Blask fantastyczny



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona9/12
Data27.04.2016
Rozmiar1.02 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

- Wielu tak sądzi.

- To szkoda. Załatwiłem tu parę niezłych interesów. Za bardzo magiczny! A co złego jest w magii, chciałbym wiedzieć.

- Co zrobisz? - zaciekawił się Dwukwiat.

- Przeniosę się do innego wszechświata. Jest ich dosyć - wyjaśnił swobodnym tonem sprzedawca. - Ale dzięki, że mnie uprzedziliście o tej gwieździe. Może was gdzieś podrzucić?

Zaklęcie wymierzyło umysłowi Rincewinda solidnego kopniaka.

- No... nie -powiedział. - Chyba lepiej zostaniemy na miejscu. Żeby wszystko zobaczyć", rozumiesz...

- Czyli nie przejmujecie się tą gwiazdą?

- Gwiazda oznacza życie, nie śmierć - oznajmił Rincewind.

- Jak to możliwe?

- Jak co możliwe?

- Znowu to zrobiłeś! - Dwukwiat oskarżycielsko wyciągnął palec. - Mówisz różne rzeczy, a potem nic nie pamiętasz.

- Powiedziałem tylko, że chyba lepiej tu zostać.

- Powiedziałeś, że gwiazda oznacza życie, nie śmierć. A głos miałeś szeleszczący i głuchy. Prawda? - zwrócił się Dwukwiat do sprzedawcy.

- Prawda - potwierdził niski człowieczek. - I chyba trochę zezował.

- W takim razie to Zaklęcie - uznał Rincewind. - Próbuje nade mną zapanować. Wie, co ma się zdarzyć, i chce chyba wrócić do Ankh-Morpork. Ja też chcę - dodał stanowczo. - Możesz nas tam przenieść?

- Czy chodzi o to wielkie miasto nad Ankh? Brudne i cuchnące jak ściek?

- Ma długą i chwalebną historię - odparł sucho Rincewind, urażony w swej dumie obywatelskiej.

- Mnie opisywałeś je całkiem inaczej - przypomniał Dwukwiat. -Mówiłeś, że to jedyne miasto, które powstało już dekadenckie. Rincewind zakłopotał się nieco.

- Ale to mój dom, nie rozumiesz?

- Nie, właściwie nie - wyznał sprzedawca. - Moim zdaniem dom jest tam, gdzie powiesisz kapelusz.

- Nie, nie! - zawołał Dwukwiat, zawsze chętny do szerzenia wie­dzy. - Miejsce, gdzie wieszasz kapelusz, nazywa się wieszak. Dom to...

- Przygotuję wszystko do podróży - przerwał nerwowo sprzedaw­ca, gdyż właśnie wróciła Bethan. Wyminął ją z daleka.

Dwukwiat ruszył za nim.

Za zasłoną był pokój z niedużym łóżkiem, niezbyt czystym pie­cykiem i stolikiem na trzech nogach. Sprzedawca zrobił coś przy blacie, zabrzmiał odgłos jakby korka niechętnie wyskakującego z butelki i nagle pokój od ściany do ściany mieścił w sobie wszech­świat.

- Nie bój się - rzucił sprzedawca. Gwiazdy przelatywały obok nich.

- Nie boję się - odparł Dwukwiat. Oczy mu błyszczały.

- Aha - mruknął lekko zirytowany sprzedawca. - Zresztą, to tylko obraz generowany przez sklep. Nie jest prawdziwy.

- I możesz polecieć, gdzie zechcesz?

- Ależ nie! - Sprzedawca był zaszokowany. - Jest mnóstwo wbudo­wanych zabezpieczeń. Przecież nie warto podróżować tam, gdzie mają za niską nadwyżkę dochodu na głowę mieszkańca. I musi się znaleźć odpowiedni mur. O jest! To wasz wszechświat. Bardzo przy­tulny, muszę przyznać. Właściwie wszechświatek...

Oto wieczna noc kosmosu. Miriady gwiazd lśnią niby dia­mentowy pył, czy też - jak powiedzieliby niektórzy - niby ogromne kule wodoru, płonące w wielkiej odległości. No, ale wiadomo, są ludzie, którzy powiedzieliby wszystko.

Jakiś cień przesłania to odległe migotanie, cień czarniejszy niż sama przestrzeń.

Z tego miejsca wydaje się również o wiele większy, ponieważ prze­strzeń nie jest właściwie duża. Jest miejscem, gdzie można być dużym. Planety owszem, są duże, ale takie właśnie być powinny, a osiągnąć właściwy rozmiar to żadna sztuka.

Ale ten kształt, przesłaniający gwiazdy niczym odcisk stopy Boga, nie jest planetą. To żółw mający tysiące mil od pokrytego kraterami łba po pancerny ogon.

A Wielki A'Tuin jest ogromny.

Olbrzymie płetwy wznoszą się i opadają z godnością, skręcając przestrzeń w niezwykle wiry. Świat Dysku płynie po niebie niczym królewska barka. Lecz nawet Wielki A'Tuin męczy się, gdy opuszcza swobodne głębiny przestrzeni i walczy z prądami słonecznych mie­lizn. Magia słabnie na płyciznach światła. Jeszcze kilka dni w tych wa­runkach, a ciśnienie realności unicestwi Świat Dysku.

Wielki A'Tuin wie o tym, ale Wielki A'Tuin pamięta, że kiedyś już to robił - wiele tysięcy lat temu.

Oczy astrożółwia, lśniące czerwienią w blasku karłowatej gwiazdy, spoglądają nie na nią, ale na skrawek przestrzeni w pobliżu...

- No tak, ale gdzie właściwie jesteśmy? - zainteresował się

Dwukwiat.

Pochylony nad blatem sprzedawca tylko wzruszył ramionami.

- Nie sądzę, żebyśmy byli gdziekolwiek. Moim zdaniem to współstyczna bezprzestrzeń. Ale mogę się mylić. Na ogół sklep sam wie, co ma robić.

- To znaczy, że ty nie wiesz?

- Czasem słyszę coś tu czy tam. - Sprzedawca wysiąkał nos. -Bywa, że ląduję na świecie, gdzie rozumieją te sprawy. - Zwrócił na Dwukwiata swe małe smutne oczka. - Masz dobrą twarz, przybyszu. Dlatego ci powiem.

- Co mi powiesz?

- To ciężkie życie, tak pilnować sklepu. Nigdy spokoju, nigdy nie zamykać, wiecznie w podróży...

- Więc dlaczego nie przestaniesz?

- W tym rzecz, przybyszu... Nie mogę. Jestem zaklęty... właśnie w ten sposób. To straszne. - Wysiąkał nos po raz drugi.

- Zaklęty, żeby prowadzić sklep?

- Przez wieczność, przybyszu, całą wieczność. I nigdy nie zamykać! Przez setki lat! To przez tego czarodzieja, rozumiesz. Popełniłem straszliwy czyn.

- W sklepie? - zdziwił się Dwukwiat.

- Tak. Nie pamiętam już, czego chciał, ale kiedy o to poprosił, ja... ja tylko tak cmoknąłem... jakbym gwizdał, tylko na odwrót. - Zademonstrował.

Dwukwiat spoważniał. Jednak w głębi serca był dobrym człowie­kiem, zawsze gotowym wybaczyć.

- Rozumiem - stwierdził wolno. - Ale mimo to...

- To nie wszystko!

- Och.


- Powiedziałem mu, że nie ma na to popytu.

- Kiedy już cmoknąłeś?

- Tak. Prawdopodobnie jeszcze się uśmiechnąłem.

- Ojej... Nie nazwałeś go chyba „szefuniem"?

- Ja... to całkiem możliwe.

- Hm.


- Jest jeszcze coś.

- Nie!


- Tak. Powiedziałem, że mogę mu to zamówić ł żeby przyszedł jutro.

- To chyba nie takie złe - stwierdził Dwukwiat.

W całym multiversum Dwukwiat był jedynym człowiekiem, który pozwalał sklepom zamawiać dla siebie towary. Bez protestu płacił spo­re sumy, by wynagrodzić sprzedawcy kłopot związany z trzymaniem na składzie konkretnego artykułu czasem nawet przez kilka godzin.

- Następnego dnia zamykaliśmy wcześniej - wyznał sprzedawca.

- No tak...

- Tak. Słyszałem, jak szarpie za klamkę. Na drzwiach wisiała ta­bliczka, wiesz, z takim mniej więcej napisem: „Zamknięte, choćby nawet nekromanta chciał kupić papierosy". W każdym razie usłysza­łem go i zaśmiałem się.

- Zaśmiałeś?

- Właśnie. O tak: hnufhnufhnufblat.

- To chyba nie był najlepszy pomysł. - Dwukwiat pokręcił głową.

- Wiem, wiem. Mój ojciec zawsze mawiał: „Nie mieszaj się w spra­wy czarodziejów..." W każdym razie słyszałem, jak krzyczy, że nigdy już nie zamknę, a potem mnóstwo słów, których nie zrozumiałem. A wte­dy sklep... sklep... ożył..

- I od tego czasu ciągle wędrujesz?

- Tak. Myślę, że pewnego dnia spotkam czarodzieja i może będę miał na składzie to, czego szuka. Póki to nie nastąpi, muszę przelaty­wać z miejsca na miejsce...

- To straszne - westchnął Dwukwiat. Sprzedawca wytarł nos fartuchem.

- Dziękuję - szepnął.

- Ale mimo to nie powinien rzucać na ciebie takiej klątwy -dodał turysta.

- Aha. No tak. - Sprzedawca obciągnął fartuch i dzielnie spróbował wziąć się w garść. - Ale rozczulanie się nad sobą nie doprowadzi was do Ankh-Morpork, prawda?

- To zabawne - stwierdził Dwukwiat. - Ale swój Bagaż kupiłem w takim samym sklepie. Innym, oczywiście.

- Zgadza się, jest nas kilku. - Sprzedawca pochylił się nad stoli­kiem. - Ten czarodziej był chyba człowiekiem bardzo niecierpliwym.

- Bez końca wędrować po wszechświecie...

- W samej rzeczy. Chociaż nie należy zapominać, że oszczędza się na stawkach czynszowych.

- Stawkach czynszowych?

- Tak. To... - Sprzedawca zmarszczył czoło. - Nie pamiętam dokładnie, to już tak dawno. Stawki, stawki...

- Coś, o co się gra w karty?

- Tak, to chyba to.

- Zaczekaj... On się nad czymś zastanawia - rzekł Cohen. Lackjaw ze znużeniem podniósł głowę. Przyjemnie było tak sobie siedzieć w cieniu. Właśnie doszedł do wniosku, że próbując uciec z miasta szaleńców, zwrócił na siebie uwagę jednego wariata. Nie wiedział, czy pożyje dość długo, by tego żałować.

Miał szczerą nadzieję, że tak.

- O tak, wyraźnie się zastanawia - mruknął z goryczą. - Każdy by zauważył.

- Chyba ich znalazł.

- To dobrze.

- Łap się go.

- Oszalałeś?

- Zaufaj mi, znam ten kufer. Zresztą, wolisz zostać z tymi gwiaź­dzistymi? Oni chętnie z tobą porozmawiają.

Cohen czujnie zbliżył się do Bagażu i nagle wskoczył na niego i siadł okrakiem na wieku. Bagaż nie zareagował.

- Pospiesz się - zawołał Cohen. - On chyba zaraz ruszy. Lackjaw wzruszył ramionami i ostrożnie zajął miejsce za wojow­nikiem.

- Doprawdy? - spytał. - A w jaki sposób...

Ankh-Morpork!

Perła miast!

Naturalnie, to nieprecyzyjny opis - Ankh-Morpork nie jest okrągłe ani błyszczące. Jednak nawet najgorsi wrogowie przyznają, że jeśli już trzeba Ankh-Morpork z czymś porównać, może to być i kawałek śmiecia pokryty wydzieliną chorego mięczaka.

Istniały większe miasta. Istniały bogatsze miasta. Z całą pewnością istniały piękniejsze miasta. Jednak żadne z nich nie mogło dorównać Ankh-Morpork pod względem zapachu.

Pradawni, którzy wiedzą wszystko o wszystkich wszechświatach i którzy wąchali zapachy Kalkuty! Xrc-! i słynnego Marsportu, zgadzają się, że nawet te wspaniałe przykłady nosowej poezji są zaledwie limerykami wobec glorii zapachu Ankh-Morpork.

Można mówić o cebuli. Można wspomnieć o czosnku. Można da­wać przykład Francji. Proszę bardzo. Ale kto nie czuł zapachu Ankh-Morpork w upalny dzień, ten nie czuł niczego.

Obywatele są z niego dumni. W pogodne dni wystawiają krzesła przed domy i rozkoszują się nim. Wydymają policzki i klepią się w piersi, dyskutując o drobnych, acz wyraźnych jego niuansach. Postawili mu nawet pomnik, by upamiętnić czas, gdy żołnierze wrogiego państwa próbowali ciemną nocą przekraść się przez mury. Dotarli na blanki, gdy - ku ich przerażeniu - przestały działać filtry nosowe. Bogaci kupcy, którzy długie lata spędzają za granicą, sprowadzali stąd specjalnie korkowane i zapieczętowane butelki z powietrzem, wywo­łującym w oczach łzy wzruszenia.

Takie miało działanie.

Tylko jednym sposobem można opisać wrażenie, jakie zapach Ankh-Morpork wywierał na świeżo przybyłym nosie, mianowicie po­przez analogię.

Weźcie tartan. Posypcie go konfetti. I oświetlcie stroboskopową lampą.

A teraz weźcie kameleona.

Połóżcie kameleona na tartanie.

I przyjrzyjcie mu się uważnie.

Widzicie?

To tłumaczy dlaczego - kiedy sklep zmaterializował się w końcu w Ankh-Morpork - Rincewind usiadł sztywno.

- Jesteśmy - powiedział.

Bethan zbladła, a pozbawiony zmysłu powonienia Dwukwiat zapytał:

- Naprawdę? Skąd wiesz?

Było popołudnie. Po drodze kilka razy przebijali się do przestrze­ni rzeczywistej, pojawiając się w licznych murach rozmaitych miast Sprzedawca wyjaśnił, że to pole magiczne Dysku oddziaływuje na sklep i wszystko zakłóca.

Miasta te były opuszczone przez większość mieszkańców i pozo­stawione włóczącym się bandom ludzi obłąkanych na punkcie lewe­go ucha.

- Skąd oni się wzięli? — zastanawiał się Dwukwiat, kiedy uciekali przed kolejną grupą.

- W każdym normalnym człowieku tkwi szaleniec i próbuje wydo­stać się na zewnątrz - odparł sprzedawca. - Zawsze w to wierzyłem. Nikt szybciej nie wpada w obłęd niż osoba całkowicie normalna.

- Przecież to nie ma sensu - zauważyła Bethan. - A jeśli nawet ma, mnie się ten sens nie podoba.

Gwiazda była już większa od słońca. Dzisiaj ludzie mieli na próżno oczekiwać nocy. Po przeciwnej stronie horyzontu małe słońce Dysku starało się jak mogło, by zajść normalnie. Jednak zyskało zaledwie tyle, że miasto - nigdy nie oszałamiające urodą - przypominało teraz obraz fanatycznego artysty, który narkotyzował się pastą do butów.

Ale to był dom. Rincewind rozglądał się po pustej ulicy i był niemal szczęśliwy.

W głębi umysłu Zaklęcie wściekało się i złościło, ale nie zwracał na nie uwagi. Może to prawda, że magia słabła w miarę zbliżania się gwiazdy... A może Zaklęcie siedziało mu w głowie tak długo, że zdo­łał w sobie wytworzyć psychiczną odporność... W każdym razie stwier­dził, że potrafi mu się sprzeciwić.

- Jesteśmy w dokach - oznajmił. - Czujecie to morskie powietrze?

- O tak. - Bethan oparła się o ścianę. - Tak...

- To ozon - wyjaśnił Rincewind. - Atmosfera z charakterem.

Odetchnął głęboko.

Dwukwiat obejrzał się na sprzedawcę.

- Mam nadzieję, że znajdziesz swojego czarodzieja - powiedział.

- Przykro mi, że nic nie kupiliśmy, ale wszystkie pieniądze mam w Bagażu.

Sprzedawca wcisnął mu coś do ręki.

- Drobny prezencik - wyjaśnił. - Przyda ci się.

Wskoczył z powrotem do sklepu. Zadzwonił dzwonek, zabębniła głucho o drzwi tabliczka z napisem „Przyjdź jutro, a kupisz Pijawki Łyżkonośca, małe paskudy" i cały sklep wtopił się w cegły, jakby nigdy nie istniał. Dwukwiat ostrożnie dotknął muru, nie całkiem dowierzając własnym oczom.

- Co jest w tej torbie? - zapytał Rincewind.

Torba była z grubego szarego papieru i miała sznurkowe uchwyty.

-Jeśli wypuści nóżki, to nie mam ochoty się dowiadywać -oświadczyła Bethan.

Dwukwiat zajrzał do środka, po czym wydobył zawartość.

- To wszystko? - zdziwił się Rincewind. - Mały domek z muszel­kami?

- Bardzo pożyteczny - bronił się Dwukwiat. - Można w nim trzy­mać papierosy.

- A ich właśnie najbardziej potrzebujesz, tak?

- Wolałabym butelkę porządnego, mocnego olejku do opalania

- stwierdziła Bethan.

- Chodźmy - rzucił Rincewind i ruszył ulicą.

Poszli za nim.

Dwukwiatowi przyszło do głowy, że przydałoby się kilka stów pocieszenia... niedługa i taktowna przemowa, by odpędzić od Bethan złe myśli i trochę poprawić jej humor.

- Nie martw się - powiedział. — Zawsze istnieje szansa, że Cohen jeszcze żyje.

- Och, spodziewam się, że zyje - odparła. Stąpała po kamieniach bruku, jakby do każdego z nich miała osobiste pretensje. -W jego fachu człowiek nie dotrwałby osiemdziesięciu siedmiu lat, gdyby cią­gle gdzieś ginął. Ale tutaj go nie ma.

- Mojego Bagażu też nie ma. Oczywiście, to nie to samo.

- Myślisz, że gwiazda uderzy w Dysk?

- Nie - odparł stanowczo Dwukwiat.

- Dlaczego nie?

- Bo Rincewind tak nie uważa. Przyjrzała mu się zdumiona.

-Jak by ci to... - zaczął turysta. - Wiesz, co się robi z wodoro­stami?

Bethan, wychowana na Wirowych Równinach, znała morze tylko z opowiadań i dawno doszła do wniosku, że wcale jej się nie podoba. Spojrzała nie rozumiejąc.

- Zjada sie je?

- Nie. Wiesza się nad drzwiami, a one wskazują, czy będzie padał deszcz.

Kolejna rzecz, jakiej Bethan już się nauczyła, to że nie należy nawet próbować rozumieć, o czym właściwie mówi Dwukwiat. Można co najwyżej biec obok rozmowy w nadziei, że zdoła się wskoczyć, gdy zwolni na zakręcie.

- Rozumiem - powiedziała.

- Z Rincewindem jest podobnie.

- Jak z wodorostami.

- Tak. Gdyby istniał choćby najmniejszy powód do strachu, on byłby przestraszony. A nie jest. Ta gwiazda to chyba jedyne, co go nie przestraszyło. Jeśli on się nie martwi, to możesz mi wierzyć: nie ma się czym martwić.

- Nie będzie padać? - upewniła się Bethan.

- No nie... W znaczeniu metaforycznym, naturalnie.

Bethan wolała nie pytać, co oznacza „metaforyczne" - w obawie, że ma to jakiś związek z wodorostami. Rincewind obejrzał się.

- Chodźcie - rzucił. - To już niedaleko.

- Dokąd? - nie zrozumiał Dwukwiat.

- Do Niewidocznego Uniwersytetu, oczywiście.

- Czy to rozsądne?

- Prawdopodobnie nie, ale pójdę i tak... - Rincewind przerwał. Jego twarz stała się maską cierpienia. Przycisnął dłonie do uszu ijęknął.

- Zaklęcie sprawia kłopoty?

- Taaghh.

- Spróbuj coś nucić. Rincewind skrzywił się.

- Mam zamiar się go pozbyć - oznajmił chrapliwie. - Wróci do książki, gdzie jest jego miejsce. Chcę odzyskać własną głowę!

- Ale wtedy... - zaczął Dwukwiat.

Wszyscy usłyszeli dalekie śpiewy i tupanie nóg.

- Myślicie, że to ci z gwiazdami? - przestraszyła się Bethan.

Miała rację. Prowadzący marsz wyszli zza rogu o pięćdziesiąt sążni przed nimi. Podążali za wystrzępioną białą chorągwią z ośmiora-mienną gwiazdą.

- Nie tylko ludzie z gwiazdami - zauważył Dwukwiat. - Tam są ludzie w ogóle.

Tłum porwał ich. W jednej chwili stali na pustej ulicy, w następnej sunęli wraz z ludzką falą, która niosła ich przez miasto.

Światła pochodni migotały lekko w wilgotnych podziemiach Uniwersytetu. Przywódcy ośmiu Obrządków magicznych maszerowali gęsiego przez korytarze.

- Na dole przynajmniej jest chłodniej - zauważył jeden z nich.

- Ale nas nie powinno tu być.

Trymon, który prowadził grupę, szedł milcząc. Myślał za to bar­dzo intensywnie. Myślał o butelce oliwy u paska i ośmiu kluczach nie­sionych przez magów - kluczach do ośmiu zamków, przykuwających Octavo do pulpitu. Myślał, że ci starzy czarnoksiężnicy czują, że magia coraz bardziej wysycha, zajęci są własnymi problemami i w związku z tym może są mniej czujni niż być powinni. Myślał, że za kilka minut Octavo, największy depozyt magii na Dysku, trafi w jego własne ręce.

Mimo chłodu tuneli Trymon zaczął się pocić.

Dotarli do obitych ołowiem drzwi osadzonych w surowym kamieniu. Trymon wyjął ciężki klucz - solidny, uczciwy, żelazny klucz, niepodobny do tych powyginanych i niepokojących kluczy, które uwolnią Octavo. Wstrzyknął do zamka porcję oliwy, wsunął i przekręcił klucz. Zamek ustąpił z niechętnym zgrzytem.

- Czy podjęliśmy wspólną decyzję? - zapytał Trymon.

Odpowiedziały mu twierdzące pomrukiwania.

Pchnął drzwi.

Owionął ich ciepły podmuch dusznego, jakby oleistego powietrza. Usłyszeli wysokie, nieprzyjemne świergoty. Z każdego nosa, paznokcia i brody strzeliły oktarynowe iskierki.

Magowie pochylili głowy wobec szalejącej w komnacie burzy cha­otycznej magii. Weszli do wnętrza. Na wpół uformowane kształty chi­chotały i przemykały dookoła: to koszmarni mieszkańcy Piekielnych Wymiarów bezustannie obmacywali granicę między światami, tym, co uchodziło za palce tylko dlatego, że znajdowało się na końcach ramion. Szukali nie strzeżonego wejścia do kręgu ciepłego blasku, który uważali za wszechświat ładu i porządku.

Nawet w tym czasie, trudnym dla wszelkich magicznych zjawisk, nawet w komnacie zaprojektowanej tak, by tłumiła magiczne wibra­cje, Octavo wciąż trzeszczało od mocy.

Pochodnie nie były potrzebne. Octavo wypełniało komnatę przy­ćmionym, posępnym blaskiem, który nie był właściwie światłem, ale jego przeciwieństwem. To nie ciemność jest, jak niektórzy uważają, przeciwieństwem światła; ona jest tylko jego brakiem. Z księgi pro­mieniowało światło, co leży po drugiej stronie ciemności - blask fan­tastyczny.

Miał niezbyt ciekawą fioletową barwę.

Jak już wspomniano, Octavo było przykute do pulpitu rzeźbionego w kształt czegoś, co przypominało ptaka-trochę, gada-trochę i coś żywego - przerażająco. Para lśniących oczu obserwowała magów ze skrywaną nienawiścią.

- Jesteśmy bezpieczni, póki nie dotkniemy księgi - oznajmił Trymon. Wyjął zza pasa i rozwinął zwój pergaminu. - Podajcie mi pocho­dnię - rzucił. - I zgaś tego papierosa!

Czekał na wściekły wybuch urażonej dumy. Ten jednak nie nastą­pił. Upomniany mag drżącymi palcami wyjął z ust i rozdeptał na podłodze niedopałek.

Trymon tryumfował. I co? pomyślał. Robią, co im każę. Może tylko w tej chwili, ale to mi wystarczy.

Zerknął na niewyraźne pismo dawno nieżyjącego maga.

- Do rzeczy - mruknął. - Zobaczmy... „Aby poskromić go, Stwora owego, co jest strażnikiem..."

Przerażony tłum przelewał się w tę i z powrotem przez most łączący Morpork i Ankh. Rzeka w dole, mętna nawet w najbardziej sprzyjających warunkach, teraz była tylko wąską parującą strużką.

Most trochę mocniej niż powinien wibrował pod stopami. Dziw­ne zmarszczki przebiegały po powierzchni błotnistych resztek rzeki. Kilka dachówek zsunęło się z dachu pobliskiego domu.

- Co to było? - zapytał Dwukwiat.

Bethan obejrzała się i krzyknęła przeraźliwie.

To wschodziła gwiazda. Słońce Dysku umknęło w bezpieczne miejsce poza horyzontem, a wielka, obrzmiała kula gwiazdy wspinała się wolno na niebo, aż całym obwodem wypełzła kilka stopni powyżej krawędzi świata.

Wciągnęli Rincewinda do jakiejś bramy, ale tłum nie zwracał na nich uwagi. Ludzie biegli przed siebie, przerażeni jak lemingi.

- Gwiazda ma plamy - zauważył Dwukwiat.

- Nie -zaprzeczył Rincewind. - To są... rzeczy. Rzeczy krążące wokół niej, jak nasze słońce krąży wokół Dysku. A zbliżają się, ponieważ... ponieważ... - Urwał. - Prawie wiedziałem.

- Co wiedziałeś?

- Muszę się pozbyć tego Zaklęcia!

- Którędy do Uniwersytetu? - spytała Bethan.

- Tędy! - Rincewind wskazał ulicę.

- Musi być bardzo popularny. Tam właśnie wszyscy biegną.

- Ciekawe po co? - zastanowił się Dwukwiat.

- Nie sądzę, żeby chcieli się zapisać na studia wieczorowe -mruknął ponuro Rincewind.

Tymczasem Niewidoczny Uniwersytet był oblężony, a w każdym razie oblężone były te jego części, które sięgały w zwykłe, codzienne wymiary rzeczywistości. Ogólnie rzecz biorąc, tłumy u bram domagały się jednej z dwóch rzeczy: a) magowie powinni przestać marnować czas i pozbyć się gwiazdy albo - i to żądanie popierali ludzie z gwiazdami - b) powinni zaprzestać wszelkich czarów i po kolei popełnić samobójstwo, tym samym oczyszczając Dysk z klątwy magii i ratując go przed straszliwą groźbą z nieba.

Magowie wewnątrz murów nie mieli najmniejszego pojęcia, jak dokonać a), ani najmniejszej ochoty dokonać b). Wielu z nich decydowało się na c), czyli wyskakiwanie przez ukryte furtki i odbieganie na palcach jak najdalej, jeśli nie jak najszybciej.

Pozostałą do dyspozycji Uniwersytetu magię wykorzystywano dla zabezpieczenia bram. Magowie przekonywali się właśnie, że choć bramy zamykane czarami są niewątpliwie wspaniałe i robią należyte wrażenie, budowniczym powinno wpaść do głowy, żeby zamontować jakiś awaryjny system wspomagający... na przykład parę zwyczajnych, nie­ciekawych, ale solidnych żelaznych sztab.

Na placu przed bramą płonęły ogniska - głównie dla efektu, ponieważ żar gwiazdy przypiekał mocno.

- Ale ciągle widać gwiazdy - stwierdził Dwukwiat. - To znaczy inne gwiazdy. Te małe. Na czarnym niebie.

Rincewind nie zwracał na niego uwagi. Obserwował bramę. Gru­pa ludzi, i tych z gwiazdami, i zwykłych obywateli próbowała wyważyć jej skrzydła.

- To beznadziejne - uznała Bethan. - Nigdy się tam nie dostanie­my. Gdzie idziesz?

- Na spacer - odparł Rincewind i zdecydowanym krokiem skrę­cił w boczną ulicę.

Zobaczyli tu kilku indywidualnych uczestników zamieszek, za­jętych głównie oczyszczaniem sklepów. Rincewind nie zwracał na nich uwagi; podążał wzdłuż muru, aż dotarł do mrocznego zaułka, gdzie unosił się zwykły, stęchły zapach wszystkich zaułków we wszech­świecie.

Tu zaczął bardzo uważnie badać kamienie. Mur miał w tym miej­scu dwadzieścia stóp wysokości i zwieńczały go groźne metalowe kolce.

- Potrzebuję noża - oświadczył.

- Chcesz wyciąć sobie przejście? - zdziwiła się Bethan.

- Poszukajcie noża - polecił mag i zaczął opukiwać kamienie.

Dwukwiat i Bethan spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Po kilku minutach wrócili z całym zestawem noży. Turysta znalazł nawet miecz.

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna