„Boże, dlaczego z obojętnością na mnie spoglądasz? Cóżem ci uczynił, że plony moje jak zgniłe jadło przyjmujesz? pytał w myślach Kain, spoglądając z wrogością na Abla, brata rodzonego, pasącego swoje owce



Pobieranie 31.04 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar31.04 Kb.
„Boże, dlaczego z obojętnością na mnie spoglądasz? Cóżem ci uczynił, że plony moje jak zgniłe jadło przyjmujesz?” — pytał w myślach Kain, spoglądając z wrogością na Abla, brata rodzonego, pasącego swoje owce. „Owce, kozy, inne zwierzęta — tak, właśnie to jest najlepsze dla ciebie. Czym są płody rolne, które w nierównej walce zawsze przegrają z lepszą ofiarą — droższą wśród kupców zza morza i smaczniejszą podczas wieczorowych uczt, i piękniejszą od zszarzałej zieleni, gnijącej żółci; bez krwistego blasku, płynącego z martwiejących z wolna w milczeniu oczu, unoszącej się ku tobie, o Panie, w bólu, acz radości duszy, i opadającej niczym kołyszący wiatrem delikatny, tak miękki, tak swodobny, tak wolny liść…”.

Spoglądał na brata w milczeniu z wrogością kruka i na zwierzęta jego, pasące się na rozciągających się aż po górski pas polach. Zazdrościł mu miłości Boga, miłości Pana, która przy każdym oddechu uwypuklała swoją wrogość ku gospodarzowi. Nie wiadomo czemu sam Adam pałał większą ojcowską miłością do drugiego z braci, co zapewne od młodości przyczyniło się do gorszących odczuć względem nie tylko familii, ale i otaczającego świata. Nawet słońce, wschodzące po potwornej burzy, nie cieszyło Kaina, który z każdym następnym dniem pałał coraz to większą odrazą do Abla, nie uwydatniając swoich emocji, swoich myśli, swoich słów.


***
Stanął pomiędzy piaszczystymi wzgórzami rozciągającymi się na horyzoncie od samego wschodu aż po daleki zachód. Niebo okryte szarością bezdźwięcznie zmierzało z południa w stronę najwyższej z gór, opasanej ciernistymi drzewami pośród usychajacej trawy, gdzie siedzibę swoją miał Najwyższy z Kapłanów, znienawidzony przez A., Jahwe.

Na zboczach góry, gdzie drzewa zanikały wraz z unoszącą się, głęboką mgłą, rozciągały się dwie rzeki — szerokie, w swej wielkości połyskujące czernią sadzy — z których wydobywały się dźwięki obumierających serc, konających z bólu, wyjących niczym wilk z rozpaczy. Ujściami tymi — tuż obok góry, na którą nieliczni próbowali się wspiąć i upaść w śmiertelnej agonii — wędrowały opuszczone przez ciało dusze, które podczas ostatniego tchnienia przysięgły wierność i poddaństwo Bogu. Szły, jedna za drugą, wolnym, ociężałym krokiem przed siebie, bez wyraźnego celu, w cierpieniu, nie myśląc o przeszłości, o życiu, o matczynej Ziemi.

A. stanął, wpatrzony ze smutkiem w przerażający obraz Niebios, po czym ruszył w stronę ciernistej góry. Nie zwracał uwagi na otaczające go krzyki, jęki i płacz ludzki. Nie chciał tego widzieć. Z powodu samej miłości, jaką pałał do człowieka — najważniejszego ze zwierząt — sam fakt obumierającej jednostki był dla niego czymś potwornym, nie porównywalnym nawet do zniszczenia Ziemi.

Jadowite kolce ciernistych drzew i krzewów nie uśmiercały A., wręcz przeciwnie — dodawały mu odwagi i pewności siebie przed spotkaniem z Najwyższym, który swoją tyranią przyporządkował sobie stworzony przez siebie w sześć dni świat, bez głębokich uczuć, nadających sens żywotu. Nienawidził go, tak samo jak jego świata, w którym omamia człowieka, omamia wszystko, co żywe kłamstwem najsłodszym i zabija niczym bestia, nie zważając na uczucia tych biednych oddanych.

Stanął na wprost potężnych drzwi, które bezimiennie spoglądały nań złoconymi detalami. Otwarły się po chwili, zionąc przeszywającym chłodem wprost na ciało A. Ten, spoglądając jedynie z obojętnością na Jahwe, wszedł do jasnego, pysznego pomieszczenia, pełnego nimf i złota. Usiadłszy na jednym z foteli, z odrazą doglądał bluźnierczych poczynań samczego stworzenia. Nie dowierzał po raz kolejny w swoim istnieniu, że ktoś, z tak potężną władzą, ktoś, kto stworzył Ziemię i życie, ktoś, kto powinienem być odpowiedzialny, mądry i przede wszystkim godny — dokonuje gwałtu na swoim ciele, napawa nieczystością zgłodniałe aktu bestie, uśmierca ostatnie z ludzkich odruchów.

— Cóżeś uczynił z Kainem, Jahwe? — zapytał, przyglądając się jednemu z obrazów, który był malunkiem Raju, z piekną Ewą i równie przystojnym Adamem. — Dlaczego napełniasz go nienawiścią do własnego brata?.

— Nie rozumiem, o czym mówisz, A. — odparł z nonszalancją, całując delikatne ciało jednej z nimf.

— Mówię o Kainie, synu Adama, w którym rodzisz wrogość do Abla. Co tym razem knujesz?

— Nic nie knuję. Pokazuję ci, co sam zrobiłeś w Raju. Pamiętasz?

Nastała chwila martwego milczenia, w której słychać było jedynie delikatne szepty, dobywające się z kobiecych ciał, pozbawionych uczuć i godności. Drzwi zamknęły się z wolna, Jahwe wstał i podszedł do obrazu, który przykuł uwagę A.

— Wiem, że pamiętasz. Tak, właśnie z tej twojej śmiesznej i żałosnej miłości do człowieka dałeś mu to, czego nie chciałem. Teraz popatrz, co zrobiłeś!

— Doskonale wiesz, że nie było to moim celem.

— Taaak? To dlaczego dałeś to jabłko kobiecie? Widziałeś, że gniło, odkąd Ewa je zerwała?

— Twoje zabawy nie robią na mnie wrażenia, Boże. Co zrobiłeś z Kainem?

— Jakie znowu zabawy?! Głupcze! Chciałeś dać mu rozum i uczucia, by stał się doskonalszy? No to popatrz, jak dopełnia się twoja wiara w dobro.

— Dlaczego omamiasz go? Przecież wiesz, że sam zmuszasz go do tego, zupełnie ignorując jego zachowanie. To jest niedorzeczne, jak i cały ty…

— Ha! Uwielbiam cię, bękarcie, mimo tej twojej nienawiści. Gdyby nie ty, miałbym mniejszy ubaw.

— Zostaw Kaina w spokoju. Wiesz, że nie mam na to wpływu, ale gdybym tylko mógł……

— Cóż, niech się stanie wola twoja, o „panie”!

A. zamarł. Nie spodziewał się takich słów od najgorszego z wrogów, toteż z niedowierzaniem patrzył na jego diaboliczny, krętaczy uśmiech. Wiedział, że Jahwe coś knuje. Wiedział, że nie może mu ufać i niczemu innemu poza własnym rozumem i ideami.

— Co robisz, Boże?

— Ale cóż miałbym złego czynić? Pokazuję ci twoją ignorancję.

— Ignorancję? I to mówi to coś, co stworzyło świat dla własnej niegodziwej zabawy. Mówi to osoba, która w pełni władzy spogląda na Ziemię i śmieje się z wszelkiego zła, które się tam wyrządza. Po co? Czy dlatego, żeby w któryś z możliwych sposobów dowartościować się? Popatrz, te biedne kobiety były kochającymi matkami i córkami. A ty samolubnie zabrałeś je do siebie, do tego „nieba” i teraz gwałcisz na najgorsze ze sposobów, tylko dla własnej satysfakcji. Który z nas jest więc ignorantem?

— A., „mesjaszu”, zamilcz! Bowiem, jeżeli nie posłuchasz mojego słowa, staną się rzeczy tak straszne dla ciebie, że przez kolejną wieczność będziesz pałał nie tylko obrzydzeniem do mnie, lecz także do samego siebie — odparł Bóg, uniósłszy się z potężnego tronu.

Zmierzył wzrokiem stojące niepewnie nimfy, po czym wziął trzy pod ramię i wyszedł z bogato zdobionego pomieszczenia, pozostawiając A. samemu sobie.
***
— Kainie, podejdź do mnie i pomóż mi w przeliczaniu bydła! — zawołał Abel, przebijając się przez stado owiec hodowlanych.

Jako pasterz co dzień wstawał jeszcze przed świtem słońca do swoich zwierząt i z największą dobrocią i drobiazgowością sprawdzał zdrowie każdego — jego apetyt, przeróżne choroby, zmiany na ciele. Kochał swoją pracę, tak samo jak i Boga, któremu w podziękowaniach za każdy przeżyty radosny dzień ofiarowywał sztukę bydła z wykrojonym sercem, które na ołtarzu składał co siedem dni wraz z plonami Kaina. Ten, widząc, jak sam Pan pochyla się nad bratem, a z obojętnością przygląda się drugiemu, smucił się niebywale, acz mężnie znosił gorycz porażki.

Tak było do czasu, kiedy to jednego dnia emocje wzięły górę nad braterską miłością. Wówczas Kain zaprosił Abla na pole, na którym chciał pokazać swoje najświeższe plony, z których jak nigdy czuł się dumny. Był to już zmierzch, słońce z wolna kończyło obieg wokół horyzontu, a gwiazdy rozpościerały się po czarnym, bezchmurnym niebie, ukazując piękno dziewiczej, niebezpiecznej nocy. Gdy Kain szedł z wolna wraz z Ablem, mówił o rodzinie, o swoich marzeniach i przyszłości — o dzieciach, o wierze, o Bogu. O krainie, którą zamieszkiwali, o ludziach, których spotkali, o rzemiośle, handlu, wymianie. O wszystkim, o czym mógł rozmawiać brat z bratem, przyjaciel z przyjacielem, kochająca się rodzina.
***
A., gdy schodził z ciernistej góry, nie zwracając uwagi na jęki, płacz oraz lament obumierających dusz, rozmyślał nad tym, w jaki sposób uratować Abla i zmienić Kaina, aby nie dopuścił się zbrodni, która niebawem miała nastąpić. Rozumiał, dlaczego Jahwe czyni wszelkie zło, i choć nienawidził go z całego serca, nie potrafił znieść myśli, że stałby się taki jak on. Zniszczy go zatem najbrutalniejszymi z możliwych środków. W pewnym sensie kochał Boga tak samo jak i ludzie — mimo że był ponad nimi, był nadczłowiekiem, to i tak nie różnił się niczym od istot, które sam stworzył, czy to zielonych, zamieszkujących oceany i lądy, czy to robactwa, czy ludzkiego umysłu.

Bóg, zasiadłszy na tronie, po skonsumowanej uczcie kobiecych ciał, rozmyślał nad A., którego nie potrafił zrozumieć. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo kocha ludzi, dlaczego chce czynić dobro i nawet wtedy, gdy wszystkie ze stworzeń czynią zło, to on wybacza im, stara się naprawić wyrządzone krzywdy, przyjmując na własne barki odpowiedzialność za szkody czy to psychiczne, czy to fizyczne. W przeciwieństwie do A. Bóg chciał człowieka zniszczyć, lecz wiedział, że nie podoła.

Opowiem ci Gabrielu, o tym, dlaczego A., nie jest po naszej stronie — Jahwe zwrócił się do jednego ze swoich najwybitniejszych poddanych.

Demon ten, czarny niczym sadza, o krwisto czerwonych oczach, tygrysiej twarzy, pajęczych dłoniach i jaszczurzym ogonie z dumą i pysznością, gardzący wszystkim, co go otacza na wzór swojego Pana, zasiadł na niższym z tronów i z uwagą począł słuchać Boga, naśmiewając się z samego wymiawianego przez Jahwe imienia.



— Stworzyłem w sześć dni wszystko, co widzisz, począwszy od ciemności i Słońca, a skończywszy na życiu, które jest najlepszą z rozrywek. Wszyscy tutaj, w Niebiosach, drwimy z gorszej rasy, jaką jest człowiek. Jest niedoskonały w każdej z możliwych form. Jest brzydki, ponury umysłowo, śmieszny i żenujący. Nie rozumiem, dlaczego A. tak bardzo kocha człowieka i w ogóle każde żywe stworzenie. Wiesz dlaczego chcę, aby Kain zabił swojego brata? Ponieważ ten głupiec jeszcze nie dostrzegł tego, co uczynił, przez własną ślepą wiarę w idee, ktore nie mają prawa bytu. Pamiętasz zapewnie Ogród Eden, który stworzyłem? Miał być piękny, aby człowiek — głupi człowiek — kochał mnie jeszcze mocniej, niż na to zasługuję. Uwielbiam naśmiewać się z jego poddaństwa, bo nikt tak żałośnie jak on nie okazuje mi uczuć, nawet wy, aniołowie. Nie dałem człowiekowi rozumu ani uczuć zanim ten bękart nie wtargnął do ogrodu. Było naprawdę zabawnie, sam przyznasz. Postawiłem tam drzewo, którego ani Adam, ani Ewa nie mogli tknąć — żaden owoc nie mógł pozostać zerwany. Ależ był ubaw, gdy patrzyliśmy na te marionetki, które niczym robaki przemieszczały się z jednego miejsca na drugie bez celu, jedynie jedząc i wydalając, ze zgrozą omijając zwykłą roślinę! — demon zaśmiał się szyderczo i dalej nasłuchiwał, doglądając jednocześnie białego pierścienia, który w zamian za poddaństwo ofiarował mu Bóg. — A ten głupiec, w nienawiści do mnie, zakochany w stworzeniu, któremu nadałem życie, wtargnął na moją ziemię i skusił kobietę, aby zerwała owoc i podzieliła się nim z Adamem! Doskonale wiedział, co się z nimi stanie, gdy poczują ten smak. Mój błąd, że pozostawiłem ich bez dyscypliny, że pozwoliłem na tak bluźnierczy czyn! A teraz — chcę zemścić się na nim, pokażę mu, jak ślepa jest jego miłość w te żałosne stworzenia! — rzekł Jahwe, który śmiał się w przerażający, bestialski sposób i niemalże ksztusiłsię krwistym winem z pozłacanego pucharu. — Patrz, mój synu, jak coś, co jest przeciwko mnie, gnije we własnym świecie, zapomniane przez wszystko. A wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że człowiek nie wie o jego uczuciach i go nienawidzi! Hahaha!
***
A. przemierzając pustynną krainę, rozmyślał nad słowami Boga. Nie mógł nic zrobić, bowiem Jahwe zakazał mu ukazywania się pomiędzy ludźmi pod groźbą spalenia każdego, kogo wzrok dostrzeże przeciwnika Boga bez względu na formę, jaką przybierze. Mógł jedynie pozostać sam na pustyni i krążyć pomiędzy Niebem a Ziemią, i… czekać. Czekać na najgorsze, które powoli zacznie zabijać A.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna