Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona10/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

- Zabraliśmy je sobie - wyjaśniła Bethan.

- Ale zostawiliśmy pieniądze - zapewnił Dwukwiat. - To znaczy zostawilibyśmy, gdybyśmy jakieś mieli...

- Dlatego uparł się, żeby napisać wiadomość - dodała ze znużeniem Bethan.

Dwukwiat wyprostował się na pełną wysokość, co w jego przypad­ku nie było warte wysiłku.

- Nie widzę powodu... - zaczął z godnością.

- Tak, tak... - Dziewczyna usiadła zniechęcona. - Wiem, że nie widzisz. Rincewindzie, we wszystkich sklepach wyłamano drzwi, a po drugiej stronie ulicy tłum rabuje instrumenty muzyczne. Aż trudno uwierzyć.

- Tak... - Rincewind wybrał nóż i w zamyśleniu sprawdził ostrze. - Pewnie lutnicy.

Wsunął klingę w mur, przekręcił i odskoczył, gdy ciężki kamień upadł na ulicę. Podniósł głowę, policzył coś pod nosem i wyważył kolejny kamień.

- Jak to zrobiłeś? - zdziwił się Dwukwiat.

- Lepiej mi pomóż, dobrze?

Po chwili mag, wsuwając stopy w otwory, budował kolejne stopnie w połowie wysokości muru.

- Ta droga istnieje od wieków - dobiegł ich z góry jego głos. -Niektóre kamienie nie są spojone zaprawą. Tajne wejście, rozumie­cie? Uważajcie!

Następny kamień uderzył o bruk.

- Studenci zorganizowali to wiele lat temu. Można wygodnie wyjść i wrócić po zgaszeniu świateł.

- Aha - zawołał nagle Dwukwiat. - Teraz rozumiem. Przez mur do jasno oświetlonych tawern, żeby pić, śpiewać i recytować poezję.

- Prawie zgadłeś... Z wyjątkiem tych śpiewów i recytacji - potwier­dził Rincewind. - Parę szpikulców powinno być obluzowanych...

Coś brzęknęło.

- Z drugiej strony jest dość nisko - usłyszeli po kilku sekundach. - Chodźcie... jeśli idziecie.

I stało się: Rincewind, Dwukwiat i Bethan wkroczyli na te­ren Niewidocznego Uniwersytetu.

Tymczasem w innym punkcie miasteczka akademickiego... Ośmiu magów wsunęło swoje klucze i - po dłuższej chwili spoglą­dania na siebie niepewnie - przekręciło je. Coś cicho szczęknęło i zamki ustąpiły.

Octavo było wolne. Delikatny oktarynowy blask rozjaśnił okładki. Nikt nie zaprotestował, gdy Trymon podniósł księgę. Poczuł mrowienie w ręku.

- A teraz do Głównego Holu, bracia - powiedział. -Ja poprowa­dzę, jeśli pozwolicie...

Nikt się nie sprzeciwił.

Dotarł do drzwi, ściskając pod pachą księgę. Zdawała się gorąca i jakby kłująca.

Z każdym krokiem oczekiwał krzyku, protestu... i nic się nie zdarzyło. Z najwyższym trudem powstrzymywał się od śmiechu. Poszło łatwiej, niż sobie wyobrażał.

Pozostali byli dopiero w połowie drogi przez ciasny loch i może nawet dostrzegli coś w pozycji jego ramion... Ale już za późno, gdyż przekroczył próg, chwycił klamkę, zatrzasnął drzwi, przekręcił klucz i uśmiechnął się.

Sprężystym krokiem pomaszerował do schodów. Ignorował wście­kłe wołania magów, którzy właśnie odkryli, jak trudno jest rzucić czar w pomieszczeniu zaprojektowanym tak, żeby było odporne na magię.

Octavo szarpnęło się, ale Trymon trzymał je mocno. Biegł teraz, nie zwracając uwagi na przerażające iluzje pod pachą, na księgę zmieniającą się w rzeczy kosmate, lodowate albo kolczaste. Ręka mu

zdrętwiała. Lekkie świergoczące dźwięki, które słyszał przez cały czas, teraz nabrały mocy. Pojawiły się też inne: głosy drwiące, wzywające go, głosy istot niewyobrażalnie strasznych, które Trymonowi aż nazbyt łatwo było sobie wyobrazić. Przebiegł przez Główny Hol i ruszył schodami w górę. Cienie poruszyły się, zgęstniały i otoczyły go zwartym kręgiem. Nagle zdał sobie sprawę, że coś go ściga... coś na giętkich nogach, biegnące nieprzyzwoicie szybko. Lód osiadał na ścianach. Drzwi sięgały po niego, kiedy je mijał. Schody pod nogami sprawiały wrażenie języka...

Nie na darmo Trymon przez długie godziny rozwijał psychiczne muskuły w niezwykłym uniwersyteckim odpowiedniku sali gimnastycznej. Nie ufaj zmysłom, powtarzał sobie, gdyż łatwo je oszukać. Schody gdzieś tu są... zażądaj, żeby były, powołaj je do istnienia, i chłopie, lepiej zrób to dobrze, bo nie wszystko tu jest iluzją.

Wielki A'Tuin zwolnił.

Płetwami wielkości kontynentów niebiański żółw walczył z przyciąganiem gwiazdy. Czekał. Nie miał czekać długo...

Rincewind ostrożnie wkroczył do Głównego Holu. Płonęło tu kilka pochodni i wyglądało na to, że przygotowano wszystko do jakiegoś magicznego rytuału. Jednak ceremonialne świece leżały poprzewracane, a wyrysowane kredą złożone oktogramy były zamazane, jakby ktoś po nich tańczył. W powietrzu unosił się zapach przykry nawet według liberalnych norm Ankh-Morpork. Była w nim sugestia siarki, lecz w głębi coś znacznie gorszego. Cuchnęło jak dno stęchłej sadzawki.

Coś trzasnęło i z daleka zabrzmiał chór okrzyków.

- Chyba padła brama - zauważył Rincewind.

- Wynośmy się stąd - zaproponowała Bethan.

- Podziemia są tam - poinformował mag i skręcił pod łuk sklepienia.

- Tam na dole?

- Tak. Wolisz zostać tutaj?

Z pierścienia w ścianie wyjął pochodnię i ruszył schodami w dół. Po kilku kondygnacjach skończyła się boazeria na ścianach i po­zostały surowe kamienie. Tu i ówdzie ciężkie drzwi stały otworem.

- Coś słyszałem - stwierdził Dwukwiat.

Rincewind zaczął nasłuchiwać. Z głębi lochów dochodziły jakieś głosy. Nie brzmiały przerażająco. Mieli wrażenie, jakby wielu ludzi dobijało się do drzwi i wołało „Ej! Rup!"

- To nie te Stwory z Wymiarów Piekieł, o których nam opowiada­łeś? - upewniła się Bethan.

- One tak nie przeklinają - odparł Rincewind. - Chodźmy.

Pobiegli wilgotnymi korytarzami, podążając za krzykami, prze­kleństwami i potwornym kaszlem, który dodawał im odwagi. Cokol­wiek tak się krztusi, nie może stanowić wielkiego zagrożenia.

W końcu dotarli do drzwi osadzonych we wnęce. Wyglądały na dostatecznie mocne, by powstrzymać morze. Znajdowało się w nich małe okratowane okienko.

- Hej! - zawołał Rincewind.

Nie był to szczególnie wymyślny okrzyk, ale nic lepszego nie przy­szło mu do głowy.

Zapadła cisza. Po chwili zza drzwi odezwał się głos.

- Kto tam? - zapytał bardzo powoli.

Rincewind natychmiast go rozpoznał. Dawno temu, w upalne popołudnia w klasie, ten głos wyrywał go z marzeń w krainę grozy. Należał do Lemuela Pantera, który kiedyś swoim celem życiowym uczynił wbicie do głowy młodemu studentowi podstaw wróżb i przywołań. Rincewind pamiętał te oczy jak wiertła na świńskiej twarzy, pamiętał głos mówiący: „A teraz pan Rincewind narysuje na tablicy odpowiedni symbol". A potem tysiąc mil drogi wśród milczących kolegów, kiedy usiłował sobie przypomnieć, o czym brzęczał ten głos pięć minut temu. Jeszcze teraz trwoga ściskała mu krtań i dręczyło niejasne poczucie winy. Piekielne Wymiary nie miały z tym nic wspólnego.

- Przepraszam pana, to ja, proszę pana, Rincewind - wykrztusił. Zauważył spojrzenia Dwukwiata i Bethan. Odchrząknął. - Właśnie -dodał głosem tak stanowczym, na jaki tylko mógł się zdobyć. - To ja: Rincewind. Tak jest.

Po drugiej stronie zaszeleściły szepty.

- Rincewind?



- Jaki prinz ?

- Przypominam sobie takiego chłopaka, Zupełnie się nie...

- Zaklęcie, pamiętacie?

- Rincewind?

Przez chwilę trwało milczenie. Wreszcie głos zapytał:

- W zamku pewno nie ma klucza, co?

- Nie - przyznał Rincewind.

- Co powiedział?

- Żenię.

- To dla niego typowe.

- Ehem... Kto tam jest? - zapytał Rincewind.

- Mistrzowie Magii - odparł z godnością głos.

- Dlaczego?

Znowu cisza, zakłócana tylko ożywioną dyskusją zakłopotanych szeptów.

- My, tego... jesteśmy tu zamknięci - wyjaśnił niechętnie głos.

- Jak to? Z Octavo? Szepty.

- Octavo... właściwie tu... właściwie go nie ma...

- Aha. Ale wy jesteście - powiedział Rincewind jak najuprzejmiej, uśmiechnięty niczym nekrofil w kostnicy.

- Jak się zdaje, tak właśnie wygląda sytuacja.

- Czy możemy wam jakoś pomóc? - spytał gorliwie Dwukwiat.

- Możecie nam pomóc stąd wyjść.

- Potrafimy otworzyć zamek? - spytała Bethan.

- Nic z tego - odparł Rincewind. - Absolutnie odporny na zło­dziei.

- Cohen by pewnie potrafił - stwierdziła lojalnie dziewczyna. -Gdziekolwiek teraz jest...

- Bagaż szybko wyłamałby te drzwi - dodał Dwukwiat.

- No to po sprawie - oświadczyła Bethan. - Wyjdźmy na świeże powietrze. W każdym razie świeższe. Odwróciła się.

- Zaraz, zaraz - powstrzymał ją Rincewind. - To typowe, prawda? Biedaczysko Rincewind i tak nic nie wymyśli, prawda? Nie, to tylko tępy kloc, nic więcej. Kopnijcie go przechodząc. Nie ma co na niego liczyć, jest...

- No dobrze - wtrąciła Bethan. - Mów, jaki masz pomysł.

- ...nikim, durniem, zwyczajnym... Co?

- Jak zamierzasz otworzyć te drzwi?

Rincewind przyglądał się jej, rozdziawiając usta. Potem spojrzał na drzwi. Były naprawdę solidne, a zamek ociekał wręcz pewnością siebie.

Ale kiedyś, bardzo dawno temu, udało mu się tam wejść. Student Rincewind pchnął te drzwi, a one ustąpiły. A po chwili Zaklęcie wsko­czyło mu do głowy i zrujnowało życie.

- Posłuchaj - odezwał się głos zza kratki, najdelikatniej jak tyl­ko potrafił. - Idź i poszukaj jakiegoś maga. No, bądź grzecznym chłopcem...

Rincewind nabrał tchu.

- Cofnijcie się - rzucił.

- Co?


- Schowajcie się za czymś - warknął. Głos drżał mu tylko odrobinę. - Wy też - dodał, zwracając się do Bethan i Dwukwiata.

- Przecież nie możesz...

- Mówię poważnie!

- Mówi poważnie - potwierdził Dwukwiat. - Widzisz tę małą żyłkę na skroni? Kiedy pulsuje mu właśnie tak, to znaczy...

- Zamknij się!

Rincewind niepewnie wyciągnął rękę i wskazał zamek.

Panowała absolutna cisza.

Bogowie, pomyślał. Co teraz?

W ciemnościach jego umysłu Zaklęcie poruszyło się niespokojnie.

Rincewind próbował dostroić się do rezonansu czy czegokolwiek innego, co występuje w metalu zamka. Gdyby zasiał chaos wśród atomów, żeby się rozpadły...

Nic się nie stało.

Przełknął ślinę i skoncentrował umysł na drewnie. Było stare, niemal skamieniałe i pewnie nie zapłonęłoby nawet wymoczone w oliwie i wrzucone na palenisko. Spróbował mimo to, tłumacząc pradawnym molekułom, że powinny podskakiwać, by zwiększyć temperaturę...

W pełnej napięcia ciszy swego umysłu zmierzył gniewnym wzrokiem Zaklęcie. Wyraźnie osłupiało.

Zastanowił się nad powietrzem wokół drzwi: jak można je skręcić w dziwaczne kształty, by same drzwi zaistniały w całkiem innym układzie współrzędnych.

Drzwi stały na miejscu, wyzywająco solidne.

Spocił się. W myślach znowu rozpoczynał nieskończony marsz do tablicy wśród uśmiechniętych drwiąco kolegów. Jeszcze raz spojrzał na zamek. Z pewnością jest wykonany z małych kawałków metalu, nie­zbyt ciężkich...

Zza kratki dobiegi najcichszy z dźwięków. To magowie odprężali się i potrząsali głowami.

- A nie mówiłem... - szepnął któryś.

Zabrzmiał cichy zgrzyt, a potem trzask.

Twarz Rincewinda zmieniła się w maskę. Pot kapał mu z brody.

Znowu coś trzasnęło i zgrzytnęły oporne sworznie. Trymon wprawdzie naoliwił zamek, ale oliwę wchłonęła rdza i kurz wieków. A dla maga jedynym sposobem na poruszenie czegokolwiek, jeśli nie może wykorzystać zewnętrznego punktu podparcia, jest użycie podpory własnego umysłu.

Rincewind starał się z całej mocy, by mózg nie wypłynął mu uszami.

Zamek zagrzechotał. Metalowe pręty zgięły się w wyszczerbionych otworach, ustąpiły, pchnęły dźwignie. Dźwignie szczęknęły, nacięcia trafiły na bolce. Rozległ się długi, przeciągły zgrzyt. Rincewind osunął się na kolana.

Drzwi uchyliły się na opornych zawiasach. Magowie wyszli ostroż­nie.

Dwukwiat i Bethan pomogli Rincewindowi wstać. Twarz mu poszarzała i chwiał się na nogach.

- Nieźle - ocenił któryś z magów, badając zamek. - Może trochę za wolno.

- To nieważne - zawołał Jiglad Wert. - Czy nie spotkaliście kogoś po drodze?

- Nie - odparł Dwukwiat.

- Ktoś ukradł Octavo.

Rincewind gwałtownie odwrócił głowę. Skoncentrował się.

- Kto?


- Trymon...

Rincewind przełknął ślinę.

- Wysoki? - zapytał. - Jasne włosy, trochę podobny do fretki?

- Właściwie, kiedy już o tym wspomniałeś...

- Był w mojej klasie. Wszyscy powtarzali, że daleko zajdzie.

- Zajdzie o wiele dalej, jeśli otworzy księgę - stwierdził jeden z magów, w drżących palcach pospiesznie skręcając papierosa.

- Czemu? - zdziwił się Dwukwiat. - Co się stanie? Magowie spojrzeli po sobie.

- To pradawny sekret, przekazywany z maga na maga - rzekł Wert. - Nie możemy go zdradzać ludziom nieuczonym.

- Czy to takie ważne?

- Może nie... zresztą i tak już pewnie nie ma znaczenia. Jeden umysł nie zdoła pomieścić wszystkich zaklęć. Załamie się i powstanie otwór.

- Gdzie? W jego głowie?

- No... nie. W osnowie wszechświata - wyjaśnił Wert. - Jemu może się wydawać, że sam nad tym zapanuje, ale...

Wyczuli ów dźwięk, zanim jeszcze go usłyszeli. Rozpoczął się jako powolna wibracja w kamieniach, potem nagle wzniósł się do ostrego jak nóż pisku, który omijał bębenki i wwiercał się bezpośrednio w mózg. Brzmiał jak głos człowieka, który śpiewa, modli się albo krzy­czy, były w nim jednak inne, głębsze rezonanse.

Magowie pobledli. Potem, jak jeden mąż, odwrócili się i pognali schodami w górę.

Na zewnątrz budynku zebrał się tłum. Niektórzy trzymali pochodnie, inni przerwali właśnie układanie stosów chrustu pod ścianami. Wszyscy patrzeli na Wieżę Sztuk.

Magowie przecisnęli się między ludźmi i także zadarli głowy.

Niebo pełne było księżyców, a każdy trzykrotnie przerastał księ­życ Dysku. Wszystkie tkwiły w cieniu, ukazując jedynie różowe sierpy tam, gdzie odbijały światło gwiazdy.

Ale o wiele bliżej szczyt Wieży Sztuk jarzył się w płomiennej furii. W łunie przemykały niewyraźne cienie, a ich kształt nie dodawał otuchy. Dźwięk zmienił się w coś podobnego do wzmocnionego milion razy brzęczenia komara.

Niektórzy z magów padli na kolana.

- Zrobił to! - Wert pokręcił głową. - Otworzył przejście.

- A to są demony? - zapytał Dwukwiat.

- Co tam demony - westchnął Wert. - Demony to miłe towarzystwo w porównaniu z tym, co próbuje się tu przedostać.

- Są gorsze niż wszystko, co potrafisz sobie wyobrazić - dodał Panter.

- Potrafię sobie wyobrazić kilka naprawdę strasznych rzeczy - za­pewnił Rincewind.

- Te są gorsze.

- Och.


- I co macie zamiar z tym zrobić? - odezwał się dźwięczny głos. Obejrzeli się. Bethan patrzyła na nich, krzyżując ręce na piersi.

- Słucham? - nie zrozumiał Wert.

- Jesteście magami, tak? - rzekła. - Więc bierzcie się do roboty.

- Co? Wystąpić przeciw temu, co się tam dzieje? - zdumiał się Rincewind.

- Znasz kogoś innego?

Wert przecisnął się do przodu.

- Droga pani, chyba nie w pełni pani rozumie...

- Piekielne Wymiary wysypią się do naszego wszechświata, zgadza się? - spytała Bethan.

- No... tak.

- I wszystkich pożrą stwory z mackami zamiast twarzy. Zgadza się?

- Nie aż tak sympatyczne, ale...

- A wy chcecie na to pozwolić?

- Posłuchaj - wtrącił Rincewind. - Już po wszystkim. Nie można z powrotem umieścić zaklęć w księdze, nie można cofnąć tego, co zostało powiedziane, nie można...

- Można spróbować!

Rincewind westchnął i spojrzał na Dwukwiata. Nie znalazł go. Bezwiednie podążył wzrokiem ku podstawie Wieży Sztuk. Zdążył jeszcze dostrzec znikającą w drzwiach pulchną sylwetkę turysty i miecz niefachowo trzymany w dłoni.

Stopy Rincewinda podjęły samowolną decyzję, całkowicie błędną z punktu widzenia głowy.

Pozostali magowie spoglądali za nim.

- I co? - spytała Bethan. - On idzie. Magowie starali się nie patrzeć sobie w oczy.

- Chyba moglibyśmy spróbować - stwierdził w końcu Wert. - To się nie rozszerza.

- Ale nie mamy już prawie magii - wtrącił któryś z jego kolegów.

- A czy ktoś ma lepszy pomysł?

Jeden po drugim, w połyskujących w niesamowitym blasku cere­monialnych szatach, magowie odwrócili się i podreptali do wieży.

Wieża była wewnątrz pusta, a kamienne stopnie wmurowano spiralnie w ściany. Dwukwiat pokonał kilka okrążeń, nim dopędził go Rincewind.

- Czekaj - zawołał tonem perswazji. - Takie rzeczy są dobre dla Cohena i jemu podobnych, nie dla ciebie. Nie obraź się.

- A czy on dałby radę?

Rincewind zerknął na rozjarzoną łunę, padającą z odległego otworu w dachu wieży.

- Nie - przyznał.

- Więc nie będę gorszy od niego, prawda? - zapytał Dwukwiat, mężnie ściskając swój kradziony miecz.

Rincewind skakał za nim, trzymając się jak najbliżej ściany.

- Nic nie rozumiesz! - zawołał. - Tam na górze są niewyobrażal­nie straszne potwory!

- Zawsze twierdziłeś, że nie mam wyobraźni.

- Słuszna uwaga - przyznał Rincewind. - Ale... Dwukwiat usiadł.

- Posłuchaj - rzekł. - Odkąd tu przybyłem, cały czas czekałem na coś takiego. Przecież to właśnie jest przygoda. Samotny przeciwko bogom i w ogóle...

Rincewind kilka razy otwierał i zamykał usta, zanim wreszcie jakoś się z nich wydostały właściwe słowa.

- Potrafisz używać miecza? - zapytał słabym głosem.

- Nie wiem. Nigdy nie próbowałem.

- Jesteś szalony!

Dwukwiat przyglądał mu się z ukosa.

- I kto to mówi? - spytał drwiąco. - Jestem tutaj, ponieważ na ni­czym się nie znam. Ale ty? - Wyciągnął rękę, wskazując zdyszanych magów wspinających się po schodach. - A tamci?

Błękitne światło przeszyło wnętrze wieży. Zahuczał grom.

Magowie dogonili ich. Kaszleli głośno i z trudem łapali oddechy.

- Jaki jest plan? - spytał Rincewind.

- Nie ma żadnego - odparł Wert.

- Świetnie. Doskonale. W takim razie nie będę wam przeszkadzał w jego wypełnieniu.

- Idziesz z nami - oświadczył Panter.

- Przecież nie jestem nawet prawdziwym magiem. Wyrzuciliście mnie. Pamiętacie?

- Nie miałem jeszcze mniej uzdolnionego studenta - przyznał stary mag. - Ale jesteś tutaj, a to jedyne, co się liczy. Chodźmy.

Światło rozbłysło i zgasło. Straszliwe odgłosy ucichły jak zduszone. Cisza wypełniła wieżę - ciężka, pełna napięcia cisza.

- Przestało - zauważył Dwukwiat.

Coś poruszyło się wysoko, na tle kwadratu czerwonego nieba. Opadało powoli, wirując i przelatując od ściany do ściany, aż wylądo­wało na schodach o jeden krąg pod nimi.

Rincewind dobiegł tam pierwszy.

To było Octavo. Ale leżało na kamieniu bezwładne i martwe jak zwykła książka. Strony szeleściły w przeciągu. Dwukwiat sapał tuż za plecami Rincewinda.

- Są czyste - wyszeptał. - Wszystkie strony są czyste.

- A więc dokonał tego - stwierdził Wert. - Przeczytał zaklęcia. Udało mu się. Nigdy bym nie uwierzył.

- A te hałasy? - spytał z powątpiewaniem Rincewind. - I światła? A te kształty? Nie wyglądało mi to na sukces.

- Przy wielkich dziełach magicznych zawsze mamy do czynienia z pewnym zakresem pozawymiarowej uwagi - rzucił lekceważąco Pan­ter. - Robi wrażenie na widzach, nic więcej.

- To w górze wyglądało jak potwory - oświadczył Dwukwiat, sta­jąc bliżej Rincewinda.

- Potwory? Pokażcie mi jakiegoś potwora! - zawołał Wert. Odruchowo podnieśli głowy. Z góry nie dobiegał żaden dźwięk. Nic się nie poruszyło na tle jasnego kwadratu wejścia.

- Powinniśmy chyba pójść tam i hm... pogratulować mu - oświad­czył Wert.

- Pogratulować? - nie wytrzymał Rincewind. - On ukradł Octavo! A was zamknął!

Magowie spojrzeli na niego z wyższością.

- No, cóż - rzekł jeden. - Kiedy poczynisz odpowiednie postępy w sztuce, mój chłopcze, przekonasz się, że niekiedy najważniejszy jest sukces.

- To cel się liczy - oświadczył bez ogródek Wert. - A nie droga do niego.

Ruszyli spiralą w górę.

Rincewind usiadł i w ciemności zmarszczył brwi.

Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. To był Dwukwiat, który wciąż trzymał Octavo.

- Jak można w ten sposób traktować książki - powiedział. - Patrz, przegiął grzbiet w drugą stronę. Ludzie zawsze tak robią. Nie mają pojęcia, jak się z nimi obchodzić.

- Aha - mruknął niewyraźnie Rincewind.

- Nie martw się - poprosił Dwukwiat.

- Nie martwię się. Jestem zły. Daj mi to!

Porwał księgę i otworzył ją gwałtownie. Potem przeszukał głębie swego umysłu, gdzie siedziało Zaklęcie.

- No, dobrze — warknął. — Zabawiłeś się, zrujnowałeś mi życie, a teraz wracaj na swoje miejsce!

- Przecież ja... - zaprotestował Dwukwiat.

- Zaklęcie! Chodzi mi o Zaklęcie! No już, wracaj na kartkę! Oczy wyszły mu z orbit, tak mocno wpatrywał się w stary pergamin.

- Wtedy cię wypowiem! - krzyczał, a głos odbijał się echem od ścian wieży. - Możesz dołączyć do reszty i robić potem co ci się po­doba!

Wcisnął księgę w dłoń Dwukwiata i zataczając się ruszył do góry.

Magowie dotarli na szczyt i zniknęli w otworze. Rincewind wspiął się za nimi.

- Chłopcze, tak? - mruczał pod nosem. - Kiedy poczynię postępy w sztuce, tak? Przez lata udawało mi się żyć z jednym z Wielkich Zaklęć w głowie i nie zwariowałem, prawda? - Rozważył wszelkie aspekty ostatniego pytania. - Nie zwariowałeś - uspokoił sam siebie. - Nie zacząłeś rozmawiać z drzewami, nawet kiedy drzewa z tobą roz­mawiały.

Wynurzył się w dusznym powietrzu na szczycie wieży. Spodziewał się, że zobaczy kamienie poczerniałe od ognia, pokreślone śladami szponów, a może nawet coś jeszcze gorszego. Zobaczył natomiast sied­miu mistrzów magii stojących obok Trymona, który nie odniósł naj­mniejszej szkody. Obejrzał się tylko i uśmiechnął z sympatią.

- Co widzę? Rincewind! Wejdź" i przyłącz się do nas.

Więc to jest to, pomyślał Rincewind. Cały dramat na nic. Może naprawdę nie nadaję się na maga, może...

Podniósł głowę i spojrzał w oczy Trymona.

Może to Zaklęcie przez lata zamieszkujące umysł wpłynęło na jego wzrok. Może podróże z Dwukwiatem, który widział rzeczy takimi, jakimi być powinny, nauczyły go widzieć rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Jedno było pewne: najtrudniejszą rzeczą, jakiej dokonał w swoim życiu Rincewind, było spojrzeć w oczy Trymona i nie rzucić się do ucieczki ani nie zwymiotować gwałtownie.

Pozostali nic chyba nie zauważyli.

I w ogóle się nie ruszali.

Trymon usiłował zawrzeć siedem Zaklęć w swoim umyśle, ten załamał się i Wymiary Piekieł znalazły bramę. Głupio byłoby oczekiwać, że machając czułkami i mackami Stwory wymaszerują z jakiegoś rozdarcia w niebie. To staromodna metoda, zbyt ryzykowna. Nawet bezimienna groza nauczyła się iść z duchem czasu. Tak naprawdę Stwory musiały tylko wejść do czyjejś głowy.

Oczy Trymona były pustymi otworami.

Wiedza niczym lodowe ostrze wdarła się do umysłu Rincewinda. Wymiary Piekieł okażą się placem zabaw dla dzieci w porównaniu z tym, co Stwory zrobią we wszechświecie porządku. Ludzie pragnęli porządku i dostaną go: porządek obracającej się śruby, niezmienne prawo linii prostych i liczb. Będą błagali o mękę...

Trymon przyglądał mu się. Coś mu się przyglądało. A inni nadal nic nie zauważyli. Czy potrafiłby im to wytłumaczyć? Trymon wyglądał tak samo jak zawsze - gdyby nie te oczy i delikatny połysk skóry.

Rincewind patrzył i wiedział, że istnieją rzeczy gorsze od Zła. Wszystkie demony Piekła z radością poddadzą torturom ludzką du­szę, ale to właśnie dlatego, że dusze cenią tak wysoko. Zło zawsze usiłuje zdobyć wszechświat, ale przynajmniej uważa go za wart zdobywa-

nią. Lecz szara pustka za tymi pustymi oczami będzie deptać i ni­szczyć, nie dając swym ofiarom nawet dumy nienawiści. Nawet ich nie zauważy.

Trymon wyciągnął rękę.

- Ósme zaklęcie - powiedział. - Oddaj mi je. Rincewind cofnął się.

- To nieposłuszeństwo, Rincewindzie. Jestem przecież twoim zwierzchnikiem. Co więcej, zostałem wybrany najwyższym przywódcą wszystkich Obrządków.

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna