Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona6/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

- Czy nie mogą użyć kwiatów, owoców i w ogóle? - zapytał wre­szcie. - Jakiegoś symbolu?

- Nie.


- A czy ktokolwiek próbował? Rincewind westchnął.

- Posłuchaj - rzekł. - Żaden szanujący się Najwyższy Kapłan nie będzie zaczynał całego widowiska z trąbami, procesjami, proporcami i tym wszystkim, żeby potem dźgnąć nożem żonkila albo kupkę śli­wek. Nie ma się co oszukiwać. Wszystkie te bzdury o złocistych pędach i cyklach natury sprowadzają się w efekcie do seksu i przemocy, zwykle jednego i drugiego naraz.

Ze zdziwieniem spostrzegł, że Dwukwiatowi drżą wargi. Rincewind wiedział, że Dwukwiat nie tylko patrzy na świat przez różowe okulary... postrzega go też różowym mózgiem i słyszy różowymi uszami.

Pieśń nieuchronnie narastała w crescendo. Główny druid badał ostrze sierpu, a wszystkie oczy zwróciły się ku skalnemu palcowi na wzgórzu poza kręgiem. Tam właśnie księżyc miał rozpocząć swój gościnny występ.

- Nie warto, żebyś... - zaczął Rincewind. Ale mówił do siebie.

Jednakże śnieżny pejzaż poza kręgiem głazów nie był całkowicie pozbawiony życia. Przede wszystkim coraz bliżej podchodził zaalarmowany przez Trymona oddział magów. Samotna niewielka postać także obserwowała ceremonię zza osłony wygodnie powalonego głazu. Jeden z legendarnych bohaterów Dysku z wyraźnym zainteresowaniem śledził rozwój wydarzeń.

Widział, jak druidzi krążą ze śpiewem, jak ich przywódca wznosi sierp...

Usłyszał głos.

- Chwileczkę! Przepraszam bardzo! Czy mógłbym coś powie­dzieć?

Rincewind rozpaczliwie szukał możliwości ucieczki. Nie ist­niała. Dwukwiat stał przy kamiennym ołtarzu, wznosił w górę palec i robił wrażenie uprzejmego, acz stanowczego. Rincewind przypomniał sobie dzień, gdy Dwukwiat doszedł do wniosku, że przechodzący pastuch zbyt mocno bije swoje bydło. Ty­rada na temat łagodnego traktowania zwierząt, którą wtedy wygłosił, była tak miażdżąca, że Rincewind pozostał na drodze mocno strato­wany i lekko zakrwawiony.

Druidzi patrzyli na turystę z minami rezerwowanymi zwykle dla wściekłych owiec albo nagłej ulewy żab. Rincewind nie słyszał dokła­dnie, co mówi Dwukwiat, jednak ponad zamilkłym nagle tłumem do­tarło do jego uszu kilka zwrotów typu „malowniczy folklor" czy „kwia­ty i orzechy".

I nagle palce suche jak źdźbła słomy zakryły magowi usta, a nie­zwykle ostra stal dotknęła jego jabłka Adama.

- Jedno szłowo i jeszteś trupem - ostrzegł wilgotny szept tuż za uchem.

Oczy Rincewinda zawirowały w oczodołach, jakby usiłowały do­strzec jakieś wyjście.

- Skoro mam nic nie mówić, skąd będziesz wiedział, że rozu­miem, co do mnie powiedziałeś? - syknął.

- Zamknij się i gadaj, czo robi ten drugi idiota!

- Ale jeżeli mam się zamknąć, to jak mogę... Nóż na gardle stał się gorącą linią bólu i Rincewind postanowił zrezygnować z logiki.

- Ma na imię Dwukwiat. Nie pochodzi z tych stron.

- Nie wygląda na to. Twój przyjaciel?

- Owszem, łączy nas szczera nienawiść.

Rincewind nie widział napastnika, ale na dotyk tamten miał ciało zbudowane z wieszaków. W dodatku mocno pachniał miętą.

- Odważny jeszt, trzeba mu to przyznać. Rób dokładnie to, czo ci powiem, a może nie nawiną mu trzewi na ten kamień.

- Arrr.

- W tych okoliczach ekumeniżm nie jeszt popularny.



W tej właśnie chwili wyszedł na niebo księżyc, posłuszny prawom perswazji. Niestety, obojętny na prawa obliczeń, zjawił się w całkiem innym miejscu, niż wskazywały głazy.

Ale tam w górze, przeświecając przez szarpane wiatrem chmury, błyszczała czerwona gwiazda. Zawisła dokładnie nad najświętszym ka­mieniem w kręgu, i migotała jak iskra w oczodole Śmierci. Rincewind nie mógł nie dostrzec, że jest nieco większa niż wczoraj.

Krzyk zgrozy wyrwał się z ust kapłanów. Tłum widzów na obwodzie kręgu przesunął się do przodu - widowisko zapowiadało się ciekawie.

Rincewind poczuł, że w dłoń wślizguje mu się uchwyt noża.

- Robiłeś już kiedy takie rzeczy? - zapytał mlaszczący głos.

- Jakie rzeczy?

- Czy wpadłeś do świątyni, zabiłeś kapłanów, ukradłeś złoto i ocza-liłeś dziewczynę?

- Nie, nie dosłownie.

- To się robi tak.

Dwa cale od lewego ucha maga zabrzmiał krzyk pawiana, który w kanionie echa trafił nogą w sidła. Niewysoka koścista sylwetka rzu­ciła się do ataku.

W świetle pochodni Rincewind zobaczył, że jest to bardzo stary mężczyzna, z tych chudych, których zwykle określa się jako „zasuszo­nych". Miał zupełnie łysą głowę, brodę prawie do pasa, a na jego no­gach jak patyczki obrzmiałe żyły kreśliły plan ulic sporego miasta. Mimo śniegu starzec ubrany był jedynie w nabijane ćwiekami szorty ze skóry i parę butów, w których bez trudu zmieściłaby się druga para stóp.

Dwaj stojący najbliżej druidzi porozumieli się wzrokiem i mocniej chwycili sierpy. Wybuchło krótkie zamieszanie i po chwili obaj leżeli zwinięci w kłębki bólu, wydając przy tym odgłosy grzechotania.

W powstałym chaosie Rincewind przesuwał się ostrożnie w stro­nę kamiennego ołtarza. Nóż trzymał dyskretnie, chcąc uniknąć nie­przyjemnych komentarzy. Zresztą nikt właściwie nie zwracał na nie­go uwagi. Druidzi, którzy nie uciekli z kręgu - zwłaszcza ci młodsi i bardziej muskularni - zbiegli się do starca, by przedyskutować z nim problem świętokradztwa w zakresie dotyczącym kamiennych kręgów. Sądząc jednak po rechocie i trzasku chrząstek, to on był górą w tej dyskusji.

Dwukwiat z zaciekawieniem obserwował walkę. Rincewind złapał go za ramię.

- Idziemy - rzucił.

- Nie powinniśmy pomóc?

-Jestem pewien, że tylko wchodzilibyśmy mu w drogę - zapew­nił pospiesznie mag. - Wiesz, jak to jest, kiedy masz coś do roboty, a ludzie zaglądają ci przez ramię.

- Ale musimy przynajmniej ratować tę młodą damę - oznajmił stanowczo turysta.

- No, dobrze, ale szybko!

Dwukwiat chwycił nóż i podbiegł do kamiennego ołtarza. Po kil­ku niewprawnych cięciach zdołał uwolnić z więzów dziewczynę, która usiadła i wybuchnęła płaczem.

- Wszystko w porządku... — zaczął.

- Wcale nie w porządku! - zawołała, spoglądając na niego zaczer­wienionymi oczyma. - Dlaczego niektórzy zawsze wszystko psują? Żałośnie wytarła nos w skraj białej szaty. Dwukwiat zerknął na Rincewinda z zakłopotaniem.

- Ehm... Chyba nie całkiem rozumiesz - wykrztusił. - No wiesz... właśnie ocaliliśmy cię od absolutnie pewnej śmierci.

- Tutaj nie jest tak łatwo... - powiedziała. - Znaczy, zachować... -Zarumieniła się i skrępowana zmięła brzeg szaty. - To znaczy pozostać... nie pozwolić na... nie stracić kwalifikacji...

- Kwalifikacji? - nie zrozumiał Dwukwiat, zdobywając tym samym Puchar Rincewinda za najmniej bystry umysł w całym multiversum. Dziewczyna zmrużyła oczy.

- Teraz siedziałabym obok bogini Księżyca i piła miód ze srebrnej czary - oświadczyła z irytacją. - Osiem lat siedzenia w domu w każdy sobotni wieczór... wszystko poszło na marne.

Spojrzała na Rincewinda i zmarszczyła groźnie brwi.

Wtedy właśnie coś wyczuł. Może było to ledwie słyszalne stąpnię­cie za plecami, może ruch odbity w jej oczach... Uchylił się.

Coś świsnęło w powietrzu, gdzie przed chwilą tkwiła jego szyja. Zaczepiło o łysą głowę Dwukwiata. Rincewind odwrócił się błyskawicz­nie. Arcydruid szykował sierp do kolejnego ciosu, a mag - z braku ja­kiejkolwiek szansy ucieczki - desperacko wyrzucił stopę do przodu.

Trafił w kolano. Kiedy druid wrzasnął i upuścił broń, nastąpiło nieprzyjemne mlaśnięcie i kapłan padł na twarz. Za nim niski staruszek z długą brodą wyrwał z jego ciała miecz i garścią śniegu wytarł klingę.

- To lumbago mnie wykończy - powiedział. - Wy możecie po­nieść szkarby.

- Skarby? - powtórzył słabym głosem Rincewłnd.

- Wszystkie te naszyjniki i brosze. I złote kołnierze. Mają ich mnósztwo. Taczy już szą kapłani. Nicz tylko naszyjniki i naszyjniki. Czo ż dziewczyną?

- Nie chce nam pozwolić się ocalić - wyjaśnił mag. Dziewczyna spojrzała wyzywająco przez rozmazane cienie do po­wiek.

- Diabła tam... - rzekł staruszek i jednym ruchem porwał ją na ramię. Zachwiał się, przeklął swój artretyzm i upadł. Po chwili odezwał się z pozycji leżącej.

- Nie sztój tak, głupia dziewko! Pomóż mi wsztać!

Ku zdumieniu Rincewinda, a prawie na pewno także swojemu, dziewczyna posłuchała.

Rincewind tymczasem usiłował ocucić Dwukwiata. Turysta miał na skroni szramę, z wyglądu niezbyt głęboką. Był jednak nieprzytomny, zaś na twarzy zastygł mu smutny uśmiech. Oddychał płytko i... dziwnie.

W dodatku był lekki. Nie zwyczajnie lekki, ale nieważki. Równie dobrze Rincewind mógłby trzymać na rękach cień.

Przypomniał sobie, że słyszał od pewnych ludzi, jakoby drui­dzi używali niezwykłych i strasznych trucizn. Ci sami ludzie, oczywiście, twierdzili często, że oszuści mają wąskie i przenikliwe oczy, błyskawica nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce, a gdyby bogowie chcieli, żeby ludzie latali, daliby wszystkim bilety lotnicze. Jednakże ta niezwykła lekkość Dwukwiata przestraszyła Rincewinda śmiertelnie.

Obejrzał się na dziewczynę. Przerzuciła sobie starca przez ramię i uśmiechnęła się na wpół przepraszająco.

- Macie wszysztko? Wynośmy się sztąd, zanim wróczą - odezwał się głos zza jej pleców.

Rincewind chwycił Dwukwiata pod pachę i pobiegł za nimi. Zda­wało się, że nie ma innego wyjścia.

W zasypanym śniegiem jarze niedaleko od kręgu czekał na staruszka wielki biały koń przywiązany do wyschniętego drzewa. Zwierzę było smukłe i lśniące, a ogólne wrażenie wspaniałego bojowego rumaka lekko tylko psuła umocowana do sio­dła poduszka przeciw hemoroidom.

- Dobrze, posztaw mnie. W jukach mam szłoik jakiejś maści, jeśli pozwolisz...

Rincewind możliwie elegancko oparł Dwukwiata o drzewo. Po­tem, w świetle księżyca i - co sobie uświadomił - w słabym czerwonym blasku groźnej nowej gwiazdy, po raz pierwszy przyjrzał się swemu wybawcy.

Starzec miał tylko jedno oko; drugie przesłaniała czarna opaska. Skórę pokrywała sieć blizn i białe ślady zapalenia ścięgien. Zęby naj­wyraźniej już dawno postanowiły się wycofać ze spółki.

- Kim jesteś? - zapytał.

- Bethan - odparła dziewczyna, smarując grzbiet starca jakąś brzydko pachnącą zieloną maścią.

Zachowywała się jak ktoś, kto odpowiadając na pytanie, co cze­ka dziewicę ocaloną przed sierpem ofiarnym przez bohatera na bia­łym rumaku, nie wspomniałby nawet o maści... Kto jednak, skoro maść najwyraźniej była nieunikniona, postanowił robić dobrą minę do złej gry.

- Jego pytałem - wyjaśnił Rincewind.

Spojrzało na niego jedno błyszczące jak gwiazda oko.

- Mam na imię Cohen, chłopcze. Dłonie Bethan znieruchomiały.

- Cohen? - powtórzyła. - Cohen Barbarzyńca?

- Ten szam.

- Zaraz zaraz - wtrącił Rincewind. - Cohen to wielki facet z by­czym karkiem i klatką piersiową jak worek piłek. To przecież najwięk­szy wojownik na Dysku, żywa legenda. Pamiętam, dziadek opowiadał mi, że go widział... dziadek opowiadał mi... dziadek...

Zająknął się pod spojrzeniem przenikliwym jak wiertło.

- Aha - mruknął. - Och. Oczywiście, Przepraszam.

- Tak - westchnął Cohen. - To prawda, chłopcze. Żyję tylko w le­gendzie.

- Rany... A ile właściwie masz lat?

- Osiemdziesiąt siedem.

- Za to byłeś najwspanialszy - oświadczyła Bethan. - Bardowie po dziś dzień śpiewają o tobie pieśni.

Cohen wzruszył ramionami i jęknął z bólu.

- Nigdy nie płaczą mi tantiem - westchnął. Posępnie zapatrzył się na śnieg. - Oto jeszt szaga mojego życia. Osiemdziesiąt siedem lat w interesie i czo ż tego mam? Obolały grzbiet, artretyżm, kłopoty ż trawieniem i tysiącz różnych przepiszów na żupę. Żupa! Nienawidzę żupy!

Bethan zmarszczyła czoło.

- Żupa?


- Zupa - wyjaśnił Rincewind.

- Tak, żupa - potwierdził żałośnie Cohen. - To zęby, rozumiecie. Kiedy człowiek nie ma zębów, nikt nie traktuje go poważnie. Mówią „Szpocznij przy kominku, dziadku, i poczęsztuj się żu..." - Cohen zmierzył Rincewinda surowym wzrokiem. - Czoś się rozkaszlałeś, chłopcze.

Rincewind nie potrafił spojrzeć w oczy Bethan. Odwrócił głowę i nagle serce w nim zamarło. Dwukwiat wciąż siedział oparty o drze­wo, spokojnie nieprzytomny. Zdawał się patrzeć na nich z wyrzutem tak wielkim, jak tylko było to możliwe w tych okolicznościach.

Cohen też jakby go sobie przypomniał. Powstał niepewnie i po­człapał do turysty. Uniósł palcami jego powieki, zbadał szramę, po­szukał tętna.

- Odszedł - stwierdził wreszcie.

- Nie żyje?

W dyskusyjnej sali umysłu Rincewinda tuzin różnych emocji poderwało się na nogi i zaczęło krzyczeć. Ulga perorowała w najlep­sze, kiedy Szok zabrał głos w kwestii formalnej. Zaraz po nim Oszoło­mienie, Zgroza i Poczucie Straty zaczęły bójkę, która zakończyła się dopiero wtedy, gdy Wstyd zajrzał przez drzwi frontowe, żeby spraw­dzić, co się właściwie dzieje.

- Nie - odparł Cohen. - Niezupełnie. Po prosztu... odszedł.

- Odszedł dokąd?

- Nie wiem. Ale znam chyba kogoś, kto może mieć mapę.

Na zaśnieżonej równinie błyszczało wśród mroku pół tuzina czerwonych punkcików

- Jest niedaleko - oznajmił prowadzący mag, zerkając do niedużej kryształowej kuli.

Chóralny pomruk z kolumny za jego plecami oznaczał w przybli­żeniu, że jakkolwiek daleko znajduje się Rincewind, gorąca kąpiel, solidny posiłek i miękkie, ciepłe łóżko są jeszcze dalej.

Nagle mag, który człapał z tyłu kolumny, przystanął.

- Słuchajcie! - zawołał.

Nasłuchiwali. Wokół rozbrzmiewały delikatne odgłosy zimy, która zaciskała już w pięści tę krainę: trzeszczenie skał i stłumione kroki małych stworzonek w tunelach pod śnieżnym dywanem. W odległym lesie zawył wilk i zaraz umilkł zakłopotany, że nikt się do niego nie przyłączył. Trwał także srebrzysty dźwięk padającego blasku księżyca. I sapanie pół tuzina magów, starających się oddychać jak najciszej.

- Niczego nie słyszę... – zaczął jeden.

- Psst!


- Dobrze, dobrze...

Wtedy usłyszeli wszyscy: cichy, daleki chrzęst, jakby coś bardzo szybko poruszało się po śnieżnej pokrywie.

- Wilki? - rzucił któryś z magów.

Wszyscy wyobrazili sobie setki chudych wygłodniałych ciał, pędzą­cych skokami przez noc.

- Nnnie - stwierdził przywódca. - Zbyt regularny rytm. Może to posłaniec?

Teraz chrzęst brzmiał głośniej: chrupiący i rytmiczny, jakby ktoś bardzo szybko jadł seler.

- Wyślę flarę - oświadczył przywódca.

Zebrał garść śniegu, ulepił kulę, rzucił ją w powietrze i rozpalił strugą oktarynowego światła z czubków palców. Zapłonęła krótko­trwałym jaskrawoniebieskim światłem.

Zapadła cisza. Wreszcie odezwał się inny mag.

- Ty durniu! Teraz już niczego nie widzę.

Była to ostatnia rzecz, jaką usłyszeli, zanim coś szybkiego, twarde­go i hałaśliwego wypadło na nich z ciemności i zniknęło w mroku nocy.

Kiedy powykopywali się nawzajem ze śniegu, znaleźli tylko głębo­kie ślady setek małych stóp. Setki śladów, bardzo gęstych i prowadzą­cych przez śnieżną równinę prosto jak promień światła.

- Nekromantka! - stwierdził Rincewind. Stara kobieta przy ognisku wzruszyła ramionami i z niewi­dzialnej kieszeni wyjęła talię zatłuszczonych kart. Mimo mrozu na zewnątrz atmosfera w jurcie przypominała tę spod pachy kowala. Mag pocił się już obficie. Koński nawóz świetnie nadaje się na paliwo, ale Ludzie Koni muszą się jeszcze wiele nauczyć o świeżym powietrzu. Poczynając od tego, co właściwie oznacza to określenie.

Bethan pochyliła się do maga.

- Czy ma to coś wspólnego z nowym romantyzmem? - szepnęła.

- Nekromancja. Rozmawianie z umarłymi - wyjaśnił.

- Aha. - Była nieco rozczarowana.

Do jedzenia podano im tu końskie mięso, koński ser, końską ka­szankę i cienkie piwo, którego receptury Rincewind wolał nie anali­zować. Cohen (który jadł końską zupę) wytłumaczył, że ludzie w Końskich Plemionach z osiowych stepów rodzą się w siodle - choć Rincewind uważał to za ginekologiczną niemożliwość. Mają też wrodzone zdolności do naturalnej magii. To dlatego, że życie na stepie pozwa­la zrozumieć, jak dokładnie niebo pasuje do ziemi na całej jej krawę­dzi, co z kolei w naturalny sposób inspiruje umysł do stawiania waż­kich pytań, na przykład „Dlaczego?", „Kiedy?" i „Czemu choć raz dla odmiany nie spróbujemy wołowiny?"

Babka wodza skinęła Rincewłndowi głową i rozłożyła karty.

Rincewind, co już zostało powiedziane, był najgorszym magiem na całym Dysku. Żaden czar nie chciał zatrzymać się w jego umyśle od dnia, gdy zamieszkało tam Zaklęcie - mniej więcej z tych samych powodów, dla których ryby unikają stawu ze szczupakiem. Jednak nadal zachował swoją dumę, a magowie nie lubią, gdy kobiety próbują nawet najprostszych czarów. Niewidoczny Uniwersytet nig­dy nie przyjmował kobiet na studia; tłumaczono mętnie, że w grę wchodzą problemy z kanalizacją, lecz rzeczywistą przyczyną była nie­wypowiedziana trwoga, że gdyby pozwolić kobietom na zabawy z magią, prawdopodobnie radziłyby sobie znakomicie.

- Zresztą, i tak nie wierzę w karty caroca - burknął Rincewind. - Całe to gadanie, że zawierają wysublimowaną mądrość wszechświata, to jedna wielka bzdura.

Pierwszą kartą, pożółkłą od dymu i pomarszczoną wiekiem była...

Powinna to być Gwiazda. Ale zamiast znajomego krążka z prymi­tywnymi promieniami, zobaczył mały czerwony punkt. Starucha za­mruczała pod nosem i poskrobała kartę paznokciem, wreszcie spoj­rzała podejrzliwie na Rincewinda.

- Nie mam z tym nic wspólnego - oświadczył.

Wyłożyła Konieczność Mycia Rąk, Osiem Oktogramów, Kopułę Niebios, Jezioro Nocy, Cztery Słonie, Żółwiowego Asa i wreszcie -Rincewind spodziewał się tego - Śmierć.

Tutaj też coś było nie w porządku. Karta powinna przedstawiać realistyczny wizerunek Śmierci na białym koniu. I rzeczywiście Śmierć i koń byli na miejscu. Jednak niebo zalewał czerwony blask, a zza odległego wzgórza wynurzała się maleńka postać, ledwie wi­doczna w świetle płonącego w lampach końskiego tłuszczu. Rince­wind jednak nie musiał nawet się jej przyglądać, gdyż za nią biegła skrzynia na setkach małych nóżek.

Bagaż podąża za swym właścicielem wszędzie.

Rincewind zerknął na Dwukwiata, blady kształt na stosie końskich skór pod ścianą jurty.

- Naprawdę nie żyje? - zapytał.

Cohen przetłumaczył, a starucha pokręciła głową. Grzebała chwi­lę w kolekcji torebek i buteleczek w drewnianej szkatułce. Wreszcie znalazła małą zieloną fiolkę, z której wlała kilka kropel do piwa Rin-cewinda.

- Mówi, że to jakieś lekarsztwo - wyjaśnił Cohen. - Na twoim miejszczu bym wypił. Ludzie Koni bardzo się denerwują, kiedy ktoś gardzi ich gościnnością.

- Czy głowa mi od tego odpadnie? - spytał Rincewind.

- Ona twierdzi, że koniecznie musisz wypić. Pociągnął łyk, świadom wpatrzonych w siebie oczu.

- Hm - mruknął. - Całkiem...

Coś pochwyciło go i cisnęło w powietrze. Tyle że w innym sensie nadal siedział w jurcie - widział siebie, malejącą figur­kę w kręgu światła, który stawał się coraz mniejszy. Ludziki--zabawki dookoła wpatrywały się w jego ciało. Z wyjątkiem starej kobiety. Ona patrzyła prosto na niego i uśmiechała się.

Najstarsi Magowie znad Okrągłego Morza wcale się nie uśmiechali. Zaczynali zdawać sobie sprawę, że oto spotkali coś absolutnie nieznanego i przerażającego: młodego człowieka, który postanowił zrobić karierę.

Właściwie żaden z nich nie wiedział, ile dokładnie lat ma Trymon. Jednak jego rzadkie włosy wciąż były czarne, a skóra miała woskową barwę, którą w marnym oświetleniu można by uznać za cechę kwitnącej młodości.

Sześciu żyjących jeszcze mistrzów Ośmiu Obrządków siedzia­ło przy długim, lśniącym, nowym stole, w komnacie, która jeszcze niedawno była pracownią Galdera Weatherwaxa. I każdy z nich za­stanawiał się, co takiego jest w Trymonie, że mają taką ochotę go kopnąć.

Rzecz nie w tym, że był ambitny i okrutny. Ludzie okrutni są głupcami; wszyscy obecni wiedzieli, jak wykorzystywać okrutników, i doskonale potrafili używać ambicji innych. Nikt nie przetrwałby długo jako Mag Ósmego Stopnia, gdyby nie opanował czegoś w rodzaju myślowego j udo.

Rzecz nie w tym również, że Trymon był jakoś szczególnie złośliwy, żądny krwi, czy też władzy. Takie cechy u maga niekoniecznie uchodzą za wady. Na ogół magowie nie są bardziej niegodziwi niż - powiedzmy - rada przeciętnego klubu rotariańskiego. Każdy z nich zyskał godność nie tyle dzięki sprawności w magii, ile dzięki temu, że zawsze pamiętał, by korzystać ze słabości przeciwników.

I rzecz nie w tym, że Trymon był szczególnie mądry. Każdy z magów uważał siebie za osiągnięcie w dziedzinie mądrości. To należało do zawodu.

Nie miał nawet charyzmy. Każdy z nich potrafiłby na pierwszy rzut oka rozpoznać charyzmę, a Trymon miał jej tyle, co kacze jajo.

Chodziło o to...

Nie był dobry ani zły, ani okrutny, ani wyjątkowy pod jakimkolwiek względem prócz jednego: podniósł przeciętność do rangi sztuki. Posiadał umysł tak zimny, bezlitosny i logiczny jak zbocza Piekła.

Każdy z obecnych magów w ramach obowiązków służbowych spo­tykał w zaciszu magicznego oktogramu liczne istoty plujące ogniem, o skrzydłach nietoperza i tygrysich szponach. I nigdy jeszcze żaden nie doświadczył takiego skrępowania i niepewności, jak wtedy gdy w progu stanął spóźniony o dziesięć minut Trymon.

- Przepraszam za spóźnienie, panowie - rzucił fałszywie, energicznie zacierając ręce. - Tyle spraw do załatwienia, tyle trzeba zorganizować... Z pewnością wiecie, jak to jest.

Magowie zerkali z ukosa. Trymon tymczasem zasiadł u szczytu sto­łu i zaczął z poważną miną przerzucać jakieś papiery.

- Gdzie się podział stary fotel Galdera, ten na kurzych łapach i z lwimi łapami na poręczach? - zapytał Jiglad Wert.

Fotel zniknął razem z większą częścią pozostałych, znajomych mebli. Zastąpiło je kilka niskich skórzanych krzeseł, które wyglądały na niezwykle wygodne, dopóki ktoś nie posiedział w jednym z nich przez pięć minut.

- Ach, ten... Kazałem go spalić - odparł Trymon, nie podno­sząc głowy.

- Spalić? Przecież to bezcenny obiekt magiczny, oryginalny...

- Zwykły grat, obawiam się. - Trymon obdarzył go lekkim uśmie­chem. -Jestem przekonany, że prawdziwi magowie nie potrzebują takich rzeczy. A teraz... czy możemy wrócić do pracy?

- Co to za papier? - nie ustępował Jiglad Wert ze Sztukmistrzów, powiewając kartką, którą znalazł na stole. Powiewał tym gwałtowniej, że jego własny fotel, w jego zagraconej i wygodnej wieży, był chyba jeszcze bardziej ozdobny niż Galdera.

- To porządek obrad, Jigladzie - wyjaśnił cierpliwie Trymon.

- Mamy w rządkach obradować?

- To po prostu lista spraw, które powinniśmy dzisiaj omówić. Pro­sta rzecz. Przykro mi, że tak to odbierasz...

- Dotąd nie potrzebowaliśmy czegoś takiego!

- Sądzę, że potrzebowaliście, lecz po prostu nie korzystaliście z tego. - W głosie Trymona wibrowały tony rozsądku. Wert zawahał się.

- Niech będzie - burknął ponuro, zerkając na kolegów w poszu­kiwaniu wsparcia. - Ale tutaj jest napisane... - przysunął pismo do oczu. - „Następca Greyhalda Spolda". To przecież stary Rhunlet Vard, prawda? Czekał na to od lat.

- Tak, ale czy on się nadaje?

- Co?

- Z pewnością wszyscy uświadamiamy sobie znaczenie właściwej obsady tej funkcji - rzekł Trymon. -Vard jest... cóż, godny tego zasz­czytu... na swój sposób... ale...



- To nie nasza sprawa - oznajmił jeden z magów.

- Ale może być nasza. Zapadła cisza.

- Wtrącać się w wewnętrzne sprawy innego Obrządku? - spytał z niedowierzaniem Wert.

- Naturalnie, że nie - uspokoił go Trymon. - Sugeruję tylko, by zaproponować im... radę. Ale o tym pomówimy później.

Magowie nigdy nie słyszeli o „budowie zrębów władzy". W prze­ciwnym razie Trymonowi nigdy by się nie udało po nią sięgnąć. Ale prosty zabieg, by dopomóc innym w zdobyciu godności, choćby na­wet dla wzmocnienia własnych wpływów, był dla nich koncepcją cał­kowicie obcą. Według nich każdy walczył samotnie. Nawet jeśli nie li­czyć wrogich nadprzyrodzonych istot, ambitni magowie mieli aż nad­to starć we własnym Obrządku.

- Myślę, że powinniśmy teraz rozważyć sprawę Rincewinda -oświadczył Trymon.

- I gwiazdy - uzupełnił Wert. - Wiesz, ludzie zaczynają coś wyczuwać.

- Owszem. Mówią, że to my powinniśmy coś zrobić - dodał Lemuel Panter z Obrządku Północy. - Co mianowicie, chciałbym wiedzieć.

- To proste - odparł Wert. - Mówią, że powinniśmy odczytać Octavo. Zawsze to powtarzają. Marne plony? Odczytajcie Octavo. Krowy padają? Odczytajcie Octavo. Zaklęcia wszystko naprawią.

- Coś w tym jest - przyznał Trymon. - Mój... hm... zmarły poprze­dnik wiele lat poświęcił na studia Octavo.

- Jak my wszyscy - burknął gniewnie Panter. - Ale co z tego? Osiem Zaklęć musi działać razem. Zgadzam się: jeśli zawiedzie wszy­stko inne, może należy zaryzykować... Jednak Osiem należy wypowie­dzieć równocześnie albo wcale. A jedno z nich tkwi w głowie Rince­winda.

- I nie możemy go znaleźć - dokończył Trymon. - To zasadniczy problem, nieprawdaż? Jestem przekonany, że wszyscy podejmowali­śmy dyskretne próby.

Magowie spojrzeli po sobie z zakłopotaniem.

- Tak - przyznał po chwili Wert. - To prawda. Karty na stół. Ja nie potrafię go odszukać.

- Zaglądałem do szklanej kuli - oznajmił inny. - I nic.

- Posyłałem zwierzęta - dodał trzeci.

Pozostali wyprostowali się. Jeśli na porządku dnia było przyzna­wanie się do porażki, to mieli zamiar zaświadczyć, że przegrali po heroicznych staraniach.

- I to wszystko? Ja wysłałem demony.

- A ja zajrzałem w Zwierciadło Doglądu.

- Wczoraj w nocy szukałem go w Runach M'haw.

- Chcę wyraźnie zaznaczyć, że próbowałem Run i Zwierciadła, a dodatkowo wnętrzności maniosięga.

- A ja rozmawiałem ze zwierzętami ziemi i ptakami powietrza.

- Wiedziały coś?

- Nie.


- No cóż, ja pytałem samych kości tej ziemi, tak... I głęboko ukry­tych głazów, i gór.

Zapadła lodowata cisza. Wszyscy spojrzeli na maga, który to po­wiedział. Był nim Ganmack Treehallet z Szacownych Proroków. Po­kręcił się na krześle.

- I pewnie jeszcze dzwoniło - mruknął ktoś.

- Nie twierdzę przecież, że mi odpowiedziały, prawda? - powie­dział Ganmack Treehallet.

Trymon zmierzył ich wzrokiem.

- A ja posłałem kogoś, żeby go znalazł. Wert parsknął.

- Nie wyszło to najlepiej przy ostatnich dwóch próbach.

- Bo polegaliśmy na magii. To oczywiste, że Rincewind potrafi się jakoś przed nią ukryć. Ale nie zdoła ukryć swoich tropów.

- Posłałeś tropiciela?

- W pewnym sensie.

- Bohatera?

Tym jednym słowem Wert zdołał przekazać wiele znaczeń. Takim samym tonem w innym wszechświecie południowiec wymawiał „cho-lernyjankes".

Magowie przyglądali się Trymonowi z otwartymi ustami.

- Tak - odparł chłodno.

- Z czyjego upoważnienia? - Wert żądał odpowiedzi. Trymon zwrócił ku niemu swe szare oczy.

- Z własnego. Inne nie było mi potrzebne.

- To... to poważne wykroczenie! Od kiedy to magowie wynajmują bohaterów, żeby wykonywali za nich robotę?

- Odkąd magowie się przekonali, że ich magia nie działa.

- To chwilowe zakłócenia, nic więcej. Trymon wzruszył ramionami.

- Możliwe - przyznał. - Ale brak nam czasu, żeby to sprawdzić. Udowodnijcie, że się mylę. Znajdźcie Rincewinda metodą szklanej kuli albo rozmów z ptakami. Ale co do mnie... Wiem, że zostałem stworzony do mądrości. A ludzie mądrzy czynią to, czego wymaga od nich czas.

Jest faktem powszechnie znanym, że magowie i bohaterowie nie żyją ze sobą w zgodzie. Ci pierwsi uważają drugich za grupę żądnych krwi idiotów, którzy nie potrafią chodzić i myśleć jednocześnie. Oczy­wiście, druga strona jest podejrzliwa wobec zespołu mężczyzn, którzy ciągle coś mruczą i noszą długie szaty. Ach tak, odpowiadają mago­wie, jeśli my tacy jesteśmy, to co powiecie na te nabijane obroże i wy­smarowane olejkiem mięśnie w Pogańskim Stowarzyszeniu Młodych Mężczyzn? Na co bohaterowie odpowiadają: też mi zarzut od bandy mięczaków, którzy boją się zbliżyć do kobiety z powodu, słuchajcie tylko! - że to odbierze im magiczną siłę. Koniec, mówią magowie. Tego już za wiele. Wy i te wasze pozy. A tak, odpowiadają bohaterowie, a czemu wy...

I tak dalej. Takie kłótnie trwały już od stuleci i wywołały kilka wiel­kich bitew. Pozostały po nich wielkie połacie terenów nie nadających się do zamieszkania z powodu magicznych rezonansów.

Tymczasem bohater galopujący w tej chwili ku Wirowym Równi­nom nie mieszał się do tych sporów, ponieważ nie traktował ich po­ważnie. Przede wszystkim jednak dlatego, że bohater był bohaterką. Rudowłosą.

Istnieje tendencja, by w tym momencie zerknąć przez ramię na grafika i podyktować mu dokładny opis czarnej skóry, wysokich bu­tów i nagich ostrzy.

Słowa typu „pełna", „zaokrąglona" czy nawet „wyzywająca" wkra-dają się do narracji, aż wreszcie pisarz musi przerwać, wziąć zimny prysznic i położyć się na chwilę.

Co jest dość niemądre, ponieważ kobieta zdecydowana mieczem zarabiać na życie nie będzie wędrować po świecie, wyglądając jak ktoś z okładki katalogu wyrafinowanej bielizny dla pewnej szczególnej grupy nabywców.

Zresztą, to nieważne. Trzeba przyznać, że Herrena Hennowłosa Herridan wyglądałaby oszałamiająco po solidnej kąpieli, z ostrym makijażem i po zakupach w sklepie Wu Hun Linga „Egzotyka Orien­tu i Narzędzia Walki" przy ulicy Bohaterów. Aktualnie jednak by­ła rozsądnie przyodziana w lekką kolczugę, miękkie buty i krótki miecz.

No dobrze, może te buty były ze skóry. Ale nie czarnej.

Towarzyszyło jej kilku smagłych mężczyzn, którzy na pewno i tak wkrótce zginą, więc dokładniejszy ich opis nie jest konieczny. Z całą pewnością nie mieli w sobie absolutnie nic wyzywającego.

Dobrze; jeśli komuś zależy, mogą być ubrani w skóry.

Herrena nie była z nich przesadnie zadowolona, ale tylko takich zdołała wynająć w Morpork. Wielu mieszkańców miasta ze strachu przed nową gwiazdą wyprowadzało się i ruszało w góry.

Herrena jednak zmierzała w góry z całkiem innych przyczyn. Od strony krawędziowo-obrotowej z Równinami graniczyły Góry Trollich Kości. Herrena od wielu lat korzystała z dobrodziejstw równoupraw­nienia, dostępnych każdej kobiecie, w której ręku miecz potrafi za­śpiewać, i teraz ufała swemu instynktowi.

Ten Rincewind, według opisu Trymona, był szczurem, a szczury szukają kryjówek. Poza tym Góry leżał)' bardzo daleko od Trymona, a choć był on w tej chwili jej pracodawcą, Herrena nie odnosiła się to tego faktu z entuzjazmem. W jego zachowaniu było coś, od czego świerzbiały ją pięści.

Rincewind pomyślał, że powinien wpaść w panikę. To jed­nak było trudne. Wprawdzie nie uświadamiał sobie tego, ale emocje w rodzaju paniki, grozy czy gniewu związane są z materiałem, który chlupie w gruczołach. A wszystkie gruczoły Rin-cewinda pozostały w ciele.

Nie miał pewności, gdzie zostało jego ciało. Gdy jednak spojrzał w dół, dostrzegł cienką niebieską linię, sięgającą w ciemność od miej­sca, które - aby zachować zdrowe zmysły - nazwałby swoją kostką. Rozsądek kazał przypuszczać, że jego ciało znajduje się na drugim końcu tej linii.

Nie było to ciało idealne, sam to przyznawał. Ale jeden czy dwa jego elementy miały dla niego wartość pamiątkową... Gdyby ta nie­bieska linia pękła, musiałby przez resztę swego ży... swej egzystencji włóczyć się w pobliżu wirujących stolików i udawać zmarłe ciotki róż­nych osób... Albo robić inne rzeczy, które zagubione dusze robią dla zabicia czasu.

Na tę myśl ogarnęło go przerażenie tak wielkie, że prawie nie poczuł, jak stopami dotyka gruntu. Jakiegoś gruntu, w każdym razie; z pewnością nie tego, który znał. O ile pamiętał, tamten grunt nie był tak czarny i nie wibrował tak niepokojąco.

Rincewind rozejrzał się.

Strome, zębate góry wokół niego wbijały się w zimne niebo, peł­ne okrutnych gwiazd. Gwiazd tych nie znała żadna mapa niebios w multiversum, ale wyraźcie lśnił wśród nich złowieszczy czerwony krążek. Rincewind zadrżał i odwrócił wzrok. Przed nim teren opadał stromo, a suchy wiatr szeptał wśród oszronionych skał.

Naprawdę szeptał. Gdy smutne podmuchy chwyciły szatę i pocią­gnęły go za włosy, Rincewind miał wrażenie, że słyszy głosy. Były słabe i dalekie, a powtarzały ciągle ,Jesteś pewna, że w potrawce były pie­czarki? Czuję się trochę...", i „Stąd jest piękny widok! Trzeba tylko wychylić się przez...", i „Nie jęcz, to tylko draśnięcie", i „Uważaj, gdzie celujesz, mały! Niewiele brakowało...", i tak dalej.

Potykając się i zasłaniając uszy, ruszył w dół zbocza. Po chwili zo­baczył coś, co niewielu żywych miało okazję oglądać.

Grunt zapadał się gwałtownie, tworząc ogromny lejek milowej średnicy. Szepczący wiatr dusz wiał do wnętrza z potężnym basowym pomrukiem, jakby to sam Dysk oddychał. Jednak wąski pas skały się­gał ponad przepaścią do platformy o średnicy może stu stóp.

Był tam ogród z sadami i klombami, a także mały czarny domek.

Prowadziła do niego wąska ścieżka.

Rincewind spojrzał za Siebie. Lśniąca niebieska linia wciąż tam jeszcze była.

Bagaż również.

Przykucnął na ścieżce i patrzył.

Rincewind nigdy nie radził sobie z Bagażem, który z kolei coś chyba maga nie aprobował. Tym razem jednak nie patrzył groźnie, lecz raczej żałośnie - jak pies, który tarzał się wesoło w krowich plackach, po czym wrócił do domu i odkrył, że rodzina przeprowadziła się na inny kontynent.

- Dobra - mruknął Rincewind. - Chodź.

Bagaż wysunął nogi i ruszył za nim.

Z jakiegoś powodu Rincewind oczekiwał, że ogród na platformie będzie pełen martwych kwiatów. Tymczasem był dobrze utrzymany i zadbany, najwyraźniej przez kogoś, kto potrafił dobierać kolory... pod warunkiem, że były to głęboki fiolet, czerń nocy albo biel cału­nu. Olbrzymie lilie perfumowały atmosferę. Pośrodku świeżo skoszo­nego trawnika stał zegar słoneczny z gnomonem.

Prowadząc za sobą Bagaż, Rincewind przeszedł alejką wysypaną okruchami marmuru i znalazł się na tyłach domku. Otworzył drzwi.

Cztery konie spojrzały na niego znad swych worków z owsem. Były ciepłe i żywe, w dodatku utrzymane lepiej niż większość zwierząt, które Rincewind w życiu widział. Wielki biały rumak miał oddzielną zagrodę, a jego srebrno-czarna uprząż wisiała nad drzwiami. Pozo­stała trójka stała uwiązana naprzeciwko przy żłobie, jak gdyby ich wła­ściciele wpadli tu na krótko. Wierzchowce obserwowały Rincewinda z leniwą zwierzęcą ciekawością.

Bagaż uderzył go w nogę. Mag odwrócił się i syknął:

- Odczep się, dobrze?

Bagaż cofnął się. Wyglądał na zakłopotanego.

Rincewind przebiegł na palcach do drzwi naprzeciw i otworzył je ostrożnie. Odsłoniły kamienny korytarz, prowadzący do sporego przedpokoju.

Sunął dalej, z plecami przyciśniętymi mocno do ściany. Bagaż uniósł się na palcach i przemknął nerwowo do przodu.

Sam przedpokój...

Nie chodziło nawet o to, że był wyraźnie większy, niż wydawał się z zewnątrz cały domek. Nie to zmartwiło Rincewinda. Ostatnio dzia­ły się takie rzeczy, że zaśmiałby się ironicznie, gdyby mu ktoś powiedział, że nie da się wlać kwarty do półkwartowego kufla. Nie szło o wystrój - w stylu Wczesnej Krypty, oparty głównie o czarne draperie.

To zegar. Bardzo duży, zajmował miejsce pomiędzy krętymi linia­mi drewnianych schodów, rzeźbionych w rzeczy, które normalni lu­dzie widują tylko po ciężkim seansie czegoś nielegalnego.

Zegar miał bardzo długie wahadło i to wahadło kołysało się w powolnym tik-tak, od którego cierpły zęby... Było to bowiem takie posępne, irytujące tykanie, które chciało absolutnie wyraźnie dać człowiekowi do zrozumienia, że każdy tik i każdy tak odbiera mu ko­lejną sekundę życia. Ten dźwięk sugerował niezwykle przekonująco, że gdzieś w hipotetycznej klepsydrze znowu osypało się spod niego kilka ziarenek piasku.

Nie warto nawet wspominać, że ciężarek wahadła miał kształt klingi i był ostry jak brzytwa.

Coś puknęło Rincewinda w kark. Odwrócił się gniewnie.

- Ty synu walizki, mówiłem przecież...

To nie Bagaż stał za nim. To młoda kobieta: srebrnowłosa, srebrnooka i trochę zaskoczona.

- Och - powiedział Rincewind. - Ehm... Witam.

- Ty jesteś żywy? - spytała. Jej głos kojarzył się z parasolkami pla­żowymi, olejkiem do opalania i zimnymi drinkami.

- Mam taką nadzieję. - Rincewind zastanawiał się, czyjego gru­czoły, gdziekolwiek są, dobrze się bawią. - Czasami nie jestem pe­wien. Co to za miejsce?

- To dom Śmierci - odparła.

- Aha - rzekł Rincewind. Przesunął językiem po suchych war­gach. - No cóż, miło mi było cię poznać, ale chyba muszę już iść... Złożyła dłonie.

- Nie możesz tak szybko odchodzić - zawołała. - Nieczęsto gości­my tu żywych. Umarli są strasznie nudni, nie sądzisz?

- A tak - zgodził się gorliwie Rincewind, zerkając w stronę wyj­ścia. - Przypuszczam, że trudno się z nimi rozmawia.

- Zawsze to samo. „Kiedy jeszcze żyłem..." albo „Za moich czasów naprawdę potrafiliśmy oddychać" - potwierdziła, z uśmiechem kła­dąc małą dłoń na ramieniu gościa. - I zawsze są tacy staroświeccy. Żadnej zabawy. Oficjalni.

- Sztywni? - podpowiedział Rincewind. Dziewczyna popychała go w stronę przejścia do dalszych pomieszczeń.

- No właśnie. Jak ci na imię? Bo mnie Ysabell.

- E... Rincewind. Przepraszam bardzo, ale skoro to dom Śmierci, co ty tu robisz? Nie wyglądasz na umarłą.

- Mieszkam tutaj. - Zerknęła na niego czujnie. - Nie przybyłeś chyba po utraconą miłość, prawda? To zawsze tatusia irytuje. Całe szczęście, mówi, że nigdy nie sypia. Inaczej ciągle budziłoby go tupa­nie młodych bohaterów, którzy schodzą tu na dół, żeby wyprowadzić tłumy głupich dziewcząt. Tak twierdzi.

- To pewnie często się zdarza? - zapytał słabym głosem Rince­wind, gdy szli obitym czernią korytarzem.

- Cały czas. Uważam, że to bardzo romantyczne. Tylko nie wolno się oglądać, kiedy wychodzisz.

- Dlaczego nie? Wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Może widok nie jest najładniejszy. A czy ty jesteś bohaterem?

- No nie. Nie jako takim. Właściwie wcale. A nawet mniej. Przy­szedłem znaleźć mojego przyjaciela - wyjaśnił niepewnie. - Chyba go nie widziałaś? Niewysoki, gruby, dużo gada, w okularach, dziwacznie ubrany?

Mówiąc zdawał sobie sprawę, że przeoczył coś niezwykle istotne­go. Przymknął oczy i spróbował odtworzyć ostatnie minuty konwer­sacji. I nagle prawda uderzyła go jak worek piasku.

- Tatuś!?

Skromnie spuściła wzrok.

- Adoptował mnie - wyjaśniła. - Mówi, że mnie znalazł, kiedy by­łam jeszcze całkiem mała. To smutna historia. - Uśmiechnęła się na­gle. - Ale chodź. Przedstawię cię. Dzisiaj odwiedzili go koledzy. Je­stem pewna, że chętnie cię pozna. Niewielu ludzi spotyka na grun­cie towarzyskim. Właściwie ja też - dodała.

- Przepraszam bardzo, ale czy dobrze zrozumiałem? Mówimy o Śmierci, zgadza się? Wysoki, chudy, puste oczodoły, specjalista od kosy?

- Tak. - Westchnęła. - Wygląd świadczy przeciwko niemu. Nie­stety.

Wprawdzie, jak już wspomniano, Rincewind był dla magii tym, czym rower dla trzmiela, zachował jednak przywilej zarezerwowany dla adeptów sztuki. W chwili zgonu sam Śmierć zjawiał się po niego (zamiast, jak to zwykle ma miejsce, powierzyć to zadanie jakiejś po­mniejszej mitycznej antropomorficznej personifikacji). Z powodu niewłaściwej organizacji Rincewind raz po raz nie umierał w odpo­wiednim czasie. A niepunktualność to cecha, której Śmierć nie lubił najbardziej.

- Przypuszczam, że mój przyjaciel musiał gdzieś zabłądzić - rzekł. - Zawsze to robi. Cała historia jego życia to błądzenie. Miło mi było cię poznać, muszę lecieć...

Ona jednak przystanęła już przed wysokimi drzwiami obitymi czerwonym aksamitem. Z drugiej strony dochodziły głosy... przera­żające głosy... Głosy, których typografia absolutnie nie zdoła przeka­zać, dopóki ktoś nie stworzy linotypu z pogłosem, a najlepiej również czcionki wyglądającej jak dźwięki wydawane przez głowonoga.

Oto co mówiły głosy:

- CZY ZECHCIAŁBYŚ WYJAŚNIĆ TO JESZCZE RAZ?

- Jeśli zrzucisz cokolwiek oprócz atutu, Południe dostanie dwie przebitki, straci jednego Żółwia, jednego Słonia i jeden z Wielkich Arkanów, potem...

- To Dwukwiat - syknął Rincewind. - Ten głos poznałbym zawsze i wszędzie.

- MOMENCIK... ZARAZA JEST POŁUDNIEM?

- Przestań już, Mort. Przecież ci to tłumaczył. A co będzie, jeśli Głód zagra... jak to było... odwróci atutem?- Był to sapiący, wilgotny głos, właściwie zakaźny sam z siebie.

- Wtedy przebijesz tylko jednego Żółwia zamiast dwóch - wyjaśnił entuzjastycznie Dwukwiat.

- Ale gdyby Wojna od początku wistował atutem, kontrakt byłby bez dwóch?

- Otóż to!

- NIE CAŁKIEM ROZUMIEM. OPOWIEDZ JESZCZE O BLEFACH. MAM WRAŻENIE, ŻE ZACZYNAŁEM ŁAPAĆ, O CO CHODZI.

Był to głos ciężki i głuchy, jakby uderzały o siebie dwie bryły ołowiu.

- To wtedy, kiedy licytujesz, żeby wprowadzić w błąd przeciwni­ków. Oczywiście, może to sprawić pewne kłopoty partnerowi...

Głos Dwukwiata rozbrzmiewał entuzjazmem. Przez aksamit sączy­ły się takie słowa jak „powtórzyć kolor", „podwójny impas" czy „wielki szlem". Rincewind spojrzał tępo na Ysabell.

- Rozumiesz coś z tego? - zapytała.

- Nic a nic - zapewnił.

- Wydaje się, że to strasznie skomplikowane.

- POWIEDZIAŁEŚ, ŻE LUDZIE GRAJĄ W TO DLA PRZYJEM­NOŚCI? - odezwał się ciężki głos za drzwiami.

- Niektórzy są w tym rzeczywiście świetni. Obawiam się, że ja je­stem zaledwie amatorem.

-ALE PRZECIEŻ ŻYJĄ TYLKO OSIEMDZIESIĄT, NAJWYŻEJ DZIEWIĘĆDZIESIĄT LAT!

- Ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej, Mort - odpowiedział głos, który Rincewind słyszał już raz i z pewnością wolałby nie słyszeć nigdy więcej, zwłaszcza po ciemku.

- Z pewnością to bardzo... intrygująca gra.

- ROZDAJ JESZCZE RAZ. ZOBACZYMY, CZY WSZYSTKO ZRO­ZUMIAŁEM.

- Sądzisz, że powinnam tam wejść? - spytała Ysabell. Głos za drzwiami oznajmił:

- LICYTUJĘ... ŻÓŁWIOWEGO WALETA.

- Chwileczkę. Na pewno coś pomyliłeś. Spójrzmy na twoje...

Ysabell pchnęła drzwi.

Pokój był dość przytulnym gabinetem. Może trochę ponurym. Możliwe, że zaprojektował go dekorator wnętrz, który miał akurat zły dzień, głowa go bolała, a w dodatku uwielbiał wielkie klepsydry ustawione na każdej płaskiej powierzchni. Dysponował też wieloma wysokimi, grubymi i mocno kapiącymi świecami, których chciał się pozbyć.

Śmierć Dysku był tradycjonalistą. Miał prawo do dumy z jakości świadczonych przez siebie usług, a przez większość czasu chodził ponury, gdyż nikt go nie doceniał. Przypominał, że nikt nie lęka się samej śmierci, ale bólu, rozdzielenia i zapomnienia. To nierozsądne żywić do kogoś pretensje tylko dlatego, że ma puste oczodoły i jest dumny ze swojej pracy. I wciąż używa kosy, zaznaczał często, gdy Śmierci na innych światach już dawno zainwestowali w kombajny.

Teraz siedział przy stole pokrytym czarnym suknem. Dyskutował z Zarazą, Głodem i Wojną. Dwukwiat był jedynym, który podniósł głowę i zauważył Rincewinda.

- Hej, skąd się tu wziąłeś?

- No... Niektórzy twierdzą, że Stwórca chwycił garść... aha, rozu­miem. Trudno to wytłumaczyć, ale...

- Znalazłeś Bagaż?

Drewniany kufer przecisnął się obok maga i podbiegł do swego właściciela. Ten otworzył wieko, pogrzebał we wnętrzu i wyjął niewiel­ki oprawny w skórę tomik. Wręczył go Wojnie.

- To „Zasady dobrej licytacji" Culte'a Berta Nosa - wyjaśnił. - Nie­zła rzecz. Dobrze tłumaczy podwójny impas i jak należy...

Śmierć wyciągnął kościstą dłoń, chwycił książkę i zaczął przerzu­cać strony, całkowicie zapominając o obecności dwóch ludzi.

- DOBRA - rzucił. - ZARAZO, OTWÓRZ NOWĄ TALIĘ. ZRO­ZUMIEM, O CO W TYM CHODZI, CHOĆBYM MIAŁ ZDECH­NĄĆ... W PRZENOŚNI, OCZYWIŚCIE.

Rincewind złapał Dwukwiata i wywlókł go z pokoju. Po chwili bie­gli już korytarzem, ścigani przez galopujący Bagaż.

- O czym wyście mówili? - zapytał.

- Wiesz, mają sporo wolnego czasu - wysapał Dwukwiat. - Pomyślałem, że im się spodoba.

- Co? Gra w karty?

- To wyjątkowa gra. Nazywa się... - Dwukwiat urwał. Języki obce nie były jego mocną stroną. -W waszej mowie nazywa się, na przy­kład, jak ta rzecz, którą przerzucacie przez rzekę. - I dodał: - Tak myślę.

- Akwedukt? - zgadywał Rincewind. - Sieć rybacka? Grobla? Tama?

- Możliwe.

Dotarli do przedpokoju, gdzie wielki zegar wciąż ścinał sekundy życia świata.

- Jak myślisz, ile czasu im to zabierze? Dwukwiat przystanął.

- Nie jestem pewien... - mruknął. - Może do ostatniego atutu... Zadziwiający zegar.

- Nie próbuj go kupować - poradził Rincewind. - Nie sądzę, żeby się to spodobało właścicielowi.

- A gdzie właściwie jesteśmy? - Dwukwiat skinął na Bagaż i otwo­rzył wieko.

Rincewind rozejrzał się. Sala była mroczna i pusta, wąskie okna pokrywał lód. Zerknął w dół... Cienka niebieska linia sięgała do jego kostki. Teraz dopiero zauważył, że Dwukwiat też ma taką.

- Jesteśmy... jakby to powiedzieć... nieoficjalnie martwi. - Nie umiał wyjaśnić tego prościej.

- Naprawdę? - Dwukwiat nadal grzebał w Bagażu.

- Czy to cię nie martwi?

- Wiesz, wszystko w końcu jakoś się ułoży. Nie sądzisz? Zresztą, wierzę w reinkarnację. Jako kto chciałbyś powrócić?

- Nie chcę odchodzić - odparł stanowczo Rincewind. - Idziemy. Musimy się wydostać z... Och, nie! Tylko nie to!

Z głębin Bagażu Dwukwiat wydobył pudełko. Było duże, czarne, miało z boku dźwignię, a z przodu małe okrągłe okienko. Miało też pasek, żeby Dwukwiat mógł powiesić je sobie na szyi, co uczynił.

Swego czasu Rincewind lubił ikonoskop. Wierzył, wbrew osobi­stym doświadczeniom, że świat jest zasadniczo poznawalny, że gdyby tylko zdobył odpowiednie myślowe narzędzia, mógłby zdjąć w nim tylną ściankę i zobaczyć, jak działa. Naturalnie mylił się absolutnie. Ikonoskop nie rejestrował obrazów metodą oświetlania specjalnie przygotowanego papieru, jak podejrzewał Rincewind. Wykorzystywał system o wiele prostszy: małego demona z dobrym okiem do kolorów i ręką szybką przy pędzlu. Rincewind bardzo się zirytował, kiedy to odkrył.

- Nie mamy czasu na obrazki! - syknął.

- To nie potrwa długo - odparł z mocą Dwukwiat i zastukał w ścianę pudełka. Odskoczyły maleńkie drzwi i chochlik wystawił gło­wę na zewnątrz.

- Niech to piekło... - zawołał. - Gdzie jesteśmy?

- Nieważne - stwierdził Dwukwiat. - Chyba najpierw zegar.

Demon zmrużył oczy.

- Marne światło - uznał. - Trzy cholerne lata na przesłonie f8, moim zdaniem.

Zatrzasnął drzwiczki. Po chwili wewnątrz ikonoskopu zaskrzypiał stołek przysuwany do sztalug.

Rincewind zgrzytnął zębami.

- Nie musisz robić obrazków! - wrzasnął. - Możesz to wszystko zapamiętać!

- To nie to samo - odparł spokojnie turysta.

- Pamięć jest lepsza! Bardziej realna!

- Wcale nie. Kiedy po wielu latach usiądę przy ogniu...

- Będziesz siedział przy ogniu całą wieczność, jeśli się stąd nie wydostaniemy!

- Mam nadzieję, że jeszcze nie wychodzicie.

Odwrócili się obaj. Ysabell stała w przejściu i uśmiechała się lek­ko. W ręku trzymała przysłowiowo ostrą kosę. Rincewind próbował nie zerkać na swoją błękitną linię życia; dziewczyna z kosą nie powinna uśmiechać się w taki nieprzyjemny, chytry, odrobinę szalony sposób.

- Tatuś jest w tej chwili trochę zajęty, ale z pewnością nie chciał­by, żebyście tak po prostu sobie poszli. A poza tym nie mam z kim rozmawiać.

- Kto to jest? - zdziwił się Dwukwiat.

- Ona tak jakby tu mieszka - wymruczał Rincewind. - To tak jakby dziewczyna - dodał.

Chwycił Dwukwiata za ramię i spróbował dyskretnie przesunąć się bliżej drzwi prowadzących w ciemność. Bezskutecznie; głównie dla­tego, że Dwukwiat nie był człowiekiem, który dostrzega niuanse wy­razu twarzy. Był za to człowiekiem, który jakoś nigdy nie potrafił uwie­rzyć, że może go spotkać coś złego.

- Jestem oczarowany - rzekł. - Macie tu przemiły domek. Te kości i czaszki dają interesujące barokowe efekty.

Ysabell uśmiechnęła się znowu. Gdyby Śmierć chciał kiedyś przekazać jej rodzinne interesy, pomyślał Rincewind, byłaby lepsza od ojca. To kompletna wariatka.

- Owszem, ale musimy już iść - oznajmił.

- Nie chcę o tym słyszeć - odparła dziewczyna. - Musicie zostać i opowiedzieć mi o sobie. Mamy mnóstwo czasu, a ja tak bardzo się nudzę.

Skoczyła w bok i cięła w lśniące nici życia. Kosa zawyła w powietrzu jak wykastrowany kocur... i zatrzymała się w miejscu.

Skrzypnęło drewno. Bagaż zatrzasnął ostrze pod wiekiem.

Zdumiony Dwukwłat spojrzał na Rincewinda. A mag, z pełną świadomością i niejaką satysfakcją, wyrżnął go pięścią w podbródek. Kiedy niski człowieczek padł na plecy, Rincewind pochwycił go, zarzucił sobie na ramię i ruszył biegiem.

Gałęzie chłostały go w zalanym blaskiem gwiazd ogrodzie. Małe, kudłate i prawdopodobnie straszliwe stwory zmykały na boki, gdy pę­dził rozpaczliwie wzdłuż cienkiej linii życia, świecącej upiornie na oszronionej trawie.

Z domku rozległ się piskliwy krzyk rozczarowania i gniewu. Rincewind odbił się od drzewa i biegł dalej.

Pamiętał, że gdzieś tu powinna być ścieżka. Ale nic nie wyglądało znajomo w plątaninie srebrzystego blasku i cieni, zabarwionych teraz czerwienią - to światło nowej gwiazdy sięgało aż na tamten świat. Zresztą i tak miał wrażenie, że linia życia prowadzi w zupełnie niewłaściwym kierunku.

Za nim rozległ się tupot nóg. Rincewind dyszał z wysiłku; domyślił się, że to Bagaż, którego w tej chwili wolał unikać. Mógł źle zrozumieć wyrżnięcie w podbródek swego pana... a zwykle gryzł ludzi, których nie lubił. Rincewind nigdy jakoś nie odważył się spytać, gdzie trafiają, kiedy zatrzaskuje się nad nimi wieko; ale na pewno już ich nie było, kiedy otwierało się znowu.

Okazało się, że niepotrzebnie się martwił. Bagaż wyprzedził go bez trudu, z niewiarygodną szybkością przebierając małymi nóżkami. Rincewind miał wrażenie, że Bagaż całkowicie koncentruje się na bie­gu... Jakby wiedział, co ich ściga, i wcale mu się to nie podobało.

Nie oglądaj się, przypomniał sobie. To pewnie niezbyt przyjemny widok.

Bagaż wbił się w krzaki i zniknął.

W chwilę później Rincewind zobaczył dlaczego. Kufer zeskoczył z krawędzi platformy i spadał teraz do ogromnej dziury, od dołu sła­bo rozjarzonej czerwonym blaskiem. Dwie migotliwe niebieskie linie biegły od Rincewinda ponad skrajem skały i w dół.

Przystanął niepewnie... Chód nie jest to całkiem prawda, ponie­waż kilku rzeczy był absolutnie pewien. Na przykład, że wcale nie chce skoczyć... że zupełnie nie ma ochoty na spotkanie z tym, co go ściga... że w świecie duchów Dwukwiat jest całkiem ciężki... i że są rze­czy gorsze niż śmierć.

- Wymień dwie - mruknął do siebie i skoczył. Po kilku sekundach przybyli jeźdźcy. Nie zahamowali, gdy dotar­li do krawędzi. Po prostu jechali dalej, aż ściągnęli wodze nad pustką. Śmierć spojrzał w dół.

- ZAWSZE MNIE TO DENERWUJE - stwierdził. - CZASEM MY­ŚLĘ, ŻE RÓWNIE DOBRZE MÓGŁBYM ZAINSTALOWAĆ DRZWI OBROTOWE.

- Ciekawe, czego chcieli? - zastanowił się Zaraza.

- Nie mam pojęcia - odparł Wojna. - Ale gra jest przyjemna.

- Fakt - przyznał Głód. - Wciągająca.

- MAMY CZAS NA JESZCZE JEDNĄ KOBRĘ - uznał Śmierć.

- Robrę - poprawił Wojna.

- CO ROBISZ?

- One się nazywają robry.

- RZECZYWIŚCIE, ROBRY-przyznał Śmierć. Zerknął na nową

gwiazdę, niepewny, co może oznaczać. - MYŚLĘ, ŻE MAMY CZAS -powtórzył z odrobiną niepokoju.

Wspomniano już o podjętej na Dysku próbie wymuszenia precy­zji opisów. Poetom i bardom pod karą... no, karą... zakazano oma­wiania szmeru ruczajów i różanopalcej jutrzenki. Mogli wspomnieć o twarzy, co tysiąc statków wyprawiła w morze, pod warunkiem przed­stawienia uwierzytelnionych dokumentów stoczni.

Zatem, z poszanowania dla tej tradycji, nie będzie tu powiedzia­ne, że Rincewind i Dwukwiat stali się lodowo-błękitną falą mknącą przez mroczne wymiary ani że rozbrzmiewał dźwięk podobny do gi­gantycznego kła walącego o skałę, ani że całe życie przemknęło im przed oczami (zresztą Rincewind tyle już razy oglądał swe dotychcza­sowe życie, że potrafił zasnąć przy co nudniejszych scenach), ani że wszechświat runął na nich niby ogromna galareta.

Zostanie powiedziane - gdyż wykazał to eksperyment - że za­brzmiał dźwięk podobny do stuknięcia drewnianą linijką w kamerton nastrojony na Cis... może Fis, a potem ogarnęło ich uczucie absolut­nego bezruchu.

To dlatego, że byli absolutnie nieruchomi i panowała absolutna ciemność.

Rincewindowi przyszło do głowy, że coś się stało.

Zobaczył przed sobą delikatne błękitne linie.

Znowu trafił do wnętrza Octavo. Nie wiedział, co by się stało, gdy­by ktoś nagle otworzył księgę. Czy on i Dwukwiat wydaliby się temu komuś barwną ilustracją?

Chyba nie, uznał. Octavo, w którym się znaleźli, było niezwykłą książką, przykutą łańcuchem do pulpitu w podziemiach Niewidocz­nego Uniwersytetu, który z kolei był zaledwie trójwymiarową repre­zentacją wielowymiarowego obiektu, a...

Chwileczkę, pomyślał. Przecież nigdy nie myślę w taki sposób. Ktoś myśli to za mnie...

- Rincewindzie... - odezwał się głos podobny do szelestu sta­rych kart.

- Kto? Ja?

- Pewnie że ty, tępaku jeden.

W sercu Rincewinda na moment rozgorzał płomień oporu.

- Przypomnieliście już sobie, jak rozpoczął się wszechświat? - spy­tał złośliwie. - Odchrząknięciem, prawda? A może Nabraniem Tchu albo Podrapaniem Się Po Głowie czy może Muszę Sobie Przypo­mnieć, Mam To Na Końcu Języka?

- Lepiej nie zapominaj, gdzie trafiłeś - upomniał go inny głos, suchy jak drewno. Wydaje się niemożliwe wysyczeć zdanie bez żad­nych syczących głosek, jednak głos bardzo się starał.

- Nie zapominać, gdzie trafiłem? Nie zapominać, gdzie trafiłem? - krzyknął Rincewind. - Oczywiście, że nie zapominam. Trafiłem do wrednej księgi i rozmawiam z kupą głosów, których nie widzę. I jak myślicie, dlaczego się wydzieram?

- Zastanawiasz się pewnie, dlaczego znowu cię tu sprowadziliśmy?

- zapytał głos przy jego uchu.

- Nie.


- Nie?

- Co on powiedział? - dopytywał się inny bezcielesny głos.

- Powiedział: nie.

- Naprawdę powiedział: nie?

- Tak.

- Nie!


- Dlaczego?

- Bez przerwy spotyka mnie coś takiego - wyjaśnił Rincewind. – W jednej chwili spadam ze świata, w następnej jestem w książce, a je­szcze następnej lecę na skale, potem obserwuję, jak Śmierć uczy się grać w groblę czy tamę, czy coś tam innego. Dlaczego mam się cze­mukolwiek dziwić?

- No tak... - mruknął pierwszy głos czując, że traci inicjatywę. -Ale pewnie się zastanawiasz, dlaczego nie chcemy, żeby ktoś nas wy­powiedział.

Rincewind zawahał się. Owszem, to pytanie przemknęło mu przez głowę... Tyle że bardzo prędko i rozglądając się nerwowo na boki, żeby na nie coś nie wpadło.

- A czemu ktoś miałby was wypowiedzieć?

- To przez gwiazdę - wyjaśniło zaklęcie. - Czerwoną gwiazdę. Magowie już cię szukają. A kiedy cię znajdą, spróbują wypowiedzieć wszystkie Osiem Zaklęć i zmienić przyszłość. Uważają, że Dysk zderzy się z tą gwiazdą.

Rincewind pomyślał chwilę.

- A zderzy się? - zapytał.

- Niezupełnie, ale za... Co to jest?!

Rincewind zerknął w dół. Z ciemności wynurzył się Bagaż. Pod wiekiem tkwił długi odłamek z ostrza kosy.

- To tylko Bagaż - wyjaśnił.

- Ale nie przywoływałyśmy go tutaj!

- Nikt go nigdzie nie przywołuje. On po prostu się zjawia. Nie zwracajcie na niego uwagi.

- Aha... O czym to mówiliśmy?

- O tej czerwonej gwieździe.

- Racja. To bardzo ważne, żebyś...

- Halo! Halo! Jest tam kto?

Był to cichy, piskliwy głosik i dobiegał z pudełka wciąż zawieszo­nego na bezwładnej szyi Dwukwiata. Obrazkowy chochlik otworzył luk i zerknął na Rincewinda.

- Gdzie jesteśmy, szefie? - zapytał.

- Nie jestem pewien.

- Ciągle martwi?

- Możliwe.

- Miejmy nadzieję, że dotrzemy gdzieś, gdzie nie będzie trzeba tyle czerni. Czarny się kończy.

Klapka zatrzasnęła się.

Rincewinda nawiedziła ulotna wizja Dwukwiata, który pokazuje wszystkim swoje obrazki i opowiada coś w stylu: „To ja torturowany przez milion demonów" i „To ja z tą zabawną parą, którą poznaliśmy na zamarzniętych zboczach Świata Zmarłych". Rincewind nie był pe­wien, co spotyka człowieka, który naprawdę umarł. Autorytety wyra­żały się w tej sprawie nieco mętnie. Smagły żeglarz z krawędziowych krain był przekonany, że pójdzie do raju, gdzie czekają sorbet i hurysy. Rincewind nie wiedział, co to są hurysy, jednak po głębszym na­myśle doszedł do wniosku, że to małe lukrecjowe rurki do ssania sorbetu. Zresztą od sorbetu i tak dostawał kataru.

- Skoro już zakończyliśmy tę dygresję - oznajmił stanowczo suchy głos - może wrócimy do rzeczy. To bardzo ważne, żebyś nie pozwolił magom odebrać sobie zaklęcia. Straszne będą następstwa zbyt wcze­snego wypowiedzenia ośmiu zaklęć.

- Chcę tylko, żeby mnie zostawili w spokoju - odparł Rincewind.

- Dobrze, dobrze. Od chwili, gdy otworzyłeś Octavo, wiedzieli­śmy, że można ci zaufać. Rincewind zawahał się.

- Chwileczkę - mruknął. - Chcecie, żebym ciągle uciekał i nie pozwolił magom na zebranie wszystkich zaklęć?

- Właśnie.

- Dlatego jedno z was wskoczyło mi do głowy?

- Otóż to.

- Zrujnowałyście mi życie, wiecie? - oburzył się Rincewind. - Na­prawdę zostałbym magiem, gdybyście nie postanowiły mnie wykorzy­stać jako czegoś w rodzaju przenośnej księgi czarów. Nie mogę zapa­miętać żadnych zaklęć, są zbyt przerażone, żeby siedzieć z wami w tym samym umyśle!

- Przykro nam.

- Ja chcę do domu! Chcę wrócić tam, gdzie... - drobinka wilgoci błysnęła w oku maga - ...gdzie czuję bruk pod stopami, gdzie trafia się piwo nie całkiem zwietrzałe, gdzie wieczorem można dostać w miarę świeży kawałek smażonej ryby i może ze dwa wielkie zielone korniszony, a czasem nawet zapiekankę z węgorzem albo potrawkę z trąbików, gdzie zawsze znajdzie się ciepła stajnia do spania, a rano człowiek budzi się w tym samym miejscu, w którym zasypiał wieczo­rem, i gdzie nie ma takiej pogody dookoła. Zrozumcie, nie obchodzi mnie magia. Pewnie... no wiecie... pewnie nie nadaję się na maga, ale chcę wrócić do domu!

- Musisz jednak... - zaczęło jedno z zaklęć.

Za późno. Nostalgia, cienka gumka w podświadomości, zdolna ściągnąć łososia przez tysiące mil obcych mórz albo popchnąć milio­ny lemingów do radosnego biegu w stronę ojczystego lądu, który z powodu zakłóceń dryfu kontynentalnego już nie istnieje - ta nostal­gia wezbrała w Rincewindzie niczym zjedzone nocą biriani z krewe­tek, popłynęła wzdłuż napiętej nici łączącej udręczoną duszę z cia­łem, zaparła się piętami i szarpnęła...

Zaklęcia pozostały w Octavo same.

To znaczy same, jeśli nie liczyć Bagażu.

Spojrzały na niego nie oczami, ale świadomością starą jak Dysk.

- Ty też zjeżdżaj - powiedziały.

- ...niezłe.

Rincewind wiedział, że on sam to mówi. Poznał po głosie.

Przez chwilę patrzył własnymi oczami nie tak jak zwykle, ale tak jak szpieg mógłby patrzeć przez wycięte oczy portretu. I wreszcie powrócił.

- Wszysztko w porządku, Rinczewindzie? - zapytał Cohen. - Wy­glądałeś trochę dziwnie.

- Trochę blady - potwierdziła Bethan. - Jakby ktoś zaczął deptać po twoim grobie.

- Ee... tak, chyba w porządku - odparł. Rozprostował palce i prze­liczył je. Wyglądało na to, że ma ich ile trzeba. - Czyja... czyja gdzieś się ruszałem?

- Patrzyłeś tylko w ogień, jakbyś zobaczył ducha - wyjaśniła Bethan. Usłyszał jęk za plecami. Dwukwiat usiadł i ściskał rękami głowę. Oczy dostrzegły ich. Wargi poruszyły się bezgłośnie.

- To naprawdę niezwykły... sen — oświadczył. - Co to za miejsce? Skąd się tu wziąłem?

- No czóż - zaczął Cohen. - Niektórzy twierdzą, że Sztwórcza wziął garść gliny i...

- Ale dlaczego tutaj? Czy to ty, Rincewindzie?

- Tak - potwierdził mag, wątpliwości tłumacząc na swoją korzyść.

- Był taki... zegar i... i ci ludzie, którzy... — Dwukwiat potrząsnął głową. - Dlaczego wszystko tu śmierdzi końmi?

- Chorowałeś - uspokoił go Rincewind. - Miałeś halucynacje.

- A tak... chyba rzeczywiście... - Dwukwiat zerknął na swoją pierś. - Ale w takim razie dlaczego mam... Rincewind poderwał się.

- Przepraszam, ale trochę tu duszno. Muszę zaczerpnąć świeże­go powietrza - oznajmił. Zdjął Dwukwiatowi z szyi pasek obrazkowe­go pudełka i skoczył do klapy namiotu.

- Nie zauważyłam tego, kiedy wchodził - stwierdziła Bethan.

Cohen wzruszył ramionami.

Rincewind zdążył odbiec kilka kroków od jurty, nim zastukały try­by pudełka i wysunął się ostatni obrazek chochlika.

Rincewind pochwycił go i spojrzał.

To, co zobaczył, byłoby wystarczająco straszne nawet w świetle dnia. W lodowatym blasku, zabarwionym czerwienią nowej gwiazdy, wyglądało jeszcze gorzej.

- Nie - wyszeptał Rincewind. - Nie, było przecież całkiem ina­czej... ten domek, ta dziewczyna...

- Ty widzisz, co widzisz, a ja maluję co ja widzę - odparł chochlik, wychylając się na zewnątrz. - To, co ja widzę, jest rzeczywiste. Tak zo­stałem wyhodowany. Widzę tylko to, co istnieje naprawdę.

W śniegu zachrzęścił mroczny kształt. Rincewind rozpoznał Bagaż. I choć normalnie go nie lubił i mu nie ufał, nagle poczuł, że to najbardziej odświeżająco normalny obiekt, jaki ostatnio spotkał.

- Widzę, że też się wydostałeś - stwierdził. Bagaż klapnął wiekiem.

- A co ty widziałeś? - zapytał mag. - Oglądałeś się za siebie?

Bagaż nie odpowiedział. Przez chwilę milczeli obaj, niby dwaj wojownicy, którzy umknęli z rzezi i przystanęli, by nabrać tchu i roz­sądku.

- Chodź - mruknął wreszcie Rincewind. - W środku jest cieplej. Wyciągnął rękę, żeby poklepać wieko Bagażu. Trzasnęło gniewnie i niemal przycięło mu palce. Życie wracało do normy.

Następny dzień wstał jasny, pogodny i mroźny. Niebo zmie­niło się w błękitną kopułę ustawioną na białej karcie świata. Całość wywoływałaby efekt takiej świeżości i czystości jak re­klama pasty do zębów... gdyby nie różowy punkcik nad horyzontem.

- Teraz widać ją nawet za dnia - zauważył Cohen. - Czo to jeszt? Spojrzał surowo na Rincewinda, który poczerwieniał.

- Czemu wszyscy patrzą na mnie? - zapytał. - Nie wiem, co to jest. Może kometa albo co.

- Czy wszyscy spłoniemy? - chciała wiedzieć Bethan.

- Nie mam pojęcia. Nigdy jeszcze nie zderzyłem się z kometą.

Jechali kolumną po jaskrawej śnieżnej równinie. Ludzie Koni, którzy najwyraźniej darzyli Cohena niezwykłym szacunkiem, podaro­wali im wierzchowce i udzielili rady, jak dotrzeć do rzeki Smarl, sto mil w stronę Krawędzi. Cohen uważaj że Rincewind i Dwukwiat znajdą tam łódź płynącą do Okrągłego Morza. Oznajmił też, że z po­wodu odmrożeń postanowił wyruszyć wraz z nimi.

Bethan natychmiast stwierdziła, że ona także pojedzie. Na wypa­dek gdyby Cohen chciał, żeby coś mu posmarować.

Rincewind niejasno uświadamiał sobie, że zachodzą jakieś nie­zwykłe zmiany. Na przykład Cohen spróbował uczesać brodę.

- Mam wrażenie, że wpadłeś jej w oko - zauważył mag. Cohen westchnął.

- Gdybym był o dwadzieścia lat młodszy - westchnął z żalem.

- Tak?

- Miałbym wtedy sześćdziesiąt siedem.



- A co to ma do rzeczy?

- No... jak to wytłumaczyć... Kiedy byłem młodym człowiekiem i wykuwałem szwe imię w szkale hisztorii świata, wtedy lubiłem, żeby moje kobiety były rude i ogniszte.

- Aha.

- A potem byłem trochę sztarszy i rozglądałem się za kobietami o jasznych włoszach i ż błyszkiem doświadczenia w oku.



- Naprawdę?

- A potem znów lat mi przybyło i zacząłem doczeniać kobiety szmagłe i gwałtowne ż natury. Umilkł. Rincewind czekał.

- I co? - zapytał. - Co potem? Czego teraz szukasz u kobiety? Cohen zerknął na niego zaropiałym okiem.

- Cierpliwości - odparł.

- Niewiarygodne! - zawołał jakiś głos za jego plecami. - Jadę z samym Cohenem Barbarzyńcą!

To był Dwukwiat. Kiedy rankiem odkrył, że oddycha tym samym powietrzem co największy bohater wszystkich czasów, zaczął się zacho­wywać jak małpa, która zdobyła klucze do plantacji bananów.

- Czy on przypadkiem nie jeszt szarkasztyczny? - upewnił się Cohen.

- Nie. Zawsze się tak zachowuje.

Cohen odwrócił się w siodle. Dwukwiat uśmiechnął się promien­nie i z dumą pomachał mu ręką. Cohen burknął coś niechętnie.

- Ma chyba oczy, prawda?

- Tak, ale one nie działają tak jak u innych ludzi. Możesz mi wie­rzyć. To znaczy... Pamiętasz tę jurtę Ludzi Koni, gdzie spędzili­śmy noc?

-Tak.


- Przyznasz chyba, że była trochę ciemna, brudna i cuchnęła jak bardzo chory koń?

- Moim zdaniem to niezwykle preczyżyjny opisz.

- On by się z tobą nie zgodził. Powiedziałby, że to wspaniały bar­barzyński namiot, obwieszony skórami bestii upolowanych przez sko-śnookich wojowników, żyjących na pograniczach cywilizacji. Że pach­nie rzadkimi, cennymi żywicami, zrabowanymi karawanom na bez­drożach... i tak dalej. Nie żartuję - dodał szybko.

- Czy to wariat?

- Coś w tym rodzaju. Ale wariat, który ma bardzo, bardzo dużo pieniędzy.

- W takim razie nie jeszt wariatem. Bywałem w świecie. Kiedy czło­wiek ma bardzo dużo pieniędzy, jeszt po prosztu ekszczentryczny.

Cohen znów się obejrzał. Dwukwiat opowiadał właśnie Bethan, jak Cohen w pojedynkę pokonał wężowych wojowników czarnoksięż­nika S'belinde'a i wykradł święty diament z gigantycznego posągu Offlera, Boga-Krokodyla.

Tajemniczy uśmiech zaigrał na wargach barbarzyńcy.

- Jeśli chcesz, mogę mu powiedzieć, żeby się zamknął - zapropo­nował Rincewind.

-I poszłucha?

- Nie, właściwie nie.

- Niech gada - mruknął Cohen. Dłoń opadła mu na rękojeść miecza, wypolerowaną przez dziesięciolecia częstego używania. -Zresztą, podobają mi się jego oczy. Widzą poprzez pięćdziesiąt lat.

Pięćdziesiąt sążni za nimi, podskakując niezgrabnie w głębokim śniegu, podążał Bagaż. Nikt nigdy nie pytał go o opinię w żadnej sprawie.

Przed wieczorem dotarli na skraj wyżyny i wjechali w mrocz­ny sosnowy las. Niedawna burza przyprószyła śniegiem drze­wa. Wokół rozciągał się pejzaż ogromnych spękanych głazów i wąwozów tak głębokich i wąskich, że w ich głębi dzień trwał najwy­żej dwadzieścia minut. Dzika, wietrzna kraina, gdzie człowiek mógł spotkać...

- Trolle - rzekł Cohen, wciągając nosem powietrze.

Rincewind rozejrzał się czujnie w czerwonym blasku zachodzącego słońca. Całkiem zwyczajne skały nagle wydały mu się podejrzanie pełne życia. Cienie, na które normalnie nie spojrzałby po raz drugi, nagle zaczęły sprawiać wrażenie straszliwie zatłoczonych.

- Lubię trolle - oznajmił Dwukwiat.

- Wcale nie lubisz - odparł stanowczo Rincewind. - Nie możesz lubić. Są wielkie, kanciaste i zjadają ludzi.

- Nie zjadają - wtrącił Cohen. Niezgrabnie zsunął się z siodła i rozmasował kolana. - To zwykłe nieporozumienie. Trolle jeszcze nikogo nie zjadły.

- Nie?


- Nie. Zawsze wypluwają kawałki. Nie mogą sztrawić człowieka, rozumiesz. Przeciętny troll nie chcze od życia niczego prócz solidnego kawałka granitu i może jeszcze ładnej płyty piaszkowcza na deszer. Szłyszałem kiedyś, że to dlatego, że szą zbudowane z szili... sziliko... -Cohen zająknął się i skubnął brodę. - Szą zbudowane że szkały.

Rincewind kiwnął głową. Oczywiście, trolle znane były w Ankh-Morpork, gdzie często znajdowały zatrudnienie w gwardii tego czy innego bogacza. Ich utrzymanie było dość kosztowne, dopóki nie na­uczyły się, do czego służą drzwi. Wcześniej po prostu wychodziły z domu przez ściany.

Zaczęli zbierać chrust, a Cohen opowiadał dalej.

- Zęby trolli... to jeszt czoś.

- Dlaczego? - zdziwiła się Bethan.

- Diamenty. Muszą takie być. To jedyna rzecz, która może gryźć szkałę... A i tak czo roku muszą im wyrasztać nowe.

- Skoro już mowa o zębach... - wtrącił Dwukwiat.

- Tak?


- Trudno nie zauważyć...

- Tak?


- Och, nic takiego - mruknął Dwukwiat.

- Tak? Aha. Lepiej weźmy się za ten ogień, zanim zapadnie mrok. A potem... - Cohen skrzywił się. - Chyba ugotujemy jakąś żupę.

- Rincewind się tym zajmie - oświadczył z entuzjazmem Dwu­kwiat. - Wie wszystko o ziołach, korzonkach i w ogóle.

Cohen obrzucił maga spojrzeniem sugerującym, że on - Cohen - w to nie wierzy.

- Ludzie Koni dali nam trochę szuszonego końszkiego miesza -stwierdził. - Gdybyś poszukał dzikiej czebulł i ziół, lepiej by szmakowało.

- Aleja... - zaczął Rincewind i zrezygnował. Przecież wiem, jak wygląda cebula, pomyślał. Jest biała i pękata, a takie zielone sterczy jej na czubku. Powinna się rzucać w oczy.

- Pójdę i się rozejrzę, dobrze? - zaproponował.

- Bardzo dobrze.

- Może tam, w tych gęstych, ciemnych krzakach?

- Doszkonałe miejszcze.

- Tam, gdzie są te głębokie jary i w ogóle?

- Świetny wybór.

- Tak właśnie myślałem - mruknął Rincewind z goryczą.

Wyruszył zastanawiając się, jak przywołać cebulę. Wprawdzie na straganach zwykle widywał ją w wiankach, ale chyba w wiankach nie rosła. Może chłopi używają szkolonych psów albo śpiewają pieśni, żeby ją wywabić?

Kilka gwiazd błysnęło już na nieboskłonie, gdy Rincewind zaczął grzebać bezmyślnie wśród liści i traw. Pod stopami sterczały świecące grzyby, nieprzyjemnie organiczne i wyglądające jak erotyczne zabaw­ki gnomów. Gryzły go małe latające stworzonka. Inne, na szczęście niewidoczne, skakały albo pełzały w gąszczu i skrzeczały na niego z wyrzutem.

- Cebule - szeptał Rincewind. - Są tu jakieś cebule?

- Cały ich zagon rośnie pod tamtym starym cisem - podpowie­dział jakiś głos.

- Aha - mruknął Rincewind. - To dobrze. Zapadła cisza, zakłócana jedynie brzęczeniem moskitów wokół uszu maga.

- Przepraszam... - odezwał się po chwili.

- Tak?


- Który to cis?

- Ten mały i sękaty, z krótkimi ciemnozielonymi igłami.

- A tak, widzę. Dziękuję bardzo. Nie ruszał się.

- Czy mogę jeszcze w czymś pomóc? - zapytał uprzejmie głos.

- Nie jesteś drzewem, prawda? - Rincewind wciąż patrzył prosto przed siebie.

- Nie żartuj. Drzewa nie potrafią mówić.

- Przepraszam. Ostatnio miałem pewne kłopoty z drzewami... Wiesz, jak to jest.

- Nie bardzo. Jestem kamieniem.

Glos Rincewinda niemal się nie zmienił.

- Rozumiem, rozumiem - zapewnił ostrożnie. - No cóż, pójdę chyba po te cebule.

- Smacznego.

Ruszył spokojnym, godnym krokiem. Wypatrzył kępkę skulonych w ściółce włóknistych białych roślin, wyrwał je starannie i dopiero wtedy się odwrócił.

Niedaleko zauważył kamień. Ale kamienie leżały wszędzie - w tej okolicy sam kościec Dysku tkwił tuż pod powierzchnią ziemi.

Surowym wzrokiem zmierzył cis, na wypadek gdyby to jednak on się odzywał. Ale cis, jako drzewo lubiące samotność, nie słyszał o Rincewindzie, Zbawicielu Pni. Zresztą i tak spał.

- Jeśli to ty, Dwukwiacie, to od razu cię poznałem - oznajmił Rincewind. W wieczornym mroku jego głos zabrzmiał nagle bardzo wy­raźnie i bardzo samotnie.

Przypomniał sobie jedyny fakt, którego był pewien co do trolli: w świetle dnia zamieniały się w kamienie. Ktokolwiek zatrudniał trol­le do dziennej pracy, tracił majątek na kremy ochronne.

Teraz jednak uświadomił sobie, że nigdzie nie słyszał, co się dzie­je, gdy słońce zachodzi...

Resztki dziennego światła spłynęły z widnokręgu. I nagle wydało mu się, że wokół leży mnóstwo kamieni.

- Strasznie długo szuka tej cebuli - zauważył Dwukwiat. -Może lepiej my jego poszukamy?

- Magowie wiedzą, jak o siebie zadbać - odparł Cohen. -Nie martw się.

Skrzywił się. Bethan obcinała mu paznokcie u nóg.

- Właściwie to on nie jest świetnym magiem. - Dwukwiat przy­sunął się do ognia. - Nie powiedziałbym mu tego w twarz, ale... - Po­chylił się do Cohena. - ...Nie widziałem jeszcze, żeby czarował.

- Dobrze, teraz druga - rzekła Bethan.

- To bardzo miło ż twojej sztrony.

- Miałbyś piękne stopy, gdybyś tylko chciał o nie zadbać.

-Jakoś nie potrafię się tak szchylać jak kiedyś - wyjąkał nieśmia­ło Cohen. - W mojej praczy nieczęszto szpotyka się pedikirzysztów. To zabawne. Walczyłem ż czałymi maszami kapłanów węży, szalonych bogów, czarnoksiężników, ale nigdy ż pedikirzysztą. Pewnie źle by to brzmiało: Cohen przeciwko Pedikirzysztom...

- Albo: Cohen i Kręgarze Zguby - podpowiedziała Bethan. Cohen zachichotał.

- Albo: Cohen i Szalony Dentysta! - zaśmiał się Dwukwiat. Cohen spoważniał natychmiast.

- Czo w tym zabawnego? - spytał głosem brzmiącym jak cios.

- No ten... jakby tu... - odparł Dwukwiat. - Widzisz, twoje zęby...

- Czo ż nimi? - warknął Cohen.

- Trudno nie zauważyć, że ich nie... ehem... geograficznie nie znajdują się w tej samej pozycji co twoje usta.

Cohen spojrzał na niego groźnie. Nagle spuścił głowę... stał się bardzo mały i stary.

- Niesztety, to prawda - mruknął. - Nie mam pretenszji. Ciężki jeszt losz bezzębnego bohatera. Nieważne, czo jeszcze sztraciłeś, na­wet ż jednym okiem można dobrze szobie radzić... Ale jak tylko po­każesz uszta ż szamymi dziąszłami, nikt nie ma dla ciebie szaczunku.

- Ja tak - wtrąciła lojalnie Bethan.

- Czemu nie postarasz się o nowe? - spytał ożywiony Dwukwiat.

- Wiesz, gdybym był rekinem albo czo, to owszem, czemu nie -bruknął sarkastycznie Cohen.

- Nie nie, przecież się je kupuje. Czekaj, pokażę ci... hm... Be­than, czy mogłabyś przez chwilę patrzeć w inną stronę? Zaczekał, aż się odwróci, po czym sięgnął do ust.

- Zobacz - powiedział.

Bethan usłyszała zdumione sapnięcie Cohena.

- Możesz je wyjmować?

- Pewnie. Mam parę żesztawów. Przepraszam... - Rozległ się od­głos jakby przełykania, po czym Dwukwiat kontynuował już normal­nie: - Domyślasz się, że to bardzo wygodne.

Głos Cohena wręcz ociekał zachwytem czy też takim podziwem, jaki możliwy jest bez zębów. A jest on mniej więcej taki sam jak z zębami, tyle że wywiera o wiele mniejsze wrażenie.

- Jaszne, że się domyślam - rzekł. - A kiedy bolą, zwyczajnie je wyciągasz i niech robią czo chczą, czo? Pokazujesz tym małym łobu­zom, jak to jeszt, kiedy mogą szame siebie boleć.

- To niezupełnie tak - wyjaśnił ostrożnie Dwukwiat. - One nie są moje, ja tylko je mam.

- Wkładasz szobie do uszt czudże zęby?

- Nie, ktoś je dla mnie zrobił. Tam, skąd pochodzę, wielu ludzi takie nosi. To...

Jednak opowieść Dwukwiata o protetyce nie została wygłoszona, ponieważ ktoś go uderzył.

Mały księżyc Dysku sunął po niebie. Dzięki nie przemyśla­nym i niezbyt funkcjonalnym rozwiązaniom Stwórcy, świecił własnym światłem. Tłoczyły się na nim rozmaite boginie księżyca. W tej chwili nie zwracały uwagi na to, co działo się na Dys­ku, pisały bowiem petycję w sprawie Lodowych Gigantów.

Gdyby spojrzały w dół, zobaczyłyby Rincewinda prowadzącego ożywioną dyskusję z grupą kamieni.

Trolle należą do najstarszych form życia w multiversum. Są efek­tem wczesnych prób rozruszania interesu z życiem, bez całej tej wil­gotnej protoplazmy. Trolle żyją bardzo długo; hibernują latem i śpią w dzień, ponieważ upał źle na nie wpływa i bardzo spowalnia funk­cjonowanie. Mają fascynującą geologię. Można dyskutować o ich trybologii, wspominać efekt półprzewodnictwa w zanieczyszczonych warstwach krzemowych, opowiadać o gigantycznych trollach z cza­sów prehistorycznych - tworzą większość głównych łańcuchów gór­skich Dysku i gdyby się przebudziły, niewątpliwie wywołałyby spo­ro poważnych problemów. Jednakże prawda jest taka, że bez po­tężnego, przenikliwego pola magicznego Dysku, trolle wyginęłyby już dawno.

Na Dysku nie wymyślono psychiatrii. Nikt nigdy nie podtykał Rincewindowi pod nos atramentowego kleksa, żeby sprawdzić, czy wszy­stkie klocki w jego mózgu leżą na swoich miejscach. Dlatego potrafił opisać kamienie zmieniające się nagle w trolle tylko przez odwołanie się do obrazów dostrzeganych nagle w płomieniach albo chmurach na niebie.

W jednej chwili na ziemi leżał całkiem zwyczajny kamień, j nagle kilka pęknięć, które były widoczne przez cały czas, nabierało wyra­źnych kształtów ust czy szpiczastego ucha. Jeszcze chwila, a praktycz­nie bez żadnej zmiany siedział w tym miejscu troll i uśmiechał się do maga, ukazując diamentowe zęby.

Nie będą w stanie mnie przetrawić, powtarzał sobie Rincewind. Byłoby im po mnie okropnie niedobrze.

Nie pocieszało go to specjalnie.

- A więc to ty jesteś magiem Rincewindem - odezwał się najbliż­szy. Brzmiało to, jakby ktoś biegł po żwirze. - Sam nie wiem. Myśla­łem, że będziesz wyższy.

- Może to od erozji - zauważył drugi. - Legenda jest okropnie stara.

Rincewind przesunął się z zakłopotaniem. Był przekonany, że ka­mień, na którym usiadł, zmienia kształt. A malutki troll, nieco tylko większy od kamyka, usiadł przyjaźnie obok jego nogi i obserwował go z najwyższym zaciekawieniem.

- Legenda? - zapytał mag. - Jaka legenda?

- Od zachodu historii przekazywana od gór do żwiru - odparł pierwszy troll. - Kiedy czerwona gwiazda rozjaśni niebo, mag Rincewind przybędzie tu szukać cebuli. Nie gryźcie go. To bardzo ważne. Macie mu pomóc zachować życie.

Przez chwilę trwała cisza.

- To wszystko? - upewnił się Rincewind.

- Tak. Zawsze nas to dziwiło. Nasze legendy są na ogół o wiele cie­kawsze. A w tamtych czasach życie kamienia było pełne emocji.

- Naprawdę?

- Tak. Zabawa bez końca. Wszędzie wulkany. Być kamieniem to naprawdę coś znaczyło. Żadnych osadowych głupot. Byłeś wulkaniczny albo byłeś nikim. To już minęło, naturalnie. Pomyśleć, kto teraz nazywa się trollem... Czasami zwykłe łupki... nawet kreda. Wolałbym się nie odzywać, gdyby można było mną pisać. Prawda?

- Absolutna - zgodził się pospiesznie Rincewind. - Ani słówkiem. A ta... no, ta legenda... Nie wolno wam mnie gryźć?

- Zgadza się! - zawołał mały troll obok stopy maga. - I to ja ci powiedziałem, gdzie szukać cebuli!

- Cieszymy się, że wreszcie przybyłeś - oświadczył pierwszy z trol­li. Rincewind nie mógł nie zauważyć, że jest największy. - Trochę nas martwi ta nowa gwiazda. Co ona oznacza?

- Nie wiem - odparł Rincewind. - Wszystkim się wydaje, że powinienem coś wiedzieć, ale to nieprawda.

- Rzecz nie w tym, że boimy się roztopić - mówił dalej wielki troll. - Tak przecież się u nas zaczęło. Ale pomyśleliśmy, że może to oznaczać koniec wszystkiego, a to nie jest chyba najlepsze.

- Ona rośnie - zauważył inny troll. - Popatrzcie. Jest większa niż wczoraj w nocy.

- Pomyśleliśmy, że mógłbyś nam coś poradzić - rzekł najważniej­szy troll tak pokornie, jak to tylko możliwe, gdy się mówi głosem brzmiącym niczym zgrzyt granitu.

- Moglibyście wyskoczyć za Krawędź - zaproponował Rincewind.

- We wszechświecie musi być mnóstwo miejsc, którym przyda się parę dodatkowych kamieni.

- Słyszeliśmy o tym. Spotkaliśmy kamienie, które tego próbowa­ły. Mówią, że najpierw lecisz przez miliony lat, potem rozgrzewasz się i wypalasz, wreszcie kończysz na dnie wielkiej dziury w krajobrazie. Nie brzmi to zachęcająco.

Troll wstał z chrzęstem, jakby węgiel zsypywał się do paleniska. Rozprostował grube, sękate ramiona.

- No cóż, powinniśmy ci pomóc - rzekł. - Co zamierzasz robić?

- Miałem ugotować zupę - wyjaśnił Rincewind. Machnął pękiem cebuli. Prawdopodobnie nie był to najbardziej heroiczny ani sensowny z jego gestów.

- Zupę? - powtórzył troll. — To wszystko?

- No... może jeszcze jakieś sucharki.

Trolle spoglądały po sobie, demonstrując dość ustnej biżuterii, by starczyło na zakup średniej wielkości miasta. W końcu głos zabrał największy.

- Dobrze. Niech będzie zupa. - Ze zgrzytem wzruszył ramionami.

- Po prostu wyobrażaliśmy sobie, że legenda będzie, no... trochę bar­dziej... Sam nie wiem. Myślałem, że... chociaż to pewnie bez znaczenia. Wyciągnął rękę podobną do kiści skamieniałych bananów.

- Jestem Kwartz - przedstawił się. - Tamten to Kryzopraz, dalej Brekcja, Jaspis i moja żona Beryl... trochę metamorficzna, ale kto taki nie jest w dzisiejszych czasach... Jaspis, zejdź z jego nogi.

Rincewind delikatnie ujął dłoń trolla, szykując się na chrzęst miażdżonej kości. Nie nastąpił. Palce były szorstkie, trochę omszałe wokół paznokci.

- Przepraszam - wymruczał mag. — Nigdy jeszcze nie spotkałem trolli.

- Jesteśmy wymierającą rasą - wyjaśnił ze smutkiem Kwartz. -Młody Jaspis to jedyny kamyk w naszym plemieniu. Cierpimy od filozofii.

- Tak? - zdziwił się uprzejmie Rincewind.

Z wysiłkiem dotrzymywał im kroku. Gromada trolli poruszała się bardzo szybko, ale też bardzo cicho. Wielkie obłe kształty sunęły przez noc jak widma. Ich przejście znaczył z rzadka jedynie śmiertel­ny pisk nocnego stworzenia, które nie usłyszało ich kroków.

- A tak. Jesteśmy jej męczennikami. W końcu dopada nas wszyst­kich. Pewnego wieczoru, powiadają, zaczynasz się budzić, zadajesz so­bie pytanie: „Po co to wszystko?" i już nie kończysz. Widzisz te głazy?

Rincewind dostrzegł jakieś ciemne sylwetki w trawie.

- Ten na końcu to moja ciotka. Nie wiem, o czym myśli, ale nie poruszyła się od dwustu lat.

- Strasznie mi przykro.

- Żaden problem, póki tu jesteśmy ł dbamy o nich - odparł Kwartz. - W okolicy nie ma ludzi. Wiem, że to nie wasza wina, ale jakoś nie potraficie odróżnić myślącego trolla od zwykłej skały. Brat mojego dziadka został wręcz rozłupany.

- To straszne!

- Tak. W jednej chwili był trollem, a w następnej ozdobnym ko­minkiem.

Przystanęli pod znajomym urwiskiem. W ciemności żarzyły się zdeptane resztki ogniska.

- Wygląda na to, że toczyła się tu walka - zauważyła Beryl.

- Wszyscy zniknęli! - jęknął Rincewind. Pobiegł na kraniec polany. - Konie też! Nawet Bagaż!

- Któryś z nich przeciekał. - Kwartz przyklęknął. - To ta czerwona wodnista substancja, którą macie we wnętrzu. Zobacz.

- Krew!

- Tak się nazywa? Nigdy nie rozumiałem, po co jest wam potrzebna.



Rincewind biegał dookoła jak ktoś, kto właśnie traci rozum. Za­glądał pod krzaki, sprawdzając, czy ktoś się tam nie chowa. Dlatego właśnie potknął się o niewielką zieloną butelkę.

- Maść Cohena! - wyjęczał. - On się nigdzie bez niej nie rusza!

- No cóż - rzekł Kwartz. - Wy, ludzie, też coś takiego robicie... To znaczy jak my, kiedy zwalniamy zupełnie i zarażamy się filozofią... Tyl­ko że wy rozpadacie się na kawałki...

- To się nazywa umieranie! - wrzasnął Rincewind.

- No właśnie. Oni tego nie zrobili, ponieważ ich tu nie ma.

- Chyba że ktoś ich zjadł - wtrącił podniecony Jaspis.

- Hmm - odparował Kwartz.

- Wilki? - spytał Rincewind.

- Już wiele lat temu spłaszczyliśmy wszystkie wilki w okolicy -oznajmił troll. - To znaczy Dziadunio je spłaszczył.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna