Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona5/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

- On... on połknął dziekana wydziału nauk wyzwolonych - zawołał. Trymon rozpromienił się.

- Ależ tu wiatr - mruknął.

Ruszył w dół długich spiralnych schodów. Po chwili rozciągnął wąskie wargi w niechętnym uśmiechu. Dzień układał się coraz lepiej.

Musiał jeszcze niejedno zorganizować. A jeśli Trymon cokolwiek naprawdę lubił, to właśnie organizację.

Skala mknęła nad wyżyną, rozdmuchując śnieżne zaspy le­dwie o kilka stóp poniżej. Belafon krzątał się wkoło; tu rozsmarował odrobinę jemiołowej maści, gdzie indziej wykre­ślił runę. Rincewind siedział przerażony, a Dwukwiat martwił się o Bagaż.

- Przed nami! - ryknął druid, przekrzykując pęd wiatru. - Podzi­wiajcie wielki komputer niebios!

Rincewind spojrzał przez palce. Na horyzoncie wznosiła się gi­gantyczna konstrukcja z szarych i czarnych płyt, ustawionych w kon­centryczne kręgi i tajemnicze aleje, groźne i posępne na tle śnieżne­go krajobrazu. Z pewnością nie ludzie ustawili tu te zalążki gór... to z pewnością grupę olbrzymów zmienił w kamienie jakiś...

- Wygląda jak kupa kamieni - stwierdził Dwukwiat. Belafon znieruchomiał w połowie gestu.

- Co? - Nie zrozumiał.

- Jest bardzo ładna - dodał pospiesznie turysta. Szukał odpowie­dniego określenia. - Etniczna - zdecydował. Druid zesztywniał.

- Ładna? - powtórzył. - Tryumf technologii krzemu, cud współ­czesnych możliwości budowlanych... ładny?

- Tak - potwierdził Dwukwiat, dla którego sarkazm był tylko sło­wem na siedem liter, zaczynającym się od S.

- A co to znaczy etniczna? - zapytał druid.

- To znaczy, że wywiera niezwykłe wrażenie - wyjaśnił pospiesznie Rincewind. - I chyba grozi nam lądowanie, jeśli wolno zwrócić ci uwagę...

Belafon obejrzał się, nieco tylko udobruchany. Szeroko rozłożył ramiona i wykrzyczał ciąg nieprzetłumaczalnych słów, zakończony sło­wem „ładny!", które powtórzył urażonym szeptem.

Skała zwolniła, w chmurze śniegu przesunęła się w bok i zawisła ponad kręgiem. Druid na ziemi wykonał kilka skomplikowanych gestów dwoma pękami jemioły i skała z delikatnym stukiem spoczęła na dwóch filarach.

Rincewind westchnął głęboko i wypuścił powietrze. Natychmiast odleciało na bok, żeby się gdzieś ukryć.

Drabinka uderzyła o brzeg skały ł nad krawędzią pojawiła się gło­wa starszego druida. Zdziwiony zerknął na dwójkę pasażerów, po czym zwrócił się do Belafona.

- Najwyższy czas - oświadczył. - Siedem tygodni do Nocy Strzeże­nia Wiedźm, a on znowu nawala.

- Witaj, Zakriahu — odrzekł Belafon. - Co się zdarzyło tym razem?

- Wszystko się sypnęło. Dzisiaj przewidział wschód słońca o trzy minuty za wcześnie. Zupełnie zgłupiał.

Belafon szybko zszedł po drabince i zniknął z pola widzenia. Pa­sażerowie spojrzeli po sobie nawzajem, po czym obaj popatrzyli przed siebie na szeroką, otwartą przestrzeń między głazami wewnętrzne­go kręgu.

- Co teraz robimy? - zapytał Dwukwiat.

- Moglibyśmy się przespać - zaproponował Rincewind.

Dwukwiat zignorował go i zszedł po drabinie.

Wokół kręgu druidzi stukali w megality małymi młoteczkami i nasłuchiwali uważnie. Kilka ogromnych głazów leżało na boku, a każdy z nich otaczała inna grupka druidów. Badali powierzchnię i sprzeczali się między sobą. Fachowe określenia dryfowały aż do uszu Rincewinda.

- Nie ma mowy o niekompatybilności oprogramowania... ty dur­niu, przecież Modlitwa Deptanej Spirali została zaprojektowana spe­cjalnie dla kręgów koncentrycznych...

- Moim zdaniem trzeba go zrestartować i na początek sprawdzić prostą ceremonię księżyca...

- Oczywiście... Tym kamieniom nic nie dolega, to po prostu wszechświat się zepsuł. Tak?

Poprzez opary wyczerpanego umysłu Rincewind wspomniał stra­szną czerwoną gwiazdę, którą niedawno widział na niebie. Coś rze­czywiście popsuło się wczoraj w nocy we wszechświecie.

Jak zdołał powrócić na Dysk?

Miał uczucie, że odpowiedzi tkwią mu gdzieś w głowie. A po chwi­li zaczęło go ogarniać uczucie o wiele mniej przyjemne: że coś jeszcze ogląda scenę w dole... że patrzy zza jego oczu.

Zaklęcie wypełzło ze swego leża w głębi dziewiczych ścieżek umy­słu i teraz siedziało bezczelnie w przodomózgowiu, podziwiało wi­doki i wykonywało psychiczny odpowiednik jedzenia prażonej kuku­rydzy.

Spróbował je odepchnąć... i świat zniknął.

Znalazł się w ciemności ciepłej i stęchłej, w mroku grobowca, w aksamitnej czerni sarkofagu. Wyczuwał ostry zapach starej skóry i kwaśny odór starożytnych papierów. Papiery szeleściły.

Czuł, że ciemność pełna jest niewyobrażalnych potworów... A cały problem z niewyobrażalnymi potworami polega na tym, że aż nazbyt łatwo je sobie wyobrazić.

- Rincewindzie - odezwał się jakiś głos.

Rincewind nigdy jeszcze nie słyszał gadającej jaszczurki, ale gdy­by przemówiła, to dokładnie w taki sposób.

- Tego... - odpowiedział. - Słucham?

Głos parsknął... dziwaczny dźwięk, raczej papierowy.

- Powinieneś zapytać: „Gdzie jestem?" - stwierdził.

- A czy byłbym zadowolony z odpowiedzi?

Rincewind wpatrywał się w ciemność. Teraz, kiedy już się do niej przyzwyczaił, zaczynał coś dostrzegać. Coś niewyraźnego, ledwie dość jasnego, by było czymkolwiek... Najlżejszy, dziwnie znajomy wzór w powietrzu.

- No dobrze - zgodził się. - Gdzie jestem?

- Śnisz.


- W takim razie czy mógłbym się już obudzić? Proszę.

- Nie - odparł inny głos, stary i suchy jak pierwszy, a jednak tro­chę inny.

- Mamy ci coś bardzo ważnego do powiedzenia - oznajmił trzeci głos, chyba jeszcze bardziej zasuszony niż poprzednie.

Rincewind w oszołomieniu kiwnął głową. Gdzieś w głębi umysłu czaiło się Zaklęcie i zerkało mu przez myślowe ramię.

- Sprawiłeś nam wiele kłopotów, młody Rincewindzie - ciągnął głos. - Całe to spadanie z krawędzi świata... Zupełnie nie myślisz o innych. Musiałyśmy poważnie zniekształcić rzeczywistość.

- A niech to!

- A teraz czeka cię ważne zadanie.

- Och. Dobrze.

- Wiele lat temu sprawiłyśmy, by jedno z nas ukryło się w twojej głowie. Potrafiłyśmy bowiem przewidzieć nadejście chwili, w której odegrasz niezwykle istotną rolę.

- Ja? Dlaczego?

- Często i dużo uciekasz - stwierdził któryś z głosów. - To dobrze. Potrafisz przeżyć.

- Przeżyć? Z dziesięć razy o mało nie zginąłem!

- Otóż to.

-Aha.


- Ale staraj się więcej nie spadać z Dysku. Naprawdę nie możemy na to pozwolić.

- A my to kto? - zapytał Rincewind. Coś szeleściło w ciemności.

- Na początku było Słowo - rzekł suchy głos tuż za nim.

- To było Jajo - poprawił inny głos. - Dokładnie pamiętam. Wiel­kie Jajo Wszechświata. Z miękką skorupką.

- Oba się mylicie. Jestem przekonane, że to pierwotna maź.

- Nie, to przyszło potem — wtrącił się głos obok kolana Rincewinda. - Najpierw istniał firmament. Mnóstwo firmamentu. Dosyć lep­ki. Jak wata cukrowa, a właściwie jak syrop...

- Gdyby kogokolwiek to interesowało...- zawołał zgrzytliwy glos z lewej strony. - Wszystkie się mylicie. Na początku było Odchrząk­nięcie...

- ...potem Słowo...

- Przepraszam bardzo, ale maź...

- Wyraźnie miękka. Elastyczna, pomyślałem... Zaległa cisza. Wreszcie głos oznajmił stanowczo:

- W każdym razie cokolwiek to było, pamiętamy to dobrze.

- Naturalnie.

- Właśnie.

- A naszym zadaniem, Rincewindzie, jest dopilnować, by nic złe­go się temu nie przydarzyło.

Rincewind zmrużył oczy i spojrzał w mrok.

- Czy zechciałybyście uprzejmie wyjaśnić, o czym właściwie mó­wicie?

Zabrzmiało papierowe westchnienie.

- To tyle w kwestii metafor - stwierdził jeden z głosów. - Posłu­chaj, to bardzo ważne. Musisz strzec bezpieczeństwa zaklęcia w two­jej głowie, a w odpowiedniej chwili dostarczyć je do nas, rozumiesz. Abyśmy dokładnie we właściwym momencie mogły zostać wypowie­dziane. Czy to jasne?

Mogły zostać wypowiedziane? - zdziwił się Rincewind.

I wtedy pojął, czym są te delikatne linie wśród czerni. To było oglądane od spodu pismo na karcie.

- Czy jestem w Octavo? - zapytał.

- W pewnych metafizycznych aspektach - przyznał obojętnie któryś z głosów.

Zbliżył się. Tuż przed nosem Rincewind wyczuwał suchy szelest...

Uciekł.


Samotny czerwony punkcik błyszczał na tle plamy czerni. Trymon, wciąż jeszcze w ceremonialnych szatach - niedaw­no dobiegła końca uroczystość inauguracji jego rządów w Obrządku - nie potrafił pozbyć się wrażenia, że kropka urosła tro­chę, gdy na nią patrzył. Zadrżał i odwrócił się od okna.

- I co? - rzucił.

- To gwiazda - odparł profesor astrologii. - Tak myślę.

- Myślisz?

Astrolog skrzywił się. Stali w obserwatorium Niewidocznego Uni­wersytetu, a maleńka rubinowa iskierka nad horyzontem wcale nie wydawała mu się groźniejsza od nowego mistrza.

- Widzisz, panie, zawsze uważaliśmy, że gwiazdy są podobne do naszego słońca...

- To znaczy są kulami ognia średnicy około mili?

- Tak. Ale ta nowa jest, no... duża.

- Większa niż słońce?

Trymon zawsze uważał, że wielka na milę ognista kula jest dosta­tecznie imponująca, chociaż z zasady nie aprobował gwiazd. To przez nie sklepienie niebieskie wyglądało nieporządnie.

- O wiele większa - przyznał astrolog.

- Większa może niż głowa Wielkiego A'Tuina? Astrolog wyglądał na załamanego.

- Większa niż Wielki A'Tuin i Dysk razem wzięte - oświadczył. - Sprawdziliśmy to - dodał pospiesznie. - I jesteśmy prawie pewni.

- To rzeczywiście duża - zgodził się Trymon. - Słowo „ogromna" samo nasuwa się na myśl.

- Masywna - przyznał szybko astrolog.

- Hmm.


Trymon zaczął krążyć po zdobnej w mozaikę podłodze obserwa­torium. Przedstawiono na niej znaki zodiaku Dysku. Było ich sześć­dziesiąt cztery, poczynając od Dwugłowego Kangura Wezena, aż po Gahoolie, Wazon Tulipanów (konstelacja ta miała głębokie znacze­nie religijne, niestety, dawno już zapomniano jakie).

Przystanął na błękitnych i złocistych płytkach Hieny Mubbo. Od­wrócił się gwałtownie.

- Zderzymy się z nią? - zapytał.

- Obawiam się, że tak, panie.

- Hmm. - Trymon przeszedł jeszcze kilka kroków, w zadumie gła­dząc brodę. Przystanął na wierzchołku Okjocka Handlowca i Nie­biańskiej Pietruszki. - W tej materii nie jestem specjalistą - oświad­czył. - Ale wyobrażam sobie, że nie będzie to pomyślne wydarzenie?

- Nie, panie.

- Bardzo gorące te gwiazdy? Astrolog przełknął ślinę.

- Tak, panie.

- Wszyscy się spalimy?

- W rezultacie tak. Oczywiście wcześniej nastąpią trzęsienia Dys­ku, fale pływów, wstrząsy grawitacyjne... prawdopodobnie stracimy też atmosferę.

- Aha. Jednym słowem, brak porządnej organizacji. Astrolog zawahał się, po chwili jednak ustąpił.

- Można tak to określić, panie.

- Panika ogarnie ludzi?

- Na krótko, obawiam się.

- Hmm - mruknął Trymon.

Mijał właśnie Być Może Wrota i orbitował płynnie ku Krowie Nie­bios. Raz jeszcze zerknął na czerwoną iskrę ponad horyzontem. Zda­wało się, że podjął decyzję.

- Nie możemy znaleźć Rincewinda - rzekł. - A bez niego nie mamy ósmego zaklęcia z Octavo. Wierzymy jednak, że należy prze­czytać Octavo, by uniknąć kataklizmu... W przeciwnym razie po co Stwórca by je zostawiał?

- Może po prostu zapomniał — podsunął astrolog. Trymon spojrzał groźnie.

- Inne Obrządki przeszukują wszystkie krainy pomiędzy nami a Osią - kontynuował, odliczając tezy na palcach. -Wydaje się nie­możliwe, by człowiek wleciał w chmurę i już z niej nie wyleciał...

- Chyba że była wypchana skałami - wtrącił astrolog. Była to mar­na, a jak się okazało, również całkiem nieudana próba poprawienia humorów.

- Jednakże spaść na dół musi... gdzieś. Gdzie? - pytamy.

- Gdzie? - spytał lojalnie astrolog.

- I natychmiast ukazuje się nam najlepsze rozwiązanie.

- Ach - rzekł astrolog. Biegł, by dotrzymać kroku magowi, który zdeptał właśnie Dwóch Tłustych Kuzynów.

- A rozwiązaniem tym jest...?

Astrolog spojrzał prosto w oczy szare i lodowate jak stal.

- Ee... Przestaniemy szukać? - zaryzykował.

- Otóż to! Skorzystamy z darów, które ofiarował nam Stwórca. Spójrzmy w dół. Co widzimy?

Astrolog jęknął w duchu. Spojrzał w dół.

- Kafelki - próbował odgadnąć.

- Kafelki w rzeczy samej. Które razem tworzą...? - Trymon urwał wyczekująco.

- Zodiak? - spróbował zdesperowany astrolog.

- Tak jest! Należy więc tylko odczytać precyzyjny horoskop Rincewinda i będziemy wiedzieli, gdzie się znalazł.

Astrolog uśmiechnął się jak człowiek, który stepował na lotnych piaskach i nagle poczuł pod nogami twardą skałę.

- Muszę tylko poznać dokładną datę i miejsce jego urodzin -oświadczył.

- To głupstwo. Zanim tu przyszedłem, przepisałem je z kartoteki Uniwersytetu.

Astrolog zerknął na notkę i zmarszczył czoło. Przeszedł pod ścia­nę i wyciągnął wielką szufladę pełną map. Raz jeszcze przeczytał not­kę. Chwycił parę skomplikowanych cyrkli i przez chwilę mierzył coś na mapach. Kilka razy obrócił małe astrolabium z brązu i zagwizdał przez zęby. Na tablicy wypisał kredą jakieś liczby.

Trymon tymczasem obserwował nową gwiazdę. Myślał: legenda spisana w Piramidzie Tsortu głosi, że ten, kto wypowie razem Osiem Zaklęć w chwili, gdy Dyskowi zagraża niebezpieczeństwo, otrzyma to, czego naprawdę pragnie. A ta chwila jest bliska!

Myślał też: pamiętam Rincewinda. To chyba ten obdarty chłopak, który na ćwiczeniach zawsze był najgorszy w klasie. W całym ciele nie miał nawet jednej magicznej kostki. Niech tylko stanie przede mną, a zobaczymy, czy nie zdobędę wszystkich ośmiu...

- Coś takiego... - mruknął pod nosem astrolog, niemal bez tchu. - Rzeczywiście, trochę to dziwne - dodał na głos.

- Jak dziwne?

- Urodził się pod Małą Nieciekawą Grupką Słabych Gwiazd. Jak wiesz, panie, leży ona pomiędzy Latającym Łosiem a Związanym Po­wrozem. Podobno nawet starożytni nie potrafili znaleźć w tym zna­ku nic ciekawego, chociaż...

- Tak, tak. Do rzeczy - ponaglił go Trymon.

- Jest to znak tradycyjnie łączony z wytwórcami szachownic, sprze­dawcami cebuli, producentami gipsowych figurek o niewielkim zna­czeniu religijnym oraz ludzi z alergią na cynę. Nie jest to znak ma­gów. W chwili jego narodzin cień Cori Celesti...

- Nie interesują mnie szczegóły mechaniki niebios - warknął Try­mon. - Odczytaj tylko horoskop.

Astrolog, który był w swoim żywiole, westchnął i wykonał kilka dodatkowych obliczeń.

- Jak chcesz, panie - rzekł. - Horoskop brzmi: „Dzisiaj masz do­bry dzień na zawieranie nowych znajomości. Dobry uczynek może doprowadzić do nieprzewidzianych konsekwencji. Staraj się nie iry­tować druidów. Wkrótce wyruszysz w niezwykłą podróż. Twoim szczę­śliwym daniem są małe ogórki. Ludzie mierzący w ciebie nożami nie mają prawdopodobnie dobrych zamiarów. PS. Z tymi druidami to nie żart".

- Druidzi? - powtórzył Trymon. - Zastanawiam się...

- Dobrze się czujesz? - zapytał Dwukwiat.

Rincewind otworzył oczy.

I natychmiast usiadł, chwytając Dwukwiata za koszulę.

- Chcę stąd odejść! - oznajmił z naciskiem. - I to już.

- Ale mają tu odprawić bardzo starożytną, tradycyjną ceremonię!

- Nie obchodzi mnie, jak starożytną! Chcę poczuć pod nogami uczciwy bruk! Tęsknię za starym, znajomym zapachem rynsztoków! Chcę tam, gdzie jest dużo ludzi, i ognie, i dachy, i mury, i inne przy­jemne rzeczy! Chcę do domu!

Odkrył w sobie nagłą, rozpaczliwą tęsknotę za cuchnącymi zady­mionymi ulicami Ankh-Morpork, zawsze najpiękniejszego wiosną, kiedy gęste, mętne wody rzeki Ankh lśnią szczególnie kolorowo i pta­ki śpiewają na dachach... a przynajmniej pokasłują rytmicznie.

Łza błysnęła mu w oku, gdy wspomniał subtelną grę świateł na Świątyni Pomniejszych Bóstw, znanym pomniku architektury. Coś ścisnęło go w krtani na myśl o straganie ze smażoną rybą na skrzyżo­waniu Śmietnikowej z ulicą Chytrych Rzemieślników. Pamiętał, jakie sprzedawali tam korniszony - wielkie zielone stwory przyczajone na dnie słoja niczym odpoczywające wieloryby. Przez setki mil słyszał ich wołanie - obiecywały przedstawić go marynowanym jajom w sąsied­nim słoju.

Wspomniał przytulne stryszki w stajniach i ciepłe składy, gdzie spędzał noce. To głupie, ale czasem narzekał na swoje życie. Trudno w to teraz uwierzyć, ale wtedy sądził, że jest nudne.

Miał już dość. Wracał do domu. Marynowane korniszony, słyszę wasz zew...

Odepchnął Dwukwiata, z godnością obciągnął podartą szatę, zwrócił twarz w kierunku tej części horyzontu, która jego zdaniem zawierała w sobie miasto jego narodzin... Po czym z determinacją i wyraźnym roztargnieniem zstąpił z trzydziestostopowego dolmenu.

Jakieś dziesięć minut później, kiedy zatroskany i trochę przestra­szony Dwukwiat wykopał go z wielkiej zaspy u podstawy menhirów, wyraz twarzy maga nie uległ zmianie. Dwukwiat przyjrzał mu się uważnie.

- Jak się czujesz? - zapytał. - Ile widzisz palców?

- Chcę do domu!

- Dobrze.

- Nie, nawet nie próbuj mnie przekonywać. Mam już dosyć... chciałem powiedzieć, że nieźle się bawiliśmy, ale nie mogę i... Co?

- Powiedziałem: dobrze - powtórzył Dwukwiat. - Też chętnie zo­baczę znowu Ankh-Morpork. Przypuszczam, że przez ten czas sporo już odbudowali.

Należy przypomnieć, że gdy ostatni raz oglądali miasto, paliło się ono dość gwałtownie. Miało to związek z faktem, że Dwukwiat zapre­zentował koncepcję ubezpieczenia od ognia niewielkiej, ale igno­ranckiej części mieszkańców. Jednak pożary były regularnym wyda­rzeniem w życiu miasta, które zawsze gorliwie i pracowicie odbudo­wywano. Używano przy tym tradycyjnych miejscowych materiałów: suchego drewna i słomy uszczelnianej smołą.

- Aha - mruknął Rincewind, tracąc nieco zapału. - Och, dosko­nale. Bardzo dobrze. W takim razie lepiej ruszajmy. Podniósł się i otrzepał ze śniegu.

- Tyle że, moim zdaniem, powinniśmy zaczekać do rana - dodał Dwukwiat.

- Dlaczego?

- Na przykład jest lodowato zimno, nie bardzo wiemy, gdzie je­steśmy, Bagaż gdzieś zginął, robi się ciemno...

Rincewind znieruchomiał. Miał wrażenie, że gdzieś w głębokich kanionach umysłu słyszy daleki szelest starego papieru. Ogarnęło go przerażające uczucie, że od tej pory będą go nawiedzać sny dość mo­notonne... A miał przecież ważniejsze sprawy niż słuchanie wykładów gromady pradawnych zaklęć, które nie potrafią nawet ustalić, jak roz­począł się wszechświat...

Jakie sprawy ? zapytał cichy, suchy głos w jego głowie.

- Zamknij się - mruknął Rincewind.

- Powiedziałem tylko, że jest lodowato zimno i... - zaczął Dwu-kwiat.

- Nie chodziło mi o ciebie. Tylko o mnie.

- Co?

- Zamknij się - burknął niechętnie Rincewind. - Pewnie nie ma tu nic do jedzenia?



Gigantyczne głazy stały czarne i groźne na tle gasnącego zie­lonego blasku zachodzącego słońca. Wewnętrzny krąg pełen był druidów, którzy krzątali się dookoła w świetle kilku ognisk i regulo­wali niezbędne urządzenia peryferyjne kamiennego komputera - takie jak ozdobione jemiołą czaszki baranów na prętach, propor­ce haftowane w splecione węże i temu podobne. Poza zasięgiem blasku zebrał się spory tłumek ludzi z równin; festiwale druidów zawsze cieszyły się dużą popularnością, zwłaszcza kiedy coś się nie udawało.

Rincewind przyjrzał się widzom.

- Co się tu dzieje?

- No, wiesz - wyjaśnił z entuzjazmem Dwukwiat. - Ma się odbyć ceremonia, której tradycja sięga tysięcy lat. Dla uczczenia odrodze­nia księżyca. Albo słońca... Nie, jestem pewien, że księżyca. Podobno jest bardzo poważna i piękna, pełna spokoju i godności.

Rincewind zadrżal. Zawsze się martwił, gdy Dwukwiat zaczynał mówić tym tonem. Przynajmniej nie powiedział jeszcze „fascynująca" ani „malownicza". Rincewind nie do końca wiedział, co oznaczają te słowa, ale najbardziej sensowne tłumaczenie brzmiało „kłopoty".

- Szkoda, że nie ma tu Bagażu - westchnął z żalem turysta. - Przy­dałoby mi się obrazkowe pudełko. Ceremonia będzie z pewnością fa­scynująca i bardzo malownicza.

Tłum poruszył się niecierpliwie. Najwyraźniej przedstawienie miało się wkrótce rozpocząć.

- Posłuchaj - rzekł z naciskiem Rincewind. - Druidzi to kapłani. Musisz o tym pamiętać. Nie rób nic, co mogłoby ich zirytować.

-Ale...

- Nie proponuj, że odkupisz od nich kamienie.



- Ale ja...

- Nie zaczynaj się rozwodzić nad fascynującym lokalnym fol­klorem.

- Myślałem...

- I naprawdę nie próbuj sprzedawać im polisy ubezpieczeniowej. To zawsze ich denerwuje.

- Ale to są kapłani! - wrzasnął Dwukwiat. Rincewind urwał na moment.

- Tak - przyznał. - O to właśnie chodzi, prawda? Po przeciwnej stronie kręgu formowała się procesja.

- Przecież kapłani to dobrzy ludzie - stwierdził Dwukwiat. -U nas chodzą z miseczkami żebraczymi. To jedyne, co posiadają.

- Aha... - mruknął Rincewind. Nie był pewien, czy dobrze zrozu­miał. - Żeby zbierać do nich krew?

- Krew?

- Tak. Z ofiar.



Rincewind przypomniał sobie kapłanów, których znał w rodzin­nym mieście. Dbał oczywiście, by nie wzbudzić niechęci żadnego z bogów, i z tego powodu często spełniał w świątyniach rozmaite funk­cje. Ogólnie rzecz biorąc uważał, że kapłana z regionów wokół Okrą­głego Morza najściślej można zdefiniować jako człowieka, który pra­wie cały czas jest po pachy umazany krwią. Dwukwiat był wyraźnie wstrząśnięty.

- Ależ nie - zapewnił. - Tam, skąd pochodzę, kapłani są ludźmi świątobliwymi. Poświęcają się ubóstwu, dobrym uczynkom i studiom nad naturą Boga.

Rincewind przemyślał tę niezwykłą sugestię.

- Żadnych ofiar? - upewnił się.

- Absolutnie żadnych.

- Mnie osobiście nie wydają się szczególnie świątobliwi.

Zagrzmiały spiżowe trąby. Rincewind obejrzał się. Rząd druidów przeszedł wolno, każdy ściskał w dłoniach sierp ozdobiony pękami jemioły. Liczni młodsi druidzi i uczniowie maszerowali za nimi, gra­jąc na najróżniejszych instrumentach perkusyjnych, które - zgodnie z tradycją - miały odpędzać złe duchy i najprawdopodobniej skutecz­nie to czyniły.

Ognie pochodni malowały ekscytujące wzory na kamieniach ster­czących posępnie ku zielonkawemu niebu. Po stronie Osi lśniące za­słony zorzy polarnej mrugały i migotały na tle gwiazd, a miliony śnie­żnych kryształków tańczyły w polu magicznym Dysku.

- Belafon mi to wytłumaczył - szepnął Dwukwiat. - Zobaczymy uświęconą przez czas ceremonię dla uczczenia Jedności Człowieka z Wszechświatem. Tak powiedział.

Rincewind niechętnie spojrzał na procesję. Kiedy druidzi rozsta­wili się dookoła szerokiego, płaskiego kamienia pośrodku kręgu, nie mógł nie zauważyć wśród nich atrakcyjnej, choć nieco bladej młodej damy. Miała na sobie długą białą suknię, złotą obręcz na szyi, i wyraz twarzy sugerujący pewien lęk.

- Czy to druidka? - zapytał Dwukwiat.

- Nie sądzę - odrzekł wolno Rincewind.

Druidzi zaczęli śpiewać. Była to, zdaniem Rincewinda, wyjątkowo nieprzyjemna i dość monotonna pieśń. Brzmiała jednak tak, jakby zamierzała wkrótce wznieść się w niespodziewanym crescendo. Wi­dok młodej kobiety, leżącej teraz na kamiennej płycie, stawiał płotki na torze biegu jego myśli.

- Chcę to zobaczyć - oświadczył Dwukwiat. - Uważam, że takie ceremonie odwołują się do pierwotnej prostoty, która...

- Tak, tak - przerwał mu Rincewind. - Ale oni złożą ją w ofierze, jeśli już musisz wiedzieć.

Dwukwiat spojrzał na niego oszołomiony.

- Co? Zabijają?

-Tak.


- Dlaczego?

- Mnie o to nie pytaj. Żeby wyrosły plony, żeby księżyc wyszedł na niebo albo żeby cokolwiek. A może po prostu lubią zabijać ludzi. Na tym właśnie polega religia.

Uświadomił sobie, że rozlega się niskie brzęczenie... właściwie nie tyle słyszalne, ile wyczuwalne. Miał wrażenie, że dobiega od stro­ny najbliższego głazu. Maleńkie punkciki światła migotały pod jego powierzchnią jak okruchy miki.

Dwukwiat na przemian otwierał i zamykał usta.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna