Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona2/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Rincewind kopnął najbliższe. Z bezbłędną dokładnością zrzuciło na niego żołądź.

- Au - mruknął.

Drzewo odpowiedziało głosem podobnym do dźwięku otwiera­nych, bardzo starych drzwi.

- Dobrze ci tak.

Na długą chwilę zapadła cisza.

- Ty to powiedziałeś? - zapytał wreszcie Rincewind.

-Tak.


- I to też?

-Tak.


- Aha. - Zastanowił się. Po czym spróbował: - A może przypad­kiem wiesz, jak wyjść z tego lasu?

- Nie. Nie podróżuję zbyt często - odparło drzewo.

- To chyba nie bardzo ciekawe zajęcie: być drzewem.

- Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłem niczym innym. Rincewind przyjrzał się drzewu uważnie. Wyglądało dokładnie tak jak wszystkie inne drzewa, które dotąd widywał.

- Jesteś magiczne? - spytał.

- Nikt mi tego nie mówił - stwierdziło drzewo. - Ale chyba tak.

Nie mogę rozmawiać z drzewem, myślał Rincewind. Gdybym roz­mawiał z drzewem, byłbym szaleńcem. A nie jestem szaleńcem, zatem drzewa nie mówią.

- Do widzenia - rzekł stanowczo.

- Zaraz, nie odchodź - zaczęło drzewo, ale natychmiast zrozu­miało, że to beznadziejne.

Obserwowało, jak Rincewind zataczając się brnie przez krzaki. Potem wróciło do wyczuwania słońca na liściach, chlupotu i bulgota­nia wody wokół korzeni, pływów i prądów soku odpowiadającego na naturalne przyciąganie słońca i księżyca. Nie ciekawe, myślało. Dziwne określenie. Drzewa mogą ociekać, robią to po każdym de­szczu, ale jemu chodziło chyba o coś innego. I jeszcze: czy można być czymś innym?

Rincewind nigdy już nie rozmawiał z tym szczególnym drzewem, ale ich krótka wymiana zdań posłużyła za fundament pierwszej drzewnej religii, która z czasem ogarnęła wszystkie lasy świata. Pod­stawowy dogmat wiary owej religii brzmiał: jeśli drzewo było dobrym drzewem, jeśli prowadziło życie czyste, przyzwoite i uczciwe, może być pewne przyszłego życia po śmierci. A jeśli było drzewem naprawdę dobrym, kiedyś dostąpi reinkarnacji jako pięć tysięcy rolek papieru toaletowego.

Kilka mil dalej Dwukwiat także był zdumiony swym nagłym powrotem na Dysk. Siedział na kadłubie Śmiałego Wędrow­ca, który z bulgotem pogrążał się wolno w ciemnych wodach sporego jeziora otoczonego lasem.

To dziwne, ale Dwukwiat specjalnie się nie zmartwił. Był turystą, pierwszym z gatunku, który na Dysku ewolucja miała dopiero stwo­rzyć. Podstawę jego istnienia stanowiło niewzruszone przekona­nie, że nic złego nie może mu się przytrafić... ponieważ on się nie miesza. Wierzył także, że każdy może zrozumieć, co się do niego mówi, pod warunkiem, że mówi się głośno i powoli. Jak również że ludzie są generalnie godni zaufania i że między ludźmi dobrej woli można rozwiązać każdy problem, jeśli tylko będą kierowali się rozsądkiem.

Pozornie dawało mu to szansę przetrwania minimalnie mniejszą niż, powiedzmy, śledzia w mydlinach. Jednak ku zdumieniu Rincewinda wszystko to zdawało się sprawdzać. Całkowite lekceważenie wszelkich zagrożeń sprawiało jakoś, że zagrożenia zniechęcały się, re­zygnowały i znikały.

Zwykła groźba utonięcia nie miała żadnych szans. Dwukwiat był pewien, że w dobrze zorganizowanym społeczeństwie ludzie nie mogą ot, tak sobie, tonąć. Martwił się za to, gdzie podział się jego Bagaż. Pocieszył się myślą, że Bagaż zrobiony jest z myślącej gruszy i powinien mieć dość rozumu, żeby samemu o siebie zadbać.

W jeszcze innej części lasu młody szaman przechodził niezwykle istotny element swego szkolenia. Zjadł świętego muchomora, wypalił uświęcone kłącze, starannie roztarł na proszek mistyczny grzyb i umieścił go w rozmaitych otworach ciała. Teraz, siedząc ze skrzyżowanymi nogami pod sosną, kon­centrował się przede wszystkim na nawiązaniu kontaktu z niezwykły­mi i cudownymi tajemnicami jądra Istnienia, głównie zaś na po­wstrzymaniu czubka głowy, by nie odkręcił się od pozostałej części i nie odleciał.

W jego wizjach wirowały błękitne czworoboczne trójkąty. Od cza­su do czasu uśmiechał się mądrze do niczego konkretnego i wypo­wiadał słowa typu: „Ou!" albo „Ach".

Wtem coś zadrżało w powietrzu i nastąpiło zjawisko, które później opisał jako „coś w rodzaju jakby eksplozji, tylko na odwrót, rozumiecie". I nagle tam, gdzie przedtem niczego nie było, pojawiła się duża, poobijana, drewniana skrzynia.

Wylądowała ciężko na kupie liści, wysunęła dziesiątki małych nóżek i odwróciła się niezgrabnie, by spojrzeć na szamana. To zna­czy, nie miała wprawdzie twarzy, ale nawet wśród grzybowej mgiełki młody człowiek był przeraźliwie pewien, że skrzynia mu się przygląda. I to nie z sympatią. Zadziwiające, jak złośliwie może wyglądać dziurka od klucza i kilka otworów na sznury.

Ku niewypowiedzianej uldze szamana kufer wykonał gest podob­ny do drewnianego wzruszenia ramionami, po czym lekkim truchtem odbiegł między drzewa.

Z nadludzkim wysiłkiem szaman przypomniał sobie właściwą se­kwencję poruszeń prowadzącą do wstania. Zdołał nawet przejść kilka kroków, nim spojrzał w dół i zrezygnował, gdyż skończyły mu się nogi.

Tymczasem Rincewind znalazł ścieżkę. Zakręcała często, i pew­niej by się czuł, gdyby była wybrukowana. Jednak podążał nią, bo uznał, że zawsze to jakieś zajęcie.

Kilka drzew usiłowało nawiązać rozmowę, jednak Rincewind był niemal pewien, że nie jest to normalne zachowanie drzew. Dlatego je ignorował.

Dzień wydłużał się. Nie dochodził tu żaden dźwięk z wyjątkiem brzęczenia paskudnych, żądlących owadów, z rzadka trzasku padają­cej gałęzi i szeptów drzew, dyskutujących o religii i problemach z wie­wiórkami. Rincewind zaczynał odczuwać samotność. Wyobraził sobie, że na zawsze już ma zamieszkać w lesie, sypiać na liściach i żywić się... żywić się... tym, czym można się w lesie pożywić. Drzewami, jak przy­puszczał, orzechami i jagodami. Będzie musiał...

- Rincewind!

Z przeciwka nadchodził ścieżką Dwukwiat. Ociekał wodą, ale pro­mieniał z radości. Bagaż biegł za nim (cokolwiek wykonanego z drew­na myślącej gruszy podąża za swoim właścicielem wszędzie; z drewna tego często budowane są kufry wkładane do grobów bardzo bogatych zmarłych królów, którzy nowe życie na tamtym świecie chcieliby roz­począć z czystą bielizną na zmianę).

Rincewind westchnął. Do tej chwili uważał, że jego sytuacja gor­sza już być nie może.

Zaczął padać wyjątkowo mokry i zimny deszcz. Rincewind i Dwukwiat siedzieli pod drzewem i przyglądali mu się. - Rincewind...

- Tak?

- Dlaczego tu jesteśmy?



- No cóż... Niektórzy twierdzą, że Stwórca Wszechświata zrobił Dysk i wszystko, co się na nim znalazło. Inni uważają, że to bardzo skomplikowana historia, w której ważną rolę grająjądra Boga Niebios i mleko Niebiańskiej Krowy. Jeszcze inni przekonują, że powstaliśmy wszyscy dzięki absolutnie przypadkowej koncentracji cząstek prawdo­podobieństwa. Ale jeśli pytasz, dlaczego jesteśmy tutaj zamiast spadać z Dysku... nie mam bladego pojęcia. Pewnie zaszła jakaś straszliwa pomyłka.

- Aha. Jak myślisz, czy w lesie można znaleźć coś do jedzenia?

- Tak - stwierdził z goryczą mag. - Nas.

- Mam trochę żołędzi, gdybyście mieli ochotę - zaproponowało uprzejmie drzewo.

Przez chwilę siedzieli w wilgotnym milczeniu.

- Rincewind, drzewo powiedziało...

- Drzewa nie mówią - warknął Rincewind. - To ważne, żeby o tym nie zapominać.

- Przecież sam słyszałeś... Rincewind westchnął.

- Posłuchaj - zaczął. - Cała rzecz sprowadza się do podstaw bio­logii. Jeśli chcesz mówić, musisz posiadać odpowiednie wyposażenie, takie jak płuca, wargi i...

- Struny głosowe - podpowiedziało drzewo.

- No właśnie - zgodził się mag. A potem zamknął usta i posęp­nie zapatrzył się w deszcz.

- Myślałem, że magowie wiedzą wszystko o drzewach, pożywieniu w dziczy i w ogóle - oznajmił z wyrzutem Dwukwiat. Zdarzało się niezwykle rzadko, by ton jego głosu sugerował, że nie uważa Rincewinda za niezrównanego czarownika. Mag musiał zareagować.

- Wiem to wszystko, wiem - burknął.

- No to powiedz, jakie to drzewo - poprosił turysta. Rincewind spojrzał w górę.

- Buk - oznajmił stanowczo.

- Właściwie... - zaczęło drzewo, ale urwało natychmiast, gdy do­strzegło minę Rincewinda.

- Te małe w górze wyglądają całkiem jak żołędzie - zauważył DwukwiaL

- To odmiana siedząca, heptokarpiczna - wyjaśnił Rincewind. -Orzechy są bardzo podobne do żołędzi. Prawie każdy się myli.

- Coś takiego... - mruknął Dwukwiat. - A tamten krzak?

- Jemioła.

- Przecież ma ciernie i czerwone jagody!

- I co? - rzucił surowo Rincewind i spojrzał groźnie. Dwukwiat załamał się pierwszy.

- Nic - przyznał pokornie. - Ktoś musiał mnie źle poinformować.

- Fakt.


- Ale tam pod nim rosną jakieś spore grzyby. Możemy je zjeść?

Rincewind zerknął ostrożnie. Grzyby istotnie były wyjątkowo duże i miały czerwone kapelusze w białe plamki. Należały do gatunku, który miejscowy szaman (w tej chwili o kilka mil dalej zaprzyjaźniał się ze skałą) jadłby dopiero po przywiązaniu solidnym powrozem wła­snej nogi do ciężkiego głazu. Mag nie miał innej możliwości - mu­siał wyjść na deszcz i obejrzeć je z bliska.

Przyklęknął na liściach i zajrzał pod kapelusz. Po chwili odezwał się słabym głosem:

- Nie, są całkowicie niejadalne.

- Dlaczego? - zawołał Dwukwiat. - Czy blaszki mają niewłaściwy odcień?

- Nie, właściwie nie.

- W takim razie nóżka ma nieodpowiednie rurki.

- Wyglądają na odpowiednie.

- Zatem chodzi o kolor kapelusza - uznał Dwukwiat.

- Nie jestem pewien.

- No więc czemu nie możemy ich jeść? Rincewind odchrząknął.

- To te małe drzwi i okna - wyjaśnił ponuro. - Trudno się pomylić.

Grom zahuczał nad Niewidocznym Uniwersytetem. Deszcz zalewał dachy i chlustał z pysków maszkaronów, chociaż jeden czy dwa sprytniejsze ukryły się szybko w labiryncie dachówek.

O wiele niżej, w Głównym Holu, ośmiu najpotężniejszych magów świata Dysku stanęło w ramionach ceremonialnego oktogramu. Prawdę mówiąc, nie byli chyba najpotężniejsi, posiadali jednak nie­zwykłe zdolności przetrwania, co w pełnym współzawodnictwa świe­cie magii wychodzi praktycznie na to samo. Za każdym magiem ósmego stopnia stało przynajmniej pół tuzina magów stopnia siód­mego, którzy próbowali zrzucić go ze stanowiska. Dlatego u poważ­nych czarowników rozwijała się swego rodzaju podejrzliwość wobec, dajmy na to, skorpionów znajdywanych w łóżku. Stare przysłowie podsumowuje to następująco: kiedy mag ma już dość szukania tłu­czonego szkła w jedzeniu, ma już dość życia.

Najstarszy z obecnych, Greyhald Spold z Pradawnych i Jedynie Oryginalnych Mędrców Nieprzerwanego Kręgu, oparł się ciężko o swą rzeźbioną laskę i tymi słowy przemówił:

- Pospiesz się trochę, Weatherwax. Nogi mi cierpną. Galder, który przerwał jedynie dla wywołania efektu, spojrzał spode łba.

- Dobrze więc. Będę się streszczał.

- Znakomicie.

- Wszyscy szukaliśmy rady w sprawie wydarzeń dzisiejszego ranka. Czy jest między nami ktoś, kto ją otrzymał?

Magowie zerkali na siebie spod oka. Nigdzie - poza bankietami na zjazdach związków zawodowych - nie spotyka się takiej wzajem­nej nieufności i podejrzliwości jak na zebraniach wyższych stopniem czarnoksiężników. Było jednak oczywiste, że dzień nie przyniósł suk­cesów. Rozmowne zwykle demony, przywołane pospiesznie z Piekiel­nych Wymiarów, spoglądały lękliwie i cofały się, gdy je wypytywano. Magiczne zwierciadła pękały. Z kart tarota w nie wyjaśniony sposób znikały obrazki. Mgła wypełniała kryształowe kule. Nawet fusy her­baty, pogardzane zwykle jako zbyt frywolne i niegodne uwagi, kleiły się do siebie na dnach filiżanek i odmawiały wszelkich ruchów.

Krótko mówiąc, zebrani magowie trafili w ślepy zaułek. Rozległy się przeczenia.

- Proponuję zatem, byśmy dokonali Rytuału AshkEnte — rzekł dramatycznym tonem Galder.

Musiał przyznać, że oczekiwał żywszej reakcji, czegoś w rodzaju „Nie, tylko nie Rytuał AshkEnte! Człowiek nie powinien mieszać się do takich rzeczy!"

Tymczasem zabrzmiał ogólny pomruk aprobaty.

- Niezły pomysł.

- Brzmi rozsądnie.

- No, to do roboty.

Trochę rozczarowany Galder wezwał procesję młodszych magów, którzy wnieśli do holu rozmaite czarodziejskie przyrządy.

Wspomniano już, że bractwem magów wstrząsały w tym czasie dyskusje na temat metod praktykowania czarów.

Szczególnie młodsi magowie powtarzali, że sztuka czarnoksięska powinna zmienić swój wizerunek. Dość już zabaw z kawałkami wosku i kości. Należy wszystko odpowiednio zorganizować, uruchomić programy badawcze i trzydniowe konferencje w dobrych hotelach, gdzie uczestnicy mogliby wygłaszać referaty, takie choćby jak „Dokąd zmie­rza geomancja" albo „Rola butów słedmiomilowych w społeczeństwie opiekuńczym".

Trymon, na przykład, ostatnio prawie wcale nie czarował. Kiero­wał za to Obrządkiem z dokładnością klepsydry, pisał mnóstwo not, a w gabinecie miał wielki wykres, cały w kolorowych kleksach, chorą­giewkach i liniach, których nikt prócz niego właściwie nie rozumiał, ale które wywierały imponujące wrażenie.

Inny typ magów uważał takie poglądy za zwykły gaz bagienny. Nie chcieli mieć nic wspólnego z żadnymi wizerunkami, jeśli nie były zro­bione z wosku i nie miały powbijanych igieł.

Przywódcy ośmiu obrządków należeli do grupy tradycjonalistów, co do maga. Dlatego przyrządy zgromadzone wokół oktogramu wy­glądały zdecydowanie okultystycznie, bez żadnych udziwnień. Ze wszystkich stron leżały baranie rogi, czaszki, stały barokowe kon­strukcje z metalu i grube świece. A przecież młodsi magowie od­kryli, że Rytuału AshkEnte można dopełnić, używając tylko trzech małych kawałków drewna i czterech centymetrów sześciennych my­siej krwi.

Przygotowania wymagały zwykle kilku godzin, ale połączona moc najstarszych magów pozwoliła znacznie skrócić ten czas. Po zaledwie czterdziestu minutach Galder zaintonował ostatnie słowa zaklęcia. Zawisły przed nim na moment, nim się rozwiały.

Powietrze w środku oktogramu zamigotało, zawirowało i nagle stanęła tam wysoka mroczna postać. Czarny płaszcz z kapturem za­krywał ją prawie całą - prawdopodobnie tym lepiej. W dłoni ściskała kosę i trudno było nie zauważyć, że to, co powinno być palcami, jest tylko białymi kośćmi.

Druga koścista dłoń trzymała małe kostki sera i ananasa na pa­tyczku.

- CO JEST? - zapytał Śmierć głosem tak ciepłym i barwnym jak góra lodowa. - BYŁEM NA BALU - dodał z lekkim wyrzutem.

- O Istoto Ziemi i Ciemności, nakazujemy ci porzucić... - zaczął Galder stanowczym, rozkazującym tonem. Śmierć kiwnął głową.

- TAK, TAK. ZNAM TO WSZYSTKO - powiedział. - PO CO MNIE WEZWALIŚCIE?

- Podobno możesz zajrzeć w przeszłość i przyszłość - wyjaśnił Galder odrobinę ponury, ponieważ lubił wygłaszać tę wspaniałą mowę o przyzywaniu i nakazywaniu. Ludzie uważali, że dobrze w niej wypada.

- TO SZCZERA PRAWDA.

- W takim razie możesz nam wytłumaczyć, co takiego zdarzyło się dzisiaj rano? - spytał Galder. Wyprostował się i dodał głośno: - Na­kazuję ci w imię Azimrotha, T'chikela i...

- DOBRA, DOBRA. ROZUMIEM, O CO CI CHODZI - przerwał Śmierć. - A CZEGO KONKRETNIE CHCIELIBYŚCIE SIĘ DOWIE­DZIEĆ? SPORO RZECZY ZASZŁO DZISIAJ RANO. LUDZIE RO­DZILI SIĘ I UMIERALI, WSZYSTKIE DRZEWA TROCHĘ UROSŁY, FALE NA MORZU TWORZYŁY CIEKAWE WZORY..

- Pytani o Octavo - wyjaśnił chłodno Galder.

- O TO? OCH, TO ZWYKŁE DOSTROJENIE RZECZYWISTO­ŚCI. JAK ROZUMIEM, OCTAYO ABSOLUTNIE NIE CHCIAŁO UTRACIĆ SWOJEGO ÓSMEGO ZAKLĘCIA. A TO ZAKLĘCIE NAJ­WYRAŹNIEJ SPADAŁO Z DYSKU.

- Chwileczkę. - Galder poskrobał się po brodzie. - Czy mówi­my o tym, które tkwi w głowie Rincewinda? Taki wysoki, trochę chu­dy? O tym, które on...

- ...KTÓRE PRZEZ TE LATA NOSIŁ W SWOJEJ GŁOWIE. TAK.

Galder zmarszczył czoło. Po co tyle zachodu? Wszyscy wiedzą, że kiedy umiera mag, wszystkie zaklęcia w jego głowie wydostają się na wolność. Więc po co się męczyć, żeby ratować Rincewłnda? Zaklęcie w końcu samo dopłynęłoby / powrotem.

- Domyślasz się, dlaczego? - zapytał bez zastanowienia. Opamię­tał się jednak od razu i dodał szybko: - W imię Yrripha i Kcharli, na­kazuję ci i...

- WOLAŁBYM, ŻEBYŚ PRZESTAŁ CIĄGLE TO POWTARZAĆ - mruknął Śmierć. - WIEM TYLKO TYLE, ŻE WSZYSTKIE OSIEM ZAKLĘĆ MUSI ZOSTAĆ WYPOWIEDZIANE NARAZ, PODCZAS NAJBLIŻSZEJ NOCY STRZEŻENIA WIEDŹM. W PRZECIWNYM RA­ZIE DYSK BĘDZIE ZNISZCZONY.

- Głośniej tam! - zażądał Greyhald Spold.

- Zamknij się! - warknął Galder.

- JA?

- Nie, on. Durny staruch...



- Słyszałem - oznajmił Spold. - Wy, młodzi... Urwał. Śmierć przyjrzał mu się w zamyśleniu, jakby próbował za­pamiętać jego twarz.

- Spokojnie - poprosił Galder. - Mógłbyś powtórzyć ostatnie zdanie? Dysk będzie jaki?

- ZNISZCZONY- powtórzył Śmierć. - MOGĘ JUŻ IŚĆ? ZOSTA­WIŁEM DRINKA.

- Jeszcze chwilę. W imię Cheliliki, Orizone i tak dalej, co to zna­czy „zniszczony"?

- TO STAROŻYTNE PROROCTWO WYPISANE NA WEWNĘ­TRZNYCH MURACH WIELKIEJ PIRAMIDY TSORTU. ZNACZENIE SŁOWA „ZNISZCZONY' WYDAJE MI SIĘ DOŚĆ OCZYWISTE.

- To wszystko, co możesz nam zdradzić?

- TAK

- Ale do Nocy Strzeżenia Wiedźm zostały tylko dwa miesiące!



- ISTOTNIE.

- Powiedz przynajmniej, gdzie jest teraz Rincewind!

Śmierć wzruszył ramionami. Był to gest, do którego jego budowa wyjątkowo się nadawała.

- W LESIE SKUND, PO KRAWĘDZIOWEJ STRONIE GÓR RAM-TOPU.

- Co on tam robi?

- UŻALA SIĘ NAD SOBĄ.

-Aha.

- MOGĘ JUŻ IŚĆ?



Galder z roztargnieniem skinął głową. Myślał z żalem o rytuale odpędzenia, zaczynającym się od słów „Zniknij, ohydny cieniu" i ma­jącym kilka nieźle brzmiących wersów, które pilnie ćwiczył. Ale jakoś nie potrafił wzbudzić w sobie entuzjazmu.

- A tak - powiedział. - Tak, oczywiście. Dziękuję ci. - Po czym, jako że nie należy robić sobie wrogów pośród istot nocy, dodał uprzej­mie: - Mam nadzieję, że to udany bal.

Śmierć nie odpowiedział. Patrzył na Spolda w sposób, w jaki pies spogląda na kości... Chociaż w tym przypadku było raczej od­wrotnie.

- Powiedziałem: mam nadzieję, że to udany bal - powtórzył gło­śniej Galder.

- W TEJ CHWILI OWSZEM- odparł spokojnie Śmierć. - OBA­WIAM SIĘ, ŻE O PÓŁNOCY NASTRÓJ SZYBKO SIĘ POGORSZY

- Dlaczego?

- SPODZIEWAJĄ SIĘ, ŻE WTEDY ZDEJMĘ MASKĘ. Zniknął, pozostawiając tylko wykałaczkę i krótką papierową ser­pentynę.

Całe to zajście miało swego niewidzialnego obserwatora. Oczywiście, działał on wbrew wszelkim regułom. Jednak Trymon wiedział o regułach wszystko i zawsze uważał, że dobre są do stanowienia, nie do przestrzegania.

Zanim jeszcze ośmiu magów zaczęło poważną kłótnię o to, co wła­ściwie miała na myśli mroczna zjawa, Trymon znalazł się już na głów­nym poziomie uniwersyteckiej biblioteki.

To miejsce budziło lęk. Wiele ksiąg było magicznych, a nie wol­no zapominać, że grimoire'y byłyby śmiertelnie groźne w rękach bi­bliotekarza, który dba o porządek. Dlatego mianowicie, że z pewno­ścią próbowałby je ustawić na jednej półce. Nie jest to dobry pomysł przy książkach, z których wycieka magia. Więcej niż jedna, najwyżej dwie obok siebie tworzą Czarną Masę Krytyczną. W dodatku wiele pomniejszych zaklęć jest bardzo wybrednych w kwestii sąsiadów, zaś niezadowolenie wyrażają zwykle, ciskając swe księgi po całej sali. I oczywiście zawsze trwa na wpół wyczuwalna obecność Stworów z Pie­kielnych Wymiarów, które gromadzą się wokół magicznych przecie­ków i bezustannie sprawdzają szczelność murów rzeczywistości.

Stanowisko magicznego bibliotekarza, spędzającego całe dnie w takiej silnie naładowanej atmosferze, wiąże się ze sporym ryzykiem zawodowym.

Główny Bibliotekarz siedział na blacie biurka i spokojnie obiera­jąc pomarańczę, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Podniósł głowę, kiedy wszedł Trymon.

- Szukam czegoś na temat Piramidy Tsortu - oznajmił Trymon. Przygotował się: wyjął z kieszeni banana.

Bibliotekarz z żalem popatrzył na owoc i ciężko zeskoczył na podłogę. Trymon poczuł, że w rękę wsuwa mu się miękka dłoń... Bi­bliotekarz pociągnął go za sobą, kołysząc się smutnie między półka­mi. Trymon miał uczucie, jakby trzymał małą skórzaną rękawiczkę.

Księgi wokół skwierczały i iskrzyły. Od czasu do czasu przypadko­wy błysk bezkierunkowej magii strzelał do precyzyjnie ustawionych, przybitych do półek prętów uziemiających. W powietrzu unosił się metaliczny błękitny zapach, a na samej granicy słyszalności rozlegało się przerażające ćwierkanie piekielnych istot.

Jak wiele innych części Niewidocznego Uniwersytetu, biblioteka zajmowała przestrzeń większą, niż by na to wskazywały jej zewnętrzne wymiary. To dlatego, że magia zakrzywia przestrzeń; poza tym była to chyba jedyna we wszechświecie biblioteka z półkami Moebiusa. Ale myślowy katalog bibliotekarza funkcjonował bez zarzutu. Zatrzymali się przed niebotycznym stosem gnijących ksiąg i orangutan skoczył w ciemność. Zaszeleścił papier i na Trymona spłynęła chmura kurzu. Bibliotekarz powrócił, ściskając cienki tomik.

- Uuk - powiedział.

Trymon ostrożnie ujął książkę.

Okładka była podrapana i miała ośle uszy. Złoto z liter dawno już się starło. Z trudem zdołał jednak odczytać słowa w starożytnym, ma­gicznym języku Doliny Tsort: O Wyelkyey Śwyątyni Tsort, Historya Mystyczna.



- Uuk? - zapytał nerwowo bibliotekarz.

Trymon ostrożnie przewracał kartki. Nie miał zdolności do języ­ków. Zawsze uważał, że są mało efektywne i należałoby je zastąpić ja­kimś łatwym do zrozumienia systemem numerycznym. Uznał jed­nak, że książka jest dokładnie tym, czego szukał. Całe stronice po­kryte były pełnymi znaczeń hieroglifami.

- Czy to jedyna książka, jaką masz na temat Piramidy Tsortu? -zapytał wolno.

- Uuk.


- Jesteś pewien?

- Uuk.


Trymon zaczął nasłuchiwać. Z daleka dobiegały dźwięki kroków i dyskutujących głosów. Ale na to również się przygotował. Sięgnął do kieszeni.

- Może jeszcze jednego banana? - zaproponował.

Las Skund istotnie był zaczarowany, co na Dysku nie jest ni­czym niezwykłym. Był to również jedyny las w całym wszech­świecie, zwany - w miejscowym języku - Twój Palec, Durniu. To dokładnie oznacza słowo Skund.

Przyczyna tego faktu jest niestety aż nazbyt prozaiczna. Kiedy pierwsi badacze z ciepłych krain wokół Okrągłego Morza dotarli do chłodnych obszarów w głębi lądu, wypełniali białe plamy na ma­pach, chwytając najbliższego tubylca, wskazując jakiś odległy ele­ment krajobrazu i bardzo wyraźnie, głośno zadając pytanie. Po­tem zapisywali to, co odpowiedziała im zaskoczona ofiara. I tak w całych generacjach atlasów zostały uwiecznione takie geograficz­ne cuda jak Jakaś Góra", „Nie Wiem", „Co?", i oczywiście „Twój Pa­lec, Durniu".

Deszczowe chmury zbierały się wokół nagiego szczytu Mount Oolskunrahod („Kim jest ten głupek, który nie wie, co to jest góra"). Bagaż usadowił się wygodniej pod ociekającym drzewem, które bez powodzenia usiłowało nawiązać z nim rozmowę.

Dwukwiat i Rincewind spierali się. Osoba, o którą się spierali, sie­działa na swoim grzybie i obserwowała ich z zainteresowaniem. Wy­glądała jak ktoś, kto pachnie jak ktoś, kto mieszka w grzybie, a to nie­pokoiło maga..

- No, a dlaczego nie ma czerwonej czapeczki? Rincewind zawahał się. Rozpaczliwie usiłował zgadnąć, o co wła­ściwie chodzi Dwukwiatowi.

- Co? - zapytał rezygnując.

- Powinien nosić czerwoną czapeczkę - upierał się Dwukwiat. -I z pewnością powinien być bardziej czysty, i chyba weselszy. Moim zdaniem on wcale nie wygląda na skrzata.

- Co ty opowiadasz?

- Spójrz na tę brodę - rzekł surowo Dwukwiat. - Lepsze brody widywałem na kawałkach sera.

- Posłuchaj - warknął Rincewind. - Ma sześć cali wzrostu i mie­szka w grzybie. Oczywiście, że jest tym cholernym skrzatem.

- Na dowód mamy tylko jego słowo. Rincewind zerknął na gnoma.

- Przepraszam na chwilę - rzucił. Odciągnął Dwukwiata na dru­gi koniec polany.

- Słuchaj - wycedził przez zęby. - Gdyby miał piętnaście stóp wzrostu i twierdził, że jest olbrzymem, też jako dowód mielibyśmy tyl­ko jego słowo.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna