Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona1/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12
Terry Pratchett

BLASK FANTASTYCZNY

Słońce wschodziło powoli, jakby nie było pewne, czy w ogóle warto się wysilać.

Nad Dyskiem wstawał kolejny dzień... ale wstawał niezwykle wol­no. Oto dlaczego:

Kiedy światło napotyka silne pole magiczne, traci wszelki zapał. Zwalnia natychmiast. A nad światem Dysku magia była deprymująco silna, co oznaczało, że delikatny żółty blask płynął nad śpiącą krainą niczym łagodna pieszczota kochanka albo też, jak wolą niektórzy, jak złocisty syrop. Przystawał, by wypełnić doliny. Piętrzył się na górskich łańcuchach. Dotarł do Cori Celesti, dziesięciomilowej iglicy z szare­go kamienia i zielonego lodu, która znaczyła oś Dysku i była mieszka­niem bogów. Wtedy spiętrzył się wielkimi zwałami, by runąć w pejzaż na dole niby ogromne leniwe tsunami, bezgłośne jak aksamit.

Takiego widoku nie można obejrzeć na żadnym innym świecie.

Oczywiście żaden inny świat w drodze przez gwiezdną nieskoń­czoność nie spoczywa na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie gigantycznego żółwia. Imię Jego - lub Jej, według opi­nii innej szkoły filozoficznej - brzmiało A’Tuin, ale nie odegra On - czy też Ona, co być może - głównej roli w opisywanych tu wypad­kach. Jednak kluczem do zrozumienia Dysku jest fakt, że On - lub Ona - tam jest, niżej niż kopalnie, muł dna morskiego i fałszywe ska­mieliny, podrzucone przez Stwórcę, który nie miał nic lepszego do roboty niż denerwować archeologów i podsuwać im głupie pomysły.

Wielki A’Tuin, żółw gwiazd, ze skorupą oszronioną zamrożonym metanem, poznaczoną kraterami meteorów, zasypaną pyłem asteroidów... Wielki A’Tuin z oczami jak pradawne morza i mózgiem roz­miarów kontynentu, w którym myśli suną niby lśniące lodowce... Wielki A’Tuin o powolnych mrocznych płetwach i skorupie polero­wanej gwiazdami, pod brzemieniem Dysku płynący przez galaktyczną noc... Wielki jak światy. Stary jak Czas. Cierpliwy jak cegła.

Tu jednak filozofowie mylą się całkowicie. W istocie Wielki A'Tuin jest w znakomitym nastroju.

Wielki A'Tuin jest bowiem w całym wszechświecie jedyną istotą, która dokładnie wie, dokąd zmierza.

Oczywiście, filozofowie przez całe lata debatowali nad kwestią celu wędrówki Wielkiego A’Tuina. Często powtarzali, jak bardzo się martwią, że mogą nigdy owego celu nie poznać.

Poznają go za jakieś dwa miesiące. A wtedy naprawdę zaczną się martwić.

Co jeszcze martwiło obdarzonych wyobraźnią filozofów Dysku, to problem płci Wielkiego A’Tuina. Podejmowano ogromne wysiłki, by ustalić ją raz na zawsze.

A gdy olbrzymi ciemny kształt płynie przez pustkę jak nieskończo­ny szylkretowy grzebień, pojawia się właśnie rezultat ostatniego z tych przedsięwzięć. To wirujący, całkowicie niesterowny kadłub Śmiałego Wędrowca, czegoś w rodzaju neolitycznego kosmolotu. Został skon­struowany i wypchnięty za krawędź przez kapłanów-astronomów kra­iny Krull, wygodnie usytuowanej na samym brzegu świata. Śmiały Wędrowiec dowiódł, że - niezależnie od ludzkich przesądów - ist­nieje coś takiego jak darmowa przejażdżka.

We wnętrzu statku przebywa Dwukwiat, pierwszy turysta Dysku. Zwiedzał go pilnie przez ostatnie kilka miesięcy, a teraz opuszcza w pośpiechu z powodów dość skomplikowanych, ale - najogólniej rzecz ujmując - mających związek z próbą ucieczki z Krulla.

Ta próba zakończyła się tysiącprocentowym sukcesem.

I chociaż wiele faktów świadczy o tym, że Dwukwiat może być rów­nież ostatnim turystą Dysku, w tej chwili podziwia on widoki.

Dwie mile ponad nim spada w otchłań mag Rincewind, przyodziany w coś, co na Dysku uchodzi za skafander kosmiczny. Strój ten można sobie wyobrazić jako kombinezon do nurkowania, projekto­wany przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli morza.

Sześć miesięcy temu Rincewind był zwykłym nieudanym magiem. Potem spotkał Dwukwiata i został wynajęty jako przewodnik z niewia­rygodnie wysoką pensją. Większą część czasu, jaki od tej pory upłynął, spędził będąc ostrzeliwany, zastraszany i ścigany, wisząc nad otchłania­mi bez żadnej nadziei na ratunek oraz - jak w tej chwili - spadając w te otchłanie.

Nie podziwia widoków, gdyż jego życie przewija mu się przed ocza­mi i wszystko zasłania. Właśnie się przekonuje, dlaczego wkładając ko­smiczny skafander w żadnym razie nie należy zapominać o hełmie.

Wiele można by jeszcze powiedzieć dla wyjaśnienia, dlaczego ci dwaj odlatują ze swego świata, i czemu Bagaż Dwukwiata - po raz ostatni widziany, gdy na setkach małych nóżek rozpaczliwie usiłował doścignąć swego pana - nie jest zwyczajnym kufrem. Jednak takie wyjaśnienia wywołują na ogół więcej kłopotów niż pożytku. Na przy­kład: podobno kiedyś na przyjęciu ktoś zapytał słynnego filozofa Ly Tin Weedle'a „Po co przyszedłeś?", i odpowiedź zajęła mu trzy lata.

Ważniejsze jest wydarzenie, które rozgrywa się o wiele wyżej, po­nad A’Tuinem, słoniami i konającym szybko magiem. Same włókna czasu i przestrzeni mają właśnie trafić do zgrzeblarki.

Powietrze gęste było od wyraźnego napięcia magicznego i gryzące od dymu świec odlanych z czarnego wosku, o po­chodzenie którego człowiek rozsądny nie powinien pytać.

Było coś niezwykłego w tej komnacie, ukrytej głęboko w podzie­miach Niewidocznego Uniwersytetu, głównej magicznej uczelni Dys­ku. Przede wszystkim zdawało się, że ma ona zbyt wiele wymiarów nie całkiem widzialnych, a raczej unoszących się tuż poza zasięgiem wzroku. Ściany pokrywały okultystyczne symbole, a większą część podłogi zajmowała Ośmiokrotna Pieczęć Bezruchu. W kręgach magów panowała opinia, że Pieczęć zdolna jest powstrzymywać wszelkie formy mocy, a jej skuteczność dorównuje celnie wymierzo­nej cegłówce.

Jedyne umeblowanie tej komnaty stanowił pulpit z ciemnego drewna, rzeźbiony w kształt ptaka... a raczej, szczerze mówiąc, w kształt skrzydlatego stworzenia, któremu prawdopodobnie lepiej się nie przyglądać zbyt dokładnie. Na pulpicie, umocowana do nie­go ciężkim łańcuchem z wieloma kłódkami, leżała księga.

Nie wyglądała szczególnie imponująco. Inne księgi w bibliotece Uniwersytetu miały okładki wysadzane rzadkimi klejnotami i cennym drewnem albo zrobione ze smoczej skóry. Ta była oprawiona w zwyczajną, dość wytartą skórę. Wyglądała jak książka, którą w bibliotecz­nych katalogach określa się jako „lekko podniszczoną", choć uczci­wość nakazuje przyznać, że sprawiała wrażenie nadniszczonej, przedniszczonej, zaniszczonej, a prawdopodobnie również śródniszczonej.

Spinały ją metalowe klamry. Nie były zdobione, jedynie bardzo ciężkie - podobnie jak łańcuch, który nie tyle mocował księgę do pulpitu, ile ją do niego przykuwał. Klamry wyglądały jak dzieło czło­wieka, który myślał o czymś bardzo konkretnym, i który większą część życia poświęcił wyrabianiu uprzęży do ujeżdżania słoni.

Powietrze gęstniało i wirowało. Karty księgi zaczynały się mar­szczyć w okropny, zdecydowanie świadomy sposób. Cisza w komnacie nabierała mocy niby z wolna zaciskana pięść.

Pół tuzina magów w nocnych koszulach kolejno zaglądało do środka przez małe okratowane okienko w drzwiach. Żaden z nich nie mógłby zasnąć, gdy działo się coś takiego. Spiętrzenie pierwotnej magii zalewało Uniwersytet jak fala.

- Już jestem - zawołał jakiś głos. - O co chodzi? I czemu mnie nie wezwano?

Galder Weatherwax, Najwyższy Wielki Mag Obrządku Srebrnej Gwiazdy, Lord Imperator Uświęconej Laski, Impissimus Ósmego Stopnia i 304 Rektor Niewidocznego Uniwersytetu, nie był postacią zwyczajnie imponującą nawet w czerwonej nocnej koszuli w ręcznie haftowane magiczne runy, w długiej szlafmycy z chwościkiem i ze świecą w kształcie krasnoludka w dłoni. Był postacią imponującą na­wet w pluszowych kapciach z pomponami.

Sześć przerażonych twarzy zwróciło się ku niemu.

- Ehm... Wezwano cię, panie - zauważył jeden z podmagów. -Dlatego tu jesteś- dodał tonem przypomnienia.

- Chciałem powiedzieć: dlaczego nie wezwano mnie wcześniej? - warknął Galder, przeciskając się do drzwi.

- Ee... wcześniej niż kogo, panie? - nie zrozumiał mag.

Galder spojrzał na niego groźnie, po czym zaryzykował szybki rzut oka przez kratkę.

Powietrze w komnacie migotało od maleńkich rozbłysków - to drobiny kurzu płonęły w strumieniu pierwotnej magii. Pieczęć Bez­ruchu zaczynała puchnąć i zwijać się przy krawędziach.

Księgę, o której mowa, nazywano Octavo. Najwyraźniej nie była to zwykła księga.

Naturalnie, istnieje wiele słynnych ksiąg magii. Niektórzy wymie­niają tu Necrotelicomnicon o kartach ze skóry pradawnych jaszczu­rów; inni wskazują Księgę Wyjścia Koło Jedenastej, spisaną przez ta­jemniczą i dość leniwą sektę lamaistyczną; inni jeszcze wspominają o Grimoire Skuterów, zawierającej podobno jedyny oryginalny dow­cip, jaki pozostał jeszcze we wszechświecie. Wszystkie one jednak to zwykłe pamflety wobec Octavo. Legenda głosi, że Stwórca - z typo­wym dla siebie roztargnieniem - pozostawił ją na Dysku wkrótce po zakończeniu swego głównego dzieła.

Osiem zaklęć uwięzionych na kartach księgi żyło własnym, tajem­nym i złożonym życiem. Powszechnie wierzono, że...

Galder zmarszczył brwi, widząc panujący w komnacie chaos. Na­turalnie, teraz pozostało w księdze tylko siedem zaklęć. Jakiś młody idiota, student magii, zdołał kiedyś zerknąć do księgi i jedno z zaklęć wyrwało się i utkwiło mu w pamięci. Nikt nie zdołał do końca pojąć, jak do tego doszło. Jak on się nazywał? Winswand?

Na grzbiecie księgi zapalały się oktarynowe i fioletowe iskry. Z pulpitu uniosła się cienka smużka dymu, a spinające okładki cięż­kie metalowe klamry wyglądały na bardzo wyczerpane.

- Dlaczego zaklęcia są takie niespokojne? - zapytał jeden z młod­szych magów.

Galder wzruszył ramionami. Nie mógł tego okazać, ale zaczynał się naprawdę niepokoić. Jako wytrawny czarnoksiężnik ósmego stop­nia dostrzegał na wpół wyimaginowane kształty, które pojawiały się przelotnie w rozedrganym powietrzu, przymilały się i kiwały do nie­go. Jak burza ściąga komary, tak ciężkie spiętrzenia magii zawsze przywabiają stwory z chaotycznych Wymiarów Piekieł - paskudne Stwory, całe ze śluzu i poskładanych byle jak organów. Szukały szcze­liny, by wśliznąć się do świata ludzi1. Trzeba temu zapobiec.

- Potrzebny mi ochotnik - oznajmił stanowczo. Nagle zapadła cisza. Tylko zza drzwi dobiegały jakieś dźwięki. Były to nieprzyjemne ciche trzaski ustępującego pod naciskiem metalu.

- No, dobrze - rzekł Galder. - W takim razie potrzebuję srebr­nych szczypiec, kwarty kociej krwi, małego bicza i krzesła...

Mówi się, że cisza jest przeciwieństwem hałasu. Nieprawda. Ci­sza jest tylko brakiem hałasu. Cisza byłaby straszliwym harmidrem w porównaniu z nagłą, cichą implozją bezdźwięczności, która trafiła magów z siłą wybuchu dmuchawca.

Z księgi wystrzeliła gruba kolumna ostrego blasku, w fali ognia uderzyła o sklepienie i zniknęła.

Galder spojrzał w otwór, nie zwracając uwagi na tlące się kosmyki brody. Dramatycznym gestem wyciągnął rękę.

- Na wyższe piętra! - krzyknął i ruszył biegiem po kamiennych stopniach, klapiąc kapciami i powiewając połami nocnej koszuli.

Inni magowie ruszyli za nim, przewracając się jeden o drugiego w swej gorliwości pozostania w tyle.

Mimo to wszyscy zdążyli zobaczyć, jak ognista kula magicznego potencjału znika w suficie komnaty.

Pomieszczenie to było kiedyś częścią biblioteki, ale przepływają­ca magia odmieniła na swej drodze wszystkie cząstki prawdopodobieństwa. Dlatego rozsądne wydawało się założenie, że małe fioleto­we traszki były wcześniej elementem podłogi, zaś ananasowy budyń -książkami. Kilku magów przysięgało, że siedzący pośród tego chao­su nieduży smętny orangutan przypominał głównego bibliotekarza. Galder spojrzał w górę.

- Do kuchni! - ryknął i pobrnął przez budyń ku schodom.

Nikt nigdy nie wykrył, w co zmienił się wielki piec z lanego żela­za, ponieważ wybił dziurę w ścianie i zdążył uciec, zanim do kuchni wpadła gromada magów w rozwianych koszulach. Głównego specja­listę przyrządzania jarzyn odkryto później w kotle na zupę. Bełkotał jakieś słowa bez związku, w stylu „Kłykcie! Straszliwe kłykcie!"

Ostatnie smugi magii, teraz już powolniejsze, znikały w suficie.

- Do Głównego Holu!

Schody były tu o wiele szersze i lepiej oświetlone. Zasapani i pachnący ananasem co sprawniejsi magowie dotarli na miejsce, gdy ognista kula wzleciała do połowy wysokości przewiewnej sali, będącej holem wejściowym Uniwersytetu. Tu zawisła nieruchomo, jeśli nie li­czyć drobnych wypustków, które strzelały z powierzchni i natychmiast zapadały się z powrotem.

Jak powszechnie wiadomo, magowie palą. To zapewne tłumaczy chór grobowych kaszlnięć i zgrzytów podobnych do dźwięku piły, które wybuchły nagle za Galderem. On zaś stał nieruchomo, oceniał sytuację i myślał, czy ośmieli się rozejrzeć za jakąś kryjówką. Chwycił za ramię przerażonego studenta.

- Sprowadź mi widzących, przyszłowidzących, patrzących w kry­ształowe kule i zerkających do wnętrza - warknął. - Chcę, żeby to przebadali.

W ognistej kuli powstawała jakaś forma. Galder zmrużył oczy i obserwował niewyraźny kształt. Nie mógł się mylić: to był wszechświat.

Był tego całkiem pewien, ponieważ w swojej pracowni miał jego model i wszyscy uważali, że wygląda on o wiele bardziej imponująco niż oryginał. Stwórca gubił się wobec możliwości drobnych pereł i srebrnego filigranu.

Ale maleńki wszechświat w kuli ognia był nieprzyjemnie... no... rzeczywisty. Brakowało mu tylko koloru. Pozostawał półprzejrzyście mglisto biały.

Galder widział Wielkiego A'Tuina, cztery słonie i sam Dysk. Ze swego miejsca nie rozróżniał szczegółów powierzchni, ale miał lo­dowatą pewność, że została wymodelowana z absolutną dokładnością. Dostrzegał jedynie miniaturową replikę Cori Celesti, na którego szczycie szczytów żyją kłótliwi, czasem drobnomieszczańscy bogowie świata. Mieszkają w pałacu, w wyłożonych marmurem, alabastrem i pluszem trzypokojowych apartamentach, które zechcieli naz­wać Dunmanifestin. Obywateli Dysku z pretensjami do wyższej kul­tury zawsze irytowała myśl, że rządzą nimi bogowie, dla których przy­kładem wzniosłego przeżycia artystycznego jest dzwonek do drzwi z melodyjką.

Maleńki, embrionalny wszechświat poruszył się lekko, przechylił...

Galder próbował krzyknąć, ale głos odmówił mu posłuszeństwa.

Spokojnie, ale z niepowstrzymaną siłą eksplozji, kształt rozrósł się.

Mag patrzył ze zgrozą, a potem ze zdumieniem, jak przenika przez niego lekko niby myśl. Wyciągnął rękę i obserwował blade wid­ma warstw skalnych, w pracowitej ciszy cieknące mu przez palce.

Wielki A’Tuin, większy już od domu, opadł wolno poniżej pozio­mu podłogi.

Magowie za Galderem stali zanurzeni po piersi w morzach. Jego uwagę zwróciła na moment łódka nie większa od kolca ostu. Po chwi­li zniknęła w ścianie i odpłynęła.

- Na dach! - wykrztusił, drżącym palcem wskazując w niebo.

Magowie, którym zostało jeszcze dość rozumu, by myśleć, i dość tchu, by biegać, ruszyli za nim. Pędzili przez kontynenty, gładko wsu­wające się w lity kamień.

Wciąż trwała noc, zabarwiona obietnicą świtu. Zachodził księżyc. Ankh-Morpork, największe miasto na ziemiach wokół Okrągłego Morza, spało.

To zdanie nie jest całkiem prawdziwe.

Z jednej strony ci obywatele miasta, którzy zwykle zajmują się, na przykład, sprzedażą warzyw, podkuwaniem koni, rzeźbieniem wyszu­kanych ozdób z nefrytu, wymianą pieniędzy czy produkcją stołów -ogólnie rzecz biorąc, spali. Chyba, że cierpieli na bezsenność. Albo wstali nocą - co się zdarza - żeby wyjść do toalety. Z drugiej strony wielu mniej praworządnych mieszkańców było całkiem przytomnych i - na przykład - przechodzili przez cudze okna, podrzynali gardła, toczyli ze sobą bójki i w ogóle znacznie lepiej się bawili. Spała za to większość zwierząt, z wyjątkiem szczurów. I nietoperzy, ma się rozu­mieć. Jeśli chodzi o owady...

Rzecz w tym, że takie opisowe zdania niezwykle rzadko precyzyj­nie oddają stan faktyczny. Za panowania Olafa Quimby II, Patrycju-sza Ankh, wydano odpowiednie prawa ograniczające użycie tego typu wyrażeń i wprowadzające do opowieści pewną dokładność. Stąd też, gdy legenda mówiła o znanym bohaterze, że „wszyscy sławili je­go męstwo", każdy ceniący swe życie bard dodawał szybko „z wyjąt­kiem kilku osób z rodzinnej wioski, które uważały go za kłamcę, oraz tych - a było ich niemało - którzy wcale o nim nie słyszeli". Poetyc­kie metafory zostały ściśle ograniczone do sformułowań typu: ,jego wspaniały rumak był chyży jak wiatr w dość spokojny dzień, powiedz­my: wiatr o sile trzech stopni". Każda przypadkowa uwaga o pięknolicej, której twarz tysiąc okrętów wyprawiła w morze, musiała zostać poparta dowodem, że obiekt pożądania istotnie przypomina butel­kę szampana.

Quimby zginął w końcu z ręki niechętnego poety podczas próby przeprowadzonej na terenie pałacu. Eksperyment miał wykazać wąt­pliwą precyzję przysłowia „Pióro mocniejsze jest od miecza". Dla uczczenia pamięci władcy zmieniono je, uzupełniając zdaniem: „wy­łącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre".

Do rzeczy. Około sześćdziesięciu siedmiu, może sześćdziesięciu ośmiu procent miasta spało. Co nie znaczy, że inni obywatele, zajęci swymi na ogół przestępczymi sprawami, zauważyli bladą falę zalewa­jącą ulice. Jedynie magowie, przyzwyczajeni do widzenia tego, co nie­widzialne, obserwowali, jak pieni się na odległych polach.

Dysk, jako że jest płaski, nie posiada prawdziwego horyzontu. Niektórzy żądni przygód żeglarze, którym od długiego wpatrywania się w jajka i pomarańcze przychodzą do głowy głupie pomysły, próbo­wali czasem dopłynąć na antypody. I szybko się przekonywali, dlacze­go odległe statki wyglądają czasem tak, jakby ginęły za krawędzią świa­ta. Dlatego mianowicie, że giną za krawędzią świata.

Jednakże w zapylonej i mglistej atmosferze nawet wzrok Galdera podlegał pewnym ograniczeniom. Mag podniósł głowę. Wysoko nad Uniwersytetem wznosiła się posępna i starożytna Wieża Sztuk, podob­no najstarsza budowla Dysku, ze słynnymi spiralnymi schodami o ośmiu tysiącach ośmiuset osiemdziesięciu ośmiu stopniach. Z jej dachu, otoczonego blankami i będącego siedzibą kruków i niepoko­jąco czujnych maszkaronów, mag potrafił sięgnąć wzrokiem do samej krawędzi Dysku. Oczywiście, po dziesięciu mniej więcej minutach przeraźliwego kaszlu.

- Niech to... - mruknął Galder. - W końcu po co jestem ma­giem? Aviento, thessalous! Będę latał! Do mnie, duchy powietrza i ciemności!

Wyciągnął pomarszczoną dłoń i wskazał fragment pokruszonego parapetu. Spod poplamionych nikotyną palców strzelił oktarynowy płomień i uderzył o nadgniły kamień w górze.

Kamień runął. Dzięki precyzyjnie wyliczonej wymianie pędów Galder uniósł się w górę, nocna koszula trzepotała wokół chudych nóg. Wyżej, wciąż wyżej wzlatywał, pędząc przez bladą poświatę niczym... no dobrze, niczym podstarzały, ale potężny mag, unoszony dzięki mistrzowskiemu pchnięciu kciukiem wagi wszechświata.

Wylądował wśród starych gniazd, odzyskał równowagę i spojrzał na oszałamiającą wizję świtu na Dysku.

O tej porze długiego roku Okrągłe Morze znajdowało się niemal dokładnie po stronie zachodu słońca od Cori Celesti. I kiedy światło dnia ściekało na krainy wokół Ankh-Morpork, cień góry rozcinał wid­nokrąg jak gnomon słonecznego zegara Boga. Jednak od strony nocy, ścigającej się z powolnym blaskiem aż do krańca świata, nadal kłębi­ła się linia białej mgły.

Za plecami usłyszał trzask suchych gałązek. Obejrzał się - to nad­szedł Ymper Trymon, drugi co do ważności w Obrządku i jedyny mag, który potrafił nadążyć za mistrzem.

Galder zignorował go chwilowo. Dbał tylko o to, by mocno trzy­mać się kamieni i wzmacniać personalne zaklęcia ochronne. Awanse nie zdarzały się często w fachu, który tradycyjnie gwarantował długie życie. Nikt więc nie miał pretensji do młodszego maga, jeśli próbo­wał zająć miejsce swego mistrza - uprzednio usunąwszy stamtąd po­przedniego lokatora. Poza tym było w Trymonie coś niepokojącego. Nie palił i pił wyłącznie przegotowaną wodę. Galder żywił niemiłe podejrzenie, że jest sprytny. Nie uśmiechał się zbyt często, lubił licz­by i przedziwne schematy struktur organizacyjnych, na których była masa kwadracików i strzałek wskazujących inne kwadraciki. Krótko mówiąc, był takim człowiekiem, który potrafi użyć słowa „personel" i nie żartować.

Cały widzialny Dysk okrywała teraz migotliwa biała skóra. Paso­wała idealnie.

Galder spojrzał na własne dłonie. Przesłaniała je blada sieć lśnią­cych nitek, które podążały za każdym ruchem palców.

Rozpoznał to zaklęcie. Sam takich używał. Ale jego były słabsze... o wiele słabsze.

- To czar Przemiany - oświadczy! Trymon. - Cały świat ulega zmianie.

Niektórzy, pomyślał niechętnie Galder, mieliby dość przyzwoito­ści, żeby na końcu takiego zdania umieścić wykrzyknik.

Zabrzmiał delikatny, czysty dźwięk, wysoki i ostry, jakby myszy pę­kło serce.

- Co to było? - spytał Galder. Trymon pochylił głowę.

- Chyba Cis.

Galder milczał. Biała mgła zniknęła i do obu magów zaczynały docierać pierwsze odgłosy budzącego się miasta. Wszystko wydawało się dokładnie takie samo jak poprzednio. Więc tyle wysiłku tylko po to, żeby nic się nie zmieniło?

Galder poklepał się po kieszeniach nocnej koszuli, a po chwili odnalazł obiekt poszukiwań za uchem. Wsunął do ust wilgotny nie­dopałek, wezwał magiczny ogień spomiędzy palców i zaciągnął się dymem tak mocno, aż niebieskie światełka rozbłysły mu przed ocza­mi. Raz czy dwa zakaszlał.

Zastanawiał się głęboko.

Próbował sobie przypomnieć, czy jacyś bogowie nie mają wobec niego długu wdzięczności.

Tymczasem bogowie byli równie zdziwieni jak magowie. Byli też bezsilni i w tej kwestii niezdolni do jakiegokolwiek dzia­łania. Zresztą i tak zajmowała ich trwająca całe eony wojna z Lodowymi Gigantami, którzy nie chcieli im zwrócić pożyczonej ko­siarki do trawy.

Jakąś wskazówkę dotyczącą sensu tych zdarzeń można dostrzec w fakcie, że Rincewind stwierdził, iż wcale nie kona, ale zwisa głową w dół z gałęzi sosny. I to w chwili, gdy jego przeszłe życie dotarło wła­śnie do całkiem interesującego fragmentu, kiedy miał piętnaście lat.

Bez trudu znalazł się na ziemi, spadając z jednej gałęzi na drugą, aż wylądował na stosie sosnowych igieł. Leżał tam nieruchomo, dyszał ciężko i żałował, że nie był lepszym człowiekiem.

Wiedział, że gdzieś istnieje absolutnie logiczne wytłumacze­nie faktu, że ktoś w jednej chwili umiera, spadając z brzegu świata, a w następnej wisi głową w dół na drzewie.

I -jak zwykle w takich chwilach - w myślach wezbrało mu Zaklęcie.

Nauczyciele na ogół uważali wrodzony talent Rincewinda do ma­gii za równy wrodzonym talentom ryb do górskich wspinaczek. Pew­nie i tak zostałby usunięty z Niewidocznego Uniwersytetu - nie po­trafił spamiętać zaklęć, a od papierosów dostawał mdłości. Ale praw­dziwe kłopoty sprowadziła na niego dopiero ta głupia historia, kiedy to zakradł się do komnaty, gdzie przykute do pulpitu leżało Octavo. I otworzył je.

Sprawę jeszcze bardziej gmatwało to, że nikt właściwie nie wie­dział dlaczego na tę chwilę wszystkie zamki zostały otwarte.

Zaklęcie nie było kłopotliwym lokatorem. Po prostu siedziało w pamięci jak stara ropucha na dnie stawu. Ale kiedy tylko Rincewind czuł się wyjątkowo zmęczony albo przestraszony, Zaklęcie próbowało zostać wypowiedziane. Nikt nie wiedział, co nastąpi, gdy jedno z Ośmiu Wielkich Zaklęć wypowie się samo z siebie. Wyrażano jed­nak zgodne opinie, że najlepszym miejscem dla obserwacji efektów byłby sąsiedni wszechświat.

To dość niezwykła myśl, skoro przyszła mu do głowy, gdy leżał na stosie igieł ledwie spadł za krawędź świata... ale Rincewind miał uczu­cie, że Zaklęcie dba o jego życie.

To mi odpowiada, pomyślał.

Usiadł i rozejrzał się. Był miejskim magiem. Wiedział wprawdzie, że rozmaite gatunki drzew różnią się między sobą, dzięki czemu ich ukochani i najbliżsi potrafią je rozpoznać. Ale sam był pewien tylko jednego: że koniec bez liści powinien tkwić w ziemi. Wokół znajdowało się zbyt wiele drzew, ustawionych w całkowitym bezładzie. Od wieków chyba nikt tu nie sprzątał.

Przypominał sobie niejasno, że aby poznać, gdzie człowiek się znalazł, należy sprawdzić, którą stronę pnia porasta mech. Te drzewa miały mech ze wszystkich stron, a prócz tego bulwiaste narośle i sę­kate stare konary. Gdyby drzewa były ludźmi, tutejsze siedziałyby w fotelach na biegunach.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna