnością kogoś, kto potrafi cieszyć się drobiazgami. Sam ten widok sprawiał, że Noel rzadziej myślał o tym, że być może w mieszkaniu, gdzie trwała postwskrzeszeniowa impreza, ktoś tylko czeka na okazję, by wbić mu nóż w plecy.

– Opowiedz mi o tym – powiedział po chwili Elisha.

– O czym? – Noel zdążył zgubić wątek rozmowy.

– O tym, jak spotkałeś Obcych.

– Mówiłem, że nie pamiętam.

– W takim razie powtórz, co ci opowiadała matka.

Noel zmarszczył brwi, poczucie bezpieczeństwa nagle pierzchło. Elisha spojrzał na niego.

– Pytam z czystej ludzkiej ciekawości – zapewnił, uśmiechając się łagodnie. – I obiecuję, że niezależnie od tego, czego się dowiem, nie wykorzystam tego przeciwko tobie. Zresztą do jakich mrocznych celów miałyby mi posłużyć twoje wspomnienia z dzieciństwa?

Noel przez chwilę walczył z osobistą paranoją. Rozsądek zwyciężył.

– Moja matka była... – zaczął. – Jak to tu nazywacie? Zbieraczką?

– Aha. Zbieracze, ludzie, którzy chodzą po domach, zbierają jeszcze nadające się do użytku przedmioty, a potem sprzedają je na targu.

Noel skinął głową.

– Była zbieraczką, tak. Jak Renata, która wczoraj próbowała mnie zabić. Ojciec zmarł, kiedy byłem niemowlęciem, więc musieliśmy radzić sobie sami. Matka zabierała mnie ze sobą, kiedy szła zbierać. Ona pracowała, a ja pałętałem się w pobliżu. Miałem surowo przykazane, żeby się nie oddalać, i najczęściej tego przestrzegałem, zresztą mama często mnie wołała i sprawdzała, gdzie jestem. Ale tamtego dnia... – Potarł czoło, przywołując chwilę, która naznaczyła go na całe życie.

Dziecko stojące w strudze światła, martwy człowiek niedaleko i nadbiegająca matka z twarzą wykrzywioną paniką. Dziwne, ale po latach tak właśnie to pamiętał – jak namalowany obraz, jakby patrzył na całą scenę z boku, a nie był jednym z uczestników. I trudno mu było dobrać właściwe słowa, by zmienić ów obraz w historię.

Mimo to spróbował.

– Moja matka... nie wiem, chyba się zagapiła, a mnie coś podkusiło i szedłem coraz dalej i dalej. Jeden korytarz, potem drugi i kolejny. Pamiętam, że na zewnątrz padał deszcz, a korytarze pokryte były brązową farbą. Śmieszne, że w pamięci zostają takie szczegóły, a wypada z niej to, co znacznie ważniejsze... Potem... potem stałem na jakimś podwórku, pamiętam gruz, mnóstwo zardzewiałych puszek i leżącego między nimi trupa mężczyzny tak skurczonego i sczerniałego, że wyglądał jak wysuszona mumia. I jeszcze światło... Najpierw było pochmurno, jak to w deszczowy dzień, ale nagle zrobiło się jasno, zupełnie jakby ktoś rozgarnął chmury i podkręcił słońce. I deszcz już nie padał, a ja przez chwilę czułem się jak w letnie popołudnie, chociaż dalej było zimno. Światło stawało się coraz jaśniejsze i jaśniejsze, aż wreszcie przestałem cokolwiek widzieć i zamknąłem oczy. Chyba pamiętam też, że z tego światła ktoś do mnie mówił, ale mogłem to sobie dopowiedzieć pod wpływem opowieści matki. I to właściwie tyle.

– A co ci mówiła matka?

– Wystraszyła się, kiedy się zorientowała, że zniknąłem, i zaczęła biegać po korytarzach, wołając mnie. W pewnym momencie usłyszała, jak coś mówię. Nie potrafiła rozróżnić słów, bo była za daleko, ale zorientowała się, że głos dobiega z zewnątrz. Chwilę jej zajęło szukanie drzwi, a ja w tym czasie zacząłem płakać. Gdy mnie wreszcie znalazła, stałem na podwórku i ryczałem jak bóbr. Statek Obcych właśnie odlatywał – mama widziała go z bliska i mówiła, że lśnił jak anielskie włosy. Zawołała mnie, ja się odwróciłem i chciałem do niej podejść, ale potknąłem się o tego cholernego trupa. Wtedy chwyciła mnie na ręce i uciekła ze mną do domu. Kilka tygodni później wskrzesiłem pierwszego człowieka. To trudno opisać, ale w jakiś sposób, gdy tylko zobaczyłem zmarłego, wiedziałem, co powinienem zrobić. Po prostu wiedziałem.

– Ale nie masz pewności, że dar wskrzeszania dostałeś od Obcych?

– A masz lepsze wyjaśnienie? Jestem jedynym człowiekiem, który potrafi przywracać zmarłych do życia, i jedynym, który rozmawiał z Obcymi. Uważasz, że te dwa fakty nie mają ze sobą nic wspólnego?

Elisha wzruszył ramionami i strzepnął popiół.

– Tak się tylko zastanawiam. A jeśli chcesz, mogę mieć dla ciebie propozycję.

– Jaką?


– Chodź, przejdziemy się, wytłumaczę ci po drodze.
* * *
– Myślałeś kiedyś, żeby zamieszkać na wsi? – zapytał Elisha, gdy zbliżali się do placu targowego. – Tam nie ma zmarłych, oni gromadzą się w miastach, gdzie jest dużo urządzeń elektrycznych.

– Myślałem – przyznał Noel. – I może kiedyś tak zrobię. Ale najpierw muszę znaleźć Obcych, a ich statki pojawiają się tylko nad dużymi metropoliami. Co to za propozycja? Powiesz mi wreszcie?

– Nie poganiaj starego człowieka. Najpierw chodźmy coś zjeść.

– Przecież już jadłeś.

– No to co? – Elisha uśmiechnął się, a Noel pojął, że z trzymania go w niepewności starzec urządził sobie rozrywkę. – Mam ochotę na pieczoną rybę – dodał Elisha, przełykając przy tym ślinę tak sugestywnie, jakby pościł od kilku dni.
* * *
Na nadtybrzańskim placu trwał dzień targowy. Łódkami przypłynęli wieśniacy, którzy przywieźli ze sobą warzywa, owoce, oliwę z oliwek, domowe wino oraz żywe kurczęta. Obok rozłożyli towary rzymianie. Na zaimprowizowanych straganach, kocach i starych łóżkach polowych leżały przedmioty, które Noelowi przypomniały mieszkanie Renaty. Narzędzia, dziecięce zabawki, bibeloty, książki, pudełka, a nawet kosmetyki w ozdobnych opakowaniach. Gdzieniegdzie widać też było stoiska z bardziej egzotycznymi i znacznie droższymi towarami przywożonymi z daleka przez nieliczne grupy ryzykantów.

Od strony rzeki wiała bryza, a od czasu do czasu z niemal bezchmurnego nieba padał krótki, rzęsisty deszcz, którego strugi lśniły złotawo w promieniach słońca. Ludzie kulili się wtedy i przykrywali delikatne towary brezentowymi płachtami, ale nikomu nie psuło to humoru. Wokół rozlegały się nawoływania sprzedawców, pachniały świeżo upieczone ryby, a ognisko pod wiatą syczało i dymiło, gdy wiatr znosił nad płomień krople deszczu.

Noel podszedł do jednego ze straganów równocześnie ze starszą, tęgą kobietą. On bezmyślnie sięgnął po słoiczek kremu (prawdopodobnie zepsuty – sprzedawca musiał liczyć, że potencjalnego nabywcę skusi kolorowe opakowanie), ona po płaski metalowy przedmiot.

– Co to takiego? – zapytała.

– Golarka – odparł sprzedawca. Był gruby, czerwony na twarzy i wyraźnie nieszczęśliwy albo zły. A może jedno i drugie. Nie miał atrakcyjnych towarów i każdy, kto zaglądał na jego stragan, szybko odchodził. – Goli dokładniej niż brzytwa i jest bezpieczniejsza.

Kobieta pobladła i wypuściła przedmiot, jakby przypadkiem złapała jadowitego pająka.

– W tym jest duch? Kiedyś to działało na prąd, a teraz jest w tym duch? Oszalał pan? Tu są dzieci, co będzie, jak któreś z nich przypadkiem weźmie to do ręki?

– Nic się nie stanie! – wrzasnął grubas. – Trzymałem to dziesiątki razy i wciąż żyję. To całkiem bezpieczne, mogę pokazać...

Jednak kobieta już odeszła, odprowadzana pomrukami pełnymi aprobaty.

Noel posłał współczujące spojrzenie grubemu sprzedawcy, po czym zanurkował w tłum, przepychając się w stronę Elishy, który kupił już pieczoną nad ogniskiem rybę i zajadając ją, podążał właśnie w stronę rzeki.


* * *
Szaman cisnął w nurt Tybru ogryzione do czysta ości i otarł usta wierzchem dłoni.

– Żałuj, że się nie skusiłeś – powiedział, wzorem Noela podwijając rękawy koszuli za łokcie. Rozpogodziło się już chyba na dobre i słońce zaczynało porządnie przypiekać. – Ryba była pyszna.

– Propozycja – przypomniał Noel.

Ruszyli wzdłuż brzegu rzeki.

– Tak, propozycja. Słuchaj, czy zamiast ścigać Obcych, jeżdżąc za nimi z miejsca na miejsce, nie wolałbyś się dowiedzieć, kim oni są, skąd się wzięli, a może nawet co mają wspólnego z inwazją zmarłych?

– Tego nikt nie wie.

– Niekoniecznie. Był taki człowiek tu, w Rzymie, nazywał się Massimo Nicolodi. Teraz już nie żyje, ale zanim zmarł, zbudował w dzielnicy Mazzini coś w rodzaju imperium.

– Masz na myśli gangsterskie imperium?

– Owszem. – Elisha podłubał w zębach, wyjął zabłąkaną ość i splunął. – Wymuszenia, szantaże, rozbój. Nie był ani lepszy, ani gorszy niż wielu innych, więc Bóg z nim, niech mu ziemia lekką będzie, czy jak to się mówi. Ale miał ciekawe hobby. Zbierał różne przedmioty z czasów przed Katastrofą.

– Mnóstwo ludzi to robi.

– Wiem, ale Nicolodi zbierał tylko rzeczy najrzadsze i najcenniejsze i co więcej, miał wystarczająco duże możliwości, żeby zdobywać, co chciał. A krótko przed jego śmiercią rozeszła się plotka, że udało się mu zdobyć taśmę filmową, na której jest coś, co wyjaśnia związek Obcych z umarłymi. – Szaman zatrzymał się i chwycił Noela za łokieć. – Co u was mówią o Katastrofie? Co się wtedy działo?

Noel zmarszczył brwi.

– Maszyny atakowały ludzi, którzy z jakiegoś powodu nie chcieli się nawet bronić. I...

– Tak?


– Słyszałem też, że ludzie widywali swoich sobowtórów, ale trudno mi w to uwierzyć.

– Widzisz, jak niewiele wiemy? A ten film mógłby wyjaśnić mnóstwo wątpliwości.

– Może... – mruknął Noel, wciąż nie do końca przekonany. Po chwili jednak powtórzył już pewniejszym tonem: – Może. Jest to jakiś pomysł.

Szaman parsknął.

– Nie ekscytuj się tak bardzo. Nie znam nikogo, kto osobiście widziałby tę taśmę, wszystko to tylko plotki. Ale mówi się, że Nicolodi wynajął szamana i zapłacił mu dwa razy. Raz, żeby skłonił duchy do uruchomienia kinowego projektora, a drugi, żeby potem zniknął z miasta.

– Po co?


– Bo ja wiem? Może po prostu Nicolodi chciał być jedynym posiadaczem tajemnicy. Z tego, co słyszałem, to był właśnie taki typ. Ktoś, kogo cieszy, że wie więcej niż inni, nawet jeśli nic z tej wiedzy nie ma. Jednak sądząc po plotkach, szaman wygadał się, zanim wyjechał. Próbowałem trochę o niego wypytywać, znaczy o tego szamana, ale nic konkretnego nie udało mi się ustalić.

– A kto teraz ma tę taśmę? – zapytał Noel, gdy przechodzili przez most. – Skoro Nicolodi nie żyje?

– Jego syn Carlo, jak przypuszczam. Odziedziczył po ojcu wszystko.

– I też jest gangsterem?

Szaman wyszczerzył zęby.

– Z tego, co słyszałem, stara się, ale średnio mu wychodzi.

– Elisha?

– Uhm.


– Idziemy właśnie do dzielnicy Mazzini, tak? Mam mapę Rzymu, co prawda strasznie starą i niewiele na niej widać, ale tę nazwę akurat da się jeszcze odczytać. Mazzini leży po drugiej stronie rzeki, na północnym zachodzie.

Elisha uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– No proszę, a mnie się wydawało, że idziesz za mną jak cielę. Owszem, Carlo mieszka kilka przecznic stąd, w Athenaeum. To kiedyś był hotel, wiesz. Ale wcale nie chcę cię zmuszać, żebyś tam poszedł – zastrzegł. – Jeśli nie masz ochoty, to wrócimy do mnie, nie ma sprawy.

– Nigdy nie próbowałeś pogadać z synem Nicolodiego? Poprosić albo przekupić, żeby ci pokazał tę taśmę?

Elisha pokręcił głową.

– Nie, ale znam takich, którzy próbowali i zostali odesłani z kwitkiem. Ja nie mam mu nic do zaoferowania. Ty masz.


* * *
Hol hotelu Athenaeum był obszerny i niegdyś zapewne bardzo elegancki. Wisiały tu jeszcze trzy obrazy – dwa z nich bardzo brudne, ale przynajmniej całe, trzeci zamieniony przy pomocy jaskrawoczerwonej farby w tarczę strzelniczą i podziurawiony kulami. Ze ścian osypywał się tynk, który pokrywał posadzkę, w białym pyle widniały ślady bosych stóp. Wszędzie pełno było wypalonych kaganków zmajstrowanych z puszek po konserwach. Stały na zakurzonych stolikach, na brzegach donic, w których od dawna nie było kwiatów, tylko resztki ziemi i niedopałki papierosów, a nawet na podłodze.

Wchodząc, Noel przypadkiem kopnął jeden z kaganków, lecz siedzący w recepcji człowiek nie zareagował. Brudne bose stopy wyciągnął na ladzie i pochylony kiwał się lekko, podczas gdy z górnych pięter dobiegała muzyka i odgłosy kłótni.

On ma broń, pomyślał z nagłym przypływem lęku Noel, patrząc, jak bosonogi sennymi ruchami dotyka spoczywającego na jego kolanach karabinu.

Dawno temu Noel sam miał pistolet, kupiony jeszcze przez matkę, jednak pozbył się go z dwóch powodów. Po pierwsze, mimo całej zręczności nigdy nie miał talentu do strzelania, a po drugie, człowiek podróżujący samotnie z pistoletem musiał albo dobrze go ukrywać, albo też liczyć się z atakiem bandytów grasujących we wszystkich większych miastach. W miarę jak malała liczba sprawnych sztuk, broń palna z każdym rokiem stawała się cenniejsza. W czasach dzieciństwa Noela jeszcze sporadycznie sprzedawano ją za niebotyczne ceny na targach, lecz teraz jedyną metodą, by wejść w posiadanie karabinu czy pistoletu, było odebranie go poprzedniemu właścicielowi. Nic więc dziwnego, że każdy, kto chodził uzbrojony, kojarzył się wskrzesicielowi z człowiekiem pozbawionym skrupułów.

Elisha posłał Noelowi uspokajające spojrzenie.

– Chcielibyśmy się zobaczyć z Carlem Nicolodim – powiedział do bosonogiego. Gdy to nie poskutkowało, powtórzył prośbę odrobinę głośniej.

Mężczyzna wreszcie uniósł głowę i spojrzał na nich spod tłustych strąków włosów. Sennymi ruchami wciąż dotykał karabinu. Jego dłoń zatrzymała się na chwilę przy spuście – widząc to, Noel drgnął lekko – a potem powędrowała dalej, wzdłuż lufy. Twarz bosonogiego ani na moment nie zmieniła wyrazu, źrenice były małe jak łebki od szpilek.

– To na nic, ten facet jest kompletnie nieprzytomny – szepnął Noel.

Gdzieś wysoko trzasnęły drzwi i po chwili do holu zbiegł rozczochrany chłopak.

– Czego tu szukacie?

– Chcemy się widzieć z Carlem Nicolodim – powtórzył Elisha cierpliwie. – Jestem szamanem, a to jest Noel. Potrafi wskrzeszać ludzi. Pewnie o nim słyszeliście. Podróżuje po całej Europie, ale w Rzymie jest pierwszy raz.

Na chłopaku informacja nie wywarła wrażenia.

– Carlo nie potrzebuje wskrzesiciela. Kiedy go ostatnio widziałem, czuł się świetnie.

– A może pozwolisz mu samemu zdecydować, czy jestem potrzebny, czy nie, co? – zaproponował Noel. – Daj mi z nim porozmawiać, proszę. Zobaczysz, że będzie wdzięczny.

Rozczochrany wyglądał, jakby miał zamiar rzucić zgryźliwą uwagę, zamiast tego jednak wzruszył ramionami i zaprowadził ich na drugie piętro. To właśnie stąd dobiegała muzyka.
Swing, swing, swing

From the tangles of

My heart is crushed by a former love

Can you help me find a way

To carry on again?
I jeszcze raz to samo.

Do wtóru zapętlonego kawałka tańczyła para młodych ludzi. Mieli mnóstwo miejsca, bo jedynym sprzętem w pokoju był stolik, na którym znajdował się staroświecki gramofon. Gdy Elisha i Noel stanęli w progu, igiełka przeskoczyła po raz kolejny do początku refrenu. Rozczochrany chłopak gdzieś zniknął.

– Mógłbym to naprawić, wiecie – powiedział Elisha. – Skłonić ducha, żeby grał całą płytę, nie tylko ten fragment. Jestem szamanem.

– To jest tak specjalnie, my lubimy ten kawałek – uśmiechnęła się dziewczyna. Miała czarne, sięgające ramion włosy z grzywką przyciętą równo na wysokości brwi. Noel doszedł do wniosku, że to musi być peruka. Fryzura była zbyt idealna, włosy zbyt błyszczące. Nadawały jej nierzeczywisty wygląd, jakby była postacią z komiksowych rysunków. Na jej tle chłopak prezentował się znacznie bardziej zwyczajnie. Przybrudzony podkoszulek ukazywał co prawda dobrze wyrobione mięśnie, ale jego twarz była trochę nijaka, a trochę dziecinna.

Tym razem Noel wziął na siebie ciężar wyjaśnienia, o co chodzi. Gdy skończył, dziewczyna się roześmiała.

– Czyli chcesz pohandlować, tak? My ci udostępnimy film, a ty nam się odwdzięczysz, wskrzeszając w razie potrzeby? – Potrząsnęła energicznie głową, jej czarne włosy rozsypały się i zaraz wróciły do właściwej pozycji. Peruka jak nic, pomyślał Noel. – Bo widzisz, nas nie może spotkać nic złego. My jesteśmy nieśmiertelni.

Wyciągnęła rękę do Carla, który ujął ją z ufnością.

– Niezupełnie to miałem na myśli – Noel był równie cierpliwy jak wcześniej Elisha. – Wyglądacie na wyjątkowo zdrowych młodych ludzi, więc nie sądzę, żebym był wam potrzebny. Ale macie przecież rodziny, przyjaciół, znajomych... A to jest paskudny świat, w którym umiera się łatwo i szybko. Naprawdę nie znacie nikogo, komu mógłbym pomóc? Mogę wskrzesić każdego człowieka, pod warunkiem, że ciało nie uległo rozkładowi i rany nie są zbyt rozległe. Pomyślcie, może moglibyście zyskać w ten sposób sojusznika, kogoś, kto w odpowiednim czasie zwróciłby wam przysługę.

– Eva, chodź na moment. – Carlo wyciągnął dziewczynę na korytarz. Szeptali coś do siebie przez chwilę, potem chłopak zajrzał do pokoju.

– Zaczekajcie tu.

Wobec braku krzeseł Noel usiadł pod ścianą. Elisha po chwili wahania dołączył do niego.

Czekali godzinę, a może nawet dłużej, wsłuchując się w odgłosy domu. Łomot przewracanych mebli gdzieś nad nimi, krzyki, tupot nóg, gdy ktoś zbiegał po schodach. Gramofon wciąż odtwarzał ten sam fragment i po pewnym czasie Noel zaczął każdy dźwięk odczuwać pod czaszką.

– Zrób z tym coś, bo za chwilę oszaleję – mruknął, ale Elisha pokręcił głową.

– Wolę się nie narażać tej czarnowłosej panience. Noel zamknął oczy i otworzył je, dopiero gdy wrócił Carlo.

Chłopak zaprowadził ich do niewielkiego pokoju, gdzie na przykrytym kocem łóżku leżał stary mężczyzna trawiony gorączką. Obok stała Eva. Gdy weszli, chory uniósł się na łokciach i spojrzał niespokojnie. Widać było, że za wszelką cenę stara się zachować czujność, ale skupienie wzroku przychodziło mu z coraz większym trudem. Oddychał ciężko, mnąc w spoconych dłoniach brzeg koca.

– Jeśli go uzdrowisz, pozwolę ci obejrzeć film – oznajmił Carlo.

– Potrafię wskrzeszać ludzi, a nie uzdrawiać – zaprotestował z rozpaczą Noel. – Musiałbym poczekać, aż on umrze.

Elisha pochylił się nad starcem, zbadał go i zadał Carlowi parę pytań. Na większość z nich chłopak nie znał odpowiedzi, wiedział tylko, że chory mamrotał coś o zepsutej wodzie.

Szaman wyprostował się.

– Ten człowiek umrze – orzekł. – Ale nie w ciągu najbliższych godzin. Będzie się męczył do jutra, może nawet do pojutrza.

Tymczasem do pokoju weszło kilkunastu młodych mężczyzn łudząco podobnych do tego, który siedział w recepcji: wszyscy mieli niezdrową cerę, tłuste włosy i ubrania sztywne od brudu. Niektórzy nosili broń, karabiny i pistolety mocno zdezelowane, ale niewątpliwie wciąż jeszcze zdatne do użytku. Noel niemal wyczuwał bijące od nowo przybyłych fale mieszanych uczuć. Ciekawość. Fascynacja. Lęk. Sporo niechęci. Jeden z nich, na oko najmłodszy, bo najwyżej piętnasto-, szesnastoletni, stał pod ścianą. Przez jego twarz przebiegały nerwowe tiki, mięśnie kurczyły się i rozluźniały, grdyka poruszała, jakby bezustannie coś przełykał. Karabin podrygiwał leciutko w rytm ruchów, a niespokojny wzrok chłopaka błądził po pokoju. Wypatrujący. Badający.

Noel stłumił narastającą panikę.

– Nie mogę pomóc temu człowiekowi, bardzo mi przykro – powiedział. – Zostanę przez jakiś czas w Rzymie, więc będziecie mogli po mnie posłać, jeśli... jeśli sytuacja się zmieni.

Jego głos się załamał, wyraźnie dało się w nim słyszeć nutki strachu. Niedobrze. Noel nie powinien okazywać lęku. Nie teraz, nie wśród tych ludzi.

– Chodź, Elisha. – Chwycił szamana za łokieć, może nieco zbyt szybko, choć z całych sił starał się zrobić to spokojnie. Było mu coraz bardziej gorąco, w ustach czuł narastającą suchość.

– Czekajcie – odezwała się milcząca dotąd Eva. – Mówiłeś, że możesz mu pomóc, dopiero kiedy będzie martwy, tak? A szaman z kolei twierdzi, że on i tak umrze i że w dodatku będzie się przedtem jeszcze męczył. No to na co czekamy? Zabijmy go teraz, niech wskrzesiciel przywróci mu życie.

Wolno, prowokacyjnie powiodła spojrzeniem po mężczyznach zebranych wokół łóżka. Wreszcie jej wzrok zatrzymał się na Carlu, który patrzył na nią oszołomiony i zafascynowany jednocześnie. I wystraszony, o, tak, zdecydowanie wystraszony, pomyślał Noel, który miał coraz gorsze przeczucia.

– Ty tu rządzisz, więc to twoja decyzja – powiedziała Eva.

– Ja... uhm... myślę... – Carlo rozejrzał się, szukając pomocy.

Jeden z uzbrojonych młodzieńców, wychudzony, z twarzą poznaczoną bliznami po trądziku, splunął na podłogę.

Dziewczyna ma rację, ten facet i tak nie ma szans, więc co nam szkodzi? Niech wskrzesiciel pokaże, co umie.

– Nikt nie będzie... – zaczął Noel, ale było za późno. O wiele za późno, bo chudzielec już strzelił choremu w pierś. Tylko raz, ale to wystarczyło. Ciało podskoczyło na łóżku i znieruchomiało w szybko powiększającej się kałuży krwi. Ktoś krzyknął i zaraz umilkł, gdy młody mężczyzna strzelił ponownie, tym razem w sufit.

– Zamknąć mordy! – wrzasnął. – Wskrzesiciel zaraz go ożywi. No już! – Lufą pistoletu skinął w stronę Noela. – Pokaż, co potrafisz.

Noel podszedł do martwego starca i położył dłonie w miejscu, gdzie niedawno znajdowało się nienaruszone serce, a teraz ziała dziura wielkości połowy pięści. Wilgotne ciepło pod skórą, krew przesączająca się przez palce. Wyczuwał nawet odłamek strzaskanego żebra pod opuszką kciuka. Już się nie bał, strach został daleko za nim, czekając na sprzyjający moment, by znów go dogonić – potem, gdy będzie po wszystkim.

Potem. Wszystko potem. Teraz umysł miał chłodny, jasny i skupiony na jednym punkcie.

Będzie dobrze, jeśli tylko zdołam wskrzesić tego człowieka.

Fale uczuć napływające od strony otaczających go mężczyzn (i jednej kobiety, ale o niej nie pamiętał – nie miała broni, więc się nie liczyła, choć w jakimś stopniu była winna temu, co właśnie się stało) nabrały intensywności. Niedowierzanie. Ponownie ciekawość i fascynacja. Nadzieja. Niepokój. Jeszcze więcej strachu.

Przelewał swą siłę życiową w żyły martwego człowieka, mając przy tym wrażenie, że usiłuje napełnić pozbawiony dna dzban. Słabł coraz bardziej, w głowie mu się kręciło. Kątem oka widział chłopaka, tego najmłodszego i nerwowego, który pocił się i aż cuchnął lękiem.

Właśnie dlatego Noel zawsze prosił, by w chwili wskrzeszenia mógł być ze zmarłym sam na sam. W niektórych ludziach akt ożywiania zwłok budził niepokój, czasem też coś gorszego.

Noel nie chciał o tym myśleć. Teraz i tak nie mógł niczego zmienić.

Zmarły wymykał mu się, z każdą chwilą zimniejszy i bardziej odległy. Rana była zbyt duża, wypłynęło z niej zbyt wiele stygnącej już krwi.

Noel czuł, jak ogarnia go chłód, jakby sam tracił życie.

Wówczas za plecami usłyszał urywany szloch, cichy szept. A potem pomruk grozy, już nie z jednego gardła, lecz z wielu, gdy przez tłum przeszedł zmarły. Zbliżył się do łóżka, opadł na kolana i zaczął chłeptać własną krew, która ściekała na podłogę. W miarę jak pił, jego blade policzki nabierały rumieńców.

– Cudowny smak – powiedział, unosząc twarz, a potem się roześmiał. – Powinniście sami spróbować.

Wtedy w chłopcu, tym najmłodszym i najbardziej nerwowym, coś pękło. Z jego ust wydobył się zwierzęcy skowyt, a dłoń z karabinem poderwała się jak szarpnięta linką. Oczy miał wielkie, wytrzeszczone paniką. Rozległ się huk wystrzału, a zaraz po nim drugi. Dwie kule przeszyły widmowe ciało, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy.

Jedna z nich utkwiła w ścianie, druga trafiła w szyję chudzielca z twarzą poznaczoną bliznami po trądziku. Tego, który zaczął strzelać jako pierwszy, jeszcze wtedy, gdy Noelowi zdawało się, że to wszystko można jakoś naprawić, odkręcić, wyjść z tego cało.

Przeżyć. Jak zawsze.

Jasna, tętnicza krew tryskała, podczas gdy ludzie miotali się wokół. Słychać było wrzaski i odgłos szarpania klamki, ktoś wreszcie zaczął strzelać do strzelającego chłopaka.

Noel skoczył w stronę drzwi i zderzył się z wysokim mężczyzną, który wpadł na identyczny pomysł. Wskrzesiciel był drobny, więc impet odrzucił go w bok. Wówczas uderzenie w plecy odebrało mu oddech. Pomyślał o kamieniach, którymi rzucał się z kolegami w dzieciństwie: wtedy bolało tak samo – tępy, rozlany ból, na pewno będę miał siniaka, może nawet połamali mi żebra. Gdy upadł, poczuł kopnięcie w twarz i słony smak w ustach. Zakrztusił się, przy każdym kaszlnięciu miał wrażenie, że jego płuca rwą się na strzępy.

– Noel, słyszysz mnie? Słyszysz? Na litość boską, niech ktoś mu pomoże! Chodź tu, dziewczyno...

Wykrzywiona przerażeniem twarz pochyla się nad nim, jedna, obok druga i trzecia. Noel ma wrażenie, że powinien wiedzieć, do kogo należą, ale nie wie. Czuje się zmęczony, najchętniej zamknąłby teraz oczy i zasnął. Ktoś nim potrząsa.

Czemu nie pozwalają mu spać?

Oczywiście ponieważ ma jeszcze zadanie do wykonania.

Wyciąga rękę i chwyta dłoń. Nie wie, do kogo należą te szczupłe, ciepłe palce, i wcale go to nie interesuje. Wie za to, co musi zrobić. Zawsze wiedział.

Przelewa energię w cudze ciało, tak jak wtedy, gdy ożywia zmarłych.

Najwyraźniej robi to, co powinien, bo gdy kończy, nikt już mu nie przeszkadza i Noel może z ulgą osunąć się w ciemność.

  1   2   3   4


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna