Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona11/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

- Naprawdę? - wychrypiał Rincewind. Zerknął na pozostałych magów. Stali nieruchomo jak posągi.

- Tak - odparł uprzejmie Trymon. - Bez żadnych nacisków. Bardzo demokratycznie.

- Wolałem tradycyjne sposoby - stwierdził Rincewind. - Tam nawet umarli mieli prawo głosu.

- Oddasz mi Zaklęcie z własnej woli - oświadczył Trymon. - Czy mam ci pokazać, co zrobię, jeśli odmówisz? A w końcu i tak ustąpisz. Będziesz wrzeszczał i błagał o szansę, by mi je przekazać.

Jeśli coś gdzieś się kończy, pomyślał Rincewind, to właśnie tutaj.

- Musisz je sobie wziąć - powiedział głośno. - Ja ci go nie oddam.

- Pamiętam cię. Zawsze byłeś marnym studentem. Nigdy napraw­dę nie ufałeś magii. Powtarzałeś, że musi istnieć lepsza metoda kie­rowania wszechświatem. No cóż, sam zobaczysz. Mam rozległe plany. Moglibyśmy...

- Nie my - przerwał stanowczo Rincewind.

- Oddaj mi Zaklęcie!

- Spróbuj je sobie wziąć! - Rincewind się cofnął. - Nie uda ci się.

- Doprawdy?

Rincewind odskoczył w bok, gdy strumień oktarynowego ognia wystrzelił z palców Trymona i pozostawił na kamieniach dachu wrzącą kałużę roztopionej skały.

Wyczuwał Zaklęcie ukryte w głębi umysłu. Wyczuwał jego lęk.

Szukał go w milczących jaskiniach myśli. Cofało się zdumione, jak pies stojący oko w oko z rozszalałą owcą. Tupiąc gniewnie, podążał za nim przez nie używane place i śródmiejskie dzielnice dotknięte katastrofą. Wreszcie znalazł je, ukryte za stosami skazanych wspo­mnień. Krzyknęło na niego bezgłośnie i wyzywająco, ale Rincewind nie miał czasu na głupstwa.

- To tak? - wrzasnął na nie. - Kiedy przychodzi czas, żeby poka­zać, na co cię stać, ty się chowasz? Tchórzysz?

To bzdura, powiedziało Zaklęcie. Chyba sam w to nie wierzysz. Jestem jednym z Ośmiu Zaklęć.

Ale Rincewind zbliżał się coraz bardziej, krzycząc: Możliwe, ale rzecz w tym, że wierzę. A ty lepiej sobie przypomnij, w czyjej głowie siedzisz, jasne? Tutaj mogę wierzyć, w co mi się podoba!

Rincewind odskoczył, gdy kolejny strumień ognia przebił gorące powietrze nocy. Trymon uśmiechnął się i wykonał rękami serię złożo­nych ruchów.

Straszliwy ciężar przygniótł Rincewinda. Miał wrażenie, że ktoś używa jako kowadła każdego skrawka jego skóry. Osunął się na ko­lana.

- Są rzeczy o wiele gorsze - zauważył uprzejmie Trymon. - Mogę sprawić, że ciało wypali ci się do kości... albo wypełnię je mrówkami. Mam moc, by...

- Mam miecz - odezwał się piskliwy, wyzywający głos.

Rincewind uniósł głowę. Przez czerwoną mgiełkę cierpienia do­strzegł Dwukwiata. Turysta stał za Trymonem i trzymał miecz w spo­sób doskonale nieprawidłowy.

Trymon roześmiał się i zgiął palce. Na jedną chwilę musiał roz­proszyć uwagę.

Rincewind był wściekły. Gniewał się na Zaklęcie, na świat, na ogólną niesprawiedliwość, na to, że ostatnio nie mógł się wyspać, i na

to, że nie potrafi myśleć logicznie. Ale najbardziej był zły na Trymona, który stał tam pełen mocy, jakiej Rincewind zawsze pragnął i nig­dy nie osiągnął - i nie robił z nią nic sensownego.

Skoczył, desperacko wymachując rękami i trafił Trymona głową w żołądek. Dwukwiat odleciał na bok, gdy potoczyli się na kamienie.

Trymon warknął i zdołał wypowiedzieć pierwszą sylabę zaklęcia, nim łokieć Rincewinda rąbnął go w szyję. Wybuch niekontrolowanej magii przypalił Rincewindowi włosy.

Rincewind walczył tak, jak walczył zawsze: nieumiejętnie, nieucz­ciwie i bez żadnej taktyki, jednak ze sporą dozą szybkości i energii. Nie dawał przeciwnikowi czasu, by się zorientował, że Rincewind nie jest zbyt dobrym ani silnym zapaśnikiem. Była to rozsądna strategia i często przynosiła efekty.

Przyniosła i teraz, gdyż Trymon za wiele czasu poświęcał na czyta­nie starych manuskryptów, zaniedbując ćwiczenia fizyczne i pozba­wiając organizm koniecznych witamin. Zdołał wprawdzie zadać kilka ciosów, ale Rincewind był zbyt rozwścieczony, by je zauważyć. W do­datku Trymon używał tylko rąk, zaś Rincewind atakował również sto­pami, kolanami i zębami.

I wygrywał.

To go zszokowało.

Jeszcze większy szok przeżył, gdy klęczał na piersi Trymona i raz po raz walił go w głowę. Wtedy nagle twarz przeciwnika zmieniła się. Skóra zafalowała i pomarszczyła się, jakby oglądana przez fale żaru. Trymon przemówił:

- Pomóż mi!

Przez chwilę patrzył jeszcze na Rincewinda z lękiem, bólem i bła­ganiem. I nagle jego oczy stały się wielościennymi bryłami w głowie, którą można było tak nazwać, jedynie rozciągając zakres definicji do granic możliwości. Macki, piłowate odnóża i szpony wyciągnęły się, by zedrzeć z kości dość łykowate ciało Rincewinda.

Dwukwiat, wieża i czerwone niebo zniknęły. Czas biegi coraz wol­niej i wreszcie stanął.

Rincewind z całej siły ugryzł mackę, która próbowała mu zerwać skórę z twarzy. Kiedy wyprostowała się z bólu, pchnął ręką i poczuł, że trafia w coś gorącego i lepkiego.

One patrzyły. Obejrzał się i zobaczył, że walczą na scenie ogrom­nego amfiteatru. Ze wszystkich stron rzędami siedziały istoty o twa­rzach jakby stworzonych drogą krzyżowania koszmarów. Pochwycił obraz jeszcze gorszych stworów za plecami, olbrzymich cieni sięgają­cych pochmurnego nieba. I wtedy potwór-Trymon zaatakował go haczykowatym żądłem rozmiarów włóczni.

Rincewind odskoczył w bok i machnął obiema dłońmi spleciony­mi w jedną pięść. Trafił stwora w brzuch czy może w odwłok. Ciosowi wtórował satysfakcjonujący chrzęst chityny.

Rincewind rzucił się naprzód. Walczył ze strachu przed tym, co nastąpi, jeśli przestanie. Upiorną arenę wypełniał świergot Piekielnych Stworów, atakująca uszy ściana szeleszczących dźwięków. Wyobraził so­bie, jak ten głos rozbrzmiewa na całym Dysku, i zadawał cios za ciosem, żeby ocalić świat ludzi, zachować maleńki krąg światła w mroku nocy chaosu, żeby zamknąć szczelinę, przez którą wkradał się koszmar. Głównie jednak uderzał, żeby powstrzymać uderzenia przeciwnika.

Szpony czy pazury kreśliły piekące linie na jego grzbiecie, jednak Rincewind w gąszczu łusek i kolców natrafił na węzeł miękkich rurek. Ścisnął je mocno.

Kolczaste ramię odrzuciło go na bok i potoczył się w czarnym pyle. Instynktownie zwinął się w kulę, lecz nic się nie stało. Otworzył oczy. Zamiast wściekłego natarcia, którego oczekiwał, zobaczył stwo­rzenie oddalające się niepewnie i kapiące rozmaitymi cieczami.

Po raz pierwszy ktoś uciekał przed Rincewindem.

Skoczył za wrogiem, chwycił pokrytą łuskami nogę i przekręcił ją. Stwór zaświergotał i zamachał tymi kończynami, które jeszcze funkcjonowały. Jednak uścisk Rincewinda był nie do rozerwania. Mag poderwał się i zadał ostatni solidny cios w jedyne pozostałe oko. Stwór wrzasnął i zaczął uciekać. A było tylko jedno miejsce, gdzie mógł uciec.

Wieża i krwawe niebo powróciły z pstryknięciem ruszającego czasu.

Gdy tylko Rincewind poczuł pod nogami kamienne płyty, szarp­nął całym ciężarem w bok i upadł na plecy, trzymając zdesperowane­go potwora na odległość ramion.

- Teraz! - krzyknął.

- Co teraz? - nie zrozumiał Dwukwiat. - A tak! Racja!

Machnął mieczem niefachowo, ale dość mocno. Klinga o cal mi­nęła Rincewinda i głęboko wbiła się w cielsko jego przeciwnika. Za­brzmiało przenikliwe brzęczenie, jakby cios trafił w gniazdo szerszeni. Ręce, nogi i macki wymachiwały w agonii. Stwór przetoczył się, wyjąc i w drgawkach okładając kamienie, a potem okładał już pustkę, ponieważ wytoczył się poza krawędź otworu wejścia. I pociągnął za sobą Rincewinda.

Coś zachlupotało, gdy stwór kilka razy odbił się od stopni, potem zabrzmiał wysoki, cichnący krzyk, kiedy spadał w studnię wieży. I wre­szcie głuchy huk i oktarynowy rozbłysk.

Dwukwiat został sam na szczycie wieży - to znaczy sam, jeśli nie liczyć siedmiu magów, którzy wciąż trwali nieruchomo, jakby przymarzli do posadzki. Siedział oszołomiony, gdy siedem ognistych kuł uniosło się z czerni i wpadło w porzucone Octaro. Księga natychmiast zaczęła wyglądać jak dawniej, a zatem o wiele bardziej interesująco.

- No, no - mruknął. - To pewnie Zaklęcia.

- Dwukwiacie!

Głos był głuchy, odbijał się echem i z pewnym wysiłkiem dawał się rozpoznać jako głos Rincewinda.

Dwukwiat znieruchomiał z ręką wyciągniętą w stronę księgi.

- Słucham - wykrztusił. - Czy to... czy to ty, Rincewindzie?

- Tak. - W głosie wibrowały grobowe tony. - I chciałbym, Dwu-kwiacie, żebyś coś dla mnie zrobił. To bardzo ważne.

Dwukwiat rozejrzał się. Wyprostował ramiona. A więc los Dysku miał jednak zależeć od niego.

- Jestem gotów - rzekł dumnie. - Co mam robić?

- Przede wszystkim wysłuchać mnie uważnie - odparł cierpliwie bezcielesny głos Rincewinda.

- Słucham.

- To bardzo ważne, żebyś... kiedy już skończę... nie pytał „O co ci chodzi?", nie spierał się ani nic podobnego. Rozumiesz?

Dwukwiat stanął na baczność. A przynajmniej jego umysł stanął na baczność, gdyż ciało nie było do tego zdolne. Wysunął za to kilka podbródków.

- Jestem gotów - powtórzył.

- Dobrze. Otóż chcę, żebyś...

- Tak?

Głos Rincewinda zabrzmiał głośniej z głębin klatki schodowej.



- Chcę, żebyś mnie wyciągnął, zanim puszczę ten kamień.

Dwukwiat otworzył usta i zamknął je pospiesznie. Podbiegł do kwadratowego otworu i zajrzał. W krwawym blasku gwiazdy dostrzegł wpatrzone w siebie oczy Rincewinda.

Dwukwiat położył się na brzuchu i wyciągnął rękę. Dłoń Rince­winda pochwyciła go za przegub takim uchwytem, który wyraźnie su­gerował, że jeśli Rincewind nie zostanie wyciągnięty, w żaden sposób tego uchwytu nie zwolni.

- Cieszę się, że żyjesz - zapewnił Dwukwiat.

- Miło mi. Ja też - odparł Rincewind.

Powisiał sobie trochę w ciemności. Po ostatnich minutach było to niemal przyjemne. Ale tylko niemal.

- Może byś mnie wyciągnął - podpowiedział.

- Mam wrażenie, że to będzie trudne - stęknął Dwukwiat. - Właściwie sądzę nawet, że niemożliwe.

- A czego się trzymasz?

- Ciebie.

- Miałem na myśli: czego oprócz mnie.

- Co to znaczy: oprócz ciebie? Rincewind wymówił słowo.

- Wiesz co? - zastanowił się Dwukwiat. - Schody biegną dookoła po spirali, tak? Gdybym cię trochę rozhuśtał i puścił...

-Jeśli próbujesz sugerować, że mam spadać dwadzieścia stóp w całkiem ciemnej wieży, w nadziei, że trafię na parę śliskich schodków, których może tam w ogóle nie ma... Wybij to sobie z głowy.

- Jest też inna możliwość.

- No gadaj, człowieku!

- Możesz spaść pięćset stóp w całkiem ciemnej wieży i trafić w kamienie, które są tam z całą pewnością - stwierdził Dwukwiat.

Odpowiedziała mu martwa cisza. Po długiej chwili Rincewind odezwał się oskarżycielskim tonem:

- To był sarkazm.

- Miałem wrażenie, że stwierdzam tylko to, co oczywiste. Rincewind stęknął.

- Pewnie nie mógłbyś rzucić jakiegoś czaru... - zaczął Dwukwiat

- Nie.


- Tak tylko pomyślałem.

W dole błysnęło światło, rozległy się krzyki, potem więcej świateł i więcej krzyków, wreszcie sznur pochodni ruszył schodami w górę.

- Jacyś ludzie wchodzą tu do nas - oznajmił Dwukwiat, zawsze chętny do udzielania informacji.

- Mam nadzieję, że biegną — odparł Rincewind. - Nie czuję już ręki.

- Masz szczęście. Ja swoją czuję.

Pochodnia na czele przystanęła i zagrzmiał czyjś głos, wypełniając niezrozumiałymi echami pustkę wieży.

- Zdaje się - rzekł Dwukwiat czując, że zsuwa się coraz dalej do otworu - że ktoś nam mówił, abyśmy się trzymali. Rincewind wymówił kolejne słowo. A potem dodał ciszej i bardziej nagląco:

- Szczerze mówiąc, ja już chyba dłużej nie wytrzymam.

- Spróbuj.

- Nic z tego. Ręka mi się ześlizguje.

Dwukwiat westchnął. Nadeszła pora na drastyczne środki.

- Proszę cię bardzo - powiedział ostro. - Spadaj. Nie obchodzi mnie to.

- Co? - Rincewind był tak zdumiony, że zapomniał o wypuszczeniu dłoni turysty.

- No dalej, umieraj. To najłatwiejsze.

- Najłatwiejsze?

- Musisz tylko runąć z wrzaskiem w dół i połamać sobie wszystkie kości. Każdy to potrafi. No, już! Nie chcę, żebyś pomyślał, że powi­nieneś zostać przy życiu, bo jesteś nam potrzebny, by wypowiedzieć Zaklęcia i ocalić Dysk. Nie, skąd... Kogo obchodzi, że wszyscy tu spło­niemy? Możesz myśleć tylko o sobie. Spadaj.

Zapadła długa, pełna zakłopotania cisza.

- Nie wiem, jak to się dzieje - stwierdził w końcu Rincewind. -Ale odkąd cię poznałem, jakoś sporo czasu poświęcam na wiszenie na czubkach palców na pewnej wysokości. Zauważyłeś?

- Nad zgubą - poprawił Dwukwiat.

- Jaką zgubą?

- Pewną - wyjaśnił uprzejmie Dwukwiat. Starał się ignorować po­wolne, ale niepowstrzymane ześlizgiwanie się ciała po kamieniach. — Wisisz nad pewną zgubą. Nie lubisz wysokości.

- Wysokości mi nie przeszkadzają - odparł z ciemności glos Rincewinda. - Z wysokościami mogę żyć. To głębie zajmują mnie w tej chwili. Wiesz, co zrobię, kiedy z tego wyjdę?

- Nie.

Dwukwiat zaczepił palcami stóp o szczelinę między kamieniami i spróbował samą siłą woli unieruchomić swoje ciało.



- Zbuduję dom w najbardziej płaskiej okolicy, jaką znajdę. Będzie miał tylko parter, a ja nie włożę nawet sandałów na grubej podeszwie...

Pochodnia na czele pokonała ostatni krąg spirali schodów i Dwukwiat zobaczył pod sobą uśmiechniętą twarz Cohena. Z tyłu dostrzegł podskakującą niezgrabnie, dodającą otuchy ciemną sylwetkę Bagażu.

- Wszystko w porządku? - zapytał Cohen. - Pomóc wam w czymś?

Rincewind nabrał tchu.

Dwukwiat rozpoznał objawy. Rincewind zamierzał powiedzieć coś w rodzaju: „Owszem, strasznie mnie swędzą plecy. Mógłbyś mnie podrapać przechodząc?" albo „Nie, lubię tak wisieć nad bezdennymi przepaściami". Uznał, że nie może na to pozwolić. Przemówił szybko.

- Wciągnij Rincewinda na schody - rzucił.

Rincewind w połowie warknięcia wypuścił powietrze.

Cohen złapał go w pasie i bezceremonialnie wciągnął na stopnie.

- Paskudnie to wygląda, tam, na dole — poinformował obojętnym tonem. - Kto to był?

- Czy on... - Rincewind przełknął ślinę. - Czy on miał... no wiesz... macki i takie różne?

- Nie - odparł Cohen. - Zupełnie normalne części. Oczywiście, porozrzucane nieco.

Rincewind zerknął na Dwukwiata. Ten pokręcił głową.

- To mag, który nie zdołał opanować swoich dzieł - wyjaśnił. Niepewnie, z głośno protestującymi ramionami, Rincewind pozwolił się wyprowadzić z powrotem na dach.

- Skąd się tu wziąłeś? - zapytał.

Cohen wskazał Bagaż, który podbiegł do Dwukwiata i otworzył wieko jak pies, co wie, że był niegrzeczny i ma nadzieję, że szybka de­monstracja uczuć ocali go przed autorytetem zwiniętej gazety.

- Trochę rzuca, ale jest szybki - stwierdził z podziwem. - I wiesz, co ci powiem? Jak na nim jeździsz, nikt nie próbuje cię zatrzymywać.

Rincewind spojrzał na niebo. Nadal było pełne księżyców, pokry­tych kraterami ogromnych kuł, dziesięciokrotnie większych niż mały satelita Dysku. Przyglądał im się bez większego zainteresowania. Czuł się wyczerpany, napięty poza granice wytrzymałości i kruchy jak stara guma.

Zauważył, że Dwukwiat usiłuje nastawić swoje obrazkowe pu­dełko.

Cohen oglądał właśnie siedmiu wielkich magów.

- Dziwne miejsce na stawianie posągów - zauważył. - Nikt ich tu nie zobaczy. Zresztą, niewiele są warte. Marna robota.

Rincewind podszedł niepewnym krokiem i ostrożnie dotknął piersi Werta. Była litym kamieniem.

To jest to, pomyślał. Chcę wracać do domu.

Chwileczkę... przecież jestem w domu. Mniej więcej. W takim ra­zie chcę się wyspać, a może do rana wszystko się ułoży.

Jego wzrok padł na Octavo, obramowane drobnymi rozbłyskami oktarynowych płomieni. A tak, przypomniał sobie.

Podniósł księgę i z roztargnieniem przerzucił karty. Gęsto wypeł­niało je złożone, ruchome pismo, które na jego oczach zmieniało się ł przekształcało. Sprawiało wrażenie, jakby nie mogło się zdecydować, czym powinno być. W jednej chwili wyglądało jak spokojny, rzeczowy druk, a w następnej jak ciąg kanciastych run. Potem okrągły kythijski język zaklęć. Potem piktogramy jakiegoś pradawnego, złego pisma: te przedstawiały chyba wyłącznie ohydne gadzie stworzenia, robiące sobie nawzajem jakieś skomplikowane i bardzo bolesne rzeczy...

Ostatnia strona była pusta. Rincewind westchnął i zajrzał w głąb swego umysłu. Zaklęcie odpowiedziało spojrzeniem.

Marzył o chwili, kiedy wreszcie je usunie i znowu obejmie w po­siadanie własną głowę, nauczy się wszystkich pomniejszych czarów, do tej pory zbyt przestraszonych, by pozostawać w jego pamięci. I miał nadzieję, że będzie to bardziej ekscytujące.

Tymczasem, znużony i zniechęcony, z miną nie dopuszczającą żadnej dyskusji, przyjrzał się Zaklęciu lodowato i wskazał metaforycznym kciukiem za siebie.

Ty tam! Wynocha!

Przez moment miał wrażenie, że Zaklęcie spróbuje się spierać, ale rozsądnie zrezygnowało z tego pomysłu.

Poczuł mrowienie, błękitny błysk za oczami i nagłą pustkę.

Strona księgi wypełniła się słowami. Znowu były to runy. Ucieszył się, ponieważ obrazki z gadami były nie tylko niewypowiedzianie ohydne, ale też prawdopodobnie niewymawialne. Przypominały mu również rzeczy, o których tylko z wielkim trudem zdołałby zapo­mnieć.

Tępo przyglądał się księdze. Tymczasem Dwukwiat krzątał się dookoła, a Cohen na próżno usiłował zerwać pierścienie z palców jednego ze skamieniałych magów.

Muszę czegoś dokonać, przypomniał sobie Rincewind. Zaraz... Co to było?

Otworzył księgę na pierwszej stronie i zaczął czytać. Poruszał war­gami, a palcem wskazującym kreślił kształt każdej z liter. A kolejne wymamrotane słowa pojawiały się bezgłośnie w powietrzu; wiatr szar­pał smugi jaskrawych barw.

Rincewind przewrócił stronę.

Jacyś ludzie wchodzili schodami - ludzie z gwiazdami, zwykli oby­watele, nawet kilku osobistych gwardzistów Patrycjusza. Kilku z gwia­zdami usiłowało bez szczególnego zapału zbliżyć się do Rincewinda, otoczonego już tęczowym wirem liter. Cohen dobył miecza i przyjrzał się im nonszalancko, więc po krótkim namyśle zrezygnowali.

Cisza niby kręgi fal w kałuży rozprzestrzeniała się wokół zgarbionej postaci Rincewinda. Spływała z wieży i obejmowała czekające tłumy, przelewała się przez mury, mrocznym strumieniem ciekła przez miasto i zalewała okolice. Nad Dyskiem zawisła ogromna kula gwiazdy. Nowe księżyce wirowały wokół niej powoli i bezgłośnie.

Jedynym dźwiękiem był chrapliwy szept Rincewinda, gdy odwracał kolejne strony.

- Czy to nie emocjonujące? - spytał Dwukwiat. Cohen skręcał właśnie papierosa ze smolistych szczątków jego przodków. Spojrzał tępo, z papierem uniesionym do ust.

- Czy co nie emocjonujące? - zapytał.

- Cała ta magia.

- To tylko światła - ocenił krytycznie Cohen. - Nawet nie wyciągnął gołębia z rękawa.

- Tak, ale czy nie wyczuwasz okultystycznego potencjału? Cohen wydobył z kapciucha dużą żółtą zapałkę, z namysłem spojrzał na Werta, po czym spokojnie potarł nią o skamieniały nos.

- Posłuchaj -jak najdelikatniej zwrócił się do Dwukwiata. - Czego się spodziewasz? Długo już chodzę po tym świecie i widziałem całą tę magię. I powiem ci, że jeśli będziesz za każdym razem rozdziawiał gębę, w końcu ktoś ci w nią przyłoży. Zresztą magowie umierają jak wszyscy, kiedy wetknie się w nich...

Przerwał mu głośny trzask. To Rincewind zamknął księgę. Wy­prostował się i rozejrzał.

Oto, co zdarzyło się zaraz potem:

Nic.


Zebrani wokół ludzie nie od razu to sobie uświadomili. Wszyscy skulili się instynktownie, oczekując eksplozji jaskrawego światła, po­łyskującej kuli ognia czy też - w przypadku Cohena, który nie liczył

na wiele - pary białych gołębi, ewentualnie trochę przyduszonego królika.

Nie było to nawet szczególnie interesujące nic. Czasami pewne rzeczy nie wydarzają się w sposób bardzo efektowny. Jednak w konkurencji nie-zdarzeń to nie miało najmniejszych szans.

- To wszystko? - zapytał Cohen.

Z tłumu dobiegły niechętne pomruki, a kilku ludzi z gwiazdami spojrzało gniewnie na Rincewinda. Mag patrzył tępo na Cohena.

- Chyba tak - odparł.

- Ale nic się nie stało.

Rincewind zerknął niepewnie na Octavo.

- Może to jakiś subtelny efekt - rzucił z nadzieją. - W końcu nie wiemy przecież, co powinno się stać.

- Wiedzieliśmy! - krzyknął jeden z ludzi z gwiazdami. - Magia nie działa! To tylko złudzenie.

Kamień zatoczył łuk i trafił Rincewinda w ramię.

- Tak - zawołał inny z gwiazdą. - Bierzmy go!

- Zrzućmy go z wieży!

- Bierzmy go, a potem zrzućmy z wieży! Tłum ruszył do ataku. Dwukwiat podniósł ręce.

- Jestem pewien, że nastąpiła jakaś pomyłka... - zdążył powiedzieć, nim ktoś podciął mu nogi.

- Niech to! - mruknął Cohen, rzucił niedopałek i przydeptał go sandałem. Dobył miecza i rozejrzał się za Bagażem.

Bagaż nie rzucił się Dwukwiatowi na ratunek. Stał nieruchomo przed Rincewindem, który niczym butelkę z gorącą wodą przyciskał do piersi Octavo i wyglądał na przerażonego.

Mężczyzna z gwiazdą skoczył ku niemu. Bagaż groźnie uniósł wieko.

- Ja wiem, czemu nie podziałało - odezwał się jakiś głos zza pleców napastników. To była Bethan.

- Tak? - odpowiedział jej najbliżej stojący obywatel. - A dlaczego niby mamy cię słuchać?

Ułamek sekundy później miecz Cohena dotknął jego karku.

- Chociaż z drugiej strony - kontynuował ów człowiek - powinniśmy się chyba przekonać, co ma do powiedzenia ta młoda dama.

Cohen odwrócił się powoli, z mieczem gotowym do ciosu. Bethan wystąpiła naprzód i wskazała ruchliwe kształty zaklęć, wciąż zawieszone w powietrzu wokół Rincewinda.

- To jest błędne - stwierdziła, wskazując plamę brudnego brązu wśród pulsujących, jaskrawych błysków. - Musiałeś źle zaakcentować jakieś słowo. Spójrzmy.

Rincewind w milczeniu podał jej Octavo. Otworzyła je i przerzuciła strony.

- Zabawne pismo - zauważyła. - Ciągle się zmienia. Co ten krokodyl robi ośmiornicy?

Rincewind zajrzał jej przez ramię i nie namyślając się, powiedział. Umilkła na chwilę.

- Aha - rzuciła spokojnie. - Nie wiedziałam, że krokodyle to potrafią.

- To tylko starożytne pismo obrazkowe - wyjaśnił pospiesznie Rincewind. - Zmieni się, jeśli chwilę zaczekasz. Zaklęcia mogą się objawić w każdym znanym języku.

- Pamiętasz, co mówiłeś, kiedy pojawił się ów brudnobrązowy kolor?

Rincewind przesunął palcem po stronie.

- Chyba tutaj. Gdzie ten dwugłowy jaszczur... robi to, co robi. Dwukwiat stanął obok dziewczyny. Zaklęcie przekształciło się.

- Nie umiem nawet tego wypowiedzieć - westchnęła Bethan. -Zygzak, zygzak, kropka, kreska.

- To śnieżne runy Cupumuguku - stwierdził Rincewind. - Chyba powinno się to wymawiać „zf'.

- Ale to nie podziałało. Może „sf'?

Spojrzeli na fruwające słowo. Pozostawało w zdecydowanie niewłaściwym kolorze.

- Albo „sff"? - zaproponowała Bethan.

- A może „tsff'? - mruknął z coraz większym powątpiewaniem Rincewind.

Słowo, jeśli w ogóle uległo zmianie, to stało się jeszcze bardziej brudnobrązowe.

- A co powiecie na „zsff? - wtrącił Dwukwiat.

- Nie żartuj - mruknął Rincewind. - Śnieżne rany nie...

Bethan szturchnęła go łokciem w żołądek i wyciągnęła rękę. Brązowa plama w powietrzu lśniła teraz jaskrawą czerwienią.

Książka zadrżała. Rincewind chwycił dziewczynę w pasie, złapał za kołnierz Dwukwiata i odskoczył.

Bethan upuściła Octavo, które pofrunęło na kamienie. Nie dotarło do nich.

Powietrze wokół Octavo zajaśniało. Księga uniosła się wol­no, machając stronicami jak skrzydłami. Zabrzmiał dźwięczny, miły dla ucha, ostry głos i Octavo jakby eksplodowało złożonym, bezgłośnym kwiatem blasku, który pomknął na wszystkie strony świata, przygasł i zniknął. Ale coś innego działo się o wiele wyżej, na niebie...

W geologicznych głębinach potężnego mózgu Wielkiego A'Tuina nowe myśli mknęły wzdłuż ścieżek neuronowych, szerokich jak autostrady. Żółw niebios w żaden sposób nie może zmienić wyrazu twarzy, jednak pokryte łuską, poorane meteorami oblicze zdawało się pełne wyczekiwania.

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna