Bibliografia radogoska



Pobieranie 2.08 Mb.
Strona7/59
Data28.04.2016
Rozmiar2.08 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   59

1946; lipiec


[bez Autora], Spalenie żywcem 1000 więźniów w Radogoszczy. Bilans zbrodni Artura Greisera [odc.] XI, [w:] „Ilustrowany Kurier Polski”, 1 VII 1946, nr 175, s. 3.

.........................

[Łódź, w czerwcu.



Już od grudnia 1939 r. na przedmieściu Łodzi Radogoszczu, przy szosie zgierskiej, na terenie fabryki Abbego [Samuela Abbego] został przez władze niemieckie zorganizowany obóz [w tym miesiącu zaczęto przepędzać więźniów pobliskiego obozu przejściowego w f-ce Michała Glazera przy ul. Krakowskiej (Liściastej) do obiektu w b. f-ce S. Abbego. Uprzednio zmuszono Polski Komitet Pomocy Wieźniom Radogoszcza do sfinansowania podstawowych prac adaptacyjnych w tym podwyższenia muru fabrycznego drutem kolczastym – WŹ]. Na dużej posesji, otoczonej wysokim murem, podwyższonym jeszcze przez kolczaste odrutowanie, znajdował się budynek trzypiętrowy, gdzie mieściły się sale dla więźniów. [Wcześniej, …] Jesienią 1939 r. był tu obóz przejściowy [przesiedleńczy] dla ludności polskiej, którą przesiedlano do GG [Generalnej Guberni]. Od wczesnej wiosny 1940 r. [dokładnie z dniem 1 VII 1940 r. utworzono tu „Rozszerzone więzienie policyjne] aż do okresu [kresu] swego istnienia obóz przybrał inny charakter. Umieszczono w nim więźniów różnego typu. Na II piętrze, pod dachem dziurawym, w sali bez szyb [raczej mogło brakować pojedynczych szyb, ale nie wszystkich ! – WŹ] nie ogrzanej zimą [kwestia jeszcze do wyjaśnienia, czy na salach budynku głównego były piece czy centralne ogrzewanie z kotłowni fabrycznej; inną kwestią jest to jak intensywnie ogrzewano sale, ale zapewne słabo], na pryczach bez słomy i koców spędzali dni, miesiące, a w niektórych wypadkach nawet lata [miesiące tak, ale nie lata !! – WŹ], więźniowie polityczni, pozostający pod śledztwem, bądź bez śledztwa [Niemcy byli w sumie praworządni, mało prawdopodobne, żeby ktoś tu był przetrzymywany bez śledztwa lub wyroku], czekający na zgrupowanie się większej partii do innych obozów. Na tejże sali, przeznaczonej dla więźniów szczególnie niebezpiecznych siedzieli także więźniowie kryminalni posiadający długoletnie wyroki ciężkiego więzienia [Radogoszcz nie był miejscem odbywania kar !! – WŹ]. Stan liczbowy każdej sali wynosił przeciętnie od 200 do 500 osób. Radogoszcz nie był obozem zagłady, ale śmiertleność była w nim duża. Niedostaeczne odżywianie oraz warunki lokalne i sanitarne szybko niszczyły siły więźniów. Stałe – 4 razy dziennie – bicie kijami, nahajami przy apelach, pojedyncze wypadki zabójstw przy najmniejszym przewinieniu przy złym humorze czy też upiciu się komendanta [W. Pelzhausena], bądź żandarmów, dziesiątkowanie więźniów przy lada sposobności – takie było tło powszedniego życia obozu [więzienia !!; według aktu oskarżenia Pelzhausen osobiście zamordował 35 więźniów oraz współuczestniczył w zabójstwie dalszych kilkunastu osób]. Beczki z wodą [była taka tylko jedna wg zeznań b. więźniów] do głusznia krzyków bitych ludzi, specjalny przyrzyrząd do przytrzymywania delikwenta podczas bicia [tzw. „warsztat”; stojący aktualnie (2011 r.) na ekspozycji jest kopią absolutnie niezgodną z rzeczywistym jego kształtem; jego wygląd na rysunku b. więźnia – Stan. Lipskiego, w relacji sygn. A – 8259], kilkugodzinne biegi w tzw. „maneżu” [był to obszar na środku dziedzińca więziennego, otoczony płotem z drutu kolczastego; por. np. foto w MTN-Łódź, sygn. Ks – 9], po wyjętej świeżo spod paleniska szlace – to techniki dręczenia ludzi w obozie [więzieniu !] w Radogoszczu.

W obozie [więzieniu !] dziennie ginęło 5 – 6 ludzi [nie ma na to twardych dowodów; więzienie radogoskie funkcjonowało łącznie 1662 dni (1 VII 1940-19 I 1945), co dałoby w sumie 8310–9972 zgonów, bez ofiar styczniowej masakry, czyli ok. 2077–2493 rocznie, taka ilość ofiar nie ma odbicia na tle ogólnej ilości pochówków na cm. Kurczaki i przy Rzgowskiej w tym czasie; aktualnie przyjęto ostrożnie w kręgu pracowników oddz. „Radogoszcz”, że dziennie ginął tu jeden więzień – WŹ], chowano ich na terenie obozu [więzienia], we wspólnym grobie [!??; nigdy nie znaleziono tu mniej lub więcej masowych grobów! WŹ], przy większych partiach wywożono do lasów lućmierskich [fakt nigdy realnie nie potwierdzony].

Styczeń 1945 r. zastaje obóz [więzienie] w toku normalnej akcji uśmiercania ludzi [Radogoszcz nie był miejscem zorganizowanej akcji eksterminacyjnej – WŹ]. Rano, 17 stycznia 1945 r. stan obozu [więzienia] wynosi około 730 – 750 ludzi [kwestia do wyjaśnienia; wg zapisu w notatniku sanitariusza Izby Chorych (A – 6972) stan więzienia radogoskiego na dzień 22 XII 1944 r. wynosił 1.600 mężczyzn; łącznie z tym dniem do 11 I 1945 r., kiedy kończą się zapisy w księdze ewidencyjnej łaźni więziennej, wywieziono 226 osoby, ale w tym samym czasie przywieziono 332; nie ma informacji o większych wywozach w okresie pomiędzy 11 a 17 stycznia; ostatnie dwa duże transporty z więzienia do jakiegoś obozu koncentracyjnego (”Sondertransport”) odeszły 10 I 1945 r. – 99 osób i 11 I – 53 osoby; według zeznania ocalałego z masakry Feliksa Błotnickiego tylko na sali II piętra było około 600 więźniów – WŹ], wieczorem tegoż dnia nadchodzi transport około 150 mężczyzn z więzień w Łowiczu i Skierniewicach.

Nocą z 17 na 18 stycznia zarządzono apel: część więźniów sprowadzono na podwórze, gdzie zwróciła ich uwagę (teren obozu [więzienia] był silnie strzeżony), pewna ilość beczek stojących pod oknami gmachu oraz większa ilość niż zazwyczaj straży (Schutzpolizei i tzw. Volkssturm), uzbrojonej w karabiny maszynowe, pewna ilość psów policyjnych [w zeznaniach ocałałych więźniów nie ma inforamcji o apelu na dziedzińcu]. Po pewnym czasie więźniom polecono wrócić na salę. Tam, sądząc z odgłosów, więźniowie zorientowali się, że walki trwają na przedpolach Łodzi. W pewnym momencie zorientowali się rónież więźniowie w czym innym: że na dole [budynku głównego] odbywają się zbiorowe egzekucje za pomocą karabinów maszynowych więźniów sprowadzanych partiami z poszczególnych sal i pięter [na każdym piętrze była tylko jedna ogólna sala]. Po pewnym czasie na salę II piętra weszła grupa Niemców z komendantem obozu [więzienia] na czele i dała kilkakrotnie salwę do ustawionych więźniów mężczyzn [w tym czasie w więzieniu nie była na pewno żadnej kobiety], po czym pojedynczymi już strzałami dobijali rannych bądź żywych, ukrywających się wśród trupów.

Na salach udało się jednak uratować od zastrzelenia 400 ludziom. Aby uniemożliwić powtórną egzekucję, więźniowie zabarykadowali się w salach, używając do tego pieców [!?; do wyjaśnienia! czy na salach budynku głównego były piece, czy też w budynku głównym było centralne ogrzewanie z kotłowni fabrycznej], prycz, itp. Okazało się [to] jednak bezcelowe. Niemcy wycofali się z parteru [raczej z całego budynku], a gdy rozwidniło się [czyli 18 stycznia] więźniowie zobaczyli Niemców z automatami, rozstawionych na podwóżach, w strażnicach [w wieżyczkach strażniczych na pn–zach., pd–zach. i pd–wsch. narożnikach] wzdłuż muru dookoła posesji [terenu więzienia] Z parteru natomiast zaczął rozchodzić się dym i płomienie. Ogień rozszerzył się gwałtownie, z beczek przywiezionych na teren obozu [więzienia] z łatwopalnymi płynami [na podstawie czego to stwierdzili w tym czasie ??]. Więźniowie zaczęli wyskakiwać przez okna, lecz Niemcy strzelali do wyskakujących. Szane ratunku były minimalne. Niemcy skrupulatnie obchodzili teren [po przygaśnięciu ognia] i dobijali rannych, czy tylko potłuczonych upadkiem.

Część więźniów ratowała się ucieczką na dach [palącego się budynku głównego], ale i ten szybko ogarnęły płomienie, zresztą wielu więźniów zginęło na dachu od kul niemieckich. Niektórym więźniom udało się skoczyć na dach sąsiedniego parterowego budynku [mieściła się w nim kotłownia fabryczna, znajdował się pomiędzy zachowaną klatką schodową a wejściem na ekspozycję w parterowym budynku]; było ich około 50-ciu, lecz Niemcy urządzili kilkakrotnie wyprawy na ten daszek i dobijali ukrywających się. Wśród [spośród] nich uratowało się tylko kilku. Z 11 więźniom udało się bez szwanku pod osłoną dymu wyskoczyć z płonącego budynku i ukryć się w pustej strażnicy [w pd–wsch wieżyczce, od strony ul. J. Sowińskiego; 9 zginęło od granatów jakie Niemcy rzucili do strażnicy; znane jest nazwisko jednego: Rafał Żarnecki].

Gmach płonał przez cały 18 stycznia, ratunku nie było, jedyny odwrót przez okna był uniemożliwiony, wskutek silnego ostrzeliwania wszelkich możliwych dróg odwrotu. Samo zbliżenie się do okna, aby zaczerpnąć powietrza, groziło śmiercią [!?; w trakcie pożaru całe wnętrze budynku głównego zawaliło się]. 2–3 więźniów uratowało się wyskakując na tyły poseji, gdzie ostrzeliwanie było słabsze, kilku więźniom udało się przetrzymać kilka godzin w rezerwuarze wodnym na III piętrze [klatki schodowej, która ocałała], bądź nurkując w wodzie, bądź w morzu płomieni [!?], osłaniając głowy mokrymi kocami [na klatce schodowej]. Pod wieczór ogień z karabinów maszynowych i ręcznych ustał [z zeznań ocalałych wynika, że intensywny ostrzał ustał nad ranem]. Gmach całkowicie spłonął, pozostały tylko zewnętrzne mury. Runęły zupełnie podłogi oraz ocalała klatka schodowa wraz ze stosami zwęglonych ciał. Niemcy teren Radogoszcza opuścili w ciągu 18 stycznia 1945 r. [w godzinach popołudniowych lub wieczornych]; do wyjaśnienia!]. Z 900 więźniów znajdujących się ostatnio w obozie [więzieniu] ocalało 15-tu [więcej: około 30-tu !].

Zbrodnia spalenia żywcem około tysiaca ludzi nie była faktem niezamierzonym przez władze [Niemców]. Świadczą o tym słowa komendanta więzienia [kobiecego] przy ul. Gdańskiej [13] w Łodzi. Gdy 18 stycznia 1945 r., o godz. 3-ej rano wysłane więźniarki z Gdańskiej do obozu [więzienia] na Radogoszczu wrócily wobec skonfiskowania im auta [którym były wiezione] na szosie do Radogoszczy – komendant więzienia przy Gdańskiej przywitał je slowami „Dziękujcie Bogu,że tak się stało”.]

[bez Autora], Kat broni kata. Dziewiąty dzień procesu Greisera. [w:] „Polska Zbrojna”, 1 VII 1946, nr 155, s. 4.

[zeznania .........; krótki fragment o związku A.Greisera ze styczniową masakrą]

[WŁODZIMIERSKI ……., foto], [w:] „Ilustrowany Kurier Polski, 3 VII 1946, nr 177, s. 1.

[Samoistne foto z podpisem: „Radogoszcz. Miejsce pod murem obozu [więzienia], gdzie Niemcy kazali zakopywać zwłoki mordowanych więźniów. Obecnie postawiono tam krzyż” [na zdjęciu widoczny fragment muru więziennego od strony ul. Sowińskiego, około 15 metrów od szczytu spalonego budynku więziennego; podczas prowadzenia prac przy przekształcaniu terenu b. więzienia w mauzoleum, w tym i innych miejscach dziedzińca nie znaleziono żadnej zbiorowej mogiły! – WŹ].]

[bez autora], Ghetto żydowskie w Łodzi. Bilans zbrodni Artura Greisera, odc. XIII. [w:] „Ilustrowany Kurier Polski, 3 VII 1946, nr 177, s. 3.

[Artykuł ilustrowany zdjęciem ruin więzienia radogoskiego wykonanym z ostatniego piętra klatki schodowej; widok, od wewnątrz, na południowo-wschodni narożnik budynku głównego. Podpis pod zdjęciem: „Fragment spalonego więzienia w Radogoszczu. W więzieniu tym spalili Niemcy około 1.000 Polaków.”]

(k), Pomocnik „kata Radogoszcza” został zdemaskowany przez czytelnika „Expressu”. Henryk Osieja w czerwonym pulowerze, zabijał ludzi nogą od stołu. [w:] „Express Ilustrowany“, 3 VII 1946, nr 165, s. 4.

[„Przed kilkoma dniami „Express” zamieścił krótką notatkę o ujęciu na Dolnym Śląsku bandy przestępców, na czele której stał niejaki Henryk Osieja z Pabianic. Milicjanci, którzy aresztowali Osieję na pewno nie wiedzieli, jaki ptaszek wpadł im w ręce. Osieja jest bowiem jednym z najstraszniejszych zbrodniarzy działających podczas okupacji niemieckiej, który ma na sumieniu wymordowanie kilku, a może nawet kilkunastu tysięcy Polaków w osławionym Radogoszczu [????; Szacuje się, że podczas funkcjonowania więzienia radogoskiego mogło tam zginąć na miejscu, pomijając ofiary styczniowej masakry i wywożone z niego na egzekucje, około 2.000 – 2.500 tysięcy – WŹ]. Był pomocnikiem i prawą ręką słynnego „Józia” – [Józefa] Heinricha [również z Pabianic – WŹ], znanego także pod pseudonimem „Rudy” – kata Radogoszcza.

Osieję pierwszy zdemaskował stały czytelnik „Expressu Ilustrowanego, ob. Władysław SOBCZAK, zam. w Łodzi, przy ul. Kraszewskiego 10. – Byłem jednym z więźniów Radogoszcza – wspomina. Na własne oczy widziałem i przeżywałem okropności Radogoszcza. Panem życia i śmierci wszystkich uwięzionych tam był Józio Heinrich, ps. „Rudy”, a najbliższym jego pomocnikiem Henryk Osieja, Polak, który zaprzedał się Niemcom i zdradził swoją Ojczyznę i Naród [był volksdeutschem i tamtejszym wachmanem ??? – WŹ]. Osieję pamiętają wszyscy, którzy przebywali na Radogoszczu. Może tylko zapomnieli jak się nazywał. Szalał on tam na początku 1942 roku, w miesiącach lutym i marcu. Ubrany w nieodłączny pulower koloru czerwonego budził w nas paniczny lęk. Osieja operował podkutą dębową nogą od stołu, którą wykańczał swe ofiary. Mordował z zimną krwią i był daleko okrutniejszy od Niemców, którzy wzywali go, gdy nie mogli dać sobie z nami radę...

Ob. Sobczak opowiada o swych dalszych przeżyciach: – Udało mi się wydostać z obozu [więzienia !! – WŹ] w Radogoszczu. Przerzucano mnie z obozu do obozu, ale mimo rozlicznych przejść nie zapomniałem ani na chwilę strasznych krzywd, wyrządzonych mnie i innym Polakom przez Osieję. Toteż, gdy tylko wróciłem do Łodzi po zakończeniu wojny, pierwsze kroki skierowałem do Pabianic, aby odszukać Osieję i oddać w ręce władz. Niestety, nie było go. Oświadczono mi, ze udał się na Dolny Śląsk. (...).”]

[………], Obóz pracy na Sikawie. [w:] „Kurier Popularny”, 4 VII 1946, nr 182, s. 6.

[„Nie chcemy być barbarzyńcami jak nasi wrogowie i tym tylko wytłumaczyć można, że u nas, poza przestępcami wojennymi, których czeka zasłużony stryczek, Niemcy są tylko skazani na wydalenie z granic państwa, względnie na pracę w obozach. Byliśmy w Obozie Pracy dla Niemców na Sikawie. Szosą brzezińską [dziś ul. Brzezińska] wyjeżdża się za rogatkę miasta i gdzieś w odległości 4 km od cmentarzy zobaczyć można po lewej stronie wieżyczkę obozową [dziś w granicach Łodzi; chodzi o zespół cmentarzy na Dołach; wieżyczka zapewne jeszcze z okresu wojny] Od traktu dojechać trzeba jakieś 2000 metrów na lewo. To jest obóz sikawski.


NIEMCY BUDOWALI GO DLA....SIEBIE. Nie myślcie, że go budowali Polacy. Obóz, w którym siedzą diś Niemcy jest dziełem samych Niemców. Z rozkazu Gestapo, zapewne nie bez wiedzy Greisera, jeszcze w r. 1942 wysiedlono z Sikaw wszystkich polskich gospodarzy, a na ich miejsce sprowadzono polskich więźniów, przy pomocy których szybko zbudowano obóz w stylu niemieckim.

Podjeżdżamy pod sam obóz. Drogę zagradzają: szlaban i wartownicy, któ®zy przepuszczają dopiero po odpowiednim wylegitymowaniu. Przepuszczają też ciągnące procesją grupy elegancko ubranych pań i mężczyzn z paczuszkami i koszyczkami, napełnionymi produktami. Okazuje się, że są to krewni(?) aresztowanych Niemców i odsadzonych w obozie volksdeutschów.Już na samym wstępie wizyty przekonywujemy się jak dalece nasze postępowanie odbiega od praktyki barbarzyńców. Pozwalamy na dokarmianie wcale nieźle odżywianych w obozie jeńców i więźniów, chociaż za czasów okupacji dostarczanie paczek było ograniczone. Polakowi samemu nie tylko że nie pozwolono przynosić paczek dla aresztowanych członków rodziny, ale za samo zbliżenie się do obozu groziła kula.


MODA ZA DRUTEM KOLCZASTYM. Jesteśmy za szlabanem. Jeszcze kilka kroków i mamy przed sobą wysoki mur z cegły, otynkowany na szaro, a w nim, na wprost drogi, wielką bramę. Wchodzimy za mur i tu dopiero otwiera się przed nami właściwy obraz obozu. POdUjny wysoki parkan z drutu kolczastego, przypięty do żelaznych słupów, wygiętych u góry do środka placu.

Dookoła wielkiego prostokątnego placu [stoją] baraki i domki, w których mieszczą się kuchnie, łaźnia, izby chorych itp.

Przed nimi kręcą się obozowicze w charakterystycznych hitlerowskich czapkach, całkiem nieźle ubrane Niemki i dobrze wyglądające volksdeutschki w kwiaciastych sukniach. Życie w zamknięciu nie wycisnęło żadnego piętna na ich twarzach, na ich ubiorach, Jakże inaczej było dawniej, kiedy siedzieli tu Polacy. Wchodzimy za druty, na plac, interesujemy się przyczyną spacerów osadzonych tu więźniów...
JAK TO BYŁO DAWNIEJ. Okazuje się, że korzystają z odpoczynku ...niedzielnego. Obóz obliczony jest na 1000 – 1500 ludzi, chociaż za czasów okupacyjnych przebywało tu naraz po 3, a nawet 4 tysiące Polaków. W barakach, kuchni, izbie chorych – idealna czystość. Opowiadają nam, że gdy byli tu więźniami Polacy, o izbie chorych tylko śniono... Panował tak straszliwy bród, ze ci, któ®zy nie stracili zdrowia z powodu bicia i katowania, chorowali i umierali od chorób zakaźnych. Codziennie wywożono kilkunastu zmarłych i po kilkadziesiąt trupów, zakatowanych podczas bezmyślnych ćwiczeń karnych i nikomu niepotrzebnych, poza bestią niemiecką, robót. Polegały one na przenoszeniu ciężarów, kamieni i piasku, kopaniu i zasypywaniu dołow etc. Były też stosowane dawniej ćwiczenia „gimnastyczne”. Pędzono starców, kobiety i chorych pod gradem uderzeń pejczów i kolb, bito prętami żelaznymi i bykowcami, oblewano zimną lodowatą wodą... Do Sikaw Niemcy spędzali wszystkich za byle przewinienie. Przeważnie osadzeni tu oczekiwali sądu i wyroku.
NIEMCY PRACUJĄ. W Sikawie zarejestrowanych jest około 10.000 Niemców i volksdeutschów. Obóz jest właściwie ośrodkiem zbiorczym, skąd wysyłani są Niemcy, po zgłoszeniu zapotrzebowania, na roboty do fabryk i gospodarstw rolnych. Ponad 6 tys. Niemców znajduje się w fabrykach województwa łódzkiego, gdzie są skoszarowani i trzymani pod strażą [m.in. w zakładach Scheiblera i Grohmana na Księżym Młynie; porównaj: A.R., Jak żyją jeńcy niemieccy w Polsce? Obóz pracy przymusowej dla Niemców w Łodzi. [w:] „Kurier Popularny”, 3 VIII 1946, nr 211, s. 6.]. 3.000 więźniów pracuje na roli i tylko niecały tysiąc znajduje się w samym obozie. Są oni zatrudnieni na gospodarstwie rolnym obozu [w jego] warsztacie rzemieślniczym.

Odżywiani są według przepisów, które są aż nadto liberalne. Widzenia są z reguły zabronione. Kierownictwo obozu narzeka na niedostateczny nadzór nad „wypożyczonymi” do robót Niemcami. Zdarzają się wypadki ucieczek...


GALERIA OSADZONYCH. Rozglądamy się po więźniach. Sporo znanych łódzkich twarzy. Są to bowiem głównie osadzeni Niemcy i volksdeutsche z samej Łodzi, ci, którzy w pamiętnych latach września wytykali palacami Polaków, co co pierwsi rabowali opuszczone mieszkania polskie i żydowskie. Sporo tu robotników i rzemieślników, którzy wracają po pracy z miasta na nocleg do obozu. [Jest też] trochę inteligencji, bardzo dużo byłych kupców, fabrykantów i jeńców, którzy z bronią w ręku walczyli z polskościa. Ci są jeszcze w szaro-zielonych mundurach i pilotkah wojskowych. Tych nie oddaje się nikomu, muszą przebywać i pracować [tylko] na terenie obozu.

Wśród obozowiczów spotykamy starego „najmowego” „volksdeutscha” – byłego sędziego Korwin-Korotkiewicza. Gdy widzi nas, opuszcza wstydliwie głowę, garbi się. Jest już stary. Jak wiadomo Korotkiewicz i żona jego, z pochodzenia Niemka, starali się w swoim czasie o rehabilitację. Przewód sądowy wykazał, że Korotkiewiczowa w Zgierzu, jeszcze przed wejściem Niemców, mówiła, ze „Polacy to świnie”, że „szkoda, że Hitlera jeszcze tu nie ma, ale on będzie”, itd. Za czasów okupacji wydawała Polaków gestapowcom, a mąż jej, po przyjęciu volkslisty, ferował wyroki na Polaków i ma na sumieniu wielu łódzkich adwokatów. Toteż dobraną zamknięto... Ja w więzieniu, jego w obozie.


APEL DO ....FASUNKU

Godzina 13-ta. Ogłaszają apel. Jakiś volksdeutsch z opaską na ramieniu – dzisiejszy dyżurny – przynagla Niemców, aby wyszli z baraków na plac. W ciągu kilku minut ustawiają się naprzeciw siebie dwie kolumny: kobiety i meżczyxni. Stoją dwuszeregiem. Porządkowy daje sygnał „baczność”, biegnie w kierunku oficera obozowego i melduje, ze tyle, a tyle więźniów stanęło do apelu. Pada komenda i oboe kolumny ruszają wojskowym krokiem, czwórkami, naprzód długim łańcuchem.

Myśleliśmy, ze obozowicze idą do jakichś prac. Okazało się, ze idą gremialnie po ....fasunek. Dają dziś mydło i suche produkty.

Każda czwórka, podchodząca do drzwi składu, otrzymuje do podziału dwie paczuszki i po jednym kawałku mydła. Kolumny znowu formują się na poprzednich miejscach, na środku placu, aby po chwili rozejść się do baraków. Któżby ośmielił się ruszyć nawet mniej zdyscyplinowanych więźniów? Chociaż i dozorcy i sami obozowicze wiedzą, jak to bywało dawniej, ile łez i krwi wsiąkło w tę samą ziemię sikawką – rygor musi być zachowany. Ale wiedzą też Niemcy i volksdeutsche, że nie mogą liczyć na żadne względy, że muszą odpokutować za swoje wiony, że muszą pracować.


NIEMCY NIE ZDĄŻYLI UCIEC. Kiedy w 1945 r. zaczął się odwrót wojsk hitlerowskich, łódzcy Niemcy zaczęli masowo „szabrować” co się dało i uciekać do Niemiec. Pociągi były zawalone uciekającymi z Łodzi Reichsdeutschami. Aby powstrzymać tę lawinę na widownię wystąpił namiestnik „Warthelandu” i „opiekun” Łodzi – [Artur] Greiser. Jego mowę radiową [Może tu chodzić o przemówienie A. Greisera w Poznaniu, w dn. 12 I 1945, ale zważywszy na silne akcenty łódzkie – kwestią do dyskusji jest na ile przytaczana tu treść jest litentia poetica dziennikarza, a na ile jest jej wiernym przytoczeniem – bardziej prawdopodobnym byłoby to nawiązanie do jego publicznego wystąpienia z łódzkiej hali sportowej przy ul. Łąkowej (dziś teren operatora telewizyjnego „Toya”) w dn. 14 sierpnia 1944 r., podczas pierwszej dużej fali paniki wyjazdowej wśród łódzkich Niemców – WŹ] Polacy w obozie sikawskim pamiętają do dziś [nie ma potwierdzenia we wspomnieniach więźniów Sikawy, że puszczono im to przemówienie – WŹ]. Greiser z emfazą i patosem wołał do mikrofonu: „Tak jak słońce na niebie nigdy nie zgaśnie, tak Litzmannstadt z woli Führera zostanie Litzmannstadtem i nigdy nie będzie już polskim miastem”. Na skutek tej mowy do dziś dnia 30 tys. Niemców chodzi jeszcze po łódzkiej ziemi... [według ostatniego, okupacyjnego spisu ludności Litzmannstadt’u z grudnia 1944 r., w mieście było 132 083 Niemców, co stanowiło 28,5% jego mieszkańców – WŹ] Łodzi ”].

[EBOROWICZ Włodzimierz, nekrolog]. [w:] „Dziennik Łódzki”, 5 VII 1946, nr 183, s. 2.

[Inż. Włodzimierza EBOROWICZA, mieszkaniec Łodzi; nekrolog zawiadamiający o mszy w 1. rocznicę śmierci. Zapisano w nim, że był więźniem KL Mauthausen, prawdopodobnym jest, że trafił tam poprzez więzienie radogoskie.]

[foto], Dzieło Artura Greisera. [w:] „Ilustrowany Kurier Polski”, 6 VII 1946, nr 180, s. 3.

[„Pojedyncze foto p.t. „Dzieło Artura Greisera”. Obóz w Żabikowie, oficjalna nazwa: „Polizeigefängnis der Sicherheitspolizei und Arbeitserziehungslager (Areszt policji bezpieczeństwa i obóz pracy wychowawczej) w Poznaniu. 20 stycznia 1945 r. wachamni zamknęli w barakch i celach pozostałych jeszcze ok. 700 więźniów. Część z nich rozstrzelano, a ok. 80 chorych i niezdolnych do marszu spalono w jednym z drewnianych baraków.]

(i), Za ukrywanie volksdeutschki został skazany na 7 lat więzienia. [w:] „Express Ilustrowany”, 7 VII 1946, nr 169, s. 3.

[„Donosiliśmy kilkakrotnie o akcji odniemczania naszego terenu, podjętej przez Polski Związek Zachodni w Łodzi. PZZ niejednokrotnie zwracał się z apelem do społeczeństwa o udzielanie informacji o ukrywających się volksdeutschach. Przyznać trzeba, że apel nie przebrzmiał bez echa. Wydano ostatnio kilkuset ukrywających się volksdeutschów, jednak w dalszym ciągu są jeszcze takie wypadki.

Dla tych, którzy nie zgłosili ukrywających się volksdeutschów mamy następującą notatkę: „Specjalny Sąd Karny w Krakowie skazał na 7 lat więzienia Jana Czypczara, który ukrywał w swoim mieszkaniu volksdeutschke – Marię Rotter [Zadenuncjowani w tej akcji Niemcy byli kierowani do obozu filtracyjnego na Sikawie – WŹ].”]

[bez autora], Dostarczanie informacji o „Volksdeutschach“ obowiązkiem każdego Polaka. [w:] „Kurier Popularny”, 7 VII 1946, nr 184, s. 4.

[„W związku z podjęciem akcji, mającej na celu wyeliminowanie spośród społeczeństwa polskiego elementów niemieckich – Polski Związek Zachodni [PZZ] w Łodzi przypomina i i wyjaśnia, że wszelkie informacje dotyczące „Niemców – volksdeutschów” mogą być dostarczone na piśmie lub ustnie w lokalu PZZ przy ul. H. Sienkiewicza 20, w godz. od 9-ej do 16-ej albo wrzucane do skrzynki pocztowej, wiszącej na drzwiach wejściowych lokalu PZZ. Informacje winny zawierać możliwie wyczerpujące dowody, a co najmniej muszą być podane dokładne personalia i adresy „volksdeutschów”, uwzględniające: 1) nazwisko i imię „volksdeutscha”, 2) rok urodzenia lub z braku tego imiona rodziców,  miejsce zamieszkania w czasie okupacji,  obecne miejsce zamieszkania,  gdzie zatrudniony obecnie i w jakim charakterze. Informacje nieścisłe i niewyczerpujące (jak np. nazwisko bez imienia lub podanie przez informatora niedokładnego miejsca zamieszkania „volksdautscha” w okresie okupacji i obecnie) hamują w znacznym stopniu przebieg sprawy i opóźniają w ten sposób usunięcie ze społeczeństwa polskiego wrogiego elementu niemieckiego. Czujne śledzenie ukrywających się „volksdeutschów” i informowanie o tym PZZ jest obowiązkiem każdego Polaka, który posiada zrozumienie dobra narodu i własnego.”]

[bez Autora], Niemcy z obozu pracy przymusowej przy oczyszczaniu Łodzi [na Sikawie]. [w:] „Gazeta Ludowa”, 7 VII 1946, nr 184, s. 4.

[„Akcja odbudowy Łodzi, która początkowo szła żółwim tempem, posuwa się w ostatnim czasie szybko naprzód. Do robót niwelacyjnych nad oczyszczaniem placów oraz do robót nad usunięciem gruzów z terenu zniszczonego b. ghetta i dzielnicy baluckiej, stanęły liczne brygady robotnicze.

Poza nimi udział bierze w pracy młodzież wyższych uczelni łódzkich, a ostatnio na roboty kierowani są Niemcy, skoszarowani w obozie pracy przymusowej na Sikawie pod Łodzią.

W obozie tym przebywa ponad 1.000 osób. Ropbotnicy niemieccy codziennie pod eskortą są przywozeni na Bałuty i po 8-godzinnym dniu pracy odwożeni autami do obozu siakwskiego.”]

[WŁODZIMIERSKI ……., foto], [w:] „Ilustrowany Kurier Polski”, 8 VII 1946, nr 182, s. 6.

[samoistne foto rezerwuaru w którym uratowało się kilku więźniów podczas styczniowej masakry w 1945 r. z podpisem: „Radogoszcz. Rezerwuar z wodą na wieży [chodzi o ocalałą klatkę schodową do spalonego budynku głównego; rezerwuar znajdowal się na jej ostatnim piętrze], w której udało się ukryć i ocalić podczas pożaru kilku [sześciu] więźniom, jedynym [w rzeczywistości uratowalo się ok. 30-tu], którzy przeszli tą bestialską masakrę”.]

[LUBNAER Władysław], Masowy mord niemiecki w Zgierzu. Za 2 gestapowców zamordowano bestialsko 100 Polaków. [w:] „Ilustrowany Kurier Polski”, 8 VII 1946, nr 182, ss. 6 i 7.

[Publikujemy ten tekst w całości, ze względu na krótki czasookres jaki dzieli egzekucję od jego opublikowania.”

„Łódź, w czerwcu [1946 r.].

Sierżant Wojsk Polskich, Mierzyński, dostał się w ręce gestapo łódzkiego. W czasie zeznań musiał przyznać się, że ukrył broń w przedwojennym swym miejscu zamieszkania, w Zgierzu, przy ul. Długiej nr 54. W asyście dwu gestapowców, z których jeden nazwiskiem Torno był zgierskim volksdeutschem, przywieziono go do Zgierza taksówką. Wszyscy trzej udali się na strych domu, gdzie Mierzyński broń ukrył. Znalazł ją, a wiedząc, że jest naładowana, odbezpieczył, odwrócił się i dwoma strzałami położył trupem obu gestapowców. Nim się zorientowano co zaszło, Mierzyński poprzez okoliczne posesje uciekł. Miało to miejsce w dniu 6 marca 1942 r., między godz. 17 a 18.

Tego samego wieczora nastąpiły aresztowania Polaków. Trwały całą noc i dzień następny. Robione były na podstawie list, a także zabierano z ulicy i kina i tramwaju. Łącznie z terenu Zgierza odesłano do więzienia w Radogoszczu 171 osób.

Dni i tygodnie trwogi o losy aresztowanych nastały dla zgierzan.

Nadszedł dzień 20 marca. W przeddzień rozniosła się wiadomość o mającej się odbyć masowej egzekucji aresztowanych zgierzan, jako akt zemsty za zabójstwo gestapowców. Kolportowali je uprzedzeni o tym zgierscy volksdeutsche.

W dniu egzekucji wzmocnione posterunki żandarmerii obchodziły miasto. Niemieckie organizacje partyjne miały stan pogotowia. Do godz.. 9-ej rano było spokojnie. Od 9-tej rozpoczęło się łąpanioe przechodniów, wyciąganie mieszkańców z domu i pędzenie ich środkiem ulicy Piątkowskiej na plac kaźni przy zbiegu ulic Piątkowskiej i Sienkiewicza. Również z okolicznych gmin żandarmeria spedziła Polaków pod eskortą. W ten sposób Niemcy zebrali około 6.000 polskiej ludności.

Wokoło staly posterunki żandarmerii, uzbrojone w automaty oraz 6 karabinów maszynowych, skierowanych na Polaków.

Z wladz niemieckich obecni byli: landrat łódzki [kreislaiter NSDAP] – dr [Herbert] Mees, burmistrz m. Zgierza – dr [Kurt] Eifrig, oficerowie łódzkiego gestapo i zgierskiej żandarmerii. Poza tym tłum umundurowanych i cywilnych Niemców, którzy zachowywali się jak na wesołym widowisku.

Przed egzekucją przemówił do Polaków burmistrz dr [Kurt] Eifrieg [w rzeczywistości był to prezes rejencji łódzkiej Friedrich Übelhör – WŹ]. Jego słowa przetłumaczył tutejszy gestapowiec [tłumacz policji kryminalnej w Zgierzu] – [Ludwik] Kindlein. „Za naszych dwu padnie waszych stu” – tłumaczył Kindlein słowa dr Eifriega.

Straceńców przywieziono 4 ciężarowymi krytymi autami. Po wyciągnięciu ich z samochodów ustawiono po 15-tu pod pobliskim płótem, skute z tyłu ręce przwlekano wspólna liną. Prócz tego wiązano więźniów do siebie za przedramienia. Tak skutych przyprowadzano pod małą usypaną w przedzień grobelkę dlugości okoló 10 m. i wysokości ¾ m., z rowkiem przed głębokości ½ metra.

Rozstrzelano 6 grup po 15 i jedną 10 osób., razem 100. W tej 4-tej grupie znajdowaly się 4 kobiety.

Doktór w mundurze SA wskazywał palcem żyjących, których dobijał oficer SS z rewolweru.

Więźniowie musieli uklęknąc przed groblą. Padłych przysypywano słomą. Tuż za pierwszą grupą zamordowanych klekała druga. Tak do końca.

Większość zabitych to byli mlodzi ludzie. W trzeciej grupie starzec z siwą brodą. Z kobiet jedna jasnowłosa blondynka, długie włosy (koszyczek), płaszcz koloru bordo, kloszowy, długie śniegowce, młoda; druga – starsza, czarny płaszcz z paskiem z tyłu, niskie śniegowce, ciemna blondynka; dwie pozostałe – starsze panie, ciemno ubrane.

Więźniowie mieli ogolone głowy (oprócz kobiet), wyglądali źle, idąc potykali się na skutek powiązania sznurami, wyczerpania i zapewne zastrzyku narkotycznego [informacja o zastrzyku nigdzie do tej pory nie została potwierdzona – WŹ]. Szli spokojnie i cicho, bez krzyku i gwałtownych ruchów.

Pluton egzekucyjny składał się z 30 SS-manów [prawdopodobnie byli to członkowie 31 batalionu policyjnego z Łodzi] 15-tu strzelało z pozycji klęczącej, a 15-yu z pozycji stojącej, po dwóch do jednego Polaka.

Wyłapani z tłumu mężczyni musieli po egzekucji rozrzynać [sznury na rękach] pomordowanych i ładować na auta, które wywozily trupy do lasów lućmierskich. W czasie ładowania jeden z więźniów próbował jeszcze wstać. Dobił go oficer SS.

Kim były ofiary barbarzyństwa niemieckiego, trudno dziś dokładnie ustalić. Nie był to nikt z aresztowanych zgierzan, gdyż ci wszyscy wrócili w dniu 24 marca 1942 r. do domu, prócz 9-ciu odesłanych do obozów koncentracyjnych, gdzie również zginęli”. [Znane są prawie wszystkie nazwiska ofiar tej egzekucji: Egzekucja 100 Polaków 20 III 1942 r. w Zgierzu, Łódź 1982, ss. 39 – 48 (tu 92 osoby) oraz, po korekcie na podst. akt gestapo w Łodzi (99 osób) – W 60. rocznicę zbrodni zgierskiej 20 III 1942 r., Łódź-Zgierz 2002]].

Ostatnie słowo Greisera. [w:] „Express Ilustrowany”, 8 VII 1946, nr …., s. …..

[„Jak donosiliśmy, Greiser wygłosił przed wyrokiem [9 VII 1946 r. – WŹ] dłuższe przemówienie, w którym usiłował tłumaczyć się i prosił o darowanie mu życia. Zdjęcie przedstawia właśnie Greisera w chwili wygłaszania tego „ostatniego słowa”.”]

[A.R.], Kara śmierci za zdradę narodu. Echa egzekucji 100. Polaków w Zgierzu. [w:] „Kurier Popularny”, 13 VII 1946, nr 191, s. 8.

[„Przed Specjalnym Sądem Karnym w Łodzi stanął wczoraj Niemiec – Rejnhold FRASZKE, oskarżony z art. I, dekretu o karze dla zdrajców narodu. Jako członek niemieckiej policji kryminalnej w okresie okupacji brał udział z prześladowaniu Polaków, a m.in. eskortował grupę 100. osób przewożonych w marcu 1942 r. z więzienia [przy] ul. S. Sterlinga do Zgierza, gdzie zostali przez Niemców rozstrzelani [20 III 1942]. (...) Fraszke przyznał się tylko do tego, że uderzył w twarz podczas dochodzenia młodego chłopca – Mroczkowskiego, któremu pękła tętnica. Do innych zarzutów aktu oskarżenia nie przyznał się. Sąd jednak uznał winę jego za udowodnioną na podstawie zeznań świadków i skazał go za zdradę narodu na karę śmierci”.]

[bez Autora], Nie pomogły Greiserowi interpelacje zagraniczne. [w:] „Polska Zbrojna”, 21 VII 1946, nr 172, s. 3.

[informacja o wykonaniu na stoku Cytadeli Poznańskiej wyroku śmierci na Arturze Greiserze.]

SROCZYŃSKI Józef, Tajemnica zbrodni zgierskiej wyjaśnia się. Wstrząsająca egzekucja 100 Polaków na rynku. Zeznania autentycznego świadka, więźnia Szterlinga w Łodzi. [w:] „Kurier Popularny”, 26 VII 1946, nr 199, s. 3.

[Więzienie Szterlinga = byłe więzienie policyjne przy obecnej ul. S. Sterlinga 16, podówczas Robert-Koch-Strasse.

„(...) Rankiem tego dnia ci wszyscy, którzy podpisywali wspomniane żółte blankiety, otrzymali rozklaz ubrania się do podróży. Krótko po tym wyprowadzono ich na dziedziniec więzienny. Ustawiono ich w szereg. Przypominam sobie jak dziś, jak w szeregu tym stali: znany adwokat Kazimierz KOWALSKI, ksiądz dr ZABOROWICZ z Kalisza, red. Leon TRELLA z Poznania, JAKOLIK z Kutna, PIETRZAK z Łodzi i inni, których znałem, a których nazwisk dziś sobie nie przypominam.

Przedostawszy się do okien więziennych obserwowaliśmy ostrożnie co się dalej działo. W pewnej chwili na dziedziniec więzienny weszło kilkadziesiąt gestapowców z lekkimi karabinami maszynowymi. Przynieśli ze sobą wiadra i pasy lniane długości ¾ metra i szerokości 10 cm. Te pasy zaczęli maczać w wodzie, następnie rozkazali więźniom rozebrać się z palt i pulowerów. Przetrzęsiono ich kieszenie. kazano zdjąć okulary i skuto im ręce z tyłu. Tak częściowo rozebranych trzymano na mrozie przez 2 godziny. Gdy .............
................ tajemnicę co się stało z towarzyszami naszej niedoli. W kilka zaledwie godzin sam Hauptwachmeister oświadczył nam urzędowo, że wszyscy już nie żyją, że zostali rozstrzelani w Zgierzu.

Zbrodnia zgierska, do której szczegółów nie powracam, jest jedną z najbardziej potwornych, jakie ma na sumieniu Artur Greiser. W Zgierzu zginęli z rąk oprawców hitlerowskich ludzie niepospolitych wartości moralnych i umysłowych dla naszego społeczeństwa.

Byłoby rzeczą ze wszech miar wskazaną, ażeby ustalone zostały nazwiska ofiar tej okropnej zbrodni, tym bardziej, że do dnia dzisiejszego nie można ustalić miejsca, gdzie zakopano zwłoki pomordowanych [w lesie lućmierskim; znane są prawie wszystkie nazwiska ofiar tej egzekucji: Egzekucja 100 Polaków 20 III 1942 r. w Zgierzu, Łódź 1982, ss. 39 – 48 (tu 92 osoby) oraz, po korekcie na podst. akt gestapo w Łodzi (99 osób) – W 60. rocznicę zbrodni zgierskiej 20 III 1942 r., Łódź-Zgierz 2002 i miejsce pochówku.]].

B.L. [...........], U Niemców na Sikawie. Role w życiu zmieniają się. Odnajduję starych „znajomych”. Niemcy pracują, ale ...nie przemęczają się. Męski i damski salon mód. [w:] „Express Ilustrowany”, 28 VII 1946, nr 190, s. 2.

[Obszerny reportaż z obozu „filtracyjnego” na Sikawie.

„(...) Nie tak dawno, zaledwie 18. miesięcy temu (...) więźniem [Sikawy] wówczas byłem ja i ja musiałem prężyć się na baczność przed każdym Niemcem. Obóz pracy w Sikawie położony jest w bok od ulicy Wojska Polskiego (dawn. Brzezińska). Od ostatniego przystanku tramwajowego [obok cmentarza na Dołach – WŹ] trzeba jeszcze dojść około 2–3 kilometrów. Przed wojną na ty miejscu był pusty plac. (...) Samochód nasz skręca w niedługą alejkę prowadzącą wprost do wrót obozu. Po obu stronach alei – pola, na których rosną wszelkiego rodzaju warzywa. (...) Obóz, jak każdy inny będący dziełem niemieckich rąk, rozplanowany jest pomysłowo (...). Obszerny dziedziniec [za bramą] otoczony jest z trzech stron równymi rzędami baraków. Budynki te mamy po lewej stronie, po prawej i przed sobą. Za nami wrota. ..................... ]

GÓRSKI Albin, Jeszcze w sprawie Radogoszcza. [w:] „Głos Robotniczy”, 28 VII 1946, nr 206, s. 3.

[„Jesteśmy narodem o krótkiej pamięci. Ten i ów zapomniał już, że mu brat zginął w Oświęcimiu, czy siostra na Sikawie. Wysiedlali? To, co z tego? Jakoś się wróciło i żyje się dzięki Bogu! Cóż tam może dziś kogoś obchodzić, ze ten i ów sąsiad przepadł z całą rodziną? My żyjemy, to grunt!

Ale są rzeczy, o których zapomnieć jest po prostu zbrodnią. Przykładem tego chociażby Radogoszcz.

A mam wrażenie, że wszyscy zapomnieliśmy naraz o tym miejscu straszliwej zbrodni niemieckiej. Przecież jeszcze nie tak dawno, będzie rok temu z okładem – cała Łódź przychodziła tutaj i na kolanach przysięgała wieczną pamięć o tych nieszczęsnych ofiarach niemieckiego barbarzyństwa. Zapowiedziano wiele: pielęgnację grobów i budowę pomnika, stowarzyszenia młodzieżowe miały tutaj trzymać wieczną wartę itd.

Uderzmy się w pierś! Zapomnieliśmy wszyscy o Radogoszczu! Nikt nie dba o te olbrzymie mogiły na radogoskim cmentarzu, nikt nie dba o samo spalone więzienie. Zły człowiek przychodzi tutaj nocą i kradnie co się da. Nie ma już ani kawałeczka żelaza – zabrano drzwi i okna, zabrano słupy z kolczastym drutem, wyrwano wszystkie przewody elektryczne, rozkrada się cegłę po cegle, kafel po kaflu, zerwano papę z resztek dachów, „maluczko” a nie zostanie śladu ze spalonego więzienia !

A przecież powinno się przede wszystkim zatrudnić tutaj jakiegoś człowieka, dać mu w pobliżu mieszkanie, uzbroić, jeśli trzeba, i kazać pilnować dniem i nocą, bo każda ta cegła to nasiąknięta krwią bohaterów karta naszej historii, to narodowa relikwia!

Trzeba to naprawić póki czas, byśmy nie potrzebowali się kiedyś rumienić ze wstydu.”]

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   59


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna