Bartosz Adrian Nowakowski Dzieci gwiazd



Strona1/7
Data09.05.2016
Rozmiar1 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7



Bartosz Adrian Nowakowski


Dzieci gwiazd

Powieść przygodowa, łącząca motywy marynistyczne, podróżnicze, robinsonadę oraz SF. Do statku na wodach Basenu Somalijskiego zbliża się łódź z piratami-terrorystami, kapitan pragnie uchronić rodzinę, wydaje polecenie opuszczenia jednej z szalup i nakazuje bliskim z dwoma marynarzami odpłynąć. Po długim dryfowaniu po oceanie, wymęczeni trafiają na tajemniczą wyspę, jak z filmu „Zagubieni”. Przeżywają przygody, które dla czytelnika mogą być odbierane jako senne marzenia lub prawdziwe ingerowanie w życie bohaterów sił pozaziemskich. Ucieczka z jednej dżungli nie gwarantuje pomyślności, trafiają do gorszej – ludzkiej z chciwością, podłością. Droga do domu jest długa, niezwykła przez Afrykę, busz i pustynię, przerywana spotkaniami z ludźmi dobrymi i złymi, zmieniających charaktery młodych.



Część pierwsza
Przerwano czynności konserwacyjne na pokładzie statku „Maia”, kto mógł, ten stanął przy
sterburcie i przyglądał się szybkiej motorówce tnącej wody Basenu Somalijskiego. Ze
skrzydła kapitańskiego pomostu łódź śledzili marynarze z wachty i kapitan z lornetkami przy
oczach. Stwierdzili, że zbliżająca się pływająca jednostka jest uzbrojona. Piraci. Terroryści.
W każdym razie na pewno nie rybacy, nie turyści.
Życie na statku zamarło, stało się oczekiwaniem.
Edgar Berger, syn kapitana, odłożył książkę „Kosmiczni jeźdzcy” Marcela Norrisa, i
również skupił uwagę na oceanie. No, no – cieszył się chłopak żądny sensacji – wreszcie coś
zaczyna się dziać tu, na statku, podczas potwornie nudnego rejsu, nie tylko w powieści.
Kapitan, uwzględniając fakt dość licznych napadów na statki w tej części Oceanu
Indyjskiego, o uprowadzeniach dla wielkiego okupu, bez trudu mógł przewidzieć dalszy
rozwój wydarzeń. Somalijscy terroryści podpłyną i grożąc użyciem broni, zażądają
opuszczenia sztormtrapu, potem błyskawicznie kilku z nich wejdzie i opanuje statek, a załogę
potraktują przez miesiąc, dwa jako zakładników. Aż otrzymają okup. Mogą być
wspaniałomyślni i darować życie lub bezwzględni, brutalni, dając upust swej nienawiści do
innowierców, mieszkańców innego kontynentu. Każdy pretekst dla nich był dobry. Po
ostatnich wojskowych interwencjach USA w obronie porwanych marynarzy, wskutek
których zginęło kilku Somalijczyków, kapitan nie spodziewał się łagodnego traktowania ze
strony terrorystów, którzy natychmiast w akcji odwetowej zapowiedzieli krwawą zemstę za
śmierć kolegów. Pierwszy po Bogu na „Mai” znalazł się w dość kłopotliwej sytuacji, bo na
statku miał całą rodzinę: żonę Idę, córkę Berenikę i syna Edgara. Obiecywał im wspaniały
rejs do Indii i daleki był od przypuszczeń, że i jego statek, jak wcześniej wiele innych,
zaatakują terroryści. A jednak wyglądało na to, że do tego wkrótce dojdzie.
Nie mógł zapobiec napaści, jeżeli coś było w jego mocy, to pomóc jedynie kilku osobom,
zaoszczędzić im kontaktu z piratami.
- Maszyny stop! – rozkazał.
Na pokładzie zaległa cisza, słychać było szum fal uderzających w burty.
- Z bakburty szalupa na wodę – wydał polecenie oficerowi wachtowemu. – Niech steward do
żelaznych porcji dorzuci więcej żywności, szczególnie kartony z sokami, pojemniki z wodą. I

nie zapomnijcie łódź zaopatrzyć w dodatkowe rakietnice sygnalizacyjne. Członkami załogi


zostaną drugi mechanik i steward. Nikomu więcej nie wolno opuszczać statku.
Zszedł na pokład szalupowy, wziął żonę na bok.
- Pójdziesz z dziećmi do kabiny, weźmiecie to, co uznacie za niezbędne do dalszej podróży i
zniesiecie do szalupy. Nie wiem, ile czasu w niej spędzicie. Może tylko dzień, a może dłużej.
Jeżeli nie uda się wam powrócić na statek, to wkrótce będą was poszukiwały samoloty
zwiadowcze, łodzie ratunkowe. Zwykle takie akcje przebiegają dość niemrawo i dlatego
musicie być przygotowani nawet na kilkudniowy pobyt w szalupie. Ale to będzie na pewno
lepsze, niż pozostawanie na statku opanowanym przez terrorystów. Potrafią zakładników
trzymać długie miesiące. – Objął żonę ramieniem. – Zachowajcie spokój. I nadzieję, że
wszystko dobrze się skończy i wkrótce zobaczymy się w domu, w Świnoujściu.
Nie miał wiele czasu, dlatego podobnie krótko pożegnał się z dziećmi.
Ucałował córkę, mocno po męsku ścisnął dłoń syna.
- Opiekuj się mamą i siostrą – polecił osiemnastoletniemu chłopakowi zaskoczonemu
sytuacją. – I nie dokuczaj Berenice – pogroził palcem. - Jak najszybciej odpłyńcie, piraci
będą zajęci statkiem, załogą i może nie zauważą szalupy. Jeżeli jednak stanie się inaczej, to
nie stawiajcie oporu, poddajcie się bez heroicznych gestów. One wam nie pomogłyby, a
tamtych prowokowałyby do użycia przemocy. A musisz mi uwierzyć, że mają nad nami
zdecydowaną przewagę.
- A nie mogę pozostać na statku? – spytał Edgar, któremu trudno było pogodzić się z tym, że
omija go niezwykła przygoda spotkania z Somalijczykami. Ach, to byłoby coś! Przez
tygodnie można by o tym opowiadać i opowiadać!
Mężczyzna spojrzał nań z przyganą w oczach.
- Twoje miejsce w szalupie przy matce i siostrze. Mam nadzieję, że sprawdzisz się w niej
jako mężczyzna. – Popatrzył za burtę. – Dość gadania. Pośpieszcie się.
Chłopak chciał wziąć z sobą kilka książek z gatunku fantastyki naukowej, które pochłaniał w
każdej wolnej chwili, na statku także. Ostatnio czytana miała piękne motto: Per aspera ad
astra. „ Przez ciernie do gwiazd”. Jego tłumacznie było nieco inne: Przez doznania,
przeżycia, przygodę do gwiazd. O niczym innym tak nie marzył, jak uczestniczyć choćby w
jednyn z wydarzeń opisywanych przez autora książki o spotkaniach z istotami pozaziemskimi.
To byłoby fascynujące!
- Zostaw, nie ma dla nich miejsca – zganił go ojciec.
- Wezmę jedną, dwie – upierał się.
- Bądź poważny. Do tych bajeczek wrócisz w domu.
- Lepiej nie, rozmiękczają mózg naszemu imbecylowi – wtrąciła się Berenika.
- Zamknij się, głupia pało – warknął w jej stronę.
Niechętnie odłożył ulubione książki z bohaterami spoza ziemskiej rzeczywistości.
W tym czasie, gdy kapitan zabezpieczał przed piratami część zawartości kasy, wysyłał
wiadomość do niemieckiego armatora, jego żona z dziećmi zbierała w walizki to, co
wydawało się im niezbędne do przebywania w szalupie. Jeszcze krzątała się po kabinie, gdy
przyszedł steward Jordan, jedyny Afrykanin na statku zatrudniony obok Ukraińców,
Rumunów i Polaków.
- Już pora – rzekł, chwytając dwie walizy.
Szalupa czekała na opuszcznie. Weszli do niej, a marynarze na pokładzie natychmiast
uruchomili dźwigi, zaśpiewały liny w blokach. Nim łódź dotknęła wody, mechanik
włączył silnik, by wyrównać jej szybkość z prędkością dryfującego statku.
Zwolniono liny, szalupą nieco szarpnęło, ale zaraz dziób podniósł się w kierunku
otwartych wód. Nie upłynęli kilkudziesięciu metrów, a silniki na „Mai” znów zagrały.
Mechanik starał się tak prowadzić szalupę, by wciąż kryła się za burtami statku.
Z pokładów kontenerowca powachlowały na pożegnanie podniesione ręce tych, co
pozostawali w oczekiwaniu na podpłynięcie do burty terrorystów.
Berenika nie wytrzymała napięcia i głośno zaszlochała.
- Nie becz, głupia pało! – zbeształ siostrę Edgar, jak zwykle nie szczędząc słów, za które w
domu tyle razy go upominano, karcono, grożono przeróżnymi zakazami, nakazami, nic to nie
pomogło, jego siostra wciąż była dla niego głupią pałą.
- Edgar... – westchnęła matka – nawet w t a k i e j sytuacji musisz obrażać siostrę?
- Ma już tyle lat, że powinna wiedzieć, że łzy nigdy w niczym nie pomogą.
- To jeszcze dziecko – usprawiedliwiała ją kobieta. – Weź to pod uwagę.
- Zamiast płynąć z nami, powinna siedzieć u dziadków w ogródku i karmić gołąbki.
- Kto wie, czy właśnie nie tak należałoby spędzać szkolne wakacje – zastanawiała się
Ida Berger. – Bylibyście bezpieczni. A teraz? Nie wiem, co nam wszystkim grozi?
Szalupa pruła fale szbciej, niż można było oczekiwać po tej łupinie z silnikiem hondy z
mocą 130 KM. Niemalże z każdą minutą malała sylwetka statku, aż stała się punktem na
horyzoncie, w końcu zupełnie zniknęła z oczu podróżujących w łodzi.
Ten fakt najbardziej zaniepokoił Berenikę, która wolała patrzeć do tyłu niż do przodu,
zawsze bardziej pamiętała, jak ją nazwał starszy o sześć lat brat – głupią pałą – aniżeli o tym,
że na każde imieniny, urodziny była obdarowana przez niego olbrzymią czekoladą
nadziewaną orzechami – ulubionym smakołykiem łasuchów, do których bezwstydnie
należała.
- Jak nas tata znajdzie? – spytała drżącym głosem zapowiadającym płacz.
- Jeszcze nie zrozumiałaś, pało – zwrócił się do niej Edgar, wielkodusznie pomijając tym
razem swój stosunek do inteligencji dziewczyny, to znaczy: głupia – że nia ma dla nas powrotu
na statek?
Nawet matka doceniła syna za powściągliwość w słowach, za ograniczenie się do
rzeczownika pozbawionego paskudnej przydawki, uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
- Edgar ma rację. Raczej nie liczmy na to, że wcześnie wrócimy na statek. – Skończyła
okazywać wobec syna wdzięczność, westchnęła ciężko na myśl o perspektywie nocy
spędzanej w szalupie. – Nie wybaczę tego ojcu, że skazał nas na taką oceaniczną poniewierkę.
Zawsze był człowiekiem lekkomyślnym, ale żeby aż do tego stopnia! Wiedział, co się na tych
wodach dzieje, a jednak postanowił nas wziąć w ten rejs. Bo to najtańsze rodzinne wczasy!
Sknera!
- Mamo, tato chciał dobrze – broniła ojca Berenika.
- Miewał piękne zamiary, plany na przyszłość tylko rzadko kiedy się one spełniały.
- Mamy noc spędzić w łodzi? Jak rozbitkowie? – nie mogła się z tą myślą pogodzić Berenika
i z wyrazem niechęci w dużych błękitnych oczach spojrzała na mężczyzn. – W takich
warunkach?
Steward pokiwał twierdząco łysą głową, po której bezlitośnie ślizgały się promienie
opadającego ku zachodowi słońca.
- Niestety, taka jest prawda.
- To straszne – westchnęła, patrząc na mężczyzn z jeszcze większą niechęcia niż na brata. –
Nie zmrużę oczu.
- Po jakimś czasie przestaniesz nad nimi panować, same będą opadać ze zmęczenia i senności
– stwierdził steward.
- Na pewno nie moje.
- Przekonasz się za dzień, dwa...
- Boże, straszy mnie pan?
- Ocean jest wielki – dorzucił jeszcze steward Jordan na poparcie swych słów.
Zapadła tropikalna noc. Nagle. Jak błyskawiczne odcięcie dnia od tego, co następowało po
nim: rozgwieżdżone niebo z jasnymi gwiazdami Toliman i Agena, z Krzyżem Południa i jej
najjaśniejszą gwiazdą Acrux. Pociemniało wokół szalupy, oceaniczna głębia zdawała
się dawać znać o sobie, o swym tajemniczym życiu barakud, muren, rekinów, meduz, węży
morskich czy przelatujących nad powierzchnią wody ptaszorów.
Berenika mocno przytuliła się do mamy. Bliskość obcego, nieznanego świata przerażała ją.
Noc nie była jak na lądzie puszystym błamem okrywajacym sen. Noc na oceanie opadała
ciężarem trwogi. Z każdym wyraźniejszym pluskiem fali Berenika odsuwała się od burty
łodzi i jeszcze bardziej lgnęła do matki. Co za szalupą czyhało: rekin, wąż, barakuda? Noc.
Tropikalna czerń z gwiazdami zbyt odległymi, by ją przyjaźnie rozjaśniały.

*

Świt przesycony był chłodem i wilgocią. Okrycia pasażerów szalupy „Maia” po nocy


przypominały rozwieszoną na manekinach odzież po praniu. Mężczyźni rozciągali się w
ramionach, kobieta delikatnie odsunęła się od śpiącej córki, nabrała zza burty w dłoń wody,
zwilżyła oczy, policzki. Edgar stanął nad burtą jak zawodnik na trampolinie nad pływackim
basenem.
Steward Jordan, zwalisty Murzyn, po porannej „gimnastyce” przysłonił swym ciałem
przygotowywane na śniadanie produkty. Drugi mechanik Rudolf czerwonym grzebykiem
doprowadzał do ładu włosy o miedzianym odcieniu.
W nocy z powodu wyczerpania paliwa zgasł silnik i łódź spokojnie płynęła w dryfie.
Rudolf nie chciał napełniać baku w ciemności, teraz sięgnął po kanister i przelał do
pojemnika, ale wciąż jeszcze nie włączał silnika, by nie budzić dziewczyny.
- Co dalej.
Głos Idy Berger nie miał pytającego tonu. Wiedziała, że bez sensu byłoby je zadawać,
ona tymi dwoma słowami jak powitanie rozpoczynała kolejny dzień w szalupie na oceanie.
- Płyniemy po wodach bardzo często przemierzanych przez transportowce, a przez całą noc nie
zobaczyłem żadnych pozycyjnych świateł statków – mówił drugi mechanik. – Pozwolę sobie
postawić następującą hipotezę: kto może, ten omija Basen Somalijski. Oczywiście oprócz
naszego kapitana.
- Czy my chcemy spotkać jakiś statek, czy wolimy unikać przypadkowych kontaktów? –
zastanawiała się kobieta.
- Raczej powinniśmy oczekiwać pomocy ze strony patrolujących samolotów. To byłoby
pewniejsze wyjście z dramatycznej sytuacji, niż wchodzenie na pokład statku, który nie
wiadomo dokąd płynie i kim są jego ludzie?
- Patrzy pan na świat przez zbyt ciemne okulary.
- Chce mnie pani podnieść na duchu?
- Nie straciłam wiary w szlachetność większości ludzi.
- Oby się pani nie zawiodła. Kto pozna naszą historię, usłyszy, że jest pani żoną kapitana,
który zorganizował rodzinie ucieczkę ze statku mającego stać się łupem terrorystów, ten na
naszej szalupie będzie szukał kasy „Mai”.
- Zapewnię, że jej nie ma.
- Jest pani o tym przekonana?
- Mąż powiedziałby mi o tym.
- Po co? Przecież nie puściłby w świat rodziny z suchym prowiantem i dwoma walizami
ciuchów!
- Co pan sugeruje?
- Że te walizki mogą stać się łakomym łupem dla przypadkowych naszych wybawicieli.
- Chce je pan przejrzeć?
- Co w nich jest, to pani zmartwienie, nie moje.
- I ja tak myślę – powiedziała, starając się spojrzeć w oczy marynarza, by odczytać w nich coś
więcej, niż powiedział. Ale on unikał jej badawczego wzroku.
Steward zaczął rozdzielać żywność.
Przebudziła się Berenika.
- Muszę do toalety – szepnęła.
Edgard wybuchnął śmiechem.
- Idź pierwsza, głupia pało, ja zaraz po tobie! Nie siedź w niej za długo – ostrzegł.
Jego matka rozejrzała się po szalupie.
- Bardzo kłopotliwa sytuacja – orzekła po chwili. – Konstruktorzy łodzi nie przewidzieli, że
człowiek chce czy nie, to jednak musi załatwiać swe fizjologiczne czynności. A do tego
potrzebna jest intymność.
Murzyn przerwał rozdawanie śniadaniowych porcji.
- Jeżeli chodzi o kobiety, to najlepiej na rufie... – stwierdził dość ogólnikowo.
- Ale jak? – nie potrafiła odgadnąć Ida Berger.
Steward znalazł rozwiązanie.
- Jedna z pań potrzyma koc jak parawan. Trzeba się mocno uchwycić steru i po kłopocie.
Podał kobiecie koc. Poranna fizjologiczna czynność Bereniki trwała dłużej, niż
przewidywano. Marudziła, narzekała, że nie da rady, i kto wie, jak długo trwałoby jej kucanie
na rufie ze swą bezradnością, gdyby Edgar nie krzyknął:
- Rekin!
To pomogło i Berenika zadowolona, spokojna, rozpostarła koc-parawan wokół matki.
Chwilę później drugi mechanik właczył silnik i szalupa wzięła kurs na wschód.
Nie skończyli śniadania, gdy słońce całą mocą uderzyło w lustrzaną powierzchnię oceanu,
poraziło oczy pasażerów szalupy. Woda rozedrgała się od podmuchu południowego wiatru i
ukąszeń promieni.
- Co się dzieje na statku.
Znów Ida Berger wypowiedziała to głosem bez pytającego tonu, po prostu rzucając między
wszystkich kilka słów mogących dać do myślenia.
Drugi mechanik rozejrzał się przez lornetkę po oceanie. Prócz rekinich płetw i uciekających
przed nimi ptaszorów żadnego śladu życia.
- Możemy spróbować połączyć się – zaproponował.
Prócz Idy Berger wszyscy sięgnęli po telefoniczne komórki.
- Nie doładowałam swojej – stwierdziła Berenika.
- Ty głupia pało! – warknął brat. – Po co ją w ogóle nosisz z sobą?
- Imbecyl! – przypomniała sobie dziewczyna wyzwisko szczególnie irytujące Edgara.
- Dzieci, zważajcie na to, co mówicie – prosiła matka.
- On zaczął! – skarżyła się Berenika.
- Zawsze chodzi z niedoładowaną komórką – stwierdził chłopak. – Ile razy starałem się z nią
skontaktować, by coś przekazała w domu, tyle razy kompletna kicha.
- Skąd mogłam wiedzieć, że opuścimy statek? – broniła się.
- Nigdy nie sprawdzasz, czy jest doładowana, musi ciebie wzywać, przypominać o sobie. Jej
twórcy budując program, nie zapomnieli o takich pałach jak ty!
- Dzieci, uspokójcie się – prosiła matka. – Zapominacie, w jakiej jesteśmy niezwykłej sytuacji.
Nawet doładowane komórki milczały.
- Jesteśmy poza zasięgiem – rzekł Rudolf.
- No to mamy problem – pokiwał smutno głową Jordan.
Drugi mechanik się żachnął.
- Problem będzie dopiero wtedy, gdy trafimy na piratów.
- Tak daleko od naszego statku, od Półwyspu Somalijskiego? – zastanawiał się Murzyn.
- Przy takiej pogodzie mogą się wypuszczać. – Popatrzył na walizki. - Szczególnie gdy
będą mieli motyw.
- Motyw? Jaki motyw? – pytał steward.
- Jeżeli na statku nie znajdą w kasie pieniędzy i stwierdzą też, że brakuje dwóch członków
załogi, trójki pasażerów oraz łodzi ratunkowej, to – stawiam hipotezę: zaczną poszukiwania
szalupy. Upłynęło dość czasu, by się zorientowali w sytuacji i podjęli jakąś decyzję.
- Posiadamy bardzo szybką łódź z nowoczesnym silnikiem – zauważył Edgar. – Odpłynęliśmy
na bezpieczną odległość, wątpię, by nas doścignęli. Jak? Mamy nad nimi wielugodzinną
przewagę. No i skąd będą wiedzieć, gdzie nas szukać? Jesteśmy na oceanie jak igła w stogu
siana – przypomniał sobie z wielkim zadowoleniem porównanie z książki Marcela Norrisa.
- Myślisz, że dysponują jedną łodzią? Mogą ich mieć kilka i przekazywać sobie drogą
satelitarną informacje o sytuacji, polecenia, rozkazy. To my nie możemy się połączyć, co nie
znaczy, że oni również nie mogą, nie potrafią. To ich akweny działalności, my jesteśmy tu
intruzami, stanowimy dla piratów łup jak ryby dla rybaków.
Mimo rosnącego upału, kobietą wstrząsnął dreszcz strachu przed tym, co może przynieść
każda kolejna godzina na oceanie.
Do łodzi zbliżyły się trzy rekiny, okrążały ją, płynęły z nią równolegle, rozpoznawały
obiekt na wodzie, czekały.
- Zaatakują? – spytała Berenika dzwoniąc ząbkami.
- Wątpię – pośpieszył z pocieszeniem Murzyn. – O ile wiem, musiałyby wyczuć zapach
tłustego mięsa, tranu. Nie rzucają się bezmyślnie na wszystko, co w morzu. One też mają
mózg, który podpowiada im, jakie działanie ma sens, a jakie nie, co opłaca się robić, a co nie.
- Okryjcie Berenikę kocami, by nie połakomiły się na tłuścioszkę – żartował boleśnie Edgar.
- Synu! – skarciła go matka. I do Murzyna: - Nie przecenia pan inteligencji rekinów?
- One miały więcej czasu na swój rozwój niż człowiek. I chyba lepiej wykorzystują mózg do
przetrwania niż my, ludzie. Żyją w oceanach tak długo... Znacznie dłużej niż my na lądzie.
Kiedyś pamiętałem ile, ale zapomniałem.
W południe łysina Murzyna zalśniła niebezpiecznym blaskiem, po twarzy potoczyły się
paciorki potu. Jego olrzymie ciało poddawało się skwarowi, a upał rozpalał myśli, których
istnienia w wielkim czerepie nikt by nie podejrzewał.
Wywoływał pytania: kim naprawdę jest? Czy tylko stewardem?
Zamknął oczy i wyrzucał z siebie wyznanie z niezwykłą energią budzącą współczucie i
przerażenie. Przekonywał, że w s z y s t k o jest już za nim, cieszył się, że nie ma cudzych
spojrzeń na sobie, nikt o nim nie mówi ani dobrze, ani źle. Po prostu dla nikogo nie istnieje.
Nikt nie może na niego wysunąć języka, on na innych też nie, bo wszyscy zniknęli.
Nie ma przeszłości, nie ma też przyszłości. Jeżeli w śnie pojawi się zmora dająca mu jakąś rolę
do odegrania – będzie to tylko przypomnienie starych mitów o człowieku myśliwym i wtedy
odegra ją. Co za ulga żyć bez dręczących niepokojów o to, czym jest ludzka egzystencja:
zabieganiem o przyjaźń, lękiem przed chorobami, przed wzrastającymi kosztami leczenia,
pogrzebów...
Słuchali go cierpliwie, aż wychylił się za burtę i osunął do wody. Unosił się na niej nie
wykonując najmniejszego ruchu. Mechanik wyłączył silnik i okrążał go. A rekiny obok.
Żaden nie zbliżył się na taką odległość, by stanowił zagrożenie.
Po kwadransie Murzyn wychodził z transu, zaczął odzyskiwać świadomość człowieka za
burtą. Podpłynął do łodzi i z pomocą mechanika wsunął się do szalupy. Chwilę otrząsał się z
kropel, poparskiwał jak psiak.
- Ciepła jak zupa w wazie – mówił myśląc o wodzie. – Żadnej ochłody. Nie warto się w niej
zanurzać, tylko sól na skórze zostaje dokuczliwa. – Rozejrzał się. – Ja zmieniłbym kierunek –
powiedział do mężczyzny przy sterze.
- Usiądź i dziękuj Bogu, że wyszedłeś cało – odparł tamten.
- W niedobrą płyniemy stronę – upierał się Murzyn. – W bardzo złym kierunku.
- Znawca się znalazł – kpił mechanik.
- Wiem, co mówię. Daj mi ster.
- Człowieku, co z tobą?
- Puść mnie do steru, bo tylko ja wiem, dokąd płynąć.
- Na jakiej postawie to mówisz?
- Intuicja mi podpowiada, gdzie płynąć.
- Wolę polegać na swym zdrowym rozsądku.
- To nas może wiele kosztować.
- Bzdura!
- Przekonasz się, wszyscy się przekonamy – wzniósł oczy do nieba, coś szeptał jak modlitwę.
Nikt nie podjął tematu jego dziwnego zachowania.
Zniknęło towarzystwo rekinów.
Na niebie pojawiły się wąskoskrzydłe albatrosy.
- Niedaleko musi być ląd – stwierdził mechanik. – I co ty na to? – zwrócił się do stewarda. –
Źle steruję?
Murzyn milczał.
- To dla nas dobrze czy źle – powiedziała jak zwykle głosem bez pytającego tonu Ida Berger,
by swą dociekliwością nie urazić nikogo.
- Zależy na kogo natrafimy. Jednak na specjalną życzliwość nie liczyłbym, chyba że zadowoli
ich zawartość pani walizek.
Ida Berger lekceważyła to zainteresowanie bagażem. Miała większe kłopoty z sobą, z dziećmi.
Upał stawał się nie do zniesienia, ciała omdlewały w skwarze, a kołysania szalupy usypiały.
Wszyscy zapadali w coraz głębszy sen. Zacierały się granice między rzeczywistością a
majakami. Wpływali w nierzeczywistość.

*

Odzyskiwali przytomność, wychodzili ze snu.


Przynajmniej tak się im zdawało...
Nie byli do niczego przekonani: ani że śnią, ani że to, co widzą, to rzeczywistość.
Dziób łodzi utknął na złocistym piasku plaży i mimo najgorszych przeczuć wszyscy
odetchnęli z ulgą. Ziemia. Dość kołysania na oceanicznych falach, dość tropikalnego
słońca, błękitu od horyzontu do horyzontu. Pod dnem szalupy piasek, skrawek ziemi dającej
pod stopami równowagę, a przed oczyma soczysta zieleń.
Pierwszy na brzeg wyskoczył Murzyn, cieszący się jak dziecko; klęknął i mięsistymi
ustami ucałował ziemię.
- Jak tę wyspę nazwiemy? – spytał ocierając usta z ziarenek piasku.
- Skąd pewność, że to wyspa? – miał wątpliwości mechanik.
- Wciąż płynęliśmy na wschód, a nie przypominam sobie, żeby na tym kursie był ląd. Wyspy
tak. To na pewno jest wyspa – upierał się Jordan.
- Jeżeli jest to wyspa, to nie zapomnij, że żyjemy w XXI wieku i nie ma już na Ziemi wysp
nieodkrytych i bezimiennych.
- Nie znamy jej nazwy, cóż więc nam szkodzi ochrzcić ją po swojemu – nie ustępował
Murzyn.
- Maia – szepnęła niepewnie Ida Berger.
- Jak statek?
- Właśnie.
- Maia ... - zastanawiał chwilę. – Brzmi ładnie. To czyjeś imię?
- Żony Wulkana, bogini rozrostu w przyrodzie, matki ziemi według rzymskich mitów.
Mężczyzna popatrzył na bujną zieleń wyspy.
- Może być. Pasuje. Bogini rozrostu w przyrodzie...Tu już chyba nie ma miejsca na żadną
nową roślinkę, chyba że wbije się jak jemioła w te, co już rosną. – Podał rękę kobiecie. –
Zapraszam na ląd, na Maię.
Zeskoczyły na plażę także dzieci.
- Jest wspaniale! – nie ukrywał zachwytuł Edgar.
- Luksus w porównaniu z szalupą – zgodziła się z nim siostra.
- Nie cieszmy się przedwcześnie – ostrzegał mechanik.
Wszyscy chętnie ruszyliby w stronę wyspowej dżungli, zanurzyli się w jej cieniu, chłodzie,
lecz Rudolf przestrzegł przed pośpiesznym wkraczaniem na nieznany teren.
- Trzeba dokonać rozpoznania. Ktoś z nas musi pójść i zorientować się, czy nic nam stamtąd
nie grozi: zwierzęta, tubylcy, rośliny – wyliczał powoli.
K t o ś... To znaczy albo pan, albo steward – pragnęła powiedzieć Ida Berger.
- Chyba nie zamierza pan posyłać na rekonesans dzieci.
Popatrzył na nią chłodno.
- Dzieci mają niewielką wiedzę o zagrożeniach w świecie przyrody, więc okazałyby się w
tym przypadku mało przydatne. Ale pani dzieckiem nie jest.
- Za to kobietą – powiedziała z cichą nadzieją, że uwzględni ten fakt.
- Pani spostrzeżenia i ocena sytuacji jako kobiety i matki mogą okazać się cenniejsze od
moich czy stewarda. Dlatego i pani weźmie udział w losowaniu, kto pójdzie spenetrować
wyspę.
Do dżentelmenów pana bym nie zaliczyła – zamierzała powiedzieć.
- To nie salon, droga pani – rzekł Rudolf, jakby odgadując jej myśli. – Obowiązują nas tu
inne zasady niż na lądzie.
- Zaczyna mnie to niepokoić – zdobyła się na odwagę.
- Nie ma powodów przynajmniej do czasu, nim ktoś nie zechce się za bardzo wyróżniać i
dominować nad innymi.
- Jak dotąd to pan przypisał sobie rolę władcy – zauważył Edgar.
- Pozory. Uważasz, że na oceanie ster szalupy powinienem oddać w ręce twej matki albo
stewarda? – A kiedy nie usłyszał odpowiedzi, ciągnął dalej: - Nie miałem innego wyjścia, jak
przejąć kierownictwo nad wszystkimi. Ale tu na wyspie - ukłonił się przed Idą Berger - może
się to zmienić i pani wiedza, doświadczenie mogą okazać się bardziej przydatne od moich.
- Chcę wierzyć w szczerość tych słów.
- Wkrótce panią o tym przekonam.
Losowanie okazało się dla niej pomyślne, do dżungli miał wyruszyć steward. Wziął wodę,
trochę jedzenia i poszedł na wschód.
- Może wyładujemy to, co mamy w szalupie – zaproponował Edgar.
- Poczekajmy na powrót stewarda. Kto wie, czy ocean nie będzie dla nas bezpieczniejszy?
Choć niechętnie myślała o dalszym podróżowaniu w szalupie, musiała mu przyznać rację –
czas jeszcze na podejmowanie decyzji, kto wie, może będą musieli powrócić na wodę.
Berenika za przykładem matki i brata zdjęła buty. Stąpanie boso po plaży, po zatoczkach z
nagrzaną wodą, brzegiem podmywanym przez fale, sprawiało jej wielką przyjemność.
Mogłaby tak iść i iść bez końca, rozkoszując się egzotycznym krajobrazem, ciszą wyspy
umęczonej tropikalną spiekotą. Ona nie czuła upału, nie dokuczał jej żar lejący się z nieba.
Ten świat wydawał się jej bliższy sercu , godniejszy przyjaźni od miejskich ulic zatłoczonych
pędzacymi samochodami, od gigantycznych sklepów z półkami uginającymi się pod ciężarem
oferowanych towarów. Tu ocean, piasek plaży, zieleń wyspy. Nic, co się nachalnie narzuca,
wprasza do domu, wcina w życie. Fale oceanu podpływają i odpływają, piasek plaży po
prostu leży, a zieleń wyspy jest i czeka, nie ponagla, nie wymusza podjęcia decyzji.
Pokochała wyspę Maię.
Edgar szedł pierwszy. Wpatrywał się w plażę, z której z każdym jego stąpnięciem znikały,
zakopując się głęboko w ziemię, małe żyjątka podobne do miniaturowych krabów. Nie
potrafił je sklasyfikować i nie sądził, by pomogła mu w tym matka. To był dla nich obcy
świat, o istnieniu którego nie mieli pojęcia. Nazwał te stworzonka krabikami, ale z równym
powodzeniem mógłby o nich mówić jak o plażowych skorpionach, pająkach-olbrzymach,
morskich pchłach z wyspy Maia. Każda nazwa do nich pasowała i właśnie to było irytujące,
bo sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, z logiką.
Popatrzył na ocean. Wydawało się mu, że na falach unoszą się wielkie żółwie. Były zbyt
daleko od brzegu, by mieć pewność, czy to są żółwie. I to też go irytowało. Na tej wyspie
wszystko było czymś i równoczesnie nie było. A co się stanie, gdy wejdą w dżunglę? Ta
obcość, obecność nienazwanych rzeczy, może doprowadzić do psychicznego załamania.
Nie lubił takiej wieloznacznej sytuacji. Jego świat był dotąd bardzo uporządkowany i
takim powinien pozostać.
Ta wyspa niepokoiła go.
Gdyby tu zbudować hotelik, pensjonat – marzyła Ida Berger – można by organizować
bardzo udane wczasy dla ludzi szukających bliskiego kontaktu z przyrodą. Koniec rozłąki z
mężem, oczekiwania na jego powroty z rejsów, ciagłe przyzwyczajanie się a to do jego
obecności, a to do nieobecności. Tu zajęliby się razem prowadzeniem intratnego interesu.
I doczekaliby się spokojnej starości na wyspie w tropiku, na Mai.
Ta wyspa pociągała ją swą urodą.
W tym czasie drugi mechanik przeklinał wynalazcę cyfrowych zamków w walizkach.
Zamierzał spenetrować ich zawartość, zobaczyć, co jest w środku, by wiedzieć, jak działać,
gdyby... Ach, powodów można znaleźć wiele... A tu cyfrowy zamek! Do diabła, dlaczego
wynalazcy nie zajmą się poważniejszymi rzeczami! Zamek w walizce! Gdyby chciał, to w
trzy sekundy byle kamieniem zniweczyłby dzieło konstruktora, ale wolał z tym poczekać.
Jak wielu ludzi nienawidził!
I do tego ta koszmarna wyspa, na której na pewno nie znajdzie kropli piwa czy alkoholu.
Choćby rył do jej głębi.
Słońce zaczęło się osuwać na horyzont, gdy wszyscy zebrali się przy szalupie. Drugi
mechanik wydał każdemu racje żywnościowe.
- Marudzi steward. Gdy zapadnie noc, trudno mu będzie przedzierać się przez dżunglę, ale na
pewno łatwiej niż każdemu z nas – zaśmiał się hałaśliwie, zadowolony z aluzji, jaką zrobił
wobec czarnoskórego. – Oby nie znalazł krewnych i wrócił do nas – dorzucił na koniec.
- Nie rozpalimy ogniska? – spytał Edgar.
- Po co? Najpierw musimy wiedzieć, na jakiej znajdujemy się wyspie. Światło przyciąga ćmy,
ognisko może zwabić nie tych, których chcielibyśmy widzieć.
- Wyspa nie wygląda na zaludnioną.
- Jeżeli nie ma na niej pitnej wody, to być może masz rację, chłopcze.
- Wtedy i my nie będziemy na niej niczego szukać.
- W pewnym sensie.
- Bez pitnej wody nie wytrzymamy tu długo.
- Mam nadzieję, że wkrótce zaczną nas poszukiwać!
Zapadła noc. Czarna jak atrament, z gwiazdami tak odległymi, że ich obecność nie na wiele
się zdała do roświetlenia nocy. Po skończonym posiłku dzieci oraz ich matka przeszli na
szalupę, drugi mechanik postanowił pozostać na plaży i czuwać.
Niełatwo było im zasnąć. Tropikalna ciemność ogarnęła plażę, a oni wciąż nasłuchiwali
szumu oceanu, budzącej się do nocnego życia wyspy. Starali się rozróżniać głosy, poznawać
je i przypisywać do znanych zwierząt, ptaków. Zawodziły ich słuch i wiedza. Nigdy dotąd nie
słyszeli takich głosów. Był to chór z solowymi partiami, z przejmującym w obrębie całej
oktawy melancholijnym wołaniem przez noc o odzew. Potem następowała krótka przerwa
chóru wypełniona dźwiękami tabli, hinduskiego bębna, w którego membranę szybko,
rytmicznie uderza się palcami. Następnie z drugiej strony wyspy odpowiadał chór w skali
durowej. Od czasu do czasu włączały się afrykańskie wuwuzele z donośnymi głosami słoni.
Ida Berger stwierdziła, że dawno nie uczestniczyła w tak pięknym, podniosłym koncercie,
który jeszcze bardziej przekonywał ją do myślenia o wyspie jako miejscu na zbudowanie dla
rodziny nowego domu.
W niezwykłą harmonię dźwięków wdarł się nagle krzyk błądzącego na skraju dżungli
Jordana. Odpowiedział mu z plaży drugi mechanik i po kilku minutach Murzyn stanął przy
szalupie.
- Żadnych śladów człowieka – raportował. – Zwierząt też nie widziałem, to znaczy ssaków.
Ani owadów. Tylko rośliny i ptaki. Do wody nie dotarłem. Żadnej wydeptanej ścieżki. Rano
trzeba próbować obejść wyspę plażą.
Takich informacji mogli się spodziewać. Wciąż jednak dalej nie wiedzieli, czy się nimi
cieszyć, czy martwić? Gdyby wyspę zamieszkiwali ludzie, to albo z ich strony byłaby
pomoc, albo wrogie przyjęcie. A tak? Co prawda nic im nie zagraża, ale też nie mogą liczyć
na żadną pomoc, są zdani na siebie.
Nie widzieli swych twarzy, nie poznali na nich reakcji po wysłuchaniu Jordana.
Najprawdopodobniej każdy pytał o to samo: czy sobie poradzą? Będą mieli tyle sił, woli,
uporu, inteligencji, by przetrwać do nadejścia pomocy spoza wyspy?
Już mieli zasnąć, gdy Murzyn z nieoczekiwaną energią, głośno jak aktor na scenie
przesadnie odgrywający swą rolę, zaczął recytować:
- ... a dżungla przestaje być dżunglą. Czyjeś pracowite rece przekształcały ją w piękne
ogrody, niezwykłe ogrody utrzymane jak przy pałacach... Wybrane krzewy rozkwitały,
drzewa z pniami czystymi jak kolumnami... I kwiaty... Boże, co to za kwiaty urocze! W
takich miejscach zastygałem w zachwycie i zamierałem w przerażeniu.
- Nie rozumiem, skoro tak tam było ślicznie, to co w panu wywoływało strach? – dziwiła się
Berenika.
- Przestań, głupia pało, on majaczy – ocenił wypowiedź stewarda Edgar.
- Ogarniały mnie różne uczucia, ale przeważało zauroczenie – odpowiedział trzeźwo
Jordan. A po chwili dorzucił: - I lęk.
- Znów ci słońce łysinę przegrzało – orzekł sarkastycznie drugi mechanik. – Na lądzie udaj
się do odpowiedniego lekarza, może cię wyleczy.
Steward nie zareagował na tę złośliwość.
- Pójdziecie jutro, to sami się przekonacie.
Próbowali zasnąć z marzeniami o wyspiarskich ogrodach.
*

Edgar spał niespokojnie. Dręczyły go koszmary. Pamiętał po przebudzeniu, że otaczały go


tajemnicze istoty atakujące mózg. To było bardzo bolesne uczucie. Jak u dentysty, gdy
wiertło wkręca się w leczony ząb. Wysunął się spod koca, oddychał głęboko. Nad wyspą
wciąż jeszcze rozciągała się noc, ale chór głosów słabł, jakby godzina świtu odbierała im moc,
zamykając na powrót w grobie dżungli. Na niebie miliardy gwiazd odległych o tysiące lat
świetlnych tkwiły nieruchomo w rozciągniętej nad oceanem i wyspą głębokiej czerni.
Pozornie. Bo przecież Wszechświat żył swoim rytmem. Wyspa też pozornie zamierała. Edgar
znów miał powód do irytacji. Denerwowała go wszelka pozorność, udawanie, oszukiwanie
zmysłów. Wolał trzymać się konkretów. A tymczasem tu wciąż wszystko niejasne, niepewne.
Działające na nerwy. Jak wiertło dentysty przy zębie.
- Nie śpisz – wyszeptała matka i jak zwykle jej głos pozbawiony był pytającego tonu.
Miał wątpliwość, czy przyznać się do bezsenności, w końcu jednak postanowił wyznać
prawdę: tak, od dłuższego czasu nie śpi.
- Dręczył mnie okropny sen – zwierzyła się matka.
- Mnie też.
- Nic dziwnego, tyle przeszliśmy – szukała uzasadnienia dla złych snów.
- Co ci się śniło?
- Storczyki.
- Lubisz kwiaty.
- Uwielbiam. Ale w tym śnie one nie zasługiwały na miłość.
- Nie rozumiem.
- Były agresywne, bardzo.
- Kwiaty?
- One nie tylko były kwiatami.
- Wiem, że potrafią czuć, reagować na naszą obecność. Dowodzą tego liczne badania
naukowców, ale żaden z nich nie stwierdził, że są czymś więcej niż roślinami.
- Też znam wyniki doświadczeń fizjologów roślin, ich dowody o inteligencji roślin. Ale te
w moim śnie miały znacznie więcej cech przypisywanych ludziom, niż badane mimozy,
grzybki, ryż, tapioka, orzeszki ziemne, pszenica, dynie. Ich obecność budziła strach we mnie.
I z tym uczuciem przerażenia się przebudziłam.
Spod koca wygrzebała się Berenika.
- Ja też – powiedziała, ziewając.
- Co t e ż?
- Też nie śpię, bo miałam głupie sny.
- Takie pały jak ty nie mogą mieć innych – prychnął pogardliwie chłopak.
- Imbecyl – odburknęła.
Matka prosiła:
- Oszczędźcie moje serce. Po takiej nocy macie jeszcze dość sił, by sobie dokuczać – nie
kryła zdumienia.
- Przecież to jego normalne zachowanie – mruknęła Berenika.
Edgar zlekceważył jej uwagę.
- Co ci się śnilo? – spytał.
- Czułam się tak, jakby w moją głowę wchodził robal.
- I wszedł? – pytał kpiąco Edgar.
- Nie, bo się obudziłam.
Jordan i Rudolf wstający dzień powitali markotni, niewyspani. Oni również mieli męczące
sny, o których powiedzieli zaledwie kilka zdań. Bo czy mężczyznom wypada biadolić z
powodu dręczących nocnych koszmarów albo zwierzać się z powracających w snach
upokarzających lekcji z biologii, gdy ujawniano im niewiedzę z życia roślin? A takie
właśnie były.
- Też nie lubię biologii – wyznała Berenika.
Te słowa zachęciły drugiego mechanika do pewnego zwierzenia:
- W gabinecie nauk przyrodniczych stał w drewnianej donicy okazały filodendron –
opowiadał Rudolf. – Biologica zwracała się do niego po imieniu: „Peter, spójrz na moich
uczniów, posłuchaj, co oni wygadują!” Dała mu imię jednego z autorów „Tajemnice życia
roślin”, Petera Tompkinsa i kogoś tam jeszcze. Ona naprawdę była przekonana, że jej
filodendron bierze udział w lekcjach, słucha i ocenia nasze odpowiedzi razem z nauczycielką.
Twierdziła, że nie tylko słyszy, czuje, ale także potrafi okazywać uczucia radości,
zadowolenia, złości, gniewu. Ot, stara zasuszona dziwaczka, która nie znalazła dla siebie
mężczyzny i musiała zadowalać się filodendronem! Kiedy kończyliśmy szkołę, podlaliśmy
jej Petera różnymi kwasami. Mogła więc poznać jeszcze jedno jego uczucie: cierpienie. A
potem patrzeć na powalne umieranie, na śmierć.
- Okropność – westchnęła cichutko, niepewna swej oceny Ida Berger i przypomniała sobie, jak
przed laty, pracując w szkole, prowadziła doświadczenie pokazujące wpływ fal
elektromagnetycznych na życie roślin, aby pokazać uczniom destukcyjny wpływ tych fal na
sprawność komórek.Wyszło bardzo ładne, wyraziste, zdeformowanie liści sukulentów. Cóż z
tego , skoro po pracy tę samą młodzież zobaczyła nadal trzymającą słuchawki na uszach lub z
komórką przy uchu.
Zaśmiał się gardłowo Jordan.
- A w naszym gabinecie przyrody biologica pielęgnowała mimozę, nazywaną też czułkiem
wstydliwym. Mówiła o niej panna Bilha. Nauczycielka była Żydówką, doskonale znała Biblię
i powiedziała nam, że to imię wybrała dla rośliny nieprzypadkowo, bo Bilha znaczy w języku
hebrajskim bojaźliwość, skromność. Była to niewolnica oddawana do łoża Jakubowi,
współżyła też z Rubenem, prawdopodobnie przez niego gwałcona wielokrotnie. Biblijna
opowieść nie interesowała nas, my sprawdzaliśmy, czy mimoza naprawdę jest wstydliwa.
Boże, co myśmy jej pokazywali, jak gwałcili jej wrażliwość! I któregoś dnia panna Bilha nie
wytrzymała i zwiędła.
- Okropność – znów wstchnęła Ida Berger. – Mieliście panowie takie dobre nauczycielki z
biologii, szkoda, że nie potrafiliście tego docenić.
- Mamo, czy to możliwe? – spytała Berenika. – Rośliny aż tak bardzo czują?
Nie otrzymała odpowiedzi, bo Rudolf – po krótkim skwitowaniu wyznania Jordana
rechotem - przystąpił do przedstawienia programu na cały dzień.
- Nie wiemy, jak długo przyjdzie nam tu spędzić czas. Musimy więc poznać otoczenie,
dotrzeć do tych rzekomych baśniowych ogrodów i przekonać się na własne oczy: istnieją, czy
steward pofantazjował w skwarze dnia? – Spojrzał w niebo. – Kończcie jeść, pora iść.
Weźmiemy wodę, suchy prowiant i w drogę. Przy szalupie pozostaje Jordan. Tylko na Boga
– zwrócił się do stewarda - włóż coś na głowę, byśmy po powrocie nie usłyszeli, że
przyszedł do ciebie Piętaszek i zaproponował swe usługi za opowiadania biblijnych
przypowieści.
Murzyn poczuł się obrażony.
- Wkrótce sami zobaczycie, co jest prawdą.
Pełen słońca dzień, spokój wyspy poprawiły wszystkim humory.

Zapominano o dręczących snach, przed nimi odkrywanie tajemnic wyspy Maia.


Ruszyli ochoczo w stronę kłębowiska mrocznej zieleni.

*

Stanęli przed ścianą dżungli. Żadnej dróżki, ścieżki, wejścia. Splątana gęstwina korzeni, pni,


wszechobecnych roślin epifitycznych – na konarach drzew, zwisających lub wznoszacych się,

kwitnących agresywnymi odcieniami czerwieni, żółci. Czyżby to były owe nadrzewne ogrody


wspominane przez Jordana?
Starali się wejść do dżungli. Pod stopami gleba była miękka z użyźniającymi ją
edafonami, tak pulchna, że nogi zapadały w niej powyżej kostek. Rudolf nawet nie chciał
sobie wyobrażać, na ile mikroorganizmów nacisną podeszwy ich butów, gdy wedrą się w
głąb, między drzewa, krzewy. Na miliony żyjątek, na grzyby pleśniowe, na bakterie,
pierwotniaki, glony... Fagi. Aeroby. Anaeroby. Tfu!
Czuł odrazę do dżungli, do wyspy.
Szli równolegle do plaży na wschód, z lekkim podmuchem południowego wiatru.
Wypatrywali między siecią korzeni powietrznych - długich, grubych, sięgających od
konarów drzew do gleby - jakiegoś miejsca, w które mogliby się wcisnąć i przebić przez
pierwszą zieloną przeszkodę. Dżungla nie dawała żadnych szans. Kwitnąca różowo gesnera
między grubymi wilgotnymi liśćmi była witającym bukietem, ale tak wysoko rozwijająca
swój czar na konarze drzewa, że pozostawała nieosiągalna jak reszta wyspy. Tu i ówdzie na
straży stały czujne wielobarwne papugi, od kwiatu do kwiatu przelatywały długodziobe
kolibry.
- Zaczynam podejrzewać, że steward nawet nie zadał sobie trudu, by przebić się przez gąszcz
i zajrzeć w głąb wyspy. Ot, ten leń przesiedział do zmierzchu na plaży, zdrzemnął się, wyśnił
sobie ogrody, parki, a potem wrócił do nas i opowiadał bajeczki.
- Był bardzo przejęty tym, co zobaczył – starała się ostrożnie bronić Murzyna Ida Berger.
- Taką ma naturę. Nawet podczas najbardziej nieprawdopodobnego zmyślania przeżywa
emocjonalnie, przewraca oczyma, łapie się za łysinę. Na statku odstawiał nieraz niezły teatr.
- Za wcześnie tracimy nadzieję, że uda się nam znaleźć owe ogrody – powiedziała kobieta i
wysunęła się przed mężczyznę.
Teraz ona prowadziła grupę, wypatrywała wśród zieleni jakiegoś wyłomu, poddania się
dżungli słońcu, wiatrom, Bóg wie czego, byle ustąpiła choćby na kilkanaście centymetrów, by
można wejść, poznać to, co dalej, dotrzeć do miejsc, o kórych barwnie opowiadał Jordan.
Mimo życzliwego stosunku do niego, to i ona nie była do końca przekonana o
prawdziwości opowiadań stewarda. Jak dobrze, za dobrze pamiętał biblijną opowieść o
wstydliwej Bilhi! Podejrzewała, że zna ich więcej, a Biblia jest jego księgą mądrości
kształtującą wyobrażenia o świecie, rozbudzającą wyobraźnię.
Czy Jordan nie jest poetą?
Dołączyła do niej córka.
- To łażenie nie ma sensu – gderała.
- Być może.
- Więc po co się męczymy? – zrzędziła.
- Jeżeli nie sprawdzimy tego, co kryje wyspa, to nie będziemy mieć spokoju – uważała
matka. – Nawet gdybyśmy mieli ją jutro, czy pojutrze opuścić, to mimo wszystko
powinniśmy poznać jej tajemnicę.
- A jeżeli żadnej nie ma?
- Stwierdzimy, że nie ma tajemnic.
- Chcesz dotrzeć do ogrodów z opowieści stewarda.
- Mhm.
- Po to też, by ocenić jego prawdomówność.
- Owszem.
- Dlaczego ci na tym zależy? Jeżeli łgał, to jego sprawa, a my nie musimy się męczyć, by mu
cokolwiek udowadniać. W życiu też to i owo słyszałam już, ale nie zawsze chciało mi się
zastanawiać nad tym, co jest prawdą, a co nie. Szkoda na to czasu.
- Mamy go dość, by się przekonać: istnieją czy nie owe ogrody?
Byli już bardzo zniechęceni marszem po plaży skrajem dżungli, gdy Ida Berger w ciemnej
zieleni odkryła prześwit, wąską szczelinę umożliwiającą przedostanie się za pierwsze metry
dżungli. Schylając się pod nawisłymi konarami, omijając zbutwiałe pnie, raz po raz trącając
głowami liście, powoli posuwali się do wnętrza tropikalnego lasu. Cisza była przejmująca.
Cmentarna. Jakby wszystko w niej zamarło. A przecież to tylko pozory. Natura żyła
swoim tajnym bytem, miliony czułek roślin, oczy ptaków śledziły ruchy intruzów.
Po godzinie przedzierania się poczuli zmęczenie. Usiedli, sięgnęli po butelki z wodą.
- Stawiam hipotezę – rzekł drugi mechanik – wyspa jest dżunglą i niczym więcej.
- Nie za wcześnie na taką opinię – powiedziała jak zwykle głosem bez pytającego tonu Ida
Berger.
- Nie sądzę, by warto było łudzić się jej niezwykłością.
- A jeżeli kryje coś przed nami – wyszeptała Ida Berger.
Do rozmowy włączył się Edgar:
- Skoro już tyle przeszliśmy, to powinniśmy pójść jeszcze dalej.
- Po co?
- Nawet jeżeli nie ma na wyspie ogrodów, to przekonamy się co do jej wielkości.
- I na co nam się to przyda?
- Im większa wyspa, tym pewniejsze szanse przetrwania.
- A jeżeli okaże się, że to maleńka wysepka, to co, poddamy się, stracimy nadzieję na
przeżycie? – irytował się drugi mechanik.
- Sama wiedza nie zabija.
Mężczyzna niechętnie podniósł się i ruszył przed siebie w stronę nieznanego. Pozostali
poszli jego śladem.
Wkrótce dotarli do takiej plątaniny drzew, powietrznych korzeni, kilkusetmetrowych
pnączy przyczepionych do konarów, kwiatów męczennicy, storczyków, fuksji, że
sforsowanie tego zielonego piekła wymagałoby heroicznego wysiłku.
- To już koniec – poddał się Rudolf. – Musimy zawracać, bo dalej może być już tylko gorzej.
Beznadziejna sytuacja.
Nikt nie protestował, bo było oczywiste, że próby przedzierania się przez tropikalny
gąszcz nie miały większego sensu.
Zawrócili.
Jednak nie uszli kilku kroków, gdy ze zgrozą stwierdzili, że dawne przejście zniknęło i tak
jak przed chwilą, teraz znów stanęli przed pułapką lian, powietrznych korzeni, paproci.
- Nie do wiary! – dziwił się mężczyzna. – Nieprawdopodobne. Przecież szliśmy tędy. Nie
mogliśmy nigdzie zboczyć.
Edgar, idący za Rudolfem, rozglądał się z podobnym niepokojem jak mężczyzna. Patrzył
i wydawało się mu, że rośliny, ptaki spoglądają nań i kpią sobie z niego, z jego zakłopotania.
Poczuł się małą, bezradną, zagubioną istotą.
Dżungla wygrywała.

*

Z kolejnym brzaskiem dnia nikt już nie spał; byli umęczeni wczorajszym przedzieraniem


się przez dżunglę, bolały ich mięśnie rąk i nóg, ale spać dłużej nie mogli. Znów niepokoiły
ich sny, tym razem wszyscy mieli podobne o przepięknych ogrodach z kwiatmi, o parkach z
alejami. Kielichy kwitnących kwiatów były kolorystycznie bogate, ale nikt nie potrafił
powiedzieć, jak nazywały się te cieszące wzrok rośliny. Drzewa miały pnie czyste, przymilne,
do których chciałoby się przytulić.
Rudolf próbował posłużyć się wiedzą zdobytą podczas lektury Zygmunta Freuda i
według jego założeń chciał przedstawić interpretację snu, ale Ida Berger nie dopuściła do
tego.
- Tu jest dziecko – powiedziała wskazując na Berenikę. – Mam nadzieję, że pamięta pan o
tym.
- Mamo – buntowała się dziewczyna – nie jestem już dzieckiem.
- Siedź cicho, głupia pało – mruknął Edgar. – Jeszcze się o Freudzie nasłuchasz i wtedy
zdziwisz się, jak kretyńskie jest ludzkie życie.
- Imbecyl – odparła Berenika.
Do rozmowy włączył się steward:
- Co ty, chłopcze, opowiadasz! – oburzał się. – Mówisz to po tym, co się śniło? Ja mógłbym
tak śnić i śnić, śnić i marzyć o...
- Panie Jordanie – zwróciła się Ida Berger do stewarda wpadającego w stan podniecenia,
zachwytu swoim snem i tym, co z sobą niósł. – Mnie jedno zastanawia: skąd nagle
wszystkim śnią się kwiaty, ogrody? Jakie bodźce spowodowały, że każdy z nas miał podobny
sen?
Steward z zakłopotaniem przeciągał dłoń po łysinie.
- Nie wiem, nie mam pojęcia.
Edgar wzruszył ramionami.
- Bo wszyscy szukaliśmy ich – uparcie, zawzięcie jak deski ratunku na tej wyspie.
- Tak – zgodziła się z synem matka. – Tak, to byłoby jakieś wytłumaczenie. Tak gorąco
pragnęliśmy dotrzeć do kwitnących ogrodów, że nawet podczas snu nie dawały nam spokoju.
Rudolf spojrzał nieprzyjaźnie na Murzyna.
- Mogliście się przekonać, jakim sugestywnym aktorem jest Jordan. Możemy mu
podziękować za to, że nie opowiedział nam krwawej historii z gatunku thillera, bo wtedy
dopiero mielibyśmy koszmarne majaki. Tfu.
Kończyli spożywać to, co musieli nazwać śniadaniem, gdy Ida Berger wstając, powiedziała:
- A jednak wciąż chciałabym sprawdzić, czy te ogrody, o których mówił pan Jordan, a my
wszyscy śniliśmy o nich, istnieją czy nie?
Rudolf się żachnął:
- Znów chce pani ich szukać? Mało wczorajszego trudu, katorgi? Zamierza pani wrócić do
piekła dżungli? Po co? – Stawiał retoryczne pytania. - Dlaczego? Beze mnie! – Przypomniał
sobie jeszcze jedno uzasadnienie swej niechęci do dalszego penetrowania dżungli: - Moja
biologica postawiła kiedyś ciekawą hipotezę: skoro my oddziaływujemy na rośliny, to na
pewno i one na nas wywierają jakiś wpływ. Jeżeli tak jest, a one tu dominują, to
trzeba się mieć na baczności przed nimi, ich wrogością wobec nas. Bo jak nie każdy człowiek
ma szczęśliwą rekę do kwiatów, to może i one nie zawsze są życzliwie do ludzi usposobione.
- To słuszne spostrzeżenie – zgodziła się z nim Ida Berger. – Warto o nim pamiętać w
dżungli.
Steward z uznaniem dla takiej postawy pokiwał głową.
- A moja biologica poszła jeszcze dalej, bo twierdziła, że roślinom została przekazana
inteligencja z kosmosu.
- Fascynujące! – drwił Edgar. – Zaczynam się bać każdego kwiatka.
- Nie śmiej się, nie śmiej – upomniał go steward. – To mówiła nauczycielka, która wiele
wiedziała o roślinach.
- Edgar się nie śmieje, on po prostu jest sceptykiem – powiedziała Ida Berger. – Ja nie, wierzę
w to, co usłyszałam, bo lubię rośliny i mówiono o mnie, że mam zielone ręce.
I wykonała taneczny obrót, rozłożyła ręce jak do ukłonu przed widownią.
- Nie czuję zmęczenia, znów jestem gotowa do podjęcia nowej próby. I mam nadzieję, że nie
będę sama podczas tej eskapady.
Edgar nie poznawał matki. Nigdy nie spodziewałby się z jej strony takiej odwagi
prezentowania własnego stanowiska. No i ta kokieteria baletnicy na plaży, na dzikiej wyspie.
Kokieteria? Nie, przesada. Raczej kobieca niefrasobliwość. O, tak, mama jakby zapomniała,
w jakiej znajduje się dramatycznej sytuacji, zaczęła się nią bawić jak przygodą. A może jest
to jedyna słuszna postawa? Trochę irytująca, lecz do zaakceptowania?
Steward przeniósł dłoń z łysiny na pierś w okolicę serca.
- Idę z panią – powiedział. – Teraz Rudolf zostanie przy szalupie.
- Dziękuję panu – szepnęła Ida Berger. – Zatem zbierajmy się w drogę.
Wybrali tę na wschód, na szlak stewarda, który natychmiast wysunął się na czoło, a za nim
szły dzieci, na końcu Ida Berger. Marsz Murzyna przypominał taneczny pląs w rytm
podśpiewywania, co w połączeniu z jego tuszą sprawiało niezwykłe wrażenie i prowokowało do
pytań: jak długo ten zwalisty mężczyzna wytrzyma, na ile wystarczy mu kondycji? Swym
radosnym zachowaniem dodawał sił wszystkim i jeżeli dzieci ruszyły bez większego
entuzjazmu, to z każdą minutą krocząc za nim również poweselały, coś tam sobie
nucąc pod nosem, uczestnicząc jak w ciekawej wycieczce.
Dżungla ciągnęła się podobnie jak w zachodniej części – gęsta, z ciemną pogmatwaną
zielenią, nie dająca szans na przedarcie się przez nią. Tu i ówdzie z konarów drzew
spoglądały papugi, pochylały się nad głowami kwiaty, a pod nogi podpełzały liany grube jak
palce tłuściocha, chciwe słońca lub Bóg wie czego jeszcze?
Po dwóch godzinach marszu Jordan coraz częściej niespokojnie się rozglądał. Stracił
pewność siebie, szedł coraz wolniej, nie tańczył, przestał śpiewać.
- Gdzieś tu... tędy.. powinna być ścieżka... Przecież nie mogłem iść i iść bez końca – mamrotał.
- Ale jak jej nie było tak nie ma – zauważył Edgar.
- Mógłbym się założyć – upierał się przy swoim Murzyn – że to tu gdzieś wszedłem w dżunglę. I
to bez większego problemu. Jak do parku szeroką dróżdżką. Wygodną, przyjemnie
zacienioną. Szło się mi tak lekko, jakbym był na spacerku.
- Chętnie wszedłbym na taką ścieżkę – stwierdził Edgar.
- Może to było jeszcze dalej?
- No to chodźmy.
- No nie! – protestowała Berenika. – To nie ma sensu.
- Mogłaś zostać przy szalupie, głupia pało.
- Rzeczywiście byłoby to lepsze, niż być w twoim towarzystwie, imbecylu.
- Dzieci! – westchnęła matka. – Nie kłóćcie się i nie traćcie nadziei. Skoro pan Jordan twierdzi,
że gdzieś tu powinna być ścieżka prowadząca w głąb dżungli, to chodźmy dalej i wypatrujmy
jej.
Szli jeszcze przez godzinę poprzez coraz głębszy piasek plaży, sypki jak mąka, przewiany
przez wiatry, gdy w końcu Berenika się zbuntowała.
- Beznadzieja – orzekła krótko, sięgając po butelkę z wodą, wysączając z niej do ostatniej
kropli. – Nie pójdę ani kroku dalej. Na powrót też potrzebuję sił, a mnie już teraz ich brakuje.
Poniesiecie mnie?
- Kogo pytasz? Widzisz tu kilku atletów, głupia pało?
Ida Berger popatrzyła na nią ze współczuciem troskliwej matki.
- Biedactwo, nie miałam pojęcia, że to dla ciebie taka ciężka próba.
- Mogłaby zrzucić kilka kilo – osądził brat. – Byłoby jej łatwiej żyć. I nam też.
Berenika nawet nie miała sił, by odpowiedzieć złośliwością na jego niegrzeczną uwagę.
Poddawał się też i steward.
- Nie wiem, co o tym sądzić? Już dawno powinniśmy dojść do tego miejsca, do którego
dotarłem wczoraj. I nic. Ani śladu.
Ida Berger popatrzyła nań badawczo.
- W niczym pan nie przesadził, panie Jordanie – głos nie miał pytającego tonu, ale trudno
było nie traktować tej wypowiedzi jako zdania pytającego.
Murzyn położył prawą dłoń na lewej piersi.
- I pani mi nie wierzy, pani kapitanowo? – spytał ze smutkiem w głosie. – Przysięgam na
pamięć mojej matki, na jej grób, byłem w tych ogrodach, ale nie potrafię do nich
zaprowadzić. Niestety.
Kobieta zaproponowała, by usiedli, odpoczęli.
- Jak nie znajdziemy tych ogrodów, to nie mam pojęcia, jak przetrwamy. Żelazne porcje się
kurczą, wkrótce zabraknie pitnej wody. Musimy też pomyśleć o higienie.
Steward ze zrozumieniem dla tych problemów kiwał głową.
- Gdyby to ode mnie zależało...
Edgar nie ukrywał irytacji.
- Mama wciąż wierzy, że ogrody mogą rozwiązać wszystkie nasze problemy. Skąd to
przekonanie? Pan Jordan powiedział, że nie znalazł wody. A ona najbardziej jest nam
potrzebna.
- Nie obszedłem wszystkich ogrodów. Może sączy się gdzieś w nich jakiś strumyczek.
- Panie Jordanie! – powiedział ostro Edgar. – Skończmy z tym marzeniem o ogrodach.
Bądźmy realistami. Pomyślmy, co robić, zamiast bładzić po wyspie i szukać czegoś, co nie
wiadomo czy naprawdę istnieje?
- Chłopcze, słowo daję – przysięgał Murzyn. – Byłem w tych ogrodach. Uwierz mi – prosił.
- To nieważne: wierzę czy nie? Istotne, że nie dotarliśmy do nich.
- Może jeszcze powinniśmy iść dalej – zaproponował nieśmiało steward.
- O, nie, nie! – protestowała ostro Berenika. – Ani kroku dalej.
Siedzieli, posilając się pod konarami drzew sięgającymi aż nad skraj plaży w skrawku
cienia. Nad ich głowami zwisały rośliny, albo pięły się w górę, albo na boki. W lekkim
podmuchu południowego wiatru kołysały się kwiaty tropiku.
Jordan spojrzał w górę.
- Podobne do mimozy – rzekł, patrząc na kwiaty nad głową. I jakby zapomniał, że mówił już
o tym, co wyprawiali w szkole przed czułkiem wstydliwym, raz jeszcze z aktorską werwą
opowiedział to, co wszyscy już słyszeli wczoraj. Śmiał się przy tym hałaśliwie, wulgarnie, nie
żałował gestów chamskich, cynicznych chłopaków prowokujących mimozę do zawstydzenia
się.
W czasie tego żenującego spektaklu na jego odkryte ramię spadł listek kwiatu. Mimozy?
Storczyka? Fuksji?
Żałosny aktorski popis został nagle przerwany.
Murzyn poderwał się jak oparzony.
- Do diabła, jak to piecze! – krzyczał i chciał zrzucić z ramienia listek. Daremnie. Przykleił
się i nie mógł go oderwać. – Jak pokrzywa pali! – Siłował się z kawałkiem zieleni, która
przylgnęła do jego ciała. – Guma arabska bardziej nie trzyma. – Rwał kawałek po kawałku i
z odrazą rzucał na piasek.
- Spokojnie – przyszła mu z pomocą Ida Berger. – Zaraz się pozbędziemy piekącego listka. –
Ostrożnie odrywała go kawałkiem patyka. – Rzeczywiście przyssał się jak pijawka. Nawet
ślad po sobie zostawia, jakby przygotowywał się do opijania krwią. – Obejrzała ramię,
potem kawałki listka. – Niesamowite. Liść jak liść, a jednak jest w nim coś więcej.
Edgar podniósł z plaży kawałek zerwanego z ramienia stewarda listka, obejrzał go.
- Nie widzę w nim nic szczególnego – rzekł i rzucił na piasek. – Nawet się nie klei.
- Przecież widzieliście, jak przylgnął do mojego ramienia. Nie mogłem oderwać. I pani
kapitanowa też miała z nim kłopot.
Edgar roześmiał się krótko, hałaśliwie.
- Wokół pana dzieją się dziwne rzeczy. Pana towarzystwo może okazać się niebezpieczne.
Ida Berger wciąż oglądała ramię Murzyna.
- Kłamałabym, gdybym w tym wydarzeniu nie doszukiwała się czegoś niezwykłego. Liść,
który parzy jak pokrzywa, klei się, że trudno go oderwać... To musi zastanawiać, więcej:
budzić niepokój. Kiedy pracowałam w szkole…
Syn przerwał jej:
- Panie Jordanie będę pana unikał.
W drodze powrotnej steward wlókł się na samym końcu zmęczonej grupy; niósł rękę
sztywno jak sparaliżowaną, nisko popchylony pod ciężarem przeżycia i analizowania tego,
jak niewinnie wyglądający listeczek mógł spowodować bolesne poparzenie. Stękał,
pojękiwał, ubolewał nad sobą i dzielił się swymi chaotycznymi myślami z Idą Berger.
- Może któryś z kwiatów niechętnie słuchał pana opowieści – snuła domysły kobieta.
- Nonsens! Kwiaty?
- Sam pan mówił o tym, jak wrażliwa jest mimoza, jak reagowała na wasze szkolne,
nieprzyzwoite wygłupy. Pamiętam, jak w szkole…

Mężczyzna nie pozwolił jej dokończyć:


- Koloryzowałem.
- Chyba nie bardzo.
Steward jeszcze niżej niósł ciężką od skołowanych myśli głowę.
- Zaatakowałaby mnie? – zastanawiał się głośno. – Roślina?
- Dlaczego by nie?
- W tak pefidny sposób?
- Rosiczkę też pan nazwie rośliną perfidną, bo pożera siadające na jej kwiat owady?
- Jeszcze by tego brakowało, abym natrafił na mięsożerny kwiat czy badyl!
- Tak, w pewnym sensie miał pan dużo szczęścia.
Steward w tym momencie tracił poczucie humoru i każdą wypowiedź Idy Berger traktował
z wielką powagą, nawet z większą jak swego czasu nauki szkolnej biologicy.
- Niewinnie wyglądające roślinki, a jakie bestie w nich siedzą!
- To wciąż mało znany świat.
Steward chwilę zastanawiał się nad kolejnym trapiącym go problemem.
- A jeżeli rośliny na tej wyspie otrzymały inteligencję z kosmosu? – rzucił pytanie i przeraził
się taką możliwością. – To może być bardzo prawdopodobne.
Kobieta nie podjęła tego tematu. Zbliżali się do szalupy. Zaniepokoiły ją zmiany, jakie
zaszły w otoczeniu. Łódź wyrzucona przez oceaniczne fale mocno wryła się w piasek.
Wokół niej było wówczas pusto, od dżungli dzieliło ją kilknanaście metrów czystej plaży. A
teraz nie tyle dżungla co liany wychodzące z niej oplotły łódź.
Gdzie jest Rudolf?
Inni również dostrzegli to co Ida Berger.
- Boże, a co to?! – wykrzyknął z przerażeniem steward.
- To niemożliwe – stwierdził Edgar. – Żadna roślina, nawet tropikalna, nie rozwija się tak
szybko, nie przemieszcza się w ciągu kilku godzin w takim tempie! Przecież musiała pokonać
kilkanaście metrów, by wypełznąć z dżungli i zbliżyć się do szalupy!
- Chyba że dzieje się to na wyspie Maia – szepnęła Ida Berger.
- Mamo, nie idźmy tam. Nie zbliżajmy się – prosiła przerażona Berenika.
- Głupia pało – warknął Edgar. – A gdzie pójdziemy? Do ogrodów? – Wysunął się
na kilka kroków przed grupę. – Panie Rudolfie, jest pan tam? – krzyknął w stronę łodzi.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Rudolf! – wrzasnął steward zdławionym nieco głosem. – Nie zgrywaj się, wyłaź z szalupy!
I znów cisza.
- Rudolfie, dość mieliśmy paskudnych niespodzianek na dziś. Więcej nie potrzebujemy –
wołał steward. – Wysuń swój rudy łeb.
Żadnej reakcji.
Edgar zrobił jeszcze kilka kroków w stronę łodzi.
- Zostańcie tam, gdzie stoicie, a ja zajrzę do szalupy.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedziała matka.
- Znasz inny?
- Nie, ale dlaczego ty masz iść?
- Mamo, poradzę sobie – zapewnił i ruszył przed siebie.
Czekali w napięciu i przerażeniu, byli ciekawi, co im powie po dotarciu do łodzi.
Edgar najpier zobaczył między pnączami palec. Pociemniały, prawie zielony i w pierwszej
chwili, gdyby nie paznokieć, nie można by go odróżnić od rośliny. Potem ujrzał rude włosy i
oczy... Przerażone, wychodzące z orbit. Szyję oplecioną przez liany. Gęstwina sznurków, lin
duszących.
Musiał zostać zaskoczony pojawieniem się pnączy, zielonego mordercy, bo przecież gdyby
widział pełzające w stronę szalupy rośliny, to coś by zrobił, nie czekałby, aż wpełzną na
burtę, sięgną po niego, ale uciekałby lub podjął walkę.
Spał?
Czy był czymś bardzo zajęty?
Edgar odsunął się o kilka kroków, bo liany nagle ożywiły się, uniosły ciało drugiego
mechanika i z wielką siłą prężnych pnączy wyrzuciły za burtę, a potem same zsunęły się
na plażę i zaczęły szybko zygzakować jak żmije w stronę dżungli.
Chłopak stanął nad burtą.
Obie walizki były otwarte, rzeczy przeszukane.
Tak bardzo Rudolf chciał wiedzieć, czy są w nich pieniądze z kasy statku? I czyżby za tę
jego ciekawość został ukarany przez... przez strażników pewnych zasad, jakie nawet w
dżungli obowiązują?
Wydało się to nieprawdopodobne, ale tylko w ten sposób można sobie wytłumaczyć
obecność lian na szlupie i śmierć drugiego mechanika.
Chłopiec skinął ręką w stronę czekających na znak od niego.
Podeszli nieśmiało, wciąż z przerażeniem w oczach.

*

W nocy postanowiono czuwać.


Pierwsze dwie godziny warty dano Berenice. Nie kryła zadowolenia, bo i tak nie od razu by
zasnęła. Może za dwie godziny... Siadła na dziobie szalupy i wbiła wzrok w stronę dżungli.
Na plecach czuła spojrzenie matki. Przed sobą nie widziała niczego wiecej poza ciemnością
przechodzącą w jeszcze głębszą czerń. W górze roje gwiazd. Szum oceanu i chór
tajemniczych, niezwykłych głosów z wnętrza wyspy.
Myśli dziewczyny zaczęły się włączać w chór gąszczu, układać w rytm niecodziennych
dźwięków.
... pomocy

... ratunku


... ocalenia
Prośby te specjalnie nie kierowała do Kogoś czy Czegoś. Były błaganiem udręczonej
duszy, wołaniem o wsparcie dla tracącej nadzieję, modlitwą o litość dla przelęknionej istoty
w świecie nieznanych sił przyrody.
Po chwili charakter jej myślenia uległ zmianie. Znalazła to Coś, do czego wznosiła suplikę.
- Chyba nie byłam złą dziewczynką... Zawsze znajdowałam czas, by pielęgnować kwiaty,
podlewałam je letnią wodą, delikatnie dotykając wacikiem odkurzałam liście, wzruszałam
ziemię w doniczkach. Nieraz nawet starałam się z nimi rozmawiać. Szczególnie wtedy, gdy
nikt nie miał dla mnie czasu i każdy zbywał nie mając ochoty na wysłuchiwanie mnie. I
to jest ważne, że nie jem sałaty, szczypiorku. Nie miałabym odwagi wziąć do ust żywej
roślinki. Kocham was drzewa, kwiaty, warzywa...
A jakie piękne pisałam wypracowania na temat natury…
Za górami, za lasami, za wielu rzekami … Nie, inaczej trzeba zacząć. Był sobie kraj, kraj z pięknymi górami, z tysiącami jezior z wodą czystą, z rybnymi rzekami, z piaszczystymi nadmorskimi plażami. Ale ten krajobraz nie gwarantował szczęścia wszystkim jego mieszkańcom. Zbyt wielu chciało tak jak w innych częściach świata mieć wielkie zakłady przemysłowe, drogi szybkiego ruchu, autostrady biegnące z południa na północ, ze wschodu na zachód. I to pragnienie w pewnym stopniu udało się zrealizować. Zadymiły kominy wielkich fabryk, pomknęły drogami samochody z południa na północ, ze wschodu na zachód. I wówczas wielu mieszkańców tego kraju zauważyło, że krajobraz stracił na uroku, góry zaczęły przypominać zadeptane kopczyki, na jeziorach pojawiły się sinice, na które osiadał smog ciągnący się znad miast, rzekami popłynęły brzuchami do góry śnięte ryby, na nadmorskich plażach znajdowano oleiste kożuchy brudu, a w lasach pełno było foliowych worków ze śmieciami, zużytego lub przestarzałego technologicznie sprzętu gospodarczego.

- Tak nie może być! – oburzano się tu, protestowano tam, a jeszcze gdzie indziej stanowczo żądano powrotu do natury za wszelką cenę, pokochania jej poświęcając to, do czego wielu już przywykło korzystając z najnowszych telewizorów, komputerów, przemykając drogami szybkiego ruchu, czerpiąc zyski z fabryk z wysokimi, dymiącymi kominami.

Zwietrzono w tych manifestacjach na rzecz ochrony naturalnego środowiska dobry interes. W wielkich hipermarketach coraz mniej było towarów bez napisów na metkach: wyprodukowano zgodnie z naturą, ta rzecz nie niszczy środowiska, bo podlega łatwemu recyklingowi. Nie można było dostać butelki wody bez przeczytania zapewnienia, że zawartość w niej pochodzi z głębinowych odwiertów albo z czystych górskich źródeł, które jeszcze nie utworzyły strug, strumieni, potoków, rzek ze ściekami.

W tym kraju tylko człowiek nie nosił metki z gwarancją zgodności jego charakteru z naturą, z określeniem skąd pochodził.

- Musimy się zmienić – oburzano się tu, sarkano tam, gdzie indziej proponowano to i owo, by uszlachetnić charakter mieszkańca zielonej planety.

To był niezły pomysł na rozwinięcie dobrego interesu, przyszłościowego, interesu dla kilku pokoleń. Tylu naraz na niego wpadło, że powstał niesamowity chaos, z którego trudno było stworzyć jakikolwiek ład. Licytowano się troską o przyszłość człowieka, walczono na hasła w rodzaju: precz z motoryzacją – motoryzacja czeka na rozwój techniczny; precz z zabójcami zwierząt – lasy, miejskie parki, łąki, wały przeciwpowodziowe czekają na odstrzał rozmnażających się bez kontroli zwierząt. Co sprytniejsi zbierali się w kurortach na długie obrady mające coś rozstrzygnąć, ale były tak piękne, atrakcyjne, że nigdy nie udało się na nich niczego załatwić i umawiano się na kolejne spotkania.

Ta pełna sprzeczności sytuacja, towarzyszące napięcie, sprzyjało zapoczątkowaniu wielkiej narodowej debaty na temat przyszłego miejsca człowieka w najbliższym środowisku. I gdyby udało się ją przeprowadzić, to niewątpliwie byłby przełom w myśleniu o przyszłości rodzaju ludzkiego. Gdyby się udało… Niestety, nie rozpoczęto powszechnej debaty, ponieważ ci obradujący w kurortach uważali, że tylko oni są kompetentni do udziału w nich. Nie akceptowali też miejsca na spotkanie, sugerując inne, gdzie jeszcze nie zdążyli być. . I porządek obrad też im nie odpowiadał. Jedni wybrzydzali się na to, to, inni tamto, czas mijał, a nikt nie zamierzał ustępować węsząc na każdym kroku podstęp, korupcję, zastawione pułapki jednych na drugich.

- Daj palec, to zechcą rękę – powtarzali jedni, twierdzili drudzy. I nie ustępowali na krok, nawet nie mieli ochoty poznawać racji tych, co chcieli zastąpić obradujących w kurortach.

Pozostali więc z wszystkimi palcami każdej dłoni w oczekiwaniu, a czekając , w końcu zapomnieli na co czekają. I mieli się całkiem dobrze.

Tylko to, co działo się wokół, w lasach, na jeziorach, w górach, na plażach nadmorskich, nie czekało i coraz szybciej znikało z pola widzenia jednych i drugich. I nic dziwnego, że wiele bajek dla dzieci rozpoczynały się od słów: był taki kraj…



Po rozespanej dziewczynie wartę przejął Edgar. Przebudzony, jeszcze z resztkami snu pod
powiekami, wpatrywał się w zarys brzegów dżungli, skąd mogło nadciągnąć zagrożenie. Starał
się racjonalnie wytłumaczyć natrętnie napływające obrazy ogrodów. Czyżby przekaz
stewarda był tak silny, że wrył się w podświadomość i nic go już nie wykorzeni? Będzie się
śnil i śnił bez końca? A może jest jeszcze inna siła sprawcza oddziaływująca na myśli, sny,
wyobraźnię?
Wstrząsnął nim dreszcz chłodu i niepokoju. Mocniej okrył się kocem, jakby on mógł go
ochronić przed zagrożeniem.
Ziemia oglądana z Kosmosu nie daje pełnej prawdy o niej; jest piękną planeta bez
wiecznie ścierających się partii, ich przywódców, bez terrorystów, piratów, oszustów,
zboczeńców, morderców, gwałcicieli. Spojrzenie na fragment Ziemi – na dżunglę, też nie
odkrywa tego wszystkiego, co w sobie kryje: agresję, ciagłą walkę o przetrwanie, pożeranie
jednego gatunku przez drugi...
Może nastąpił bunt roślin i nie godzą się już na poślednie miejsce, że stanowią tylko
pokarm dla innych, a pragną znaleźć się wyżej w świecie przyrody? Przyroda żyje, a w
każdym bycie wszystko jest prawdopodobne. Także bunt, szukanie dla siebie nowej roli.
Te rozmyślania zostały przerwane przez stewarda zmieniającego chłopaka siedzącego na
dziobie szalupy.
- Wszystko w porząsiu? – spytał Jordan, radujący się ustępującym bólem ramienia.
- Spoko, nic się nie dzieje.
- I nie będzie – zapewnił Murzyn , zajmując miejsce Edgara. – Możesz spać spokojnie, wachtę
przejął facet z najwrażliwszym słuchem; usłyszę bzyk komara z odległości stu metrów.
- Tu nie ma komarów.
- Dobrej nocy, chłopcze.
Edgar przeszedł na rufę łodzi, a Murzyn przejął obowiązki wachtowego: wpatrzył się tam,
gdzie powinna być dżungla, skąd kilka godzin temu podpełzły liany. Nie sądził, by nocą coś
śpiącym w szalupie zagrażało, ale na wszelki wypadek w zasięgu ręki trzymał saperkę i
bosmański nóż.
No, spróbujcie podejść, a tak was zdzielę! – myślał buńczucznie.
Edgar jeszcze nie zdążył dobrze ułożyć się do snu, gdy usłyszał, jak Jordan zeskakuje z
burty. Nie zdziwiło go to, przecież mógł mieć o tej porze swoją potrzebę. Albo wolał pełnić
swe obowiązki krążac wokół łodzi. Zamknąl oczy i spróbował spać.
Kiedy przyszedł czas na Idę Berger, cicho przesunęła się na dziób szalupy, ale nie znalazła
tam Jordana. Rozglądała się wokół, wypatrywała w nocy, nasłuchiwała. Żadnych oznak
jego obecności.
Świt potwierdził jej najgorsze przypuszczenia: po stewardzie nie ma śladu. Zniknął. Albo
oddalił się, szukając szczęścia na własną rękę, albo... albo przyszło po niego to Coś z dżungli
i zabrało ostatniego członka załogi „Mai” na wyspie. Prześmiewcę z mimozy, cynika
drwiącego ze świata przyrody, aktora nie mającego pojęcia, co zrobić ze swym zamiłowaniem
do gry. Bergerowie zostają na wyspie sami ze swymi marzeniami o ogrodach, z planami
budowania na niej drugiego domu.
Budziły się dzieci.
- Mamy nowy kłopot – powiedziała Ida. – Brakuje stewarda. Nie wiem, co się z nim mogło
stać, nie ma go i tylko tyle mogę stwierdzić. Może szuka szczęścia na własną rękę?
- A jedzenie? – zagadnął chłopak.
- Zaraz coś przygotuję.
- Pytam, czy zabrał z sobą jedzenie?
Kobieta zrobiła przegląd zapasów.
- Zostało.
- A zatem wątpliwe, by wyprawił się w dłuższą drogę.
- Nie? To widzielibyśmy go z szalupy.
Edgar wychylił się za burtę. Południowy wiatr jeszcze nie zatarł śladów prowadzących od
łodzi do dżungli. Poszedł za nimi, po chwili stanął przed zieloną ścianą. Tu urywał się trop
nagle, jakby steward zapadł pod ziemię lub wzleciał między konary drzew.
Śladów wskazujących na powrót Jordana do łodzi nie było. Tajemnicę jego zniknięcia
kryła dżungla.
Zawrócił do szalupy.
Nie próbował oszukiwać rodziny.
- Rudolf ma przynajmniej grób, a co z Jordanem zrobiła dżungla? Nie wiadomo. Może po
jakimś czasie znajdziemy go wśród konarów drzew, lian... Albo w kielichu gigantycznej
rosiczki – rozważał ponuro Edgar.
- Nie dajesz mu żadnych szans? – pytała Ida.
- Widziałem ostatnie ślady kroków Jordana. Nie mam wątpliwości, że stało się z nim coś
niedobrego.
Berenika się rozpłakała.
- No tak, jeszcze nam do tego wszystkiego potrzebny bek głupiej pały!
- Wszyscy zginiemy – chlipała. – Nikt z nas nie ocaleje – prorokowała przez łzy. – Wisi nad
nami przekleństwo.
- Przestań bajdurzyć! – strofował ją Edgar. – Fatalistka!
- Mamo! – zwróciła się do matki. – Obraża mnie.
Ida pogłaskała ją po głowie.
- Nie, Edgar po prostu krytycznie ocenia twą postawę, nie chce, byś się poddawała wierząc w
przeznaczenie, w nieuchronność swego, naszego – poprawiła się zaraz – losu. – Pocałowała ją
w czoło. – Nie załamuj się, nie trać nadziei.
- Łatwo mówić. – Berenika upierała się przy swoim prawie do łez i zwątpienia. – Jak mogę
się nie załamywać, gdy w ciągu dwóch dni ginie dwóch mężczyzn.
- I na tym może się skończyć - powiedziała matka.
- A jeżeli nie?
- Dziecko, więcej optymizmu.
- Skąd mam go brać?
Nie otrzymała odpowiedzi.
Edgar, teraz jedyny mężczyzna na wyspie, na którego spadły opiekuńcze obowiązki nad
matką i siostrą, przejrzał wszystkie środki do komunikowania się ze światem. Najpierw
oceaniczna wilgoć, potem tropikalna i martwe strefy sprawiły, że nie nadawały się do
niczego. Pomocny mógł być tylko sprzęt sygnalizacyjny, przede wszystkim rakiety, których
użycie miałoby tylko wówczas sens, gdyby w zasięgu wzroku znalazł się jakiś statek czy
samolot. Ale ocean wciąż był pusty, niebo również.
Także Ida miała złe wiadomości: kończył się prowiant, wkrótce zabraknie pitnej wody.
Zmienią odzież, ale to nie załatwia problemów związanych z higieną.
- Nie możemy pozostać w szalupie i czekać Bóg wie na co – stwierdziła. – Sami musimy na
wyspie szukać dla siebie ratunku.
- O, Boże! – jęknęła Berenika. – Gdzie?
Ida żałowała, że nie ma żadnej możliwości opłynięcia wyspy; nie zepchną łodzi, a nawet
gdyby się to im udało – to nie przeszliby przez rafy, poza tym nie mają paliwa. Szalupa nie
jest już do niczego przydatna.
- Więc to już koniec – była bliska płaczu Berenika.
- Koniec naszego przywiązania do łodzi.
- To był nasz dom – upierała się dziewczyna.
- Przestał nim być, bo niczego nam nie gwarantował, zatem musimy szukać innego.
- Idźcie beze mnie. Ja popilnuję szalupy.
- Nie bądź dzieckiem, kto ją nam zabierze? Będziemy chcieli wrócić do niej, to wrócimy.
- Naprawdę muszę iść z wami?
- Tak, nie zostawimy cię samej. Spróbujemy raz jeszcze pójść tam, gdzie nas prowadził
steward. Może uda się znaleźć przegapioną wczoraj drogę w głąb wyspy.
- To niemożliwe! – marudziła Berenika. – Tyle oczu jej wypatrywało i nic. Teraz będzie nas
mniej.
- A jednak uważam, że właśnie ten kierunek powinniśmy wziąć pod uwagę.
- Dlaczego?
- Stamtąd wrócił steward z opowieściami o ogrodach.
- Prowadził nas i prowadził i co? Pokazał?
- Na tej wyspie dzieje się wiele dziwnych rzceczy, nie byłabym zaskoczona, gdybyśmy
ścieżkę prowadzącą do ogrodów znalaźli szybciej niż myślimy.
- Starasz się mnie podtrzymać na duchu.
- Oczywiście, przecież jestem twoją matką, a żadna matka nie chce patrzeć na skwaszoną
buzię dziecka.
Zabrali żywność, wodę do picia, rakietnicę, nóż bosmański, walizki z osobistymi rzeczami
i wyruszyli na wschód.

*

Berenika nie zdążyła trzy razy westchnąć, ponarzekać na upał, pomarudzić na zbyt szybkie


tempo marszu, nazwać ponaglającego ją brata dwa razy imbecylem, gdy Ida Berger
wykrzyknęła radośnie:
- Jest!
Jak wczoraj mogli tej dróżki nie zauważyć! Wygodna na szerokość czterokołowego pojazdu
prowadziła w mroczny chłód. Wejście na nią przypominało zieloną bramę ze sklepieniem
konarów pokrytych kiśćmi storczyków. Między soczystą czerwienią, intensywną żółcią,
wilgotną zielenią sennie kiwały się główki papug.
Ida Berger stanęła na dróżdzce, popatrzyła w prawo, w lewo, w górę i przed siebie. Nie
była pewna, czy podążanie dalej to dobry krok. Pamiętała o pułapce, w jaką wpadli, gdy
prowadził ich drugi mechanik i podobnego potrzasku w dżungli bała się teraz. Ale czy miała
inne wyjście? Jeżeli chce znaleźć ratunek dla siebie i dzieci, to musi ryzykować. Może tym
razem los okaże się łaskawszy, dżungla przyjaźniejsza?
Zatrzymał się koło niej Edgar.
- Jak to możliwe, że wczoraj szliśmy tędy nie zauważając drogi? – zastanawiał się. –
Ślepy by jej nie minął!
- Kto wie, czy wcześniej istniała?
- Jeżeli dzisiaj jest, to i wczoraj musiała ! – stwierdził rzeczowo.
- Więc dlaczego jej nie widzieliśmy?
- Bo prawdopodobnie nie powinniśmy... Przynajmniej nie wszyscy.
- Co to znaczy?
- Był wśród nas steward. Raz pozwolono mu zobaczyć ogrody, ale drugi raz nie miał już tego
szczęścia, by trafić na tę samą drogę prowadzącą do ogrodów. Coś się za tym kryje.
- Czytasz za wiele książek fantastyczno-naukowych. Uważasz, że w przeciwieństwie do
stewarda czy drugiego mechanika mamy na tej wyspie jakieś względy, przywileje?
- Kto wie – odparł zagadkowo. – Świat jest pełen tajemnic w tym także upośledzeń,
przywilejów, kar i nagród. Czy wy, miłośniczki przyrody, i ja przekonany o istnieniu inteligencji
pozaziemskiej nie zasługujemy na pewne względy w tym tajemniczym świecie?
- Tym uzasadnisz nasze uprzywilejowanie?
- Ponadto może być jeszcze jeden powód: jesteśmy do czegoś przydatni, w czymś
pomocni.
- Przemawia przez ciebie zarozumiałość, pycha.
- Nie, staram się myśleć logicznie.
I nie ogladając się, pomaszerował przed siebie. Droga w porównaniu z pokonywaniem
sypkiego piasku plaży wydała się mu łatwa, przyjemna. Szło się lekko, nie napotykając
żadnych przeszkód, jakie mogły być na nieuczęszczanym szlaku. Czy ten nie należał do
takich? Korzystano z niego? Kto? Nie dostrzegł żadnych śladów. Dżungla była nad nim, a
pod butami zwykła droga jak dukt prowadzący przez gęsty las.
Po kwadransie tunel w zieleni rozjaśnił się naturalnym światłem dnia i z każdym następnym
krokiem przybywało słonecznych promieni. Dżungla rozwidniła się, przerzedziła,
przechodziła w ...
...polanę!
Weszli na nią i oniemieli.
Ogród z opowieści stewarda istniał! I okazał się jeszcze piękniejszy niż ten z opowiadania.
Orgia kolorów uderzyła w oczy. Kwiaty zanurzone w czerwieni, w złocie, w bieli na
krzewach, na drzewach, a między wilgotnymi liśćmi dojrzałe owoce. Ogród najwyraźniej
utrzymywany przez Coś lub Kogoś, bo panował w nim ład, porządek, harmonia. Jak w
nocnym śpiewie wyspy.
Edgar wytężył wzrok, szukając między krzewami ogrodnika.
- Czy widzicie to samo co ja? – spytał.
- To nie jest sen? – zdziwiła się Ida.
- Jeżeli to sen, to nie budźcie mnie – szepnęła Berenika.
Edgar chciał się do siostry zwrócić w swój ulubiony sposób, nazwać głupią pałą i
przekonać, że nie śni. Jednak zaniechał tej formy w baśniowym ogrodzie, gdzie było
tyle piękna i uznał za niestosowne obrażanie otoczenia prostackimi wyzwiskami.
Zerwał z nisko wiszącej gałęzi owoc przypominający jabłko i podał siostrze.
- Masz, głodomorze – powiedział, nie do końca wyzbywając się złośliwości, jednak znacznie
ją łagodząc.
Ida dopuszczała do takiej drobnej uszczypliwości.
- Myślisz, że to jadalne owoce? – upewniała się Berenika.
- Jedzą ptaki, a one mają delikatniejsze, wrażliwsze żołądki od naszych, a więc nie mogą być
szkodliwe, trujące.
Dziewczyna skosztowała.
- Mamo! – zawołała radośnie. – Spróbuj. Smaczne! Soczyste!
Chłopak podał owoc matce.
I ona po chwili wyraziła zachwyt smakiem, soczystością.
- Nawet jeżeli nie znajdziemy wody, to z pragnienia nie umrzemy.
Edgar również wbił zęby w miąższ owocu. Przemówił dopiero, gdy dotarł do ogryzka.
- Narwijmy ich trochę, żeby nie żałować, gdy nie uda się nam powrócić w to samo miejsce.
Objuczeni owocami szli wzdłuż szpaleru kwitnących krzaków, za którymi stały drzewa.
Ogród przechodził w gaj palm kokosowych; długie, grube kłodziny kończyły się pierzastymi
liśćmi, pod którymi dojrzewały owoce. Tu i ówdzie leżały już opadłe. Edgar podniósł
najbardziej żółty, nadciął czubek saperką, pogrzebał w otworze bosmańskim nożem. Podał
siostrze.
- Napij się, marudo.
Dziewczyna nie mogła oderwać ust od sączącego się słodkiego soku.
- Chyba nie będziemy zbierać kokosów – powiedziała matka, gdy już wszyscy zaspokoili
sokiem pragnienie i spróbowali śnieżnobiałej kopry. – Są za ciężkie do przenoszenia. Musimy
tu powrócić.
- Po co mamy iść dalej, gdy tu jest nam dobrze? – zastanawiała się Berenika.
Ida popatrzyła na nią zaskoczona.
- Córeczko,nie poznaję cię! Miło słyszeć, że wreszcie jesteś z czegoś zadowolona.
- Ugasiła pragnienie, jest syta – zauważył Edgar. – To tłuścioszkowi graj!
- To prawda: zaspokoiliśmy pierwszy głód, ugasiliśmy pragnienie. Na jak długo nam taki
stan sytości wystarczy? Nie, dziecko, musimy iść dalej i szukać dla siebie odpowiedniejszego
miejsca.
- Zostańcie, a ja rozejrzę się w okolicy – zaproponował Edgar.
- Nie, nie rozdzielimy się, pójdziemy wszyscy – powiedziała stanowczo Ida Berger. – Tak
będzie bezpieczniej.
Ciszę marszu przerwał cichutki szmer bijącego źródełka, strumyczka sączącego się wąskim
korytem wzdłuż drogi – płynęły spokój, łagodność, uroda życia w sielkim krajobrazie.
Natychmiast zrzucili bagaże, przyklęknęli nad nim, pochylili się. Woda była zimna, miękka.
Miała smak owoców wyspy, chłód dżungli. Pili, obmywali twarze, ramiona, skrapiali włosy. I
znów pili, ochlapywali się jak dzieci. Woda przywracała im radość życia, dawała nadzieję na
przetrwanie.
- To nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe, by nikt nie trafił i nie zaczął wykorzystywać tego
miejsca, nie osiedlił się na wyspie – zastanawiała się Berenika.
- Ach, jaki piękny można by tu postawić pensjonat! – wróciła do marzeń Ida Berger.
- Są archipelagi składające się z dwóch tysięcy wysp, wysepek, z których jedynie kilkaset
ludzie wybrali sobie na miejsca zamieszkania, pracy. Prawdopodobnie na taką pominiętą,
poza ludzkimi zainteresowaniami, trafiliśmy.
- Takie piękne owoce, i nikt ich nie eksploatuje? – wciąż dziwiła się Berenika.
- Może wysepka jest niewielka i zbiory na niej zbyt małe, by się miał nią ktoś zajmować –
rozważał Edgar.
- A zatem jesteśmy na zapomnianej przez świat wyspie, w jej ogrodach, gajach – rzekła
zauroczona matka.
Rzeczywiście wyspa była mała. Na długo przed zapadnięciem nocy doszli nad spokojne
wody laguny odciętej od oceanu pasemkiem lądu porośniętego mangrowym lasem.
- Tu spędzimy noc – zadecydował Edgar, zrzucając pod palmę niesiony bagaż.
Kobiety poszły za jego przykładem.
- Najpierw się wykapię, popływam, a potem pomyślę, jak spędzić noc.
- Mogę do ciebie dołączyć? – spytała Berenika.
- Chyba wszyscy skorzystamy z okazji – stwierdziła Ida Berger.
Po chwili woda laguny rozpluskała się od dłoni pływaków, od uderzeń nóg.
Po kąpieli Edgar zaczął się rozglądać za materiałem na urządzenie legowiska. Tak to
nazwał. Zebrał trochę długich liści pochutnika znad wody, opadłych pierzastych liści palmy
kokosowej i zrobił posłanie, dach szałasu. Schronienie - postawione powyżej
ewentualnego przyływu - dalekie było od luksusu, ale można było się w nim schować na noc
i odpocząć.
- Będziemy czuwać? – spytała matka po spożyciu przez wszystkich posiłku.
- Czy jest sens? – powątpiewał w potrzebę pełnienia warty Edgar.
- Może i nie ma – zgodziła się z nim matka. - Zatem wyśpijmy się dobrze, by jutro zacząć
dzień z nowymi siłami.
- Boże, znów chcesz gdzieś chodzić? – próbowała odgadnąć plan matki Berenika.
- Zobaczymy.
Jak nożem ciął – gwałtownie skończył się dzień i zapadła głęboka noc. Z głębi wyspy
odezwał się tajemniczy chór, a wody laguny rozpluskały rybie i żółwie harce. Na
prymitywny dach szałasu od czasu do czasu coś spadało, jak kropla deszczu, jak obumierająca
gałązka z drzewa, usuchający liść, więdnący kwiat.

  1   2   3   4   5   6   7


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna