Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona8/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

Skillet, Wang. Yrxlelyt, Bunglestiff, Cwmlad i Patel

Rok założenia: różnie

DOSTAWCY

Jubiler wolno obracał na małym kowadle złotą płytkę, mocując ostatni z dziwnie oszlifowanych diamentów.

- Z zęba trola, powiadasz? - mruknął i mruiżąc oczy przyjrzał się swemu dziełu.

- Tak - potwierdził Cohen. - I, jak obieczałem, możesz zatrzymać szobie resztę,

Przesuwał palcami po tacy złotych pierścieni.

- Hojna zapłata - przyznał jubiler.

Był krasnoludem i znał się na interesach. Westchnął.

- Nie masz osztatnio wielu żleczeń? - domyślił się Cohen. Przez małe okienko zerknął na grupę ludzi o pustych oczach, ze­braną po drugiej stronie ulicy.

- Owszem, czasy są ciężkie.

- Czo to za typy ż wymalowanymi gwiazdami? Krasnolud-jubiler nie podniósł głowy.

- Szaleńcy - odparł krótko. - Twierdzą, że nie powinienem pra­cować, bo zbliża się gwiazda. Ja im na to, że gwiazdy nigdy mnie nie skrzywdziły, czego nie mogę powiedzieć o ludziach.

Cohen w zadumie pokiwał głową. Sześciu ludzi odłączyło się od grupy i ruszyło do pracowni. Nieśli rozmaitą broń i wyglądali na zde­terminowanych.

- Dziwne - mruknął Cohen.

- Jestem, jak pewnie zauważyłeś, z pochodzenia krasnoludem - rzekł jubiler. - Podobno to jedna z ras magicznych. A tamci wierzą, że gwiazda nie zniszczy Dysku, jeśli odwrócimy się od magii. Pewnie chcą mnie trochę poturbować. Takie życie.

Podniósł szczypcami swe najnowsze dzieło.

- To najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu zrobiłem - wyznał. - Wi­dzę jednak, że bardzo praktyczna. Mówiłeś, że jak się nazywa?

- Pro-teży - odparł Cohen.

Przyjrzał się podkowiastym kształtom na swej pomarszczonej dło­ni, po czym otworzył usta i kilka razy stęknął boleśnie.

Drzwi odskoczyły. Napastnicy wkroczyli do wnętrza i zajęli pozy­cje pod ścianami. Byli spoceni i niepewni, lecz ich przywódca wzgar­dliwie odepchnął Cohena na bok i chwycił krasnoluda za koszulę.

- Ostrzegaliśmy cię już, karzełku - oznajmił. - Wyjdziesz stąd sam albo cię wyniosą. Nam wszystko jedno. A teraz jesteśmy już naprawdę...

Cohen postukał go w ramię. Mężczyzna obejrzał się gniewnie.

- Czego chcesz, dziadku? - burknął.

Cohen odczekał, aż intruz dokładnie go sobie obejrzy, a potem się uśmiechnął. Był to powolny, leniwy uśmiech, odsłaniający jakieś trzysta karatów ustnej biżuterii. Zdawało się, że rozświetla cały pokój.

- Policzę do trzech - rzekł przyjaźnie. - Raz. Dwa. - Kościste ko­lano uniosło się i z satysfakcjonującym, głuchym chrzęstem trafiło in­truza w krocze. Cohen wykonał półobrót, by z całą siłą wbić jeszcze łokieć w nerki przywódcy, który runął na podłogę, zwinięty wokół swe­go osobistego uniwersum cierpienia. - Trzy - dodał Cohen, zwraca­jąc się do kłębka na podłodze.

Słyszał kiedyś o uczciwej walce i już dawno zdecydował, że nie chce mieć z nią nic wspólnego.

Spojrzał na pozostałych mężczyzn i błysnął swym niesamowitym uśmiechem.

Powinni rzucić się na niego razem. Zamiast tego jeden z nich, uspokojony świadomością, że w przeciwieństwie do Cohena ma cięż­ki miecz, przesuwał się bokiem w jego stronę.

- Nie, nie... - Cohen zamachał rękami. - Daj spokój, chłopcze. Nie w ten sposób.

Napastnik przyglądał mu się z ukosa.

- Nie w jaki sposób? - spytał podejrzliwie.

- Nigdy w życiu nie miałeś w ręku miecza? Tamten zerknął na kolegów, szukając wsparcia.

- Nie za często - przyznał. - I na krótko. Groźnie machnął orężem. Cohen wzruszył ramionami.

- Może tu zginę, ale chciałbym zginąć z ręki człowieka, który trzy­ma miecz jak wojownik - oświadczył.

Mężczyzna przyjrzał się swoim dłoniom.

- Całkiem dobry chwyt - stwierdził z powątpiewaniem.

- Posłuchaj mnie, chłopcze... Znam się trochę na tych sprawach. Podejdź tu,.. Pozwolisz? Dobrze. Lewa ręka tutaj, na głowicy, prawa tutaj,,, dobrze, właśnie tutaj... a klinga prosto w twoją nogę.

Napastnik wrzasnął i sięgnął do stopy, gdy Cohen podciął mu zdrową nogę i zwrócił się do wszystkich zebranych.

- Robi się wesoło - oświadczył. - Dlaczego się na mnie nie rzu­cicie?

- Właśnie - zabrzmiał jakiś głos u jego pasa. Jubiler wydobył skądś bardzo wielki i brudny topór, który do wszystkich okropności wojny dodawał jeszcze groźbę tężca.

Czterej intruzi ocenili stosunek sił i wycofali się do drzwi,

- I zetrzyjcie te głupie gwiazdy! - krzyknął za nimi Cohen. - Mo­żecie uprzedzić wszystkich, że Cohen Barbarzyńca bardzo się zdener­wuje, jeśli gdzieś jeszcze takie zobaczy!

Drzwi trzasnęły. Ułamek sekundy później uderzył w nie topór, odbił się i odciął pasek skóry z sandała Cobena,

- Przepraszam - powiedział krasnolud. - Należał do mojego dziadka. Ja używam go tylko do rąbania drew,

Cohen na próbę zacisnął szczęki. Protezy pasowały całkiem nieźle.

- Na twoim miejscu i tak bym się stąd wynosił - rzekł, Krasnolud jednak krzątał się jaz po pracowni, wrzucając do skórzanej sakwy cenne metale i klejnoty. Do jednej kieszeni włożył zawiniątko z narzędziami, do drugiej paczkę gotowej biżuterii. Potem wsunął ręce w uchwyty tygla, stęknął i z wysiłkiem zarzucił go sobie na plecy.

- No, dobrze - mruknął. - Jestem gotów,

- Idziesz ze mną?

- Przynajmniej do bram miasta, jeśli nie masz nic przeciw teram. Chyba mi się nie dziwisz?

- Nie. Ale lepiej zostaw ten topór

Wyszli w blask popołudnia, na opustoszałą ulicę. Kiedy Cohen otwierał usta, maleńkie tęcze rozświetlały cienie.

- Muszę jeszcze zabrać stąd kilku przyjaciół - powiedział i dodał - Mam nadzieję, że nic im się nie stało. Jak ci na imię?

- Lackjaw.

- Czy mogę tu gdzieś, - szepnął namiętnie Cohen, rozkoszując się każdym słowem. - Czy gdzieś to dostanę stek?

- Ludzie z gwiazdami pozamykali wszystkie gospody. Twierdzą, że nie należy jeść i pić, kiedy...

- Wiem, wiem - przerwał Cohen. - Chyba zaczynam rozumieć, na czym to polega. Czy oni niczego nie pochwalają? Lackjaw zamyślił się.

- Palenie różnych rzeczy - stwierdził w końcu. — W tym są dobrzy. Książki i w ogóle... Były tu takie wielkie ogniska. Cohen był wstrząśnięty.

- Ogniska z książek?

- Tak. Okropne, prawda?

- Prawda.

Sama myśl o tym była przerażająca. Ktoś, kto całe życie spędził pod gołym niebem, umie docenić solidną, grubą księgę. Jeśli czło­wiek ostrożnie wyrywa kartki, taka księga wystarczy na cały rok rozpa­lania ognisk. Nieraz garść wilgotnych gałązek i sucha książka mogą ocalić życie. A kiedy ma się ochotę zapalić i nie można znaleźć łajki, książka jest niezastąpiona.

Cohen zdawał sobie sprawę, że ludzie zapisywali w książkach róż­ne rzeczy. Zawsze uważał to za lekkomyślne marnotrawstwo papieru.

-Jeśli twoi przyjaciele ich spotkali, to boję się, że mógł wpaść w kłopoty — powiedział smutnie Lackjaw, gdy maszerowali ulicą.

Skręcili za róg i na środka drogi zobaczyli ognisko, kilku ludzi wrzucało do niego książki wynoszone z pobliskiego domu; miał wy­ważone drzwi i cały był pomazany gwiazdami.

Wieści o Cohenie nie dotarły jeszcze do wszystkich. Palacze ksią­żek nie zwrócili uwagi, gdy podszedł bliżej i oparł się o ścianę. Pozwi­jane strzępy płonącego papieru wzlatywały w gorącym powietrzu i pły­nęły ponad dachami.

- Co robicie? - zapytał.

Jakaś kobieta z gwiazdą odrzuciła włosy dłonią poczerniałą od sa­dzy i spojrzała z uwagą na lewe ucho Cohena.

- Oczyszczamy Dysk z niegodziwości - odpowiedziała.

Dwaj mężczyźni wyszli z budynku i też popatrzyli na Cohena, a przynajmniej na jego lewe ucho.

Barbarzyńca wyjął kobiecie z ręki ciężką księgę. Okładkę zdobiły przedziwne czerwone i czarne kamienie, układające się w coś, co -nie wątpił - było słowem. Pokazał ją Lackjawowi.

- Necrotelecomnicon - wyjaśnił krasnolud. - Magowie z niej ko­rzystają. Mówi chyba, jak kontaktować się z umarłymi.

- Ech, ci magowie... - mruknął Cohen.

Pomacał kartkę - była cienka i całkiem miękka. Odrażające, jak­by organiczne pismo wcale mu nie przeszkadzało. Tak, taka książka może być prawdziwym przyjacielem...

- Chciałeś czegoś? - zapytał jakiegoś człowieka, który chwycił go za ramię.

- Trzeba spalić wszystkie księgi magiczne - rzekł intruz, choć odrobinę niepewnie, gdyż coś w uśmiechu Cohena budziło w nim niewygodne uczucie powracającego rozsądku.

- Dlaczego?

- Zostało nam to objawione.

Uśmiech Cohena stał się szeroki jak cały świat... ale o wiele gro­źniejszy.

- Myślę, że powinniśmy już iść - wtrącił nerwowo Lackjaw. Grupa ludzi z gwiazdami wyszła z bocznej ulicy za nimi.

- A ja myślę, że chętnie bym kogoś zabił - odparł Cohen.

- Gwiazda nakazuje nam oczyścić Dysk - oznajmił mężczyzna i cofnął się o krok.

- Gwiazdy nie mówią.

- Jeśli mnie zabijesz, tysiące staną w moje miejsce. - Mężczyzna opierał się już plecami o ścianę.

- Istotnie — przyznał Cohen tonem perswazji. - Ale przecież nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że ty będziesz już martwy.

Grdyka mężczyzny zaczęła podskakiwać jak jojo. Zerknął na miecz barbarzyńcy.

- Coś w tym jest, rzeczywiście - przyznał. - Wiesz co... A może zga­simy ten ogień?

- Niezły pomysł - pochwalił Cohen.

Lackjaw szarpnął go za pas. Grupa ludzi z gwiazdami biegła już w ich kierunku. Było ich dużo, z czego wielu uzbrojonych, i wyglądało na to, że sytuacja staje się odrobinę bardziej poważna.

Cohen wyzywająco machnął kilka razy mieczem, odwrócił się i rzucił do ucieczki. Nawet Lackjaw z wielkim trudem dotrzymywał mu kroku.

- Zabawne... - wysapał, gdy skręcili w kolejny zaułek. - Myślałem... przez chwilę... że chcesz tam zostać... i walczyć.

- Wybij... to sobie... z głowy... młotem.

Kiedy wypadli na ulicę, Cohen stanął za węgłem, dobył miecza i pochylając głowę, nasłuchiwał zbliżających się kroków. Nagle ciął szeroko na wysokości brzucha. Rozległ się nieprzyjemny odgłos i kilka wrzasków, on jednak był już daleko. Biegł dziwacznie, powłócząc nogami, by nie urazić odcisków.

Z Lackjawem tupiącym ciężko tuż przy jego boku skręcił do gospody wymalowanej w jaskrawoczerwone gwiazdy. Z lekkim tylko jękiem bólu Cohen wskoczył na stół i pobiegł po blacie... a równocześnie, z niemal perfekcyjnym wyczuciem choreografii, Lackjaw nie schylając się wbiegł pod stół... Cohen zeskoczył po drugiej stro-

nie, kopnął nogą drzwi do kuchni i obaj znaleźli się na małej, wąskiej uliczce.

Pokonali jeszcze kilka zakrętów i wpadli w jakąś bramę. Cohen przylgnął do ściany i rzęził, aż przestał widzieć przed oczyma niebieskie i fioletowe plamki.

- I co? - wysapal. - Co znalazłeś?

- Hm... solniczkę - odparł Lackjaw.

- Tylko tyle?

- Przecież musiałem biec pod stołem. Tobie też nie poszło lepiej. Cohen zerknął niechętnie na nieduży melon, który nabił na miecz podczas ucieczki.

- Czasy są ciężkie - mruknął i wgryzł się w grubą skórę.

- Chcesz trochę soli? - zaproponował krasnolud.

Cohen milczał. Stał nieruchomo z melonem w ręku i otwartymi ustami.

Lackjaw obejrzał się. Podwórze, gdzie trafili, było całkiem puste, jeśli nie liczyć starego kufra, pozostawionego przez kogoś pod mu­rem.

Cohen wpatrywał się w niego. Nie patrząc oddał melona krasno-ludowi i wszedł w plamę słonecznego światła. Lackjaw obserwował, jak skrada się bezszelestnie do kufra - a przynajmniej tak bezszelest­nie, jak to możliwe, gdy ma się stawy skrzypiące niby okręt pod peł­nymi żaglami. Barbarzyńca raz czy dwa ukłuł kufer mieczem, jednak ostrożnie, jakby się bał, że wybuchnie.

- To zwykły kufer - zawołał krasnolud. - Co w nim takiego dziw­nego?

Cohen nie odpowiadał. Przykucnął z trudem i obejrzał zamek.

- Co jest w środku? - spytał Lackjaw.

- Wolałbyś nie wiedzieć - stwierdził Cohen. - Pomóż mi wstać.

- Ale ten kufer...

- Ten kufer... - Cohen zawahał się. - Ten kufer jest...

Niezdecydowanie zamachał rękami.

- Podłużny?

- Deliryczny - szepnął tajemniczo Cohen.

- Dełiryczny?

- Tak.


- Aha - mruknął krasnolud.

Przez chwilę przyglądali się kufrowi w milczeniu.

- Cohenie?

- Słucham?

- Co to znaczy deliryczny?

- Dełiryczny to... - Cohen urwał i zirytowany spojrzał w dół. - Daj mu kopniaka, to sam się przekonasz.

Okuty stałą krasnoludzki but Lackjawa huknął o boczną ściankę kufra. Cohen drgnął. Poza tym nic się nie stało.

- Rozumiem - stwierdził krasnolud. - Deliryczny znaczy drew­niany.

- Nie... On... On powinien jakoś zareagować.

- Rozumiem - powtórzył Lackjaw, choć wcale nie rozumiał i za­czynał żałować, że Cohen wyszedł na ten upał. - Powinien uciec, tak?

- Tak. Albo odgryźć ci nogę.

- Aha... - Krasnolud łagodnie ujął Cohena za rękę. - Popatrz, jak tu, w cieniu, jest przyjemnie. Może usiądziesz i odpoczniesz... Cohen odepchnął go.

- Patrzy na ścianę - stwierdził. - Dlatego nie zwraca na nas uwagi. Gapi się w ścianę.

- Tak, masz rację. Oczywiście, patrzy w ścianę tymi małymi ocz­kami...

- Nie bądź durniem, przecież on nie ma oczu!

- Przepraszam, przepraszam bardzo - zawołał pospiesznie Lac­kjaw. - Patrzy na ścianę bez oczu. Przepraszam.

- Myślę, że coś go martwi.

- Tak, to chyba to. Wolałby pewnie, żebyśmy już sobie poszli i zo­stawili go w spokoju.

- Wygląda na zdziwionego - dodał Cohen.

- Tak, rzeczywiście jest zdziwiony - przyznał krasnolud. Barbarzyńca przyjrzał mu się uważnie.

- Skąd ty to możesz wiedzieć? - warknął.

Lackjaw pomyślał, że zamienili się rolami i nie jest to uczciwa za­miana. Spoglądał to na Cohena, to na kufer, na przemian zamykając i otwierając usta.

- A ty skąd? - zapytał w końcu.

Ale Cohen i tak nie słuchał. Usiadł przed kufrem - zakładając, że strona z dziurką od klucza była przodem - i przyglądał mu się uważ­nie. Lackjaw się cofnął. To zabawne, stwierdził nagle jego umysł. Ta piekielna skrzynia na mnie patrzy.

- No, dobrze - odezwał się Cohen. - Wiem, że ty i ja nie zawsze się zgadzamy, ale obaj staramy się znaleźć coś, na czym nam zależy. Tak?

- Ja... - zaczął Lackjaw i uświadomił sobie, że wojownik przema­wia do kufra.

- Powiedz mi zatem, gdzie oni są.

Lackjaw patrzył ze zgrozą, jak Bagaż wysuwa swoje nóżki, rozpędza się i całą siłą uderza o ścianę. Dookoła poleciały okruchy cegieł i zaprawy.

Cohen zajrzał przez otwór. Po drugiej stronie był niewielki brudny składzik. Bagaż stał pośrodku i promieniował niebotycznym zdumieniem.

- Sklep - oznajmił Dwukwiat.

- Jest tu kto? - zapytała Bethan.

- Aaargh - dodał Rincewind.

- Powinniśmy chyba gdzieś go posadzić i przynieść wody — powie­dział Dwukwiat. - O ile ją tu znajdziemy.

- Jest wszystko inne - zauważyła Bethan.

Wszędzie stały półki, a na półkach leżało pełno wszystkiego. Przedmioty, które się nie mieściły, wisiały w pękach u ciemnego, mrocznego sufitu; pudła i worki zawalały podłogę.

Z zewnątrz nie dobiegały żadne dźwięki. Bethan obejrzała się i odkryła dlaczego.

- Nigdy nie widziałem tylu towarów - stwierdził Dwukwiat.

- Jednej rzeczy na pewno tu brakuje - oświadczyła stanowczo Bethan.

- Skąd wiesz?

- Wystarczy popatrzeć. Skończyły się wyjścia.

Dwukwiat odwrócił się. W miejscu, gdzie niedawno było okno i drzwi, teraz znajdowały się półki zapchane pakunkami. Wyglądały, jakby wisiały tam już od bardzo dawna.

Dwukwiat usadził Rincewinda na chwiejnym stołku obok lady i podejrzliwie zbadał półki. Stały tam pudełka gwoździ i szczotek do włosów. Leżały bloki wyblakłego ze starości mydła. Były piramidki słoiczków soli kąpielowych, do których ktoś przyczepił dość smutną i ironiczną notkę stwierdzającą, wbrew wszelkim faktom, że są Dosko­nałe na Prezent. Było też całkiem sporo kurzu.

Bethan sprawdzała półki po drugiej stronie. Nagle roześmiała się.

- Patrzcie tylko! - zawołała.

Dwukwiat popatrzył. Dziewczyna trzymała w ręku... to była mała chatka góralska, cała wysadzana muszelkami; na dachu (który otwie­rał się, oczywiście, żeby w domku można było chować papierosy, a przy tym grał prostą melodyjkę) ktoś wypalił napis „Szczególna Pa­miątka".

- Widziałeś kiedy coś podobnego? - zapytała. Dwukwiat pokręcił głową. Otworzył usta.

- Dobrze się czujesz? - zaniepokoiła się Bethan.

- To chyba najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem - szepnął.

W górze rozległo się donośne brzęczenie. Podnieśli głowy.

Duża czarna kula zjechała z ciemności pod sufitem. Na jej powierzchni zapalały się i gasły czerwone światełka. Zakręciła się i popatrzyła na nich dużym szklanym okiem. To oko było groźne. Zdawa­ło się dobitnie sugerować, że patrzy na coś obrzydliwego.

- Dzień dobry... - powiedział niepewnie Dwukwiat. Nad ladą pojawiła się twarz. Wyglądała na zagniewaną.

- Mam nadzieję, że zamierzaliście za to zapłacić - powiedziała twarz niegrzecznie. Z jej wyrazu można było wywnioskować, że oczekuje potwierdzenia, choć i tak nie uwierzy.

- Za to? - zdziwiła się Bethan. - Nie kupiłabym tego, choćbyś dorzucił czapkę rubinów i...

-Ja to kupię - przerwał jej Dwukwiat. - Ile? - Sięgnął do kieszeni i nagle zmartwiał. - Nie mam przy sobie pieniędzy. Są w moim Bagażu, ale...

Usłyszeli pogardliwe parsknięcie. Twarz zniknęła zza lady i pojawiła się znowu za gablotą ze szczoteczkami do zębów. Należała do bardzo małego człowieczka, niemal całkiem skrytego za zielonym fartuchem. Był wyraźnie zagniewany.

- Bez pieniędzy? Przychodzicie do mojego sklepu...

- To niechcący - zapewnił szybko Dwukwiat. - Nie zauważyliśmy, że tu jest.

- Bo go nie było - rzekła stanowczo Bethan. - To magiczny sklep, prawda?

Sprzedawca zawahał się.

- Tak - przyznał w końcu niechętnie. - Troszeczkę.

- Troszeczkę? - powtórzyła Bethan. - Troszeczkę magiczny?

- Może troszeczkę bardziej - ustąpił, cofając się o krok. - No dobrze - zgodził się wreszcie. Bethan patrzyła na niego groźnie. -Całkiem magiczny. Tych przeklętych drzwi najpierw nie było, a potem znowu zniknęły, tak?

- Tak. I nie podoba się nam ta rzecz pod sufitem.

Sprzedawca podniósł głowę i zmarszczył brwi. Zniknął za zasłoną z paciorków w niskim przejściu, na wpół ukrytym wśród towarów. Roz­legły się brzęki i warkot, a czarna kula zniknęła w mroku. Zastąpiły ją kolejno: pęk ziół, ruchoma reklama czegoś, o czym Dwukwiat nigdy nie słyszał, a co było najwyraźniej jakimś napojem dobrym do picia przed snem, zbroja i wypchany krokodyl z pyskiem wyrażającym cier­pienie i zaskoczenie.

Sprzedawca pojawił się znowu.

- Lepiej? - zapytał.

- Znaczna poprawa - zgodził się niezbyt pewnie Dwukwiat. - Najbardziej podobały mi się zioła.

W tym właśnie momencie Rincewind jęknął. Zaraz miał się obudzić.

Istnieją trzy teorie wyjaśniające fenomen wędrujących skle­pów, znanych powszechnie jako tabernae vagantes. Pierwsza postuluje, iż wiele tysięcy lat temu wyewoluowała gdzieś w multiversum rasa obdarzona jednym talentem: kupować ta­nio i sprzedawać drogo. W krótkim czasie władała potężnym galak­tycznym imperium, czy też Emporium, jak wolała je nazywać. Przed­stawiciele tej rasy znaleźli sposób, by same sklepy wyposażyć w unikal­ne jednostki napędowe, zdolne przebić mroczne mury kosmosu i otworzyć nowe rynki zbytu. I długo po śmierci cieplnej tego kon­kretnego wszechświata i unicestwieniu wszystkich planet Emporium, po ostatniej wyprzedaży, wędrujące sklepy wciąż prowadziły interes, przegryzając się przez karty czasoprzestrzeni niczym mól książkowy przez trzytomową powieść.

Druga teoria głosi, że sklepy te są dziełem sprzyjającego Losu i mają za zadanie dostarczać właściwych przedmiotów we właści­wej chwili.

Według trzeciej teorii sklepy te są metodą ominięcia rozmaitych zakazów handlu w niedziele.

Wszystkie trzy, choć tak różne, mają dwie wspólne cechy. Wyjaśniają obserwowane fakty i są całkowicie, absolutnie błędne.

Rincewind powoli otworzył oczy i przez chwilę leżał nieruchomo, zapatrzony w wypchanego gada. Nie jest to najprzyjemniejszy widok, kiedy człowiek nagle budzi się z koszmarnych snów.

Magia! Więc takie to uczucie! Nic dziwnego, że magowie nie przepadali za seksem.

Rincewind wiedział, na czym polegają orgazmy. W swoim czasie sam kilka przeżył, niekiedy nawet w towarzystwie. Żadne jednak z tych doznań nie mogło się równać z tym gorącym uczuciem, kiedy każdy nerw w jego ciele płonął błękitnobiałym ogniem, a pierwotna magia spływała z palców. To wypełniało człowieka... wtedy ślizgał się po wzbierającej, łamiącej się fali żywiołowej potęgi. Nic dziwnego, że magowie szukali mocy...

I tak dalej. Ale wszystko to robiło Zaklęcie, nie Rincewind. Naprawdę zaczynał go już nienawidzić. Był pewien, że gdyby nie wystraszyło wszystkich innych zaklęć, których usiłował się nauczyć, mógłby sam z siebie zostać całkiem przyzwoitym magiem.

Gdzieś w udręczonej duszy Rincewinda błysnął jadowitym kłem wąż buntu.

Dobrze, pomyślał. Przy pierwszej okazji wracasz do Octavo.

Usiadł.

- Gdzie ja jestem? - zapytał, chwytając się za głowę, by powstrzy­mać ją od eksplozji.



- W sklepie - odparł posępnie Dwukwiat.

- Mam nadzieję, że sprzedają tu noże... Bo mam ochotę odciąć sobie głowę.

Coś w twarzach pochylonej nad nim pary otrzeźwiło go natych­miast.

- To był żart - wyjaśnił. - W każdym razie w większej części. Dla­czego jesteśmy w sklepie?

- Nie możemy wyjść - oświadczyła Bethan.

- Drzwi zniknęły - dodał Dwukwiat. Rincewind wstał trochę niepewnie.

- Aha - mruknął. -Jeden z tych sklepów...

- Owszem - potwierdził kwaśnym tonem sprzedawca. - Tak, jest magiczny, tak, przemieszcza się, i nie, nie powiem wam dlaczego...

- Czy mógłbym dostać trochę wody? - poprosił Rincewind. Sprzedawca był oburzony.

- Najpierw nie mają pieniędzy, a teraz jeszcze chcą wody -burknął. - To już naprawdę...

Bethan prychnęła gniewnie i podeszła do małego człowieczka. Próbował się cofnąć, ale było już za późno.

Podniosła go za paski fartucha i spojrzała mu prosto w oczy. Choć miała podartą suknię i rozczochrane włosy, w tej chwili była symbolem każdej kobiety, która przyłapała mężczyznę, jak oszukuje na wadze życia.

- Czas to pieniądz - syknęła. - Daję ci trzydzieści sekund, żebyś mu przyniósł wody. Uważam, że to dobry interes. Nie sądzisz?

- Niesamowite - szepnął Dwukwiat. - Kiedy się rozzłości, jest naprawdę straszna.

- Owszem - mruknął bez entuzjazmu Rincewind.

- Dobrze, dobrze - zgodził się wyraźnie przestraszony sprzedawca.

- A potem możesz nas wypuścić - dodała Bethan.

- Bardzo chętnie. I tak jest zamknięte. Zrobiłem sobie krótki przystanek, żeby zorientować się w okolicy, a wy wpadliście do środka. Poczłapał za paciorkową zasłonę i wrócił z kubkiem wody.

- Specjalnie oczyszczona - rzekł, unikając wzroku Bethan.

Rincewind przyjrzał się cieczy. Prawdopodobnie była czysta, zanim wlano ją do kubka. Teraz płcie byłoby masowym mordem tysięcy niewinnych mikrobów.

Ostrożnie odstawił kubek.

- A teraz się porządnie wykąpię - oznajmiła Bethan i pomaszerowała za zasłonę.

Zniechęcony sprzedawca machnął ręką i spojrzał błagalnie na Rincewinda i Dwukwiata.

- Nie jest zła - zapewnił go turysta. - Ma wyjść za naszego przyjaciela.

- On o tym wie?

- Interesy nie idą najlepiej w kosmicznych sklepach? - spytał możliwie uprzejmie Rincewind. Człowieczek zadrżał.

- Nie uwierzysz - rzekł. - Wiecie, człowiek nie ma dużych wymagań. Sprzeda się coś tu czy tam... można żyć. Ale ci ludzie, których tu macie ostatnio, ci z gwiazdami wymalowanymi na gębach... Ledwie zdążę otworzyć sklep, a już mi grożą, że go spalą. Za bardzo magiczny, powiadają. Więc mówię: pewnie, że magiczny. Jakże inaczej?

- Czyli jest ich tu wielu? - zapytał Rincewind.

- Na całym Dysku, przyjacielu. I nie pytaj dlaczego.

- Wierzą, że gwiazda zderzy się z Dyskiem.

- A zderzy się?

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna