Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona4/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

A z boku, tuż nad uchem, odezwał się głos: - CIEMNO TU, PRAWDA?

Prószył śnieg. Słodowe okna domku świeciły w mroku jasno i wesoło.

Na brzegu polanki rozjarzyły się nagle trzy maleńkie czerwo­ne punkciki i zabrzmiał ciężki kaszel.

- Zamknij się - warknął mag trzeciego stopnia. - Usłyszą nas!

- Kto? Chłopców z Bractwa Sztukmistrzów zgubiliśmy na ba­gnach. A ci idioci z Szacownej Rady Proroków i tak zmylili kierunek.

- Fakt - odezwał się najmłodszy z magów. - Ale kto bez przerwy się do nas odzywa? To podobno magiczny las, pełen goblinów, wil­ków i...

- Drzew - podpowiedział głos z ciemności, wysoko w górze. Był wyraźnie drewniany i skrzypiący.

- Tak - przyznał najmłodszy mag. Zaciągnął się niedopałkiem i zadrżał.

Przywódca grupy wychylił się zza głazu i obejrzał domek.

- No dobrze - oznajmił. Stuknął fajką o obcas siedmiomilowych butów, które zaprotestowały skrzypnięciem. - Wpadamy do środka, łapiemy ich i znikamy. Jasne?

- Jesteś pewien, że to tylko ludzie? - upewnił się nerwowo naj­młodszy.

- Oczywiście, że jestem -warknął przywódca. -A czego się spodziewasz? Trzech niedźwiadków?

- Mogą to być potwory. W takich lasach zwykle żyją potwory.

- I drzewa - dodał przyjazny głos spośród gałęzi.

- Tak - zgodził się ostrożnie przywódca.

Rincewind ostrożnie obejrzał łóżko. Było całkiem przyjem­ne, nieduże, w stylu twardych toffi zdobionych karmelem, ale wolałby raczej je zjeść niż w nim spać. W dodatku wyglą­dało, jakby już ktoś je kosztował.

- Ktoś jadł moje łóżko - oświadczył.

- Lubię toffi - usprawiedliwił się Dwukwiat.

- Jak nie będziesz się pilnował, to przyjdzie zębowa wróżka i za­bierze ci wszystkie zęby - ostrzegł Rincewind.

- Nie, to elfy - odezwał się Swires znad toaletki. - Elfy je żabierają. I jeszcze paznokcie z palców u nóg. Czasami są bardzo drażli­we... znaczy elfy.

Dwukwiat usiadł ciężko na łóżku.

- Coś pomyliłeś - oświadczył. - Elfy są szlachetne, piękne, mądre i dobre. Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem.

Swires i kolano Rincewinda wymienili znaczące spojrzenia.

- Myślisz chyba o innym gatunku elfów - wyjaśnił Swires powoli. - Tu, u nas, mieszkają całkiem inne. Chociaż trudno je nazwać porywczymi - dodał pospiesznie. - Chyba że ktoś chce własne zęby do­nieść do domu w kapeluszu.

Rozległ się cichy, ale wyraźny dźwięk otwieranych nugatowych drzwi. A równocześnie z przeciwnej strony dobiegł leciutki brzęk, jak­by kamień możliwie cicho wybijał słodową szybę.

- Co to było? - spytał Dwukwiat.

- Które co? - uściślił Rincewind. O parapet głucho stuknęła gałąź.

- Elfy! - krzyknął Swires, skoczył do mysiej dziury i zniknął.

- Co robimy? - zapytał Dwukwiat.

- Wpadamy w panikę? - zaproponował z nadzieją Rincewind.

Zawsze uważał, że panika jest najlepszą metodą ujścia z życiem. W dawnych latach, jak tłumaczył swoją teorię, ludzie spotykający wy­głodniałe szablozębne tygrysy, dzielili się na tych, którzy wpadali w panikę, i tych, co stali w miejscu powtarzając „Cóż za przepiękna bestia" albo „Kici kici".

- Tam jest komórka. - Dwukwiat wskazał wąskie drzwiczki wci­śnięte między ścianę i komin.

Ukryli się w słodkiej wilgotnej ciemności.

Na zewnątrz zatrzeszczała czekoladowa podłoga.

- Słyszałem głosy - powiedział ktoś.

- Tak - odpowiedział mu ktoś inny. - Na dole. To pewnie Sztuk­mistrze.

- Mówiłeś przecież, że ich zgubiliśmy!

- Słuchajcie, ten dom jest jadalny! Można go zjeść!

- Zamknij się!

Zabrzmiały kolejne trzaski i stłumiony krzyk, gdy Szacowny Pro­rok, skradając się czujnie w ciemności, nadepnął na palce ukrytego pod stołem Sztukmistrza. Zasyczała uwalniana magia.

- Dranie! - zawołał głos z zewnątrz. - Mają go! Znikamy! Znowu trzaski. I wreszcie cisza.

- Rincewindzie - odezwał się po chwili Dwukwiat. - Wydaje mi się, że w tej komórce jest miotła.

- Co w tym dziwnego?

- Że ona ma uchwyty.

Z dołu zabrzmiał przeraźliwy krzyk. To któryś z czarodziejów próbował w ciemności otworzyć wieko Bagażu. Huk od strony spiżar­ni świadczył o nadejściu grupy Oświeconych Magów Nieprzerwane­go Kręgu.

- Jak myślisz, czego oni tu szukają? - szepnął Dwukwiat.

- Nie wiem, ale chyba lepiej się tego nie dowiadywać - odparł po namyśle Rincewind.

- Może masz rację.

Rincewind ostrożnie pchnął drzwi. Nikogo nie było. Na palcach podbiegł do okna i spojrzał na zwrócone w górę twarze Braci Obrząd­ku Północy.

-To on!

Wycofał się jak najszybciej i pobiegł-do schodów.



Scena na dole była nie do opisania... Ponieważ jednak za pano­wania Olafa Quimby II takie stwierdzenie groziło karą śmierci, lepiej podejmiemy próbę. Przede wszystkim większość obecnych magów usiłowała rozjaśnić pomieszczenie rozmaitymi płomieniami, ognisty­mi kulami i czarodziejskimi poświatami, a rezultat tych prób przywo­dził na myśl dyskotekę w fabryce lamp stroboskopowych. Każdy starai się zająć pozycję, z której mógłby obserwować wszystkich pozosta­łych, jednocześnie nie narażając się na ataki. I absolutnie każdy chciał trzymać się jak najdalej od Bagażu, który zapędził w kąt dwóch Szacownych Proroków i groźnie kłapał wiekiem na wszystkich, którzy się zbliżali. Mimo to jeden z magów przypadkiem zerknął w górę.

- To on!


Rincewind odskoczył i coś wpadło mu na plecy. Obejrzał się szyb­ko i wytrzeszczył oczy, widząc Dwukwiata siedzącego na miotle... która płynęła w powietrzu.

- Czarownica musiała jej zapomnieć - wyjaśnił Dwukwiat. - To prawdziwa latająca miotła.

Rincewind zawahał się. Z miotły strzelały oktarynowe iskry, a on nie lubił wysokości prawie najbardziej ze wszystkiego. Jednak w grun­cie rzeczy najbardziej ze wszystkiego nie lubił widoku dziesiątki roz­złoszczonych i antypatycznych magów, którzy pędzą ku niemu po schodach. A to właśnie widział.

- Zgoda - rzekł. - Ale ja prowadzę.

Kopnął maga, który doszedł już do połowy Zaklęcia Spętania. Wskoczył na miotłę. Ta spłynęła nad schodami, po czym odwróciła się dołem do góry, przez co Rincewind znalazł się oko w oko z Bratem Północy.

Wrzasnął i konwulsyjnie szarpnął uchwyty kierownicy.

Kilka rzeczy wydarzyło się wtedy jednocześnie. Miotła pomknęła do przodu i w ulewie okruchów przebiła ścianę; Bagaż podskoczył i ugryzł Brata w nogę; a także z niezwykłym świstem znikąd pojawiła się strzała, o kilka cali minęła Rincewinda i z głośnym stukiem trafiła w wieko Bagażu.

Bagaż zniknął.

W małej wiosce w głębi lasu stary szaman dorzucił do ognia kilka gałązek i przez dym spojrzał na zawstydzonego ucznia. - Skrzynia z nogami? - zapytał.

- Tak, mistrzu. Spadła z nieba i popatrzyła na mnie.

- Miała więc oczy ta skrzynia?

- N... - zaczął niepewnie uczeń i przerwał. Starzec zmarszczył brwi.

- Wielu oglądało Topaxci, Boga Czerwonego Grzyba, i ci zasłuży­li na imię szamana - oświadczył. - Niektórzy widzieli Skelde, ducha dymu, i tych nazywamy czarownikami. Nieliczni dostąpili łaski ujrze­nia Umcherrel, duszy lasu, i ci znani są jako władcy duchów. Nikt jed­nak nie spotkał skrzyni z setkami nóżek, bo tych zwalibyśmy idio...

Do przerwania zmusił go nagły krzyk, zawierucha śniegu i iskier. Głownie rozsypały się po całej chacie. Mignęła krótkotrwała, niewy­raźna wizja, coś rozniosło ścianę i zjawisko zniknęło.

Przez długą chwilę trwała cisza. Potem trwała przez chwilę nieco krótszą. Wreszcie stary szaman odezwał się niepewnie.

- Nie widziałeś przypadkiem dwóch ludzi, którzy lecieli do góry nogami na miotle, wrzeszczeli i krzyczeli na siebie nawzajem? Chłopiec spojrzał na niego spokojnie.

- Z pewnością nie - odparł. Starzec westchnął z ulgą.

- Dzięki niech będą bogom - rzekł. - Ja też nie.

W domku panował chaos, ponieważ nie tylko każdy z ma­gów chciał ścigać miotłę, ale też każdy próbował uniemożli­wić to pozostałym. Doprowadziło to do serii pożałowania godnych wypadków. Najbardziej spektakularny, a przy tym najbar­dziej tragiczny, zdarzył się, gdy jeden z Proroków chciał użyć swych siedmiomilowych butów, pomijając odpowiednie wstępne zaklęcia i przygotowania. Siedmiomilowe buty, jak już wspomniano, są w najlepszym razie dość kapryśną formą magii. Prorok zbyt późno sobie przypomniał, że najwyższej ostrożności wymaga metoda transportu, której efektywność - skoro już mowa o konkretach - opiera się na próbie ustawienia jednej stopy podróżnego o siedem mil od drugiej.

Szalały już pierwsze śnieżne burze i trzeba przyznać, że większą część Dysku okrywały podejrzanie gęste chmury. A mimo to z góry, w srebrzystym świetle maleńkiego księży­ca, Dysk był jednym z najpiękniejszych widoków w całym multiversum. Długie na setki mil wstęgi chmur sięgały spiralami od wodospa­du na Krawędzi aż do Osi. W lodowatej, kryształowej ciszy pasma te migotały jak szron w blasku gwiazd, wirując prawie niezauważalnie, zupełnie jakby Bóg najpierw zamieszał kawę w filiżance, a potem dolał śmietanki.

Nic nie zakłócało tej wspaniałej sceny, która... Coś małego i dalekiego przebiło warstwę chmur, ciągnąc za sobą strzępy pary. W stratosferycznej ciszy kłótnia rozbrzmiewała wyraźnie i głośno.

- Mówiłeś, że umiesz nimi latać!

- Wcale nie! Powiedziałem tylko, że ty nie umiesz!

- Przecież nigdy nie próbowałem!

- Cóż za zbieg okoliczności!

- Ale powiedziałeś... Popatrz na niebo!

- Tego nie mówiłem!

- Co się stało z gwiazdami?

I w taki to sposób Rincewind i Dwukwiat, jako pierwsi ludzie na Dysku, dowiedzieli się, co skrywa przyszłość. Tysiąc mil za nimi osiowy szczyt Cori Celesti wbijał się w niebo i na wrzące chmury rzucał cień jasny jak klinga, tak że bogowie również powinni coś zauważyć... Jed­nak bogowie rzadko spoglądają w niebo, zresztą w tej chwili zajęci byli sporem z Lodowymi Gigantami, którzy nie chcieli przyciszyć radia.

Poza Krawędzią, tam dokąd płynął Wielki A'Tuin, coś wymiotło z nieba gwiazdy. Pozostała tylko jedna, czerwona i złowieszcza, gwia­zda jak błysk w oku wściekłej nutrii. Była niewielka, przerażająca i nie­ustępliwa. A Dysk sunął prosto na nią.

Rincewind dokładnie wiedział, jak się zachować w takiej sytuacji. Wrzasnął i skierował miotłę prosto w dół.

Galder Weatherwax stanął pośrodku oktogramu i wzniósł ramiona.

- Urshalo, dileptor, c'hula, wypełnijcie moje rozkazy! Obłoczek mgły uformował mu się nad głową. Trymon stał ponu­ry na brzegu magicznego kręgu. Mag zerknął na niego.

- Następny kawałek robi wrażenie - powiedział. - Uważaj. Kot - b'hai! Kot -sham! Przybądźcie, duchy małych samotnych skał i zmar­twionych myszy nie dłuższych niż trzy cale!

- Co? - nie zrozumiał Trymon.

- Wymagało to długich studiów - przyznał skromnie Galder. - Zwłaszcza myszy. Do czego doszedłem? Aha...

Znowu uniósł ramiona. Trymon obserwował go, z roztargnie­niem oblizując wargi. Stary dureń naprawdę się koncentrował, sku­piał umysł na zaklęciu i nie zwracał na Trymona uwagi.

Słowa mocy toczyły się po komnacie, odbijały od ścian i chowały za półkami i słojami. Trymon zawahał się.

Galder przymknął oczy i z wyrazem ekstazy wyrzucił ostatnie słowo.

Trymon napiął mięśnie, raz jeszcze obejmując palcami nóż. A Galder otworzył jedno oko, skinął na niego i posłał w bok strumień mocy, który pochwycił ucznia i cisnął nim o ścianę.

Galder mrugnął porozumiewawczo i po raz kolejny wzniósł ręce.

- Do mnie, duchy...

Zagrzmiał piorun, nastąpiła implozja światła i moment całkowi­tej fizycznej nieoznaczoności, kiedy nawet ściany zdają się zapadać we własne wnętrze. Trymon usłyszał głośne westchnienie, a potem głu­chy, ciężki stuk.

W komnacie zapadła cisza.

Po kilku minutach Trymon wyczołgał się spod fotela i otrzepał ubranie. Zagwizdał parę linijek niczego szczególnego i z przesadną obojętnością ruszył do drzwi. Patrzył w sufit, jak gdyby nigdy w życiu go nie widział. Szedł zaś tak, jak gdyby zamierzał ustanowić światowy rekord prędkości w nonszalanckim spacerze.

Pośrodku kręgu Bagaż uchylił wieko.

Trymon przystanął. Odwrócił się bardzo, ale to bardzo powoli, pełen lęku przed tym, co może zobaczyć.

Bagaż zdawał się mieścić w sobie czystą bieliznę, lekko pachnącą lawendą. Nie wiadomo czemu, ale był to najbardziej przerażający wi­dok, jaki mag w życiu oglądał.

- No, tego... - zaczął. - Czy... no wiesz... nie widziałeś tu przypad­kiem drugiego maga?

Bagaż zaczął wyglądać jeszcze bardziej groźnie.

- Zresztą... - dodał Trymon. - To nieważne.

Szarpnął obojętnie rąbek swojej szaty i na chwilę zainteresował się jej szwem. Kiedy podniósł głowę, straszliwy kufer wciąż stał w tym samym miejscu.

- Do widzenia - rzucił Trymon i puścił się biegiem. W ostatniej chwili zdołał dopaść drzwi.

- Rincewindzie!

Rincewind otworzył oczy. Niewiele mu to pomogło. Tyle tylko że zamiast nie widzieć niczego prócz czerni, teraz nie widział niczego prócz bieli. A to - zaskakująco - okazało się jeszcze gorsze.

- Dobrze się czujesz?

- Nie.

- Aha.


Rincewind usiadł. Miał wrażenie, że siedzi na skale przyprószo­nej śniegiem, ale ta skała jakoś nie wyglądała dokładnie tak, jak skała powinna wyglądać. Na przykład skała nie powinna się ruszać.

Śnieg wirował dookoła. Dwukwiat siedział o kilka kroków od nie­go, z wyrazem szczerej troski na twarzy.

Rincewind jęknął. Jego kości były bardzo niezadowolone z tego, jak je ostatnio potraktowano, i teraz ustawiały się w kolejce, żeby zło­żyć skargę.

- Co teraz? - zapytał.

- Pamiętasz, kiedy lecieliśmy i ja się martwiłem, czy nie uderzy­my o coś w czasie burzy? Powiedziałeś, że możemy się zderzyć co naj­wyżej z chmurą pełną kamieni.

- I co?


- Skąd wiedziałeś?

Rincewind rozejrzał się. Sądząc po zmienności i malowniczości scenerii, równie dobrze mógłby się teraz znajdować we wnętrzu pi­łeczki pingpongowej.

Skała pod nim kołysała się. Przesunął po niej dłońmi i wy­czuł ślady uderzeń dłut. Kiedy przyłożył ucho do zimnego, mok­rego kamienia, miał wrażenie, że słyszy głuche, powolne dudnie­nie, jakby bicie serca. Podczołgał się do krawędzi i bardzo ostroż­nie wyjrzał.

W tej właśnie chwili skała musiała przelatywać nad jakąś przerwą w pokrywie chmur, gdyż dostrzegł zamglone i straszliwie odległe zę­bate szczyty gór. Były bardzo nisko w dole.

Zabełkotał coś niewyraźnie i wycofał się powoli.

- To śmieszne - oznajmił Dwukwiatowi. - Skały nie latają. Zna­ne są z tego.

- Może latałyby, gdyby umiały - odparł Dwukwiat. - A ta właśnie odkryła, jak się to robi.

- Miejmy nadzieję, że nie zapomni.

Rincewind otulił się przemokniętym płaszczem i posępnie obser­wował otaczającą ich chmurę. Podejrzewał, że istnieją gdzieś ludzie, którzy mają pewien zakres władzy nad własnym życiem: wstają rano i kładą się wieczorem do łóżka z rozsądnym przekonaniem, że nie spadną za kraniec świata, że nie zaatakują ich szaleńcy i że nie zbudzą się na skale o ambicjach zupełnie nieodpowiednich dla swego stanu. Niejasno pamiętał, że sam kiedyś prowadził takie życie.

Pociągnął nosem. Skała pachniała czymś smażonym. Zapach do­latywał z przodu i przemawiał bezpośrednio do jego żołądka.

- Czujesz coś? - zapytał.

- To chyba bekon - stwierdził Dwukwiat.

- Mam nadzieję, że bekon. Ponieważ zamierzam go zjeść.

Rincewind stanął na dygoczącym kamieniu i pomaszerował chwiejnie w chmury, wytężając wzrok pośród wilgotnego półmroku.

Z przodu, czy też na krawędzi natarcia skały, niski druid siedział ze skrzyżowanymi nogami przy małym ognisku. Na głowie, zawiązany pod brodą, miał kwadrat ceraty. Ozdobnym sierpem przewracał be­kon na patelni.

- Ehem... - zaczął Rincewind.

Druid podniósł głowę i upuścił patelnię do ognia. Zerwał się na nogi i bojowo chwycił sierp - to znaczy o tyle bojowo, o ile to moż­liwe w mokrej, białej nocnej koszuli i ociekającej wodą ceracie na głowie.

- Ostrzegam, że surowo rozprawiam się z porywaczami - oznaj­mił i kichnął głośno.

- Chętnie pomożemy - zapewnił Rincewind, zerkając tęsknie na płonący bekon.

To zaskoczyło druida, który - ku zdumieniu Rincewinda - był dość młody. Rincewind owszem, domyślał się, że teoretycznie powi­nien istnieć ktoś taki jak młodzi druidzi. Po prostu nigdy ich sobie nie wyobrażał.

- Nie próbujecie ukraść skały? - zapytał druid, opuszczając nie­co sierp.

- Nie wiedziałem nawet, że można je kraść - odparł ze znuże­niem Rincewind.

- Przepraszam bardzo - wtrącił uprzejmie Dwukwiat. -Mam wrażenie, że pali ci się śniadanie.

Druid zerknął w dół i bez szczególnego efektu zamachał na pło­mienie. Rincewind skoczył na pomoc, wzniósł się dym, popiół i ha­łas. A wspólne uczucie tryumfu po ocaleniu kilku częściowo zwęglo­nych kawałków bekonu poskutkowało o wiele lepiej niż cały podręcz­nik dyplomacji.

- A skąd właściwie się tu wzięliście? - zapytał druid. -Jesteśmy pięćset stóp nad ziemią, chyba że znowu pomyliłem runy. Rincewind starał się nie myśleć o wysokości.

- Wpadliśmy przelatując - wyjaśnił.

- Byliśmy w drodze do ziemi - dodał Dwukwiat.

- Twoja skała nas zatrzymała - zakończył Rincewind. Jego grzbiet skarżył się boleśnie. - Dzięki.

- Miałem wrażenie, że jakiś czas temu wleciałem w turbulencję -stwierdził druid. Jak się okazało, miał na imię Belafon. - A to pew­nie wy... - Zadrżał. - Pewnie już świta. Niech licho porwie reguły. Wchodzimy wyżej. Trzymajcie się.

- Czego? — spytał Rincewind.

- No... po prostu wykazujcie ogólną niechęć do spadania - wytłu­maczył Belafon. Spod szaty wyjął duże żelazne wahadło i zatoczył nim kilka zadziwiająco szybkich łuków nad ogniskiem.

Chmury popłynęły dookoła, dało o sobie znać przykre uczucie ciężkości i nagle skała wyrwała się na słońce.

Wyrównała lot o kilka stóp ponad chmurami, wśród zimnego, ale jaskrawobłękitnego nieba. Chmury, które zeszłej nocy wydawały się zimne i dalekie, a dzisiejszego ranka obrzydliwie lepkie, teraz były tylko wełnistym białym dywanem, ciągnącym się na wszystkie strony. Nieliczne szczyty gór sterczały z niego niczym wyspy. Za skałą wiatr wzbudzony przelotem rzeźbił obłoki w ulotne wiry. Skała...

Miała około trzydziestu stóp długości i dziesięciu szerokości. Była niebieskawa.

- Cóż za przepiękna panorama - stwierdził Dwukwiat. Oczy mu błyszczały.

- Ee... co nas podtrzymuje? - zapytał Rincewind.

- Perswazja. - Belafon wyżął skraj swojej szaty.

- Aha - zgodził się mądrze Rincewind.

- Podtrzymywać jest łatwo - oznajmił druid. Wystawił kciuk i wy­ciągnąwszy ramię, ocenił odległość do dalekiego szczytu. - Najtru­dniejsze jest lądowanie.

- Kto by pomyślał, prawda? - zauważył Dwukwiat.

- To perswazja utrzymuje cały wszechświat - rzekł Belafon. - Nie warto się upierać, że to tylko magia.

Rincewind spojrzał przypadkiem przez rzednące chmury na śnie­żny pejzaż spory kawałek pod sobą. Wiedział, że znalazł się w towa­rzystwie szaleńca. Do tego jednak zdążył się przyzwyczaić. Jeśli słucha­nie tego szaleńca gwarantuje pozostanie tu, w górze, to cały zmieniał się w słuch.

Belafon usiadł, zwieszając nogi za krawędź skały.

- Nie przejmuj się tak - poradził. - Jeżeli wciąż będziesz myślał, że skały nie powinny latać, ona może cię usłyszeć i da się przekonać. I wtedy się okaże, że masz rację. Jasne? Widzę, że nie potrafisz nowo­cześnie myśleć.

- Też mam takie wrażenie - przyznał słabym głosem Rincewind.

Starał się nie myśleć o skałach na ziemi. Starał się za to myśleć o skałach wzlatujących jak jaskółki, fruwających nad ziemią dla czy­stej radości lotu, pędzących w niebo...

I był rozpaczliwie świadom, że nie wychodzi mu to najlepiej.

Druidzi na Dysku szczycili się swym ze wszech miar postę­powym podejściem do tajemnic wszechświata. Natural­nie, jak wszyscy druidzi, wierzyli w zasadniczą jedność wszel­kiego życia, w leczniczą moc ziół, naturalny rytm pór roku i koniecz­ność palenia żywcem na stosie każdego, kto nie odnosił się do tego wszystkiego z należytym szacunkiem. Myśleli jednak długo i ciężko nad samymi podstawami Stworzenia i sformułowali następu­jącą teorię:

Wszechświat, twierdzili, zależy w swym działaniu od równowagi czterech sił, które nazwali czar, perswazja, niepewność i krwiożer-czość. Dlatego właśnie słońce i księżyc okrążały Dysk: ponieważ prze­konano je, żeby nie spadały; nie odlaytwały jednak z powodu niepew­ności. Czar pozwalał rosnąć drzewom, krwiożerczość utrzymywała je w pionie, i tak dalej.

Niektórzy z druidów próbowali sugerować, że teoria ta ma pew­ne dostrzegalne luki. Jednak najstarsi tłumaczyli niezwykle prze­konująco, że istotnie jest w niej miejsce na twórcze spory, cięcia i riposty gorącej naukowej debaty... i że w zasadzie miejsce to znaj­duje się na samym szczycie stosu ofiarnego podczas najbliższego przesilenia.

- A więc jesteś astronomem? - domyślił się Dwukwiat.

- Ależ nie -odparł Belafon. Skala dryfowała łagodnie wokół zbocza góry. - Jestem konsultantem do spraw sprzę­tu komputerowego.

- A co to jest sprzęt komputerowy?

- Na przykład to. - Druid postukał sandałem o skałę. - A przynaj­mniej to część. Zamienna. Dostarczam ją. Mają problemy z wielkimi kręgami na Równinach Wirowych. Tak przynajmniej twierdzą. Chciałbym dostawać bransoletę z brązu za każdego użytkownika, który nie przeczytał instrukcji.

Wzruszył ramionami.

- A do czego konkretnie to służy? - zapytał Rincewind. Cokol­wiek, byle tylko nie myśleć o przepaści pod stopami.

- Można to wykorzystać, żeby... żeby wiedzieć, jaka jest w tej chwi­li pora roku.

- Aha... To znaczy, jeśli skałę pokrywa śnieg, to jest zima?

- Tak. To znaczy nie. To znaczy, przypuśćmy, że chciałbyś spraw­dzić, kiedy wschodzi jakaś konkretna gwiazda...

- A po co? - wtrącił Dwukwiat, okazując zainteresowanie.

- No... może chcesz się dowiedzieć, kiedy obsiewać pola... - Belafon spocił się lekko. - Albo...

- Pożyczę ci swój almanach - zaproponował Dwukwiat.

- Almanach?

- To książka, która mówi, jaki jest dzień - wyjaśnił niechętnie Rin­cewind. - Pasuje do twoich zainteresowań. Belafon zesztywniał.

- Książka? - powtórzył. - Taka z papieru?

- Tak.


- To mi nie wygląda na metodę godną zaufania - oznajmił ura­żony druid. - Skąd książka może wiedzieć, jaki jest dzień? Papier nie umie liczyć.

Tupnął nogą o skałę, która zakołysała się niebezpiecznie. Rince­wind przełknął ślinę i skinął na Dwukwiata.

- Słyszałeś kiedy o szoku kulturowym? - syknął.

- Co to jest?

- To, co następuje, kiedy ludzie poświęcają pięćset lat na wyregu­lowanie kamiennego kręgu, a potem ktoś przychodzi z książeczką, gdzie na każdy dzień jest jedna strona z krótkimi dobrymi radami, na przykład „Najlepsza pora do wysiewu fasoli" albo „Kto wcześnie z łóżka się zbiera, ten wcześnie umiera"... i wiesz, co jest najważniej­szym problemem szoku kulturowego, o którym koniecznie trzeba...

- Rincewind przerwał, by nabrać tchu. Przez chwilę bezgłośnie poru­szał wargami, próbując sobie przypomnieć, dokąd doprowadził to zdanie. - ... pamiętać? - dokończył.

- Co?

- Nie wolno narażać na ten szok człowieka, który pilotuje tysiąc ton skały.



- Poszedł sobie?

Trymon wyjrzał ostrożnie zza blanków Wieży Sztuk, strzeli­stej iglicy pokruszonych cegieł, wyrastającej ponad Niewi­docznym Uniwersytetem. Zebrana w dole gromadka studentów i lek­torów magii zgodnie pokiwała głowami.

-Jesteście pewni?

Kwestor złożył dłonie koło ust.

- Godzinę temu wyłamał osiowe drzwi i uciekł, panie! - wrzasnął.

- Błąd - sprostował Trymon. - On wyszedł, my uciekliśmy. No, dobrze, w takim razie zejdę na dół. Złapał kogoś?

Kwestor przełknął ślinę. Nie był magiem, ale dobrodusznym, łagodnym człowiekiem, który nie powinien oglądać tego, czego był świadkiem przez ostatnią godzinę. Oczywiście, zdarzało się, że po­mniejsze demony, kolorowe światła czy na wpół zmaterializowane wi­zerunki włóczyły się po miasteczku akademickim... Jednak gwałtow­ne ataki Bagażu rozstroiły mu nerwy. Próba powstrzymania napastni­ka byłaby czymś w rodzaju zapasów z lodowcem.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna