Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona3/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

- Mógłby być goblinem - oznajmił wyzywająco Dwukwiat. Rincewind obejrzał się na małą figurkę, która pracowicie dłuba­ła w nosie.

- No i co z tego? - braknął. - Skrzat, goblin, elf... jaka różnica?

- Elf nie - orzekł stanowczo Dwukwiat. - Elfy ubierają się na zie­lono, noszą szpiczaste czapeczki, a z głów sterczą im takie jakby czuł-ki. Widziałem na obrazkach.

- Gdzie?

Dwukwiat zawahał się i spuścił głowę, wpatrzony we własne stopy.

- Nazywała się chyba „szura buru mrumru".

- Jak? Jak się nazywała?

Niski człowieczek z nagłym zainteresowaniem zaczął oglądać grzbiety własnych dłoni.

- „Książeczka Kwiatowych Wróżek" - wymruczał. Rincewind spojrzał niepewnie.

- Czy to książka o tym, jak ich unikać? - zapytał.

- Nie - zapewnił pospiesznie Dwukwiat. - Mówi, gdzie ich szu­kać. Teraz przypominam sobie te obrazki. - Rozmarzył się wyraźnie, a Rincewind jęknął bezgłośnie. - Była nawet specjalna wróżka, która przychodziła po zęby.

- Co? Przychodziła i naprawdę wyrywała zęby...?

- Nie, nie zrozumiałeś. Dopiero kiedy wypadły. Wtedy trzeba było wsadzić ten ząb pod poduszkę, a wróżka przychodziła, zabierała go i zostawiała w zamian jedno rhinu.

- Po co?

- Co po co?

- Po co zbierała te zęby?

- Po prostu zbierała.

Rincewind wyobraził sobie dziwną istotę, mieszkającą w zamku zbudowanym z samych zębów. Był to wizerunek, który wolałby jak najprędzej zapomnieć. Bezskutecznie.

- Ugrr - rzekł.

Czerwone czapeczki! Zastanawiał się, czy. nie oświecić turysty, nie wytłumaczyć, jakie to życie, kiedy żaba stanowi dobry posiłek, króli­cza nora to schronienie przed deszczem, a sowa jest szybującą, bez­szelestną grozą nocy. Spodnie ze skóry kreta wydają się może eleganc­kie, ale nie wtedy, gdy trzeba osobiście zdjąć je z prawowitego właści­ciela, osaczonego w swojej jamie. Co do czerwonych czapeczek... kto­kolwiek biegałby po lesie taki jaskrawy i z daleka widoczny, zajmował­by się tym bardzo, ale to bardzo krótko.

Chciał powiedzieć: życie gnomów i goblinów jest paskudne, bru­talne i krótkie. Tak samo jak one.

Chciał to powiedzieć, ale nie mógł. Jak na człowieka, który rad by obejrzeć całą nieskończoność, Dwukwiat nigdy naprawdę nie opu­ścił granic swojej wyobraźni. Wyjawić mu prawdę to jakby kopnąć spa­niela.

- Mii jii zii wiit - zabrzmiał głos przy prawej stopie maga.

Rincewind spojrzał w dół. Skrzat, który przedstawił się jako Swi-res, podniósł głowę. Rincewind miał talent do języków. Skrzat powie­dział właśnie „Zostało mi z wczoraj trochę koktajlu z traszek".

- Brzmi zachęcająco - stwierdził Rincewind. Swires szturchnął go w kostkę.

- Ten drugi większy... dobrze się czuje? - zapytał z troską.

- Cierpi na szok rzeczywistości - wyjaśnił Rincewind. - Nie masz przypadkiem czerwonej czapeczki?

- Ciio?

- Tak tylko spytałem.



- Wiem, gdzie jest jedzenie dla większych - poinformował skrzat. - I schronienie. To niedaleko.

Rincewind zerknął na niskie niebo. Dzienne światło wyciekało z krajobrazu, a chmury wyglądały, jakby właśnie usłyszały o śniegu i rozważały tę ideę. Oczywiście, osoby mieszkające w grzybach nie za­wsze są godne zaufania... Ale w tej chwili mag na widok pułapki z przynętą w postaci gorącego posiłku i czystej pościeli, zrobiłby wszy­stko, żeby w nią wpaść.

Ruszyli. Po krótkiej chwili Bagaż ostrożnie stanął na nogach i po­dążył za nimi.

- Psst!


Odwrócił się powoli, w złożonym rytmie przestawiając małe nóż­ki. Zdawał się spoglądać w górę.

- Czy to przyjemnie być stolarką? - zapytało z ciekawością drze­wo. - Czy to bolało?

Bagaż jakby się zastanawiał. Każdy mosiężny uchwyt, każdy otwór emanował najwyższym skupieniem.

Po chwili wzruszył wiekiem i odszedł.

Drzewo westchnęło i zrzuciło z gałązek kilka zeschłych liści.

Chatka była maleńka, pochylona i zdobiona jak haftowany obrus. Jakiś oszalały rzeźbiarz zaczął nad nią pracować, uznał Rincewind, i zanim go odciągnięto, stworzył niesamo­wity chaos. Drzwi i wszystkie okiennice miały swoje kiście drewnia­nych winogron, otwory w kształcie półksiężyców, zaś na ścianach ma­sowo wyrastały kępy szyszek. Spodziewał się niemal, że z górnego okna wyskoczy za chwilę gigantyczna kukułka.

Zauważył też charakterystyczną oleistość atmosfery. Z palców try­skały mu drobne zielone i fioletowe iskierki.

- Silne pole magiczne. Co najmniej sto milithaumów2.

- Wszędzie pełno magii - oświadczył Swires. - Mieszkała tu kiedyś stara czarownica. Odeszła dawno temu, ale magia ciągle podtrzymu­je działanie chatki.

- Te drzwi są jakieś dziwne - zauważył Dwukwiat.

- Po co chacie potrzebna magia? - zdziwił się Rincewind. Dwukwiat ostrożnie dotknął ściany.

- Ona się lepi!

- Nugat - wyjaśnił Swires.

- Coś podobnego! Domek z piernika! Rincewindzie, prawdziwy... Rincewind smętnie kiwnął głową.

- Tak... Szkoła Słodkiej Architektury. Nigdy się nie przyjęła. Podejrzliwie przyjrzał się lukrecjowej kołatce.

- On się regeneruje - poinformował Swires. - Właściwie to cu­downe. Dzisiaj nie spotyka się już takich miejsc. Trudno o pierniki.

- Naprawdę? - spytał ponuro Rincewind.

- Wejdźcie - zachęcił skrzat. - Tylko uważajcie na wycieraczkę.

- Czemu?

- Wata cukrowa.

Wielki Dysk obrócił się wolno pod spracowanym słońcem. Przez chwilę w zagłębieniach pozostały jeszcze kałuże świa­tła, wreszcie spłynęły i one. Zapadła noc. W zimnym pokoju w gmachu Niewidocznego Uniwersytetu Trymon wertował książkę. Poruszał wargami, wodząc palcem po liniach obcego starożytnego pisma. Dowiedział się, że Wielka Piramida Tsortu, dawno już nie istniejąca, zbudowana była z miliona trzech tysięcy dziesięciu bloków wapienia, a dziesięć tysięcy niewolników zginęło podczas budowy. Wyczytał, że mieściła w sobie labirynt ukrytych przejść, których ściany dekorowała podobno zbiorowa mądrość sta­rożytnego Tsortu. Wysokość piramidy plus jej długość podzielo­na przez połowę szerokości wynosiła dokładnie 1,67563 albo 1237,98712567 razy więcej niż różnica między odległością od słońca a wagą małej pomarańczy. Na wzniesienie tej budowli poświęcono sześćdziesiąt lat.

Strasznie dużo wysiłku, pomyślał. I wszystko po to, żeby naostrzyć brzytwę.

W Lesie Skund, myśląc tęsknie o marynowanych cebulkach, Dwu-kwiat i Rincewind z zapałem przystąpili do konsumpcji pierniko­wej szafy.

Bardzo zaś daleko, ale na kursie kolizyjnym, najwspanialszy z bo­haterów Dysku zrolował sobie papierosa, całkiem nieświadom roli, jaką wyznaczył mu los.

Dość niezwykły był przedmiot, który fachowo skręcał w palcach. Jak wielu wędrownych magów, od których nauczył się tej sztuki, miał zwyczaj chować niedopałki w skórzanej sakiewce i wykorzystywać je potem na świeże skręty. Żelazne prawo średnich stwierdzało zatem, że część tytoniu od wielu lat była spalana niemal bez przerwy. To coś, co bezskutecznie usiłował zapalić, było... właściwie można by z tego budować drogi.

Tak znakomitą reputacją cieszył się ów wojownik, że grupa barba­rzyńskich jeźdźców zaprosiła go, by zasiadł z nimi przy ognisku z koń­skiego nawozu. Nomadowie pochodzili z regionów bliskich Osi i na zimę zwykle migrowali w stronę Krawędzi. Rozstawili swe wojłokowe namioty w straszliwym upale zaledwie -3 stopni i włóczyli się z nosami obłażącymi ze skóry, narzekając na groźbę udaru słonecznego.

- Jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu mężczyzny? - zapytał wódz nomadów. Należy mówić o takich sprawach, aby zachować sza­cunek w kręgach barbarzyńców.

Siedzący po prawej wychylił koktajl z kobylego mleka zmieszane­go z krwią śnieżnej pantery, po czym przemówił.

- Ostry horyzont stepu, wiatr we włosach i świeży koń pod sio­dłem.

- Krzyk białego orła na wysokości, śnieg padający w lesie i celna strzała na cięciwie - oświadczył ten z lewej. Wódz pokiwał głową.

- Jest to z pewnością widok twego wroga leżącego bez życia, hań­ba jego szczepu i lamenty jego kobiet - stwierdził.

Wokół rozległy się pomruki aprobaty wobec tak skandalicznych przechwałek.

Wódz zwrócił się z szacunkiem do gościa, niewielkiej postaci, sta­rannie rozgrzewającej przy ogniu ślady odmrożeń.

- Oto gość nasz, którego imię jest legendą - powiedział. - On nam powie, co jest najwspanialszego w życiu mężczyzny.

Gość przerwał kolejną nieudaną próbę zapalenia papierosa.

- Czo mówiłeś?

- Pytałem, jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu? Wojownicy pochylili się. Warto będzie tego posłuchać. Gość zastanawiał się dość długo i w skupieniu. I po pewnym cza­sie oświadczył:

- Gorącza woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy.

Nad kowadłem płonął jaskrawy oktarynowy blask. Obnażo­ny do pasa Galder Weatherwax kryjąc twarz za maską z dym­nego szkła, spojrzał w tę światłość i z chirurgiczną precyzją opuścił młot. Magia zgrzytała i wiła się w obcęgach, ale on pracował uparcie, przekuwając ją w linię udręczonego ognia.

Skrzypnęła deska podłogi. Galder stroił je przez wiele godzin, co zawsze jest rozsądnym środkiem ostrożności, gdy ma się asystenta, który chodzi jak kot.

Fis... To znaczy, że stoi tuż przy drzwiach, po prawej stronie.

- Witaj, Trymonie -powiedział nie odwracając głowy. Z saty­sfakcją usłyszał za sobą głośniejszy oddech. - Miło, że wpadłeś. Za­mknij drzwi, dobrze?

Trymon, z twarzą bez żadnego wyrazu, pchnął ciężkie drzwi. Z półki nad nimi obserwowały go z ciekawością najrozmaitsze nie­możliwości, kołyszące się lekko w słojach z marynatą.

Jak wszystkie pracownie magów, i ta wyglądała, jakby taksidermista wstawił wszystkie swoje okazy do kuźni, po czym stoczył walkę z oszalałym dmuchaczem szkła, przy okazji rozbijając głowę prze­chodzącemu krokodylowi (zwierzę wisiało pod sufitem i silnie pach­niało kamforą). Były tu lampy i pierścienie - Trymona aż świerzbia­ły ręce, aby je potrzeć - i zwierciadła, które wyglądały, jakby opłaca­ło się spojrzeć w nie po raz drugi. Para siedmiomilowych butów drżała niespokojnie w swojej klatce. Cała biblioteka grimoire'ów, nie tak potężnych jak Octavo, ale jednak ciężkich od czarów, zaskrzypiała i zaklekotała łańcuchami, czując na sobie pożądliwe spojrzenie maga. Pierwotna moc wszelakich instrumentów porusza­ła go jak nic na świecie, choć nie pochwalał teatralnych skłonności Galdera.

Na przykład przypadkiem wiedział, że zielona ciecz, bulgocząca tajemniczo w labiryncie pozwijanych rurek na ławie, to zwykła zielo­na farba zmieszana z mydłem. Wiedział, ponieważ przekupił jedne­go ze służących Galdera.

Pewnego dnia, pomyślał, wszystko to pójdzie na śmietnik. Po­cząwszy od tego przeklętego krokodyla.

Kostki mu pobielały...

- Gotowe... - stwierdził wesoło Galder. Odwiesił fartuch i usiadł

w fotelu na kaczych nogach, z poręczami w kształcie lwich łap. - Po­słałeś mi to notocośtam.

Trymon wzruszył ramionami.

- Notatkę. Zauważyłem jedynie, panie, że wszystkie Obrządki wy­słały agentów do Lasu Skund, aby odzyskać zaklęcie. Tymczasem ty nie robisz nic. Nie wątpię, że w odpowiednim czasie zdradzisz tego przyczyny.

- Twoja wiara mnie zawstydza.

- Mag, który zdobędzie zaklęcie, zasłuży na wielkie zaszczyty... on i jego Obrządek. Inni użyli butów i wszelkiego typu czarów przeno­szenia. Czego ty proponujesz użyć, panie?

- Czyżbym wyczuł w twoim głosie nutę sarkazmu?

- Absolutnie nie, panie.

- Nawet odrobinki?

- Nawet najmniejszej odrobinki, panie.

- To dobrze. Ponieważ nigdzie nie zamierzam się ruszać.

Galder sięgnął po książkę. Wymruczał polecenie i otworzyła się z trzaskiem. Zakładka, podejrzanie podobna do języka, cofnęła się w głąb okładki.

Mag pogrzebał przy poduszce na siedzeniu i wyjął niedużą skórzaną sakiewkę z tytoniem i fajkę rozmiarów pieca do spalania odpadów. Z wprawą człowieka nieodwracalnie uzależnionego od ni­kotyny skruszył w palcach grudkę tytoniu i ubił ją w cybuchu. Pstryknął palcami i błysnął ogień. Zaciągnął się głęboko, westchnął z satysfakcją...

...i podniósł głowę.

- Jeszcze tu jesteś, Trymonie?

- Wezwałeś mnie, panie - odparł spokojnie Trymon. A przynaj­mniej tyle powiedział na głos. W głębi jego szarych oczu migotał naj­delikatniejszy błysk, który mówił wyraźnie, że ma spisane wszystkie lekkie, pełne wyższości uśmieszki, wszystkie łagodne wyrzuty i domyślne spojrzenia, a za każde z nich żywy mózg Galdera spędzi jeden rok w kwasie.

- A tak, istotnie. Wybacz staremu człowiekowi ten brak pamięci - rzucił uprzejmie Galder.

Podniósł książkę, którą zaczął czytać.

- Nie podoba mi się to zamieszanie - oznajmił. - Bardzo widowi­skowe bywa takie bieganie z zaczarowanymi dywanami i tak dalej, ale według mnie to nie jest prawdziwa magia. Weź na przykład siedmio-milowe buty. Gdyby Bóg chciał, żeby ludzie pokonywali jednym kro­kiem siedem mil, z pewnością dałby nam dłuższe nogi... O czym to mówiłem?

- Nie jestem pewien - odparł zimno Trymon.

- A tak. To dziwne, że w bibliotece nie znaleźliśmy nic na temat Piramidy Tsortu. Można by sądzić, że coś tam będzie, nieprawdaż?

- Bibliotekarz zostanie ukarany, naturalnie. Galder zerknął na niego z ukosa.

- Nic drastycznego - rzekł. - Można na przykład wstrzymać mu dostawy bananów.

Przez chwilę przyglądali się sobie czujnie.

Galder załamał się pierwszy - takie skupione wpatrywanie się w Trymona zawsze budziło nieprzyjemny niepokój. To było tak, jakby spojrzeć w lustro i stwierdzić, że nie ma tam nikogo.

- W każdym razie... - podjął - ... może to dziwne, ale gdzie in­dziej znalazłem coś pomocnego. Na moich własnych skromnych pół­kach. To dziennik Skrelta Changebasketa, założyciela naszego Obrządku. Czy wiesz, porywczy młodzieńcze, który natychmiast chciałbyś wyruszać w drogę, co się dzieje, kiedy umiera mag?

- Wszystkie zapamiętane przez niego zaklęcia wypowiadają się same - odparł Trymon. - To jedna z pierwszych rzeczy, których nas uczą.

- Tymczasem zasada ta nie dotyczy oryginalnych Ośmiu Wielkich

Zaklęć. Dzięki głębokim studiom Skelt dowiedział się, że Wielkie Za­klęcie ucieknie tylko do najbliższego umysłu, który znajdzie otwarty i gotów na jego przyjęcie. Przesuń tu to wielkie lustro, dobrze?

Wstał i poczłapał do kowadła przy całkiem już wystygłym paleni­sku. Pasmo magii wciąż się wiło, równocześnie obecne i nieobecne, jak szczelina wycięta w innym wszechświecie, pełnym gorącego nie­bieskiego światła. Galder podniósł je bez trudu, zdjął ze stojaka dłu­gi łuk i z satysfakcją obserwował, jak magia chwyta oba końce i zgina trzeszczące drewno. Potem wybrał strzałę.

Trymon wyciągnął na środek ciężkie wysokie lustro. Kiedy zosta­nę przywódcą Obrządku, myślał, na pewno nie będę chodził w takich pluszowych kapciach.

Trymon, o czym wspomniano już wcześniej, uważał, że wiele może pomóc świeża krew, jeśli tylko wytnie się uschłe gałęzie. W tej chwili jednak był szczerze zaciekawiony, co nowego planuje ten stary dureń.

Odczułby niejaką satysfakcję, gdyby wiedział, że tak Galder, jak i Skrelt Changebasket, całkowicie się mylili.

Galder wykonał kilka gestów przed lustrem, które zaszło mgłą i oczyściło się, ukazując widok z lotu ptaka na Las Skund. Przyglądał mu się z uwagą, równocześnie trzymając łuk i strzałę wymierzoną mniej więcej w sufit. Wymruczał parę słów w stylu „wziąć poprawkę na wiatr o prędkości, powiedzmy, trzech węzłów" czy „uwzględnić tempe­raturę". Wreszcie, ruchem całkiem nieefektownym, wypuścił strzałę.

Gdyby prawa akcji i reakcji miały tu coś do powiedzenia, strzała powinna opaść na ziemię kilka stóp od łuku. Jednak tu nikt ich nie słuchał.

Strzała zniknęła z dźwiękiem nie poddającym się opisowi. Jed­nak, by uzupełnić obraz sytuacji, można uznać, iż był to zasadniczo „spang!" plus trzy dni ciężkiej pracy w dowolnym, solidnie wyposażo­nym warsztacie elektronicznym.

Galder odrzucił łuk i uśmiechnął się.

- Oczywiście, potrzebuje co najmniej godziny, żeby tam dotrzeć - poinformował. - A potem zaklęcie przepłynie wzdłuż zjonizowanej ścieżki aż tutaj. Do mnie.

- Zdumiewające - stwierdził Trymon.

Jednak każdy przechodzący telepata odczytałby w jego myślach litery wysokie na pięć sążni: ,Jeśli do ciebie, to czemu nie do mnie?" Zerknął na zawalony przyrządami pulpit i nagle długi i bardzo ostry nóż wydał mu się wręcz stworzony do tego, co znienacka przyszło mu do głowy.

Przemoc nie należała do zajęć, w które lubił się angażować. Sytu­acja była jednak wyjątkowa: Piramida Tsortu wyraźnie mówiła o na­grodzie czekającej tego, kto w odpowiedniej chwili posiądzie wszyst­kie osiem zaklęć. Trymon nie zamierzał pozwolić, by lata ciężkiej pra­cy poszły na marne tylko dlatego, że jakiś stary dureń wpadł na do­bry pomysł.

- W oczekiwaniu na powrót wypijesz może filiżankę kakao? - Galder poczłapał przez pokój, żeby zadzwonić na służbę.

- Chętnie. - Trymon podniósł nóż i zważył go w dłoni. - Muszę ci pogratulować, panie. Zaiste, bardzo wcześnie musi wstawać ten, kto chciałby cię wyprzedzić.

Galder roześmiał się. A nóż wyfrunął z dłoni Trymona z taką prędkością, że (ze względu na dość leniwą naturę światła na Dysku) stał się odrobinę krótszy i bardziej masywny, gdy z idealną precyzją mknął w stronę krtani Galdera.

Nie dotarł do niej. Skręcił w bok i zaczął krążyć - tak szybko, że nagle wydawało się, iż Galder nosi metalowy kołnierz. Mag odwrócił się i Trymon miał wrażenie, że jego mistrz urósł nagle o kilka stóp i stał się potężniejszy.

Nóż wyrwał się z orbity i dygocząc trafił w drzwi, o grubość cienia od ucha Trymona.

- Wcześnie? - rzucił uprzejmie Galder. - Mój drogi chłopcze, musiałbyś wcale się nie kłaść.

- Może jeszcze kawałek stołu - zaproponował Rincewind.

- Dziękuję, nie lubię marcepana - odparł Dwukwiat. -Zresztą uważam, że nie należy zjadać cudzych mebli.

- Nie przejmuj się - uspokoił go Swires. - Tej starej wiedźmy nikt tu nie widział od lat. Podobno wykończyła ją ostatecznie na dobre parka dzieciaków, które uciekły z domu.

- Dzisiejsza młodzież - mruknął Rincewind.

- Moim zdaniem to wina rodziców - oświadczył Dwukwiat.

Kiedy człowiek już się przyzwyczaił, domek z piernika był wcale przytulny. Resztki magii utrzymywały go w niezłym stanie, omijały też miejscowe dzikie zwierzęta, które nie zdechły jeszcze na śmiertelną próchnicę zębów. Lukrecjowe drwa na kominku płonęły jasno i strze­lały iskrami; Rincewind chciał nazbierać chrustu, ale zrezygnował. Trudno palić drewnem, które zaczyna rozmowę.

Czknął.

- To niezdrowe - stwierdził. - A właściwie dlaczego słodycze? Dla­czego nie krakersy i ser? Albo salami? Nie odmówiłbym porządnej sofy z salami.



- Nie mam pojęcia - odparł Swires. - Stara robiła słodycze. Po­winniście zobaczyćjej bezy.

- Widziałem - oznajmił Rincewind. - Oglądałem materace.

- Pierniki są bardziej tradycyjne - zauważył Dwukwiat.

- Co? Na materace?

- Nie żartuj. Czy ktoś słyszał o materacach z piernika?

Rincewind burknął coś pod nosem. Myślał o Ankh-Morpork, a ściślej mówiąc o jedzeniu w Ankh-Morpork. To zabawne, ale mia­sto wydawało mu się tym atrakcyjniejsze, im bardziej się od niego od­dalał. Wystarczyło zamknąć oczy, by widzieć - ze szczegółami, od których ciekła ślinka - stragany z potrawami setki różnych kultur. Mógłby zjeść sąuishi albo zupę z płetwy rekina tak świeżą, że pływa­cy woleli omijać ją z daleka. Albo...

- Jak myślisz, mógłbym kupić ten domek? - zapytał Dwukwiat. Rincewind zawahał się. Zawsze lepiej było dobrze przemyśleć od­powiedzi na co bardziej zaskakujące pytania Dwukwiata.

- Po co? - rzucił ostrożnie.

- Wręcz pachnie tu nastrojowością.

-Aha.


-A co to jest nastrojowość? -spytał Swires. Podejrzliwie po­ciągnął nosem i zrobił minę, która świadczyła wyraźnie, że cokolwiek to jest, on nie ma z tym nic wspólnego.

- Myślę, że to gatunek żaby - wyjaśnił mag. - W każdym razie nie możesz kupić tego domku, bo nie ma nikogo, od kogo mógłbyś go kupić...

- Chyba potrafiłbym to jakoś załatwić... oczywiście, w imieniu rady lasu - wtrącił Swłres, starając się unikać wzroku Rincewinda.

- ...a zresztą i tak nie mógłbyś go ze sobą zabrać. Przecież nie za­pakowałbyś do Bagażu całego domku, prawda? - Rincewind wskazał Bagaż, który leżał przy kominku i w zupełnie niepojęty sposób wyglą­dał jak zadowolony, ale czujny tygrys. Potem Rincewind spojrzał na Dwukwiata i zmartwiał.

- Prawda? - powtórzył.

Nie potrafił się jakoś pogodzić z faktem, że wnętrze Bagażu ist­niało jakby w innym świecie niż zewnętrze. Był to oczywiście tylko produkt uboczny ogólnej niezwykłości. Niepokoił go jednak. Widy­wał, jak Dwukwiat wypełnia Bagaż po brzegi brudnymi koszulami i starymi skarpetkami, po czym otwiera wieko, odsłaniając stos czystej, poukładanej bielizny, lekko pachnącej lawendą. Ponadto Dwukwiat kupował sporo fascynujących wytworów tubylczych czy też, jak Rince­wind by je nazwał, śmieci. I nawet siedmiostopowy drąg do ceremonialnego łechtania świń zmieścił się w Bagażu jakoś bez trudu i nig­dzie, zupełnie nigdzie nie wystawał.

- Nie wiem - stwierdził Dwukwiat. - Ty jesteś magiem. Powinie­neś znać się na takich sprawach.

- No tak, oczywiście... ale magia pakowawcza to sztuka wysoce specjalistyczna. Zresztą, skrzaty na pewno nie zechcą go sprzedać. Jest przecież... jest... — Przeszukał to, co zapamiętał z obłąkanego słownic­twa Dwukwiata. -Jest atrakcją turystyczną.

- Co to znaczy? - zainteresował się Swires.

- Że wielu ludzi, takich jak on, przyjedzie tu, żeby ten domek obejrzeć.

- A po co?

- Ponieważ... - Rincewind szukał odpowiednich słów. -Jest fascy­nujący. Ee... staroświecki. Folklor. I ten... tego... wspaniały przykład zapomnianej sztuki ludowej, wzniesiony w tradycji wieków dawno minionych.

- Naprawdę? - Swires rozejrzał się zdumiony.

-Tak.


- Wszystko to, co powiedziałeś?

- Obawiam się, że tak.

- Pomogę wam go spakować.

Trwa ta noc, pod zasłoną chmur okrywających prawie cały Dysk. Jest to szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ kiedy niebo się oczy­ści i astrologowie zobaczą je wyraźnie, zdenerwują się bardzo i roz­gniewają.

W różnych częściach lasu grupy magów gubią się, krążą wkoło, ukrywają się przed sobą nawzajem i irytują, ponieważ ile razy wpadną na drzewo, ono przeprasza. Mimo to, choć w nierównym tempie, wie­lu z nich coraz bardziej zbliża się do domku...

To dobra okazja, by powrócić do labiryntu pomieszczeń Niewi­docznego Uniwersytetu, szczególnie zaś do komnat Greyhalda Spolda. W chwili obecnej jest on najstarszym magiem na Dysku i zamie­rza utrzymać ten tytuł.

Właśnie został straszliwie zaskoczony i przestraszony.

Przez ostatnie kilka godzin miał mnóstwo zajęć. Owszem, był może głuchy i trochę ciężko myślący, ale jak wszyscy podstarzali ma­gowie posiadał silnie rozwinięty instynkt przetrwania. Wiedział, że kie­dy wysoka postać w czarnej szacie i z najnowocześniejszym narzędziem rolniczym w ręku zaczyna się człowiekowi pilnie przyglądać, znaczy to, że nadeszła pora działania. Zwolnił służących. Zapieczętował drzwi pastą ze sproszkowanych ważek. Na oknach wykreślił ochronne okto-gramy. Rzadkie i silnie pachnące olejki rozlał na podłodze we wzory sugerujące, że ich twórca jest pijany albo pochodzi z innego wymia­ru... możliwe, że jedno i drugie. W samym środku komnaty wyrysował ośmiokrotny oktogram Powstrzymania i rozstawił dookoła czerwone i zielone świece. Pośrodku oktogramu stanęła wyłożona czerwonym jedwabiem i kolejnymi amuletami ochronnymi skrzynia z drewna krę-toprotnej sosny, która dożywa wyjątkowo późnego wieku. Greyhald Spold wiedział bowiem, że Śmierć go szuka, i wiele lat poświęcił na zbudowanie kryjówki, gdzie nie zdoła on przeniknąć.

Właśnie ustawił skomplikowany mechanizm zamka i zatrzasnął klapę. Położył się wiedząc, że oto stworzył idealną obronę przed naj­gorszym ze swych wrogów. Jak dotąd nie zastanowił się jeszcze nad ważną rolą, jaką w przedsięwzięciu tego rodzaju odgrywają otwory wentylacyjne.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna