Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona7/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12
- Nie lubił ich?

- Nie, po prostu nie patrzył, po czym chodzi. Hmm... - Troll je­szcze raz zbadał grunt.

- Tutaj są ślady - oświadczył. - Dużo koni.

Spojrzał na niedalekie góry, gdzie strome urwiska i niebezpiecz­ne szczyty wyrastały ponad zalanym blaskiem księżyca lasem.

- Tam żyje Dziadunio - stwierdził cicho.

Coś w tonie jego głosu przekonało Rincewinda, że nie chciałby poznać tego Dziadunia.

- Jest groźny? - spróbował odgadnąć.

- Jest bardzo stary, wielki i złośliwy. Nie widzieliśmy go od lat.

- Od stuleci - poprawił Jaspis, podskakując na palcach Rincewinda.

- To się czasem zdarza, kiedy naprawdę stary i wielki troll wyru­sza samotnie w góry i... hm... skała bierze górę, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

- Nie.

Kwartz westchnął.



- Ludzie zachowują się niekiedy jak zwierzęta, prawda? Troll zaczyna myśleć jak skala, a skały nie bardzo lubią ludzi.

Brekcja, chudy troll, pokryty z zewnątrz piaskowcem, postukał Kwartza w ramię.

- Musimy chyba iść za nimi? - zapytał. - Legenda nakazuje po­magać temu błotnistemu Rincewindowi.

Kwartz powstał, chwycił maga za kark i ze zgrzytem usadził go so­bie na ramieniu.

- Idziemy - rzekł stanowczo. - Jeśli spotkamy Dziadunia, spróbuję mu wytłumaczyć...

Dwie mile dalej konie człapały gęsiego przez noc. Trzy z nich niosły fachowo zakneblowanych i związanych jeńców. Czwarty na dwóch drągach ciągnął tobogan, na którym związany i oplatany siecią leżał Bagaż.

Herrena szeptem nakazała postój i skinęła na jednego z ludzi.

- Jesteś pewien? - spytała. - Niczego nie słyszę.

- Widziałem sylwetki trolli - odparł spokojnie.

Rozejrzała się. Las był tu rzadszy, a rumowisko sięgało aż do łyse­go skalistego wzgórza, wyglądającego szczególnie nieprzyjemnie w blasku czerwonej gwiazdy.

Niepokoiła ją ta ścieżka. Była bardzo stara, ale ktoś musiał ją tu wytyczyć... A trolle bardzo trudno jest zabić.

Westchnęła. Nagle wydało jej się, że kariera sekretarki ma jednak pewne zalety.

Nie po raz pierwszy uświadomiła sobie, jak wiele problemów na­stręcza życie wojowniczki. Na przykład to, że mężczyźni nie traktowa­li jej poważnie, dopóki ich nie zabiła, ale wtedy to już naprawdę nie miało znaczenia. Te skórzane ubrania, od których dostawała wysypki, ale których niezłomnie wymagała tradycja. I jeszcze piwo. Tacy jak Hrun Barbarzyńca czy Cimbar Zabójca mogli całymi nocami urzą­dzać pijatyki w nędznych spelunkach, jednak Herrena nie pozwalała sobie na to... o ile nie sprzedawali uczciwych drinków w małych na­czyniach, najlepiej z wisienką. Co do toalety...

Była jednak za duża na złodziejkę, zbyt uczciwa na skrytobójczynię, zbyt inteligentna na żonę i zbyt dumna, by podjąć jedyną po­wszechnie dostępną damską profesję.

Dlatego została wojowniczką. Zupełnie dobrą. Zgromadziła już skromną fortunę, którą starannie odkładała na przyszłość. Co do tej przyszłości, na razie pewne było tylko jedno: znajdzie się w niej bidet, jeśli tylko Herrena będzie w tej sprawie miała cokolwiek do powie­dzenia.

W dali trzasnęło pękające drewno. Dla trolli omijanie drzew nie miało sensu.

Znowu zerknęła na wzgórze. Dwa niewysokie grzbiety sięgały na prawo i lewo, przed sobą dostrzegła spory garb, a w nim... zmrużyła oczy... chyba jaskinie.

Jaskinie trolli. Ale to może lepsze niż włóczenie się po nocy. Kie­dy wzejdzie słońce, skończą się kłopoty.

Pochyliła się do Gancii, przywódcy morporskich najemników. Nie była z niego zadowolona. Fakt, że był silny jak wół i wytrzymały jak wół. Niestety, miał też rozum wołu. I wojowniczość łasicy. Jak większość chłopców z przedmieść Morpork, bez wahania sprzedałby swoją babcię za bezcen... i pewnie już to zrobił.

- Schowamy się w jaskini, a przy wejściu rozpalimy wielkie ogni­sko - oznajmiła. - Trolle nie lubią ognia.

Obrzucił ją spojrzeniem sugerującym, że ma własny pogląd na sprawę, kto tu powinien wydawać rozkazy. Jednak głośno powiedział:

- Ty jesteś szefem.

- Zgadza się.

Herrena obejrzała się na trójkę więźniów. Kufer był jak należy -Trymon opisał go szczegółowo. Ale żaden z mężczyzn nie przypomi­nał maga. Nawet nieudanego maga.

- Ojej - mruknął Kwartz.

Trolle przystanęły i noc otuliła je jak aksamit. Sowa zahuka­ła upiornie - przynajmniej Rincewind sądził, że to sowa. Ornitologia nie była jego mocną stroną. Może to słowik zahukał... albo drozd? Nietoperz zatrzepotał mu nad głową. Tego Rincewind był prawie pewien.

Był też bardzo zmęczony i mocno poobijany.

- Dlaczego ojej? - zapytał.

Wytężył wzrok. Na zboczu góry dostrzegł wyraźny jasny punkt. To mogło być ognisko.

- Aha - mruknął. - Nie lubicie ognia, tak? Kwartz skinął głową.

- Niszczy efekt nadprzewodnictwa w naszych mózgach - wyjaśnił. - Ale takie małe ognisko nie zrobi wrażenia na Dziaduniu.

Rincewind rozejrzał się czujnie, nasłuchując, czy nie nadchodzi rozjuszony troll. Widział już, co potrafią zrobić z lasem zwykłe trolle. Nie miały niszczycielskiej natury, po prostu materię organiczną traktowały jak rodzaj irytującej mgiełki.

- Miejmy nadzieję, że ich nie znajdzie - powiedział. Kwartz westchnął.

- Mała szansa - rzekł. - Rozpalili mu ogień w ustach.

- Czo za wsztyd! -jęknął Cohen.

Bezskutecznie szarpał więzy.

Dwukwiat przyglądał mu się tępo. Pocisk z procy Gancii nabił mu sporego guza z tyłu głowy. Turysta nie był pewien paru rze­czy, poczynając od własnego nazwiska.

- Powinienem naszłuchiwać - burczał Cohen. - Powinienem uważać, a nie szłuchać tej gadaniny o... jak im tam... o proteżach. Robię się miękki.

Uniósł się na łokciach. Herrena i jej ludzie stali wokół ogniska przy otworze jaskini. Bagaż leżał w kącie cichy, nieruchomy i oplata­ny siecią.

- Ta jaskinia jest jakaś dziwna - zauważyła Bethan.

- Czo? - nie zrozumiał Cohen.

- Popatrz tylko. Widziałeś kiedy takie skały?

Cohen musiał przyznać, że głazy u wyjścia są niezwykłe; każdy wy­ższy od człowieka, ułożone w półokrąg, mocno wytarte i zadziwiająco błyszczące. Podobny półokrąg sterczał ze stropu. Całość sprawiała wra­żenie kamiennego komputera, zbudowanego przez druida mającego tylko niejasne pojęcie o geometrii i żadnego wyczucia grawitacji.

- Przyjrzyj się ścianom.

Cohen zerknął na najbliższą z nich. W skale biegły żyły czerwo­nego kryształu. Nie był całkiem pewien, ale zdawało mu się, że w głę­bi rozbłyskują i gasną maleńkie punkciki światła.

Wiał też wiatr - równy podmuch z czarnej głębi jaskini.

- Kiedy wchodziliśmy, wiało w drugą stronę - szepnęła Bethan. - Jestem pewna. Co o tym myślisz, Dwukwiacie?

- Nie znam się na jaskiniach - odparł turysta. - Ale wydaje mi się, że bardzo ciekawy stalaktyt zwisa ze stropu, o tam. Jakiś taki obły, prawda?

Spojrzeli.

- Nie potrafię tego dokładnie wyrazić - oświadczył Dwukwiat. - Ale chyba dobrze byłoby się stąd wynieść.

- O tak - burknął ironicznie Cohen. - Zwyczajnie poprosimy tych ludzi, żeby nasz rozwiązali i wypuścili, czo?

Cohen niezbyt długo przebywał w towarzystwie Dwukwiata. Ina­czej nie byłby tak zdziwiony, gdy turysta z entuzjazmem kiwnął głową i odezwał się głośno, powoli i wyraźnie, co uważał za alternatywę mówienia w obcych językach.

- Przepraszam bardzo! Czy moglibyście nas rozwiązać i wypuścić? Trochę tu wilgotno i są przeciągi. Dziękuję. Bethan zerknęła na Cohena.

- Czy on powinien mówić coś takiego?

- Przyznaję, że to nowość.

Trójka ludzi oddzieliła się od grupy przy ognisku i podeszła bli­żej. Sądząc z ich min, nie mieli zamiaru kogokolwiek rozwiązywać. Dwaj mężczyźni wyglądali wręcz na takich, co na widok związanych jeńców zaczynają bawić się nożami, robić złośliwe uwagi i uśmiechać się ironicznie.

Zamiast dokonać prezentacji, Herrena wyjęła miecz i skierowała ostrze w serce Dwukwiata.

- Który z was jest magiem Rincewindem? - zapytała. - Znaleźli­śmy cztery konie. Czy on jest między wami?

- Hm... Nie wiemy, dokąd poszedł - odparł Dwukwiat. - Szukał cebuli. a

- W takim razie jesteście jego przyjaciółmi i spróbuje was ratować - orzekła Herrena.

Przyjrzała się Bethan i Cohenowi, a potem uważniej Bagażowi.

Trymon wyraźnie zaznaczył, że nie powinni dotykać Bagażu. Ale ciekawość podobno zabiła kota, zaś ciekawość Herreny mogłaby zma­sakrować stado lwów.

Rozcięła sieć i chwyciła wieko.

Dwukwiat drgnął.

- Zamknięty - oznajmiła po chwili. - Gdzie klucz, grubasie?

- Nie ma... - wyjąkał turysta. - Do niego nie ma klucza.

- Przecież jest dziurka - zauważyła.

- No tak, ale jeśli on chce być zamknięty, to będzie zamknięty -wyjaśnił zakłopotany Dwukwiat.

Herrena wyczuła drwiący uśmiech Gancii.

- Otwórzcie skrzynię - warknęła. - Gancia, ty tego dopilnujesz.

Stanowczym krokiem wróciła do ogniska.

Gancia wydobył długi, wąski nóż i pochylił się nad Dwukwiatem.

- Kazała otworzyć - rzekł.

Z uśmiechem spojrzał na towarzysza.

- Kazała otworzyć, Weems - powtórzył.

- Tak.


Gancia wolno pomachał Dwukwiatowi nożem przed nosem.

- Posłuchajcie — tłumaczył cierpliwie więzień. - Chyba nie zrozu­mieliście. Nikt nie potrafi otworzyć Bagażu, jeśli jest akurat w zam­kniętym nastroju.

- A tak, zapomniałem — mruknął zamyślony Gancia. - To magicz­ny kufer podobno. Z małymi nóżkami podobno. Weems, czy z twojej strony widać jakieś nóżki? Nie?

Przytknął Dwukwiatowi ostrze do gardła.

- Naprawdę mnie to irytuje - stwierdził. - Weemsa również. On nie mówi za wiele, ale wiecie, co robi zamiast tego? Wyrywa ludziom kawałki ciała. Zatem... otwórzcie... tę... skrzynię!

Odwrócił się i kopnął kufer, zostawiając na ściance brzydką rysę.

Coś szczęknęło cicho.

Gancia z szerokim uśmiechem patrzył, jak wieko unosi się powo­li, jakby niechętnie. Słaby blask ognia oświedił złoto - mnóstwo zło­ta: naczynia, łańcuchy i monety, ciężkie i lśniące w migotliwych cie­niach.

- Dobrze - syknął Gancia.

Obejrzał się na nieświadomych niczego ludzi przy ognisku. Po­tem z namysłem popatrzył na Weemsa. Bezgłośnie poruszał wargami, nie przyzwyczajony do wysiłku liczenia w pamięci.

Zerknął na nóż.

I wtedy zakołysała się podłoga.

- Coś słyszałem - oznajmił jeden z mężczyzn. - Tam, na dole. Między... no... skałami.

W ciemności rozległ się głos Rincewinda.

- Słuchajcie! - zawołał.

- Co takiego? - spytała Herrena.

- Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo! - krzyknął mag. - Musi­cie zgasić ognisko!

- Nie, nie - odparła Herrena. - Wszystko pomyliłeś. To ty jesteś w niebezpieczeństwie, a ognisko zostaje.

-Jest tu stary, wielki troll...

- Wszyscy wiedzą, że trolle trzymają się z dala od ognia. Herrena skinęła głową. Kilku jej ludzi sięgnęło po miecze i wyśli­znęło się w ciemność.

- To prawda! - przyznał zdesperowany mag. - Ale widzisz, ten konkretny troll nie może.

- Nie może?

Herrena zawahała się. Uderzyła ją groza w tym głosie.

- Tak, bo rozumiesz, rozpaliliście mu ognisko na języku. I wtedy zakołysała się podłoga.

Dziadunio wolno budził się z wielowiekowej drzemki. Nie­wiele brakowało, a wcale by się nie obudził. Kilka dziesięcio­leci później nic by się nie wydarzyło. Kiedy troll się starzeje i zaczyna poważnie myśleć o wszechświecie, zwykle znajduje jakieś spokojne miejsce i kładzie się, żeby solidnie pofilozofować. Po pew­nym czasie zapomina o swych kończynach. Krystalizuje się, z począt­ku tylko na brzegach, ale w końcu nie pozostaje już nic prócz maleń­kiego ognika życia wewnątrz sporego wzgórza z nietypowym układem warstw skalnych.

Dziadunio nie posunął się jeszcze tak daleko. Rozważał właśnie obiecujący kierunek badań sensu prawdy, gdy poczuł gorący, popielny smak w czymś, co po dłuższej chwili namysłu zidentyfikował jako własne usta.

Zezłościł się. Rozkazy przeskakiwały wzdłuż neuronowych ścieżek zanieczyszczonego krzemu. Głęboko w krzemianowym ciele kamień przesuwał się gładko wzdłuż specjalnych szczelin. Padały drzewa, dar­ła się murawa, palce rozmiaru okrętów wyprostowały się i chwyciły ziemię. Dwie wielkie kamienne lawiny wysoko na ścianie urwiska zna­czyły miejsce otwarcia oczu podobnych do pary gigantycznych opali.

Rincewind nie widział tego, gdyż miał oczy wyłącznie do dzien­nego użytku. Dostrzegł jednak, że cały pejzaż kołysze się lekko, po czym wstaje powoli, zasłaniając gwiazdy.

Wzeszło słońce.

Jednak słoneczny blask się nie pojawił. Słynne słoneczne światło Dysku, jak już wspomniano, w potężnym polu ma­gicznym porusza się bardzo powoli. Teraz chlusnęło na krainy bliskie Krańca i rozpoczęło swą delikatną, cichą bitwę z ustępującymi siłami nocy. Zalewało śpiący krajobraz jak roztopione złoto* - jasne, czyste, a nade wszystko powolne.

Herrena nie wahała się. Demonstrując niezwykłą przytom­ność umysłu, przebiegła na brzeg dolnej wargi Dziadunia, skoczyła i potoczyła się po zboczu. Najemnicy poszli za jej przykładem; klęli głośno, lądując na rumowisku.

Stary troll uniósł się niczym tęgi mężczyzna ćwiczący pompki. Nie było to widoczne z miejsca, gdzie leżeli jeńcy. Wiedzieli tyl­ko, że grunt huśta się pod nimi i słychać jakieś hałasy, przeważnie nie­przyjemne.

Weems chwycił Gancię za ramię.

- To trzęsienie ziemi! - zawołał. - Wynośmy się stąd!

- Bez złota się nie ruszę - odparł Gancia.

- Co?


- Złoto, człowieku, złoto! Będziemy bogaci jak Kreozot!

Weems miał może iloczyn inteligencji rzędu temperatury poko­jowej, ale potrafił rozpoznać idiotyzm. Oczy Gancii błyszczały jaśniej od złota, wpatrzone - zdawało się - w lewe ucho Weemsa.

Zrozpaczony Weems obejrzał się na Bagaż. Wieko wciąż zachęca­jąco odsłaniało zawartość, co było dziwne... Te wstrząsy powinny je przecież zatrzasnąć.

- Nie damy rady go wynieść - stwierdził. - Jest za ciężki.

- Ale damy radę wynieść dosyć! - wrzasnął Gancia.

Skoczył do kufra. Podłoga zadygotała i Gancia zniknął.

I na wypadek gdyby Weems uznał to zjawisko za przypadkowe, wieko Bagażu otworzyło się znowu, na moment tylko, i wielki czerwo­ny jęzor oblizał szerokie, białe jak sykomor zęby. Potem wieko opa­dło z trzaskiem.

Ku tym większej zgrozie Weemsa setki nóżek wysunęły się z dol­nej powierzchni skrzyni. Kufer powstał spokojnie i ostrożnie przesta­wiając nóżki, odwrócił się w jego stronę. Zwłaszcza dziurka od klu­cza wyglądała niezwykle groźnie, jakby chciała powiedzieć: „No spróbuj... zrób mi przyjemność".

Cofnął się i spojrzał błagalnie na Dwukwiata.

- Chyba lepiej, żebyś nas rozwiązał - zaproponował turysta. -Kiedy już cię pozna, szybko się zaprzyjaźni.

Weems nerwowo oblizał wargi i sięgnął po nóż. Bagaż zatrzeszczał. Najemnik rozciął więzy i natychmiast się cofnął.

- Dziękuję - rzucił Dwukwiat.

- Chyba znowu grzbiet mi zdrętwiał - poskarżył się Cohen, gdy Bethan pomagała mu stanąć na nogach.

- Co zrobimy z tym człowiekiem? - spytała.

- Zabierzemy mu nóż i niech sztąd szpada - odparł Cohen. -Zgoda?

- Oczywiście, proszę pana! Dziękuję panu! - wykrztusił Weems i skoczył do otworu wyjścia.

Przez chwilę widzieli jego sylwetkę, wyraźnie zarysowaną na tle jasnego nieba przedświtu. Potem zniknął. Rozległo się stłumione „aaaa!"

Światło dnia niczym fala przypływu ogarniało ziemię. Tu i ówdzie pole magiczne było odrobinę słabsze i języki świtu pędziły przed dniem, pozostawiając za sobą izolowane wy­sepki nocy. Te malały szybko i znikały, a ocean jasności parł wciąż na­przód.

Wyżyna wokół Gór Wirowych stała naprzeciw tej fali niby wielki szary okręt.

Można przebić trolla mieczem, jednak rzecz wymaga prak­tyki, a nikt nie ma okazji praktykować więcej niż raz. Ludzie Herreny zobaczyli trolle wynurzające się z ciemności niczym aż nadto materialne widma. Klingi pękały, uderzając o krzemowe sko­rupy, zabrzmiały jeden czy dwa krótkie, urwane wrzaski, a potem już cisza - słychać było tylko wołania daleko w lesie, gdy najemnicy usiło­wali jak najszybciej oddalić się od żądnej zemsty ziemi.

Rincewind wyczołgał się zza drzewa i rozejrzał czujnie. Był sam, jednak krzaki z tyłu szeleściły głośno - to trolle ścigały bandę. Podniósł głowę.

Wysoko ponad nim para krystalicznych oczu z nienawiścią szuka­ła wszystkiego co miękkie, chlupiące, a przede wszystkim ciepłe. Rin­cewind skulił się przerażony, gdy dłoń wielka jak dom uniosła się, za­cisnęła w pięść i opadła ku niemu.

Dzień nadszedł w bezgłośnej eksplozji światła. Ogromne, straszli­we cielsko Dziadunia na moment stało się falochronem cienia, zale­wanym prądami blasku. Coś zgrzytnęło krótko.

Nastała cisza.

Minęło kilka minut. Nic się nie działo.

Zaśpiewały ptaki. Trzmiel zabrzęczał nad głazem, który niedaw­no był pięścią Dziadunia, i wylądował na kępce tymianku za kamien­nym paznokciem.

Pod głazem ktoś zaczął się wiercić i po chwili, niczym wąż opu­szczający swe leże, Rincewind wysunął się niezgrabnie z wąskiej szcze­liny pomiędzy pięścią a ziemią.

Położył się na plecach i spoglądał w niebo poza skamieniałym trollem. Ten nie zmienił się wcale, tyle że znieruchomiał, jednak oczy Rincewinda zaczynały już wyczyniać swoje sztuczki. Nocą widział, jak pęknięcia skały zmieniają się w usta i oczy; teraz spoglądał na ścianę urwiska i rysy twarzy, jak pod działaniem czarów stawały się tylko za­głębieniami w skale.

- No, no - powiedział.

Nie pomogło. Wstał, otrzepał się i rozejrzał. Jeśli nie liczyć trzmie­la, został tu całkiem sam.

Po krótkich poszukiwaniach znalazł kamień, który oglądany pod pewnym kątem przypominał Beryl.

Był sam, zagubiony i bardzo daleko od domu. Był...

Coś zachrzęściło w górze i odłamki skały posypały się na ziemię. Na twarzy Dziadunia powstał otwór; na chwilę pokazała się krawędź Bagażu, który próbował odzyskać równowagę. Potem na zewnątrz wysunęła się głowa Dwukwiata.

- Jest tam ktoś na dole?

- Hej! - krzyknął mag. - Żebyś wiedział, jak się cieszę, że cię zno­wu widzę!

- Nie wiem - odparł Dwukwiat. - A jak?

- Jak co?

- Ojej, ależ stąd jest wspaniały widok!

Zejście zajęło im pół godziny. Na szczęście Dziadunio był mocno kanciasty i miał liczne szczeliny. Nos okazałby się trudną przeszkodą, gdyby nie rozłożysty dąb, który zapuścił korzenie w nozdrzu.

Bagaż nie próbował nawet schodzić. Po prostu skoczył i odbija­jąc się spadł na sam dół, nie doznając przy tym uszczerbku.

Cohen siedział w cieniu, próbował złapać oddech i czekał, aż do­goni go rozsądek. W zamyśleniu zerkał na Bagaż.

- Konie uciekły - oznajmił Dwukwiat.

- Znajdziemy je - odparł Cohen, przenikliwym wzrokiem mie­rząc wyraźnie skrępowany Bagaż.

- Miały w jukach wszystkie nasze zapasy - przypomniał Rince-wind.

- W lesie jeszt dość jedzenia.

- Mam w Bagażu trochę pożywnych sucharów - wtrącił Dwukwiat. - „Sucharki podróżne". Zawsze przydatne w trudnych chwilach.

- Próbowałem ich - stwierdził mag. - Mają paskudny smak i... Cohen wstał i skrzywił się.

- Przepraszam bardzo - rzekł z lodowatym spokojem. - Muszę czoś szprawdzić.

Podszedł do Bagażu i chwycił za wieko. Kufer odsunął się pospie­sznie, ale Cohen wysunął stopę i podciął mu połowę nóżek. A gdy Bagaż odwrócił się, by na niego kłapnąć, bohater zacisnął zęby i pchnął mocno. Bagaż wylądował na półokrągłym wieku i huśtał się gniewnie jak rozwścieczony żółw.

- Chwileczkę! To mój Bagaż! - zawołał Dwukwiat. - Dlaczego on napadł na mój Bagaż?

- Chyba wiem - odparła cicho Bethan. - Myślę, że się go boi.

Dwukwiat otworzył ze zdziwienia usta i obejrzał się na Rincewin-da. Mag wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem - oświadczył. - Ja uciekam przed tym, czego się boję.

Bagaż trzasnął wiekiem, wybił się w powietrze, wylądował i ru­szył do ataku. Mosiężnym okuciem trafił Cohena w goleń. Kiedy za­wracał, wojownik złapał go mocno i posłał galopem prosto w skalną ścianę.

- Całkiem nieźle - mruknął z podziwem Rincewind.

Bagaż zatoczył się, przystanął na moment i kłapiąc groźnie ruszył na Cohena. Ten skoczył i wylądował na nim, obie dłonie i stopy wsu­wając w szczelinę między pudłem a wiekiem.

To wyraźnie zaskoczyło Bagaż. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy Cohen nabrał tchu i szarpnął. Napięte muskuły na jego chudych ra­mionach przypominały worek orzechów kokosowych.

Mocowali się tak przez chwilę - ścięgna przeciw zawiasom. Od czasu do czasu jeden lub drugi trzeszczał cicho.

Bedian szturchnęła Dwukwiata w żebro.

- Zrób coś - poprosiła.

- Tego... - odparł Dwukwiat. - Tak. Chybajuż wystarczy. Puść go, jeśli łaska.

Bagaż zgrzytnął z wyrzutem, słysząc głos swego pana. Wieko od­skoczyło z taką siłą, że Cohen upadł na plecy. Wstał natychmiast i rzu­cił się do kufra.

Jego zawartość była teraz widoczna.

Cohen sięgnął do wnętrza.

Bagaż zatrzeszczał lekko, ale wyraźnie rozważył, czy warto się na­rażać na przedwczesne trafienie do Wielkiego Niebiańskiego Pawla-cza. Gdy Rincewind odważył się zerknąć przez palce, Cohen zaglądał do kufra i klął pod nosem.

- Bieliżna? - krzyknął. - To wszysztko? Tylko bieliżna?

Dygotał z wściekłości.

- Chyba są tam jeszcze sucharki - odezwał się nieśmiało Dwu-kwiat.

- Ale było złoto! I widziałem, jak zjadł człowieka! — Cohen spoj­rzał badawczo na Rincewinda. Mag westchnął.

- Mnie nie pytaj. Nie ja jestem właścicielem.

- Kupiłem go w sklepie - usprawiedliwił się Dwukwiat. - Powie­działem, że szukam podróżnego kufra.

- I taki właśnie ci się dostał - mruknął Rincewind.

- Jest wyjątkowo lojalny.

- Tak. Jeśli właśnie lojalności oczekujesz od walizki.

- Chwileczkę... - Cohen usiadł ciężko na kamieniu. - Czy to był jeden ż tych szklepdw... To znaczy, pewnie nigdy wcześniej go nie zau­ważyłeś, a kiedy wróciłeś, już go tam nie było?

Dwukwiat rozpromienił się.

- Było dokładnie tak, jak mówisz.

- Szprzedawca to taki mały pomarszczony człowieczek? Szklep pełen dziwacznych towarów?

- Właśnie! Nie mogłem go potem znaleźć. Myślałem, że pomyli­łem ulice. Zamiast wejścia był tylko ślepy mur. Pamiętam, pomyśla­łem wtedy, że to...

Cohen wzruszył ramionami.

- Jeden ż tych szklepów* - rzekł. - To wszysztko tłumaczy. - Roz-masował krzyż i skrzywił się. - Ten przeklęty koń uciekł ż moją maścią.

Rincewind coś sobie przypomniał. Sięgnął w głąb podartej i bar­dzo już brudnej szaty. Po chwili tryumfalnie podniósł zieloną butelkę.

- To właśnie to! - ucieszył się Cohen. - Jeszteś wszpaniały. Spojrzał z ukosa na Dwukwiata.

- Pobiłbym go - stwierdził spokojnie. - Nawet gdybyś go nie odwołał, w kończu bym go pokonał.

- To prawda - zgodziła się Bethan.

- Moglibyście zrobić czoś pożytecznego - dodał Cohen. - Żeby nasz uwolnić, ten Bagaż przebił się przez żąb trolla. Żąb był diamen­towy. Poszukajcie okruchów. Mam pewien pomyszł.

Bethan podwinęła rękawy i odkorkowala butelkę, a Rincewind odprowadził Dwukwiata na stronę. Kiedy już ukryli się bezpiecznie za krzakiem, powiedział:

- Zbzikował.

- Mówisz o Cohenie Barbarzyńcy! - Dwukwiat był szczerze wstrzą­śnięty. - To największy wojownik, jaki...

- Był nim. Wszyscy ci kapłani i ludożerczy zombie zdarzyli się wie­le lat temu. Zostały mu tylko wspomnienia i tyle blizn, że mógłbyś grać na nich w kółko i krzyżyk.

- Jest rzeczywiście starszy, niż sobie wyobrażałem - przyznał Dwu­kwiat. - To prawda.

Podniósł odprysk diamentu.

- Powinniśmy ich tu zostawić, poszukać naszych koni i jechać dalej.

- To brzydki uczynek.

- Nic im nie grozi - zapewnił szczerze Rincewind. - Pomyśl: czu­jesz się dobrze w towarzystwie człowieka, który gołymi rękami ataku­je Bagaż?

- Coś w tym jest - przyznał Dwukwiat.

- Zresztą i tak lepiej sobie poradzą bez nas.

- Jesteś pewien?

- Absolutnie.

Konie znaleźli włóczące się bez celu po gąszczach. Na śnia­danie zjedli suszoną koninę i wyruszyli w kierunku, który Rincewind uważał za właściwy. Po kilku minutach z krzaków wynurzył się Bagaż i pobiegł za nimi.

Słońce wzeszło na niebo, ale nie zdołało przyćmić blasku gwiazdy.

- Urosła przez noc - zauważył Dwukwiat. - Chyba ktoś powinien coś zrobić

- Na przykład co? Dwukwiat zastanowił się.

- Czy nie można powiedzieć Wielkiemu A'Tuinowi, żeby jej uni­kał? Wiesz, ominął ją jakoś?

- Próbowano już czegoś takiego - odparł Rincewind. - Magowie starali się dostroić do umysłu Wielkiego A'Tuina.

- Nie udało się?

- Udało się jak najbardziej. Tylko że...

Tylko że czytanie w umyśle tak gigantycznym, jak umysł Wielkie­go A'Tuina, wiązało się z pewnym nieprzewidzianym ryzykiem, wyja­śnił. Żeby zyskać wiedzę o żółwiowym systemie myślenia, magowie ćwiczyli na żółwiach zwykłych i na morskich olbrzymach. Choć jed­nak byli pewni, że umysł Wielkiego A'Tuina będzie ogromny, nie przewidzieli, że będzie tak powolny.

- Grupa magów na zmianę od trzydziestu lat odczytuje jego myśli. Dowiedzieli się tylko, że Wielki A'Tuin na coś czeka - wyjaśnił Rincewind.

- Na co?


- Kto wie?

Przez pewien czas jechali w milczeniu wyboistym szlakiem pomię­dzy wapiennymi głazami.

- Powinniśmy wrócić, wiesz? - odezwał się w końcu Dwukwiat.

- Posłuchaj, jutro dotrzemy do Smarlu - przekonywał go Rince­wind. - Nic się im nie stanie. Naprawdę nie rozumiem, czemu...

Mówił do siebie. Dwukwiat zawrócił i pokłusował z powrotem, demonstrując jeździeckie umiejętności worka ziemniaków.

Rincewind spojrzał niżej. Bagaż przyglądał mu się obojętnie.

- Na co się gapisz? - burknął mag. - Może sobie jechać gdzie chce. Co mnie to obchodzi? Bagaż nie odpowiedział.

- Przecież ja za niego nie odpowiadam - dodał Rincewind. - Wy­jaśnijmy to sobie raz na zawsze.

Bagaż milczał, lecz tym razem głośniej.

- No już... idź za nim. Nie masz co się tu plątać. Bagaż schował nóżki i usadowił się na szlaku.

- Jadę - oznajmił Rincewind. - Nie żartuję - dodał. Zawrócił konia ku nowym horyzontom i obejrzał się. Bagaż sie­dział nieruchomo.

- Nic ci nie przyjdzie z odwoływania się do lepszych stron mojej natury. Dla mnie możesz sobie tu siedzieć przez cały dzień. A ja i tak pojadę.

Obrzucił Bagaż gniewnym wzrokiem. Bagaż odpowiedział spoj­rzeniem.

- Wiedziałem, że wrócisz - oświadczył Dwukwiat.

- Nie chcę o tym mówić - odparł Rincewind.

- Może porozmawiamy o czymś innym?

- Tak. Na przykład jak się pozbyć tych sznurów. - Mag szarpnął związanymi przegubami.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego jesteś taki ważny - powiedziała Herrena.

Z mieczem na kolanach usiadła na kamieniu naprzeciwko. Więk­sza część jej oddziału ukrywała się wysoko w skałach, obserwując dro­gę. Rincewind i Dwukwiat aż nazbyt łatwo wpadli w zasadzkę.

- Weems mi mówił, co wasz kufer zrobił z Gancią - dodała. - Niewielka strata... Mam jednak nadzieję, że rozumie: jeśli tylko zbli­ży się do nas choćby na milę, osobiście poderżnę wam gardła. Jasne? Rincewind energicznie pokiwał głową.

- To dobrze. Szukają cię żywego lub martwego i nie obchodzi mnie, w jakim stanie dotrzesz na miejsce. Ale chłopcy chcieliby pew­nie podyskutować z tobą o tych trollach. Gdyby słońce nie wzeszło w samą porę...

Słowa zawisły w powietrzu, a sama Herrena odeszła.

- No i znowu wpadliśmy w kłopoty - westchnął Rincewind.

Jeszcze raz szarpnął więzy. Opierał się o kamień. Gdyby tylko sięgnął przegubami... No tak, tylko zdzierał sobie skórę, a jednocze­śnie skała była zbyt wygładzona, żeby w jakikolwiek sposób wpłynąć na sznur.

- Ale dlaczego my? - zdziwił się Dwukwiat. - To ma coś wspólne­go z gwiazdą, prawda?

- Nic nie wiem o żadnej gwieździe. Na Uniwersytecie nie byłem na żadnym wykładzie z astrologii!

- Przypuszczam, że w końcu wszystko się jakoś ułoży. Rincewind przyjrzał mu się uważnie. Takie uwagi zawsze go iry­towały.

- Naprawdę w to wierzysz? - zapytał. - To znaczy naprawdę?

- No, wiesz, jeśli się nad tym zastanowić, to wszystko jakoś zawsze dobrze się kończyło.

- Jeżeli całkowite zrujnowanie mojego życia w ciągu roku uważasz za dobre zakończenie, to rzeczywiście. Straciłem już rachubę, ile razy o mało co nie zginąłem...

- Dwadzieścia siedem - podpowiedział Dwukwiat.

- Co?


- Dwadzieścia siedem razy. Przeliczyłem to. Ale ty jakoś nie.

- Co? Nie liczyłem? - Rincewinda ogarnęło znajome uczucie, że rozmowa staje się mętna.

- Nie. Nie zginąłeś. Czy to nie jest trochę podejrzane?

- Nigdy mi nie przeszkadzało, jeśli o to ci chodzi - mruknął Rin-cewind.

Oczywiście, Dwukwiat miał rację. To Zaklęcie ratowało mu życie. Gdyby teraz skoczył w przepaść, z pewnością jakaś przepływająca chmura złagodziłaby upadek.

Kłopot z tą teorią, uznał, polega na tym, że działa tylko dotąd, dopóki w nią nie uwierzy. Gdyby tylko pomyślał, że jest nietykalny, będzie trupem.

Czyli, ogólnie rzecz biorąc, najlepiej wcale o tym nie myśleć.

Zresztą, może się mylił.

Jedyne, czego był pewien, to że zaczyna go boleć głowa. Miał nadzieję, że Zaklęcie znalazło się gdzieś w okolicy bólu i naprawdę cierpi.

Kiedy opuścili jar, Rincewind i Dwukwiat jechali każdy ze swoim strażnikiem. Rincewind siedział niewygodnie przed Weemsem, który skręcił kostkę i był w nie najlepszym nastroju. Dwukwiat jechał z Her-reną, co oznaczało - ponieważ był raczej niski - że przynajmniej w uszy jest mu ciepło. Herrena trzymała wyciągnięty nóż, pilnie wy­patrując chodzących kufrów. Nie do końca pojmowała, czym właści­wie jest Bagaż; miała jednak dość inteligencji, by odgadnąć, że nie pozwoli on na zamordowanie Dwukwiata.

Po dziesięciu minutach spostrzegli go na środku drogi. Zachę­cająco otworzył wieko. Był pełen złota.

- Ominiemy go - oznajmiła Herrena.

- Ale...

- To pułapka.

- Ma rację - wtrącił pobladły Weems. - Wierzcie mi na słowo.

Z ociąganiem ominęli błyszczącą pokusę szerokim łukiem i wróci­li na szlak. Weems obejrzał się lękliwie w obawie, że kufer go ściga. To, co zobaczył, okazało się jeszcze gorsze: zniknął.

Daleko przed nimi wysoka trawa przy drodze zakołysała się tajem­niczo i znieruchomiała.

Rincewind nie był wybitnym magiem, a tym mniej wojownikiem, był za to ekspertem od tchórzostwa i na pierwszy rzut oka potrafił roz­poznać strach.

- Będzie cię tropił, wiesz? - stwierdził spokojnie.

- Co? - spytał z roztargnieniem Weems. Wciąż obserwował trawę.

-Jest cierpliwy i nigdy nie rezygnuje. Masz do czynienia z my­ślącą gruszą. Pozwoli ci wierzyć, że o tobie zapomniał... Aż kiedyś w ciemnej ulicy usłyszysz za plecami kroki tych małych nóżek... tup tup tup, coraz bliżej... zaczniesz uciekać, a one przyspieszą, tup-tupTUP...

- Zamknij się! - wrzasnął Weems.

- Na pewno cię zapamiętał, więc...

- Powiedziałem: zamknij się!

Herrena odwróciła się w siodle i spojrzała groźnie. Weems zmar­szczył czoło i pociągnął Rincewinda za ucho, aż znalazło się na wprost jego ust.

- Nie boję się niczego - wyszeptał chrapliwie. - Pluję na te ma­giczne sztuczki.

- Wszyscy tak mówią, dopóki nie usłyszą kroków - odparł Rince­wind i umilkł. Ostrze noża ukłuło go między żebra.

Do końca dnia nic się nie wydarzyło, ale ku satysfakcji Rin­cewinda - i pogłębiając paranoję Weemsa - Bagaż pokazał się kilkakrotnie. Raz leżał jakby nigdy nic na wystającej ska­le, kiedy indziej spoczywał w rowie, na wpół ukryty i porośnięty mchem.

Późnym popołudniem stanęli na szczycie wzgórza i ujrzeli przed sobą rozległą dolinę górnego Smarlu - najdłuższej rzeki na Dysku. W tym miejscu miała już pół mili szerokości i wody ciężkie od mułu, który czynił dolinę najżyźniejszym regionem kontynentu. Kilka pase­mek mgły unosiło się nad brzegami.

- Tup - powiedział Rincewind. Poczuł, że Weems podskakuje w siodle.

- Co?

- Odkaszlnąłem tylko - wyjaśnił mag z uśmiechem.



Dobrze sobie przemyślał ten uśmiech. Był to taki rodzaj uśmie­chu, jakiego używają ludzie, kiedy patrzą poza twoje lewe ucho i tłu­maczą, że szpiegują ich tajni agenci z innej galaktyki. Z pewnością nie należał do uśmiechów dodających ludziom pewności siebie. Prawdopodobnie widziano już straszniejsze uśmiechy, ale jedynie wtedy, gdy uśmiechający się był żółty w czarne pasy, miał długi ogon i włóczył się po dżungli w poszukiwaniu ofiar, do których mógłby się uśmiechnąć.

- Przestań się wykrzywiać - rzuciła Herrena. Wyjechała na czoło.

Szlak prowadził na sam brzeg, gdzie stał prymitywny pomost i wi­siał wielki spiżowy gong.

- Wezwę przewoźnika - oświadczyła Herrena. - Jeśli przeprawimy się tutaj, zetniemy zakręt rzeki. Może nawet dziś wieczorem dotrze­my do miasta.

Weems wyraźnie w to wątpił. Słońce było coraz większe i czerwieńsze, a mgła gęstniała.

- Czy może wolicie spędzić tę noc na tym brzegu?

Weems chwycił młotek i uderzył tak mocno, że gong zakręcił się na kiju i spadł.

Czekali w milczeniu. Potem, z wilgotnym brzękiem, łańcuch uniósł się z wody i napiął na wbitym w pomost żelaznym haku. Po chwili z mgły wynurzył się płaski prom. Zakapturzony przewoźnik na­pierał na umieszczone pośrodku wielkie koło, wolno ciągnąc łódź w stronę brzegu.

Płaskie dno zazgrzytało o żwir, a zakapturzona postać oparła się o koło i dyszała ciężko.

- Dwóch na raż - wysapała. - Nicz więczej. Po dwóch, ż końmi.

Rincewind przełknął ślinę i postanowił nie patrzeć na Dwukwiata. Turysta prawdopodobnie szczerzy zęby i wykrzywia się jak idiota. Po namyśle zaryzykował spojrzenie z ukosa.

Dwukwiat siedział nieruchomo z rozdziawionymi ustami.

- Ty nie jesteś zwykłym przewoźnikiem - zauważyła Herrena. - By­łam tu kiedyś. Normalnie pracuje tu takie wielkie chłopisko, jakby...

- Dzisiaj ma wolne.

- Niech ci będzie - mruknęła z powątpiewaniem. - W takim ra­zie... A ten z czego się śmieje?

Dwukwiat trząsł się cały, twarz mu poczerwieniała i wydawał z sie­bie zduszone parsknięcia. Herrena popatrzyła na niego, po czym zwróciła surowy wzrok na przewoźnika.

- Wy dwaj... łapcie go!

Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie odezwał się jeden z męż­czyzn.

- Kogo? Przewoźnika?

- Tak.


- Dlaczego?

Herrena była zdumiona. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Powszechnie wiadomo, że kiedy ktoś wrzaśnie coś w stylu „Łapać go!" albo „Straże!", ludzie rzucają się do działania, a nie siedzą i dyskutują.

- Boja tak każę - wykrztusiła w końcu.

Dwaj najbliżsi zakapturzonego przybysza mężczyźni spojrzeli na siebie, wzruszyli ramionami, zeskoczyli z koni i chwycili go za ręce. Przewoźnik był od nich o połowę niższy.

- W ten sposób? - zapytał jeden z nich. Dwukwiat z trudem chwytał oddech.

- A teraz zobaczmy, co ma pod tym płaszczem.

- Nie jestem pewien, czy... - zaczął drugi.

Nie dokończył, ponieważ kanciasty łokieć niczym tłok trafił go w żołądek. Jego towarzysz z niedowierzaniem popatrzył w dół i dru­gim łokciem dostał w nerki.

Cohen, klnąc głośno, usiłował wyplątać spod płaszcza swój miecz. Równocześnie niezdarnie podskakiwał bokiem w stronę Her-reny. Rincewind stęknął, zacisnął zęby i z całej siły machnął gło­wą do tyłu. Weems wrzasnął i Rincewind stoczył się w bok, ciężko wylądował w błocie, poderwał się błyskawicznie i rozejrzał za jakąś kryjówką.

Z okrzykiem tryumfu Cohen uwolnił miecz i zakręcił nim nad głową, poważnie raniąc najemnika, który podkradał się do walczą­cych od tyłu.

Herrena zepchnęła Dwukwiata z siodła i sięgnęła po własną broń. Dwukwiat spróbował wstać i wystraszył czyjegoś konia. Ten stanął dęba i zrzucił jeźdźca, którego głowa znalazła się na poziomie dogod­nym dla Rincewinda: mógł w nią kopnąć tak mocno, jak tylko potra­fił. Miał wprawdzie naturę szczura, ale nawet szczury walczą, zapędzo­ne w ślepy zaułek.

Dłoń Weemsa opadła mu na ramię, a pięść rozmiaru średniego kamienia walnęła w głowę.

Padając, słyszał jeszcze słowa Herreny.

- Zabij ich obu. Ja załatwię tego durnego starucha.

- Dobra! - odparł Weems i wyciągając miecz, zbliżył się do Dwu­kwiata.

Rincewind spostrzegł, że zawahał się nagle. Przez chwilę trwała cisza, a potem nawet Herrena usłyszała chlupot. To Bagaż wyszedł na brzeg. Z kufra wylewała się woda.

Weems patrzył na to ze zgrozą. Upuścił miecz, odwrócił się i zniknął błyskawicznie we mgle. Bagaż przeskoczył Rincewłnda i ru­szył w pościg.

Herrena zaatakowała Cohena. Ten odbił pchnięcie i stęknął, gdy coś trzasnęło mu w ramieniu. Zadźwięczały klingi i Herrena musiała odskoczyć, gdyż chytre cięcie z dołu niemal ją rozbroiło.

Rincewind zataczając się dotarł do Dwukwiata i szarpnął go za ramię - bez większych efektów.

- Pora stąd ruszać - wymruczał.

- To wspaniałe! - zawołał Dwukwiat. - Widziałeś, jak on...

- Tak, tak. Chodźmy.

- Ale chciałem... Dobra robota!

Miecz wypadł z dłoni Herreny, zawirował w powietrzu i drżąc wbił się w ziemię. Z pomrukiem satysfakcji Cohen cofnął klingę, zrobił zeza, jęknął z bólu i znieruchomiał.

Herrena przyglądała mu się zaskoczona. Na próbę zrobiła krok w stronę swego miecza, a kiedy nic się nie stało, chwyciła go, zważyła w dłoni i odwróciła się do Cohena. Tylko pełne cierpienia oczy się poruszały, gdy okrążyła go czujnie.

- Znowu strzeliło mu w krzyżu - szepnął Dwukwiat. - Co może­my zrobić?

- Sprawdzić, czy uda się złapać konie.

- No cóż - rzekła Herrena. - Nie wiem, kim jesteś ani co tu ro­bisz. Nic do ciebie nie mam, ale sam rozumiesz...

Oburącz uniosła miecz.

Coś poruszyło się nagle wśród mgły i zabrzmiał głuchy stuk cięż­kiej gałęzi trafiającej w głowę. Przez moment Herrena wydawała się niezwykle zaskoczona, po czym runęła na twarz.

Bethan odrzuciła gałąź i szybko zbadała Cohena. Chwyciła go za ramiona, przycisnęła kolano do krzyża, szarpnęła fachowo i puściła.

Wyraz rozkoszy pojawił się na twarzy bohatera. Schylił się na próbę.

- Przeszło - oznajmił. - Mój grzbiet! Wszysztko przeszło.

Dwukwiat pochylił się do Rincewinda.

- Mój ojciec polecał w takich przypadkach zwisanie na rękach z krawędzi drzwi - rzekł konwersacyjnym tonem.

Weems sunął ostrożnie w kłębach mgły między sękatymi drzewami. Wilgotny opar tłumił dźwięki, był jednak pewien, że przez ostatnie dziesięć minut naprawdę niczego nie było słychać. Odwrócił się bardzo powoli, a następnie pozwolił sobie na głębokie, serdeczne westchnienie. Cofnął się pod osłonę krzaków.

Coś stuknęło go bardzo delikatnie pod kolanami. Coś kancia­stego.

Zerknął w dół. Odniósł wrażenie, że jest tam więcej stóp, niż być powinno.

Rozległo się krótkie, suche trzaśniecie.

Ognisko było maleńkim jasnym punktem wśród mroku. Księżyc jeszcze się nie pojawił, lecz gwiazda błyszczała zło­wróżbnie na horyzoncie.

- Teraz jest okrągła - zauważyła Bethan. - Wygląda jak małe słoń­ce. Poza tym robi się coraz goręcej.

- Nie rozumiem tylko - stęknął Cohen, któremu dziewczyna ma­sowała plecy - jak oni wasz złapali, szkoro nicz nie szłyszeliśmy. W ogóle nicz byśmy nie wiedzieli, gdyby twój Bagaż nie zaczął podszkakiwać.

- I piszczeć - dodała Bethan. Spojrzeli na nią.

- W każdym razie wyglądał jakby piszczał - wyjaśniła. - Uważam, że jest bardzo słodki.

Cztery pary oczu zwróciły się w stronę Bagażu, który przysiadł w pobliżu ognia. Teraz wstał i demonstracyjnie skrył się w mroku.

- Łatwo go wykarmić - rzekł Cohen.

- Trudno zgubić - dodał Rincewind.

- Jest lojalny - wtrącił Dwukwiat.

- Przesztronny - uzupełnił Cohen.

- Ale nie nazwałbym go słodkim - zakończył Rincewind.

- Pewnie nie żechczesz go szprzedać? - zapytał Cohen. Dwukwiat pokręcił głową.

- On by chyba nie zrozumiał.

- Nie, chyba nie - zgodził się Cohen. Usiadł i przygryzł wargę. -Rozumiesz, szukam prezentu dla Bethan. Posztanowiliśmy się pobrać.

- Uznaliśmy, że wy pierwsi powinniście się o tym dowiedzieć. -Bethan spłonęła rumieńcem.

Rincewind nie pochwycił wzroku Dwukwiata:

- Wiecie, to bardzo... tego...

- Jak tylko znajdziemy miasto, a w nim jakiegoś kapłana. Chcę to załatwić jak należy - dodała Bethan.

- To bardzo ważne — oświadczył z powagą Dwukwiat. - Gdyby świat w większym stopniu przestrzegał zasad moralności, nie zderzalibyśmy się teraz z gwiazdami.

Rozważali to przez chwilę. Wreszcie Dwukwiat zawołał wesoło:

- Trzeba to uczcić. Mam suchary i wodę. Zostało jeszcze to suszone mięso?

- A niech tam - westchnął Rincewind.

Skinął na Cohena i odeszli razem na bok. Z tą przystrzyżoną brodą i w ciemną noc starzec mógłby uchodzić za siedemdziesięcio-latka.

- To poważna sprawa? - zapytał mag. - Naprawdę chcesz się z nią ożenić?

- Jaszne. Masz czoś przeciw temu?

- Nie, skąd... Oczywiście, że nie, ale... rozumiesz, ona rna siedemnaście lat, a ty... ty... jakby to powiedzieć, ty jesteś już w podeszłym wieku.

- Znaczy, pora mi się usztatkować? Rincewind z trudem dobierał słowa.

-Jesteś od niej o siedemdziesiąt lat starszy, Cohenie. Czy masz pewność...

- Wiesz, byłem już kiedyś żonaty. Mam dobrą pamięć - oświadczył z wyrzutem bohater.

- Nie, widzisz, rzecz w tym, że... fizycznie, rozumiesz, chodzi o, no, różnicę wieku i w ogóle... to kwestia zdrowia, prawda, i...

- Aha - mruknął Cohen. - Rozumiem, o czo ci chodzi. Wysziłek. Nie żasztanawiałem się nad tą kwesztią.

- Na pewno nie... - Rincewind wyprostował się. - Ale w końcu tego się można spodziewać.

- Dałeś mi do myślenia, trudno zaprzeczyć.

- Mam nadzieję, że niczego nie popsułem.

- Nie, nie - zapewnił Cohen. - Nie przepraszaj. Szłusznie zwróci­łeś mi uwagę.

Obejrzał się na Bethan, która mu pomachała, po czym spojrzał na gwiazdę świecącą poprzez mgłę.

- Niebezpieczne czaszy - stwierdził w końcu.

- To fakt.

- Kto wie, czo przyniesie jutro?

- Nie ja.

Cohen poklepał Rincewinda po ramieniu.

- Bywa, że trzeba zaryzykować. Nie obraź się, ale chyba mimo wszysztko żałatwimy ten ślub. A potem... - Zerknął na Bethan i westchnął. - Potem miejmy nadzieję, że nie zabraknie jej sił.

Następnego dnia koło południa wjechali do niewielkiego miasteczka otoczonego wałami. Wokół rozciągały się pola porośnięte jeszcze bujną zielenią. Wszystko na drodze toczyło się na ogół w przeciwnym kierunku. Mijali obładowane wozy. Obok drogi biegły stada bydła. Starsze damy maszerowały skrajem, niosąc na plecach cały swój dobytek.

- Zaraza? - spytał Rincewind mężczyznę pchającego wózek pełen dzieci.

Pokręcił głową.

- To gwiazda, przyjacielu - odparł. - Nie zauważyliście jej na niebie?

- Trudno nie zauważyć.

- Podobno zderzy się z nami w Noc Strzeżenia Wiedźm. Morza się zagotują, krainy Dysku pękną, królowie runą w proch, a miasta będą niczym jeziora szkła. Uciekam w góry.

- Czy to pomoże? - powątpiewał Rincewind.

- Nie, ale stamtąd będzie lepszy widok. Rincewind wrócił do towarzyszy.

- Wszystkich martwi ta gwiazda - oznajmił. - Chyba mało kto po­został jeszcze w mieście. Uciekają w góry.

- Nie chciałabym nikogo straszyć - wtrąciła Bethan. - Ale czy zwróciliście uwagę na fakt, że jest dziwnie gorąco jak na tę porę roku?

- To samo pomyślałem wczoraj wieczorem - zgodził się Dwu-kwiat. - Że jest bardzo ciepło.

- Podejrzewam, że będzie jeszcze cieplej - oświadczył Cohen. - Jedźmy do miaszta.

Sunęli pustymi ulicami, ścigani echem stuku kopyt Cohen przy­glądał się szyldom kupców, wreszcie ściągnął wodze.

- Tego właśnie szukałem - oświadczył. - Znajdźcie jakąś świątynię ż kapłanem. Wkrótcze do wasz dołączę.

-Jubiler? - zdziwił się Rincewind.

- To nieszpodzianka.

- Przydałaby mi się nowa suknia - przypomniała Bethan.

- Ukradnę ci jakąś.

W mieście czaiło się coś niepokojącego. I coś bardzo dziwnego. Na każdych prawie drzwiach ktoś wymalował czerwoną gwiazdę.

- To niesamowite - zauważyła Bethan. - Zupełnie jakby chcieli ją tu ściągnąć.

- Albo odepchnąć - dodał Dwukwiat.

- Nie uda się. Jest za duża - oświadczył Rincewind. Wszyscy spoj­rzeli na niego. - To chyba logiczne, prawda? - zakończył niepewnie.

- Nie - stwierdziła Bethan.

- Gwiazdy to małe światełka na niebie - oświadczył Dwukwiat. -Kiedyś jedna spadła niedaleko mojego mieszkania: biała i wielka jak dom. Żarzyła się całe tygodnie, zanim wystygła.

- Ta gwiazda jest inna - obwieścił głos. - Wielki A'Tuin wspiął się na plażę wszechświata. Nad ogromnym oceanem przestrzeni.

- Skąd wiesz? - zdziwił się turysta.

- Skąd wiem co? - nie zrozumiał Rincewind.

- To, co właśnie powiedziałeś. O plażach i oceanach.

- Nic nie mówiłem!

- Oczywiście, że mówiłeś, głupcze! - krzyknęła Bethan. - Widzie­liśmy, jak poruszasz wargami w górę i w dół, i w ogóle!

Rincewind przymknął oczy. We wnętrzu swego umysłu wy­czuł, jak Zaklęcie odbiega w głąb, kryje się za sumieniem i mruczy do siebie.

- Dobrze, dobrze - powiedział. - O co te krzyki? Ja... ja nie wiem, skąd wiem. Po prostu wiem.

- Wolałabym, żebyś nam wytłumaczył.

Skręcili za róg.

We wszystkich miastach Dysku wokół Okrągłego Morza istnieje obszar wydzielony specjalnie dla bogów, których Dysk posiada wystar­czająco dużo. Miejsca te są zwykle zatłoczone i niezbyt atrakcyjne z architektonicznego punktu widzenia. Oczywiście, najstarsi bogowie mają wielkie i wspaniałe świątynie; problem w tym, że bogowie późniejsi i młodsi zażądali równouprawnienia. A ponieważ żaden nie pomyślał nawet o zamieszkaniu poza świętą dzielnicą, te wkrótce peł­ne były szop, przybudówek, przerobionych strychów, podpiwniczeń, ekskluzywnych kawalerek, eklezjastycznych wypełnień i transtemporalnych pokojów na godziny. Zwykle spalano tam równocześnie trzy­sta różnych typów kadzidła, a hałas sięgał progu bólu, kiedy kapłani przekrzykiwali się wzajemnie, by zdobyć odpowiednią liczbę wiernych do modlitwy.

Na tej ulicy jednak panowała szczególnie nieprzyjemnego rodza­ju martwa cisza, jaka zdarza się, gdy setki przerażonych ludzi stoją w całkowitym bezruchu.

Mężczyzna na skraju tłumu obejrzał się i widząc przybyszów, zmar­szczył brwi. Na czole miał namalowaną czerwoną gwiazdę.

- Co... -zaczął Rincewind i urwał, gdyż jego głos wydawał się o wiele za mocny. - Co się dzieje?

- Jesteście obcy? - spytał mężczyzna.

- Właściwie znamy się całkiem... - Dwukwiat umilkł.

Bethan wskazała ulicę.

Na każdej świątyni wymalowano gwiazdę. Szczególnie wielką na-mazał ktoś na kamiennym oku przed świątynią Ślepego lo, przywód­cy bogów.

- Brrr - Rincewind otrząsnął się. - lo będzie wściekły, kiedy to zobaczy. Drodzy przyjaciele, nie powinniśmy się kręcić w tej okolicy.

Tłum otaczał prymitywną platformę, wzniesioną pośrodku szero­kiej ulicy. Od frontu zdobił ją wielki proporzec.

- Słyszałam, że Ślepy lo widzi wszystko i wszędzie - szepnęła Be­than. - Dlaczego nie...

- Cicho! — warknął jakiś mężczyzna. - Dahoney mówi.

Jakiś człowiek wstąpił na platformę - wysoki, chudy, z włosami żółtymi jak mlecz. Zamiast oklasków rozległo się jakby zbiorowe wes­tchnienie. Zaczął mówić.

Rincewind słuchał w narastającej grozie. Gdzie są bogowie? -pytał ten człowiek. Odeszli. Może nigdy nie istnieli. Czy ktoś ich na­prawdę widział? A teraz przysłano gwiazdę...

Spokojnie, wyraźnie kontynuował przemowę. Używał takich słów jak „wymieść", „oczyścić" i „wyplenić". Głos wwiercał się w umysł ni­czym rozgrzany do czerwoności miecz. Gdzie są magowie? Gdzie ma­gia? Czy rzeczywiście kiedyś działała, czy to był tylko sen?

Rincewind zaczął się poważnie obawiać, że bogowie mogą to usły­szeć" i tak się rozzłościć, że wywrą zemstę na wszystkich, którzy w tym czasie byli w tym miejscu.

Ale miał wrażenie, że nawet gniew bogów byłby lepszy niż dźwięk tego głosu. Gwiazda się zbliża, zdawał się mówić, a straszliwy ogień można odwrócić jedynie przez... przez... Rincewind nie był pewien, ale przed oczyma stanęła mu wizja mieczy, proporców i wojowników o pustych oczach. Ten glos nie wierzył w bogów, co szczególnie Rincewindowi nie przeszkadzało, ale nie wierzył też w ludzi.

Ktoś szturchnął Rincewinda w bok - wysoki obcy mężczyzna w opończy, który stał po lewej stronie. Mag obejrzał się... i spojrzał na wyszczerzoną czaszkę pod czarnym kapturem.

Magowie, jak koty, potrafią zobaczyć Śmierć.

W porównaniu z dźwiękiem tego głosu, Śmierć sprawiał niemal miłe wrażenie. Opierał się o ścianę, a obok stała jego kosa. Skinął Rincewindowi.

- Przyszedłeś się napawać? - szepnął pytająco mag. Śmierć wzruszył ramionami.

- PRZYSZEDŁEM ZOBACZYĆ PRZYSZŁOŚĆ - wyjaśnił.

- To ma być przyszłość?

-JAKAŚ PRZYSZŁOŚĆ.

- Potworna.

- SKŁONNY JESTEM PRZYZNAĆ CI RACJĘ.

- Myślałem, że ci się spodoba!

- NIE TAKA. ŚMIERĆ WOJOWNIKA ALBO STARCA CZY DZIECKA... TĘ ROZUMIEM. UŚMIERZAM BÓL I ŁAGODZĘ CIERPIENIE. ALE TEJ ŚMIERCI UMYSŁÓW NIE ROZUMIEM.

- Z kim rozmawiasz? - zapytał Dwukwiat.

Kilku ludzi z tłumu spoglądało na Rincewinda podejrzliwie.

- Z nikim. Możemy już iść? Głowa mnie rozbolała. Ludzie zaczęli mruczeć coś między sobą i wskazywać ich palcami. Rincewind złapał towarzyszy i szybkim krokiem skręcił za róg.

- Wsiadajmy na konie i jedźmy stąd - powiedział. - Mam niedobre przeczucie, że...

Czyjaś dłoń opadła mu na ramię. Obejrzał się. Para zamglonych szarych oczu, umieszczonych w łysej głowie na szczycie muskularnego ciała, spoglądała z uwagą na jego lewe ucho. Mężczyzna miał wymalowaną na czole gwiazdę.

- Wyglądasz na maga - oświadczył. Ton jego głosu sugerował, że to rzecz bardzo nierozsądna, a możliwe, że wręcz fatalna.

- Kto? Ja? Nie, jestem... urzędnikiem. Tak, urzędnikiem. Właśnie - zapewnił Rincewind.

Zaśmiał się piskliwie.

Mężczyzna zamilkł. Bezgłośnie poruszał ustami, jakby nasłuchi­wał wewnętrznego głosu. Zbliżyło się kilku innych ludzi z gwiazdami. Lewe ucho Rincewinda wzbudzało powszechną uwagę.

- Myślę, że jesteś magiem - oświadczył mężczyzna.

- Posłuchaj - rzekł Rincewind. - Gdybym był magiem, to bym potrafił czarować. Zgadza się? Zamieniłbym cię w coś, a że tego nie zrobiłem, to nie jestem.

- Pozabijaliśmy wszystkich naszych magów - oznajmił któryś z ludzi z gwiazdami. - Niektórzy uciekli, ale wielu zabiliśmy. Machali rękami i nic się nie działo.

Rincewind patrzył na niego niespokojnie.

- Myślimy, że ty również jesteś magiem - powtórzył mężczyzna,

coraz mocniej ściskając ramię ofiary. - Masz skrzynię na nogach i wy­glądasz jak mag.

Rincewind uświadomił sobie, że ich trójka i Bagaż oddalili się jakoś od koni i że teraz stoją w zacieśniającym się kręgu poważnych ludzi o poszarzałych twarzach.

Bethan zbladła. Nawet Dwukwiat wyglądał na lekko zaniepokojo­nego, choć jego umiejętność dostrzegania zagrożeń była w przybliże­niu tej klasy, co Rincewinda umiejętność latania.

Rincewind nabrał tchu. Wzniósł ramiona w klasycznej pozie, której nauczył się przed laty.

- Cofnijcie się! - rozkazał. - Albo wszystkich was porazi magia.

- Magia wygasła - odparł mężczyzna. — Gwiazda ją zabrała. Wszy­scy fałszywi magowie wypowiadali te śmieszne słowa i nic się nie dzia­ło. Potem ze zgrozą spoglądali na swoje ręce i bardzo niewielu miało dość rozsądku, by uciekać.

- Nie żartuję! — zagroził Rincewind.

On mnie zabije, myślał. To koniec. Nie potrafię już nawet oszuki­wać. Ani czarować, ani oszukiwać... Jestem zwyczajnym...

Zaklęcie drgnęło w jego umyśle. Poczuł, jak lodowata ciecz sączy mu się do mózgu. Był gotów. Zimny dreszcz popłynął wzdłuż ramienia.

Ręka uniosła się sama; poczuł, że usta otwierają się i zamykają, że porusza się jego własny język, a głos, który nie należał do niego, głos stary i oschły, wymawia sylaby wzlatujące w powietrze niczym obłocz­ki pary.

Z palców strzeliły oktarynowe ognie. Oplotły przerażonego mężczyznę, aż zniknął w lodowatej, pryskającej iskrami chmurze, która wzniosła się ponad ulicą, zawisła na chwilę i eksplodowała w nicość.

Nie został nawet kłąb tłustego dymu.

Rincewind ze zgrozą przyglądał się własnej dłoni.

Dwukwiat i Bethan chwycili go pod ręce i powlekli przez oszołomiony tłum, aż dotarli na otwartą przestrzeń ulicy. Tu nastąpił bolę-

sny moment, gdy każde z nich próbowało uciekać w inną stronę. W końcu jednak pobiegli razem. Stopy Rincewinda prawie nie dotykały bruku.

- Magia - mruczał podniecony, pijany mocą. - Rzuciłem czar...

- To prawda - przyznał uspokajająco Dwukwiat.

- Chcecie, żebym rzucił zaklęcie? - spytał Rincewind. Wskazał palcem przebiegającego psa. - Uuiiii! - zawołał. Zwierzę spojrzało na niego z wyrzutem.

- Najlepiej spraw, żeby twoje stopy biegły szybciej - rzuciła ponuro Bethan.

- Jasne! -bełkotał Rincewind. -Hej, stopy! Biegnijcie szybciej! Patrzcie, naprawdę to robią!

- Mają więcej rozumu od ciebie - stwierdziła dziewczyna. -Którędy teraz?

Dwukwiat rozejrzał się. Gdzieś z bliska dobiegały gniewne krzyki. Rincewind wyrwał się i niepewnie podreptał w najbliższą uliczkę.

- Potrafię! - wrzasnął dziko. - Uważajcie tylko...

- Jest w szoku - wyjaśnił Dwukwiat.

- Dlaczego?

- Nigdy jeszcze nie rzucił zaklęcia.

- Przecież jest magiem!

- To skomplikowana historia - wysapał Dwukwiat, biegnąc za Rincewindem. - Zresztą, nie jestem pewien, czy to on. To nie był jego głos. No chodź, staruszku.

Rincewind skierował na niego dzikie, niewidzące spojrzenie.

- Zamienię cię w krzak róży - oznajmił.

- Tak, tak, świetny pomysł. Tylko już chodźmy. - Dwukwiat deli­katnie pociągnął go za rękę.

Z kilku uliczek naraz rozległ się tupot nóg i nagle otoczyło ich kilkunastu ludzi z gwiazdami. Bethan chwyciła bezwładne ramię Rin­cewinda i wymierzyła je groźnie.

- Nie zbliżać się! - krzyknęła.

- Tak jest! - zawołał Dwukwiat. - Mamy tu maga i nie zawahamy się go użyć!

- Nie żartujęl - Bethan obróciła Rincewinda za ramię niby ka­bestan.

- Zgadza siei Jesteśmy ciężko uzbrojeni! Co? - nie zrozumiał Dwukwiat.

- Pytałam, gdzie jest Bagaż - syknęła Bethan zza pleców Rince-winda.

Turysta rozejrzał się niepewnie. Bagaż zniknął.

Na szczęście widok Rincewinda wywarł pożądany efekt. Kiedy wskazywał ręką dookoła, napastnicy traktowali ją jak obrotową kosę i próbowali chować się jeden za drugiego.

- Gdzie on się podział?

- Skąd mam wiedzieć?

- To przecież twój Bagaż.

- Często nie mam pojęcia, gdzie jest mó] Bagaż. Na tym polegają uroki życia turysty. Zresztą, on często gdzieś odchodzi. Chyba lepiej nie pytać dlaczego.

Napastnicy zaczynali sobie uświadamiać, że tak naprawdę nic się nie dzieje i że Rincewind nie jest w stanie ciskać nawet wyzwisk, a co dopiero czarodziejskiego ognia. Zbliżali się, uważnie obserwując jego dłonie.

Dwukwiat i Bethan wycofywali się. Turysta spojrzał za siebie.

- Bethan.,,

- Co? - Dziewczyna nie spuszczała wzroku ze zbliżających się prześladowców.

- To ślepy zaułek.

- Jesteś pewien?

- Chyba umiem rozpoznać mur z cegły - odparł z wyrzutem Dwukwiat.

- Więc to już koniec - westchnęła dziewczyna.

- Może spróbuję im wyjaśnić...?

- Nie.


- Aha.

- Chyba nie są z tych, co słuchają wyjaśnieii.

Dwukwiat przyjrzął się napastnikom. Był zwykle —jak już wspomi­nano - niewrażliwy na osobiste zagrożenie. Wbrew doświadczeniom całej ludzkości wierzył, że jeśli tylko ludzie porozmawiają ze sobą, wy­piją piwo, pokażą obrazki wnuków, może wybiorą się na jakiś pokaz albo co, wszystko da się jakoś rozwiązać. Wierzył też, że ludzie są za­sadniczo dobrzy, tylko miewają złe dni. To, co się zbliżało ulicą, wy­warło na nim takie wrażenie jak widok goryla w fabryce szkła.

Z tyłu zabrzmiał najlżejszy z dźwięków, właściwie nie tyle dźwięk, ile zmiana faktury powietrza.

Prześladowcy rozdziawili usta, zawrócili i zniknęli w głębi ulicy.

- Co....? - zdziwiła się Bethan, podtrzymując nieprzytomnego w tej chwili Rincewinda,

Dwukwiat patrzył w przeciwną stronę, na wielką oszkloną wysta­wę, pełną niezwykłych naczyń, i na drzwi przesłonięte sznurami pa­ciorków, Teraz, gdy znaki liter wpełzły już aa miejsca, wielki szyki nad nimi głosił:

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna