Bogdan rudnicki, Marek Hłasko, piw warszawa 1983



Pobieranie 25.42 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar25.42 Kb.
BOGDAN RUDNICKI, Marek Hłasko, PIW Warszawa 1983.

Część I
O czym piszesz?

O Hłasce. O Marku Hłasce.

A któż to taki?

(Rozmowa z absolwentką filologii polskiej UJ z 1975 roku)
POCZĄTEK (s. 7–14)
Pamiętam swoją młodość i uczucie, które już nigdy nie wróci, uczucie, że będę trwał wiecznie, że przetrwam morze, ziemię i wszystkich ludzi: złudne uczucie, które wabi nas do wesela, do niebezpieczeństw, do miłości, do próżnych wysiłków – do śmierci.

(Joseph Conrad, Młodość)


Marek Hłasko. Urodzony 14 stycznia 1934 roku w Warszawie. Wzrost – 183 cm, włosy blond, oczy niebieskie. Na lewym przedramieniu tatuaż. Zawód...

„Szkoły nie ukończyłem, częściowo na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez nauczycieli”. Chodził do wielu szkół, „jadąc na wypracowaniach z polskiego"1. W 1950 roku – jako nie uczący się – musiał podjąć pracę. Tak zaczęła się seria kilkunastu zajęć, jakich podejmował się w różnych okresach życia, jakby przestrzegając rady udzielonej mu przez Newerlego, by „przed czterdziestką nie przechodził na zawodowstwo w pisaniu". Mając, jak twierdził, siedemnaście zawodów, najchętniej uznawał się za „mistrza kierownicy".

W 1954 roku debiutuje w „Sztandarze Młodych" – Bazą Sokołowską. Nienawidził później tego opowiadania. Odpychał je od siebie: „Przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją swoim nazwiskiem, nazwałem Baza i zaniosłem do Związku Literatów"2. Ale to oczywiście nieprawda. Powieść Rybakowa, wbrew tytułowi, rozgrywa się głównie za biurkiem i opowiadanie Hłaski nie ma z nią absolutnie nic wspólnego; ani fabularnie, ani pod żadnym innym względem. Co więcej – w przeciwieństwie do Kierowców – Baza nie jest, moim zdaniem, rzeczą zupełnie złą, i to bez stosowania taryfy ulgowej ze względu na wiek autora.

Baza Sokołowska to niewątpliwie utwór socrealistyczny. Chociaż to proste stwierdzenie nie tak wiele w tym wypadku załatwia, z tego właśnie powodu była atakowana po włączeniu do Pierwszego kroku w chmurach, kiedy to chwalono Hłaskę za „czerń", uznaną z kolei nieco później za główną wadę jego pisarstwa. Dla Sandauera, oceniającego rozwój Hłaski jako przejście schematyzmu w antyschematyzm (nowy rodzaj schematyzmu) – była tylko świadectwem ulegania każdorazowej modzie3.

W roku 1956 wyrazili się o niej pochlebnie nieliczni, między innymi Wilhelm Mach i Jan Błoński, który zwrócił uwagę na istotny szczegół: po tak dobrym debiucie mógł Hłasko stać się czołowym pisarzem „schem-puc-socrealizmu" — a przecież nie drukował4.

Dopiero w 1972 roku napisze Komar: „Hłasko był socrealistą! A kim miał być? Wielbicielem Bretona? Kolegą Joyce'a? Rósł w kraju wstrząsanym przez rewolucję społeczną. Był jej świadkiem. Musiał być uczestnikiem. Szukał racji własnego istnienia"5. To pierwsza sprawa – nawet nie zagłębiając się specjalnie w atmosferę epoki i pozaliterackie uwarunkowania, można założyć szczerość intencji młodocianego debiutanta.

Jest i sprawa druga. Jako pierwszy (i chyba jedyny w owym czasie) zauważył ją Andrzej Kijowski. Wydobywając na przykładzie „najwcześniejszego i najsłabszego utworu z tomu" (Pierwszego kroku w chmurach) – najważniejsze cechy pisarstwa Hłaski, po zanalizowaniu konkretnych przykładów konkluduje: „Jest namiętność, ambicja i pasja moralna, która rozwala formę produkcyjniaka i przekracza normy namiętności, ambicji i pasji moralnej przewidziane dla literatury. Przekracza je w tak wysokim stopniu, że staje się nową jakością. Samą sztuką"6.

Cytowany już Komar, prześledziwszy, jak wprowadzenie „języka ulicy" i konfrontacja z rzeczywistością rozsadzają schemat, stwierdzi: „Chęć rzetelnego potraktowania zasad socrealizmu prowadziła do ich całkowitej destrukcji". Ale wniosku tego nie da się wykorzystać jako klucza do wyjaśnienia charakteru dalszej twórczości Hłaski.

A prawdą jest i to, że w Bazie... schemat nie został przełamany, tylko „mówić można o schematyzmie udoskonalonym, uszlachetnionym, uprawdopodobnionym raczej, bo żywiącym się realiami"7.

To określenie wydaje się dość bezpieczne. Na czym jednak udoskonalenie polega? Ma przecież Baza Sokołowska kilka zupełnie fatalnych, rażących sztucznością momentów. Równocześnie można w niej odnaleźć wiele cech (lub ich zapowiedzi) „właściwego" Hłaski, także i tę, którą Błoński nazwał „absolutnym słuchem na współczesną rzeczywistość obyczajową".

Jednym z elementów podważających schemat jest faktycznie język używany przez postaci. Poprzez dialogi udało się Hłasce wyjść poza gazetowe sytuacje i dotknąć rzeczywistości, ożywić i zróżnicować bohaterów – mają oni swoje własne życie i swoje problemy, odległe od unifikującej ideologii. Nawet w takiej scenie, jak podejmowanie zobowiązań na cześć Kongresu, wypowiedzi uczestników zebrania są silnie zabarwione autentyczną emocją, a ukazywana przez nich rzeczywistość nie wygląda wcale różowo:



– Ja, towarzysze, też bym podjął jakie zobowiązanie – zaczął wyrzucać z siebie, wbijając wzrok w prezydium – ale jak? Mój wóz stoi już trzy tygodnie na warsztacie, na łożysko. Bo dlatego że nie ma w magazynie. Na głupie łożysko trzy tygodnie, towarzysze! – zaczął prawie krzyczeć. – Bo takie mamy zaopatrzenie, że ani cholery nie robi, a ja i pomocnik siedzimy na bazie jak wrzód na dupie..."8.

Z czego wypływa ta niekłamana emocja? Kijowski określił to jako ambicję wyrastającą ponad współzawodnictwo pracy. Powiem więcej – szczególnie w pierwszej części opowiadania jest to kult fachowości.

Rusteckiego ceni cała załoga – bo „ma globus". Sekretarz Szymaniak, „serce bazy", nie zdobyłby sobie tego autorytetu, jaki posiada, gdyby nie był znakomity w swoim zawodzie. Podobnie Stefan. Z kolei „stary Lasecki, co chciał syna na księdza" – nie jest „wrogiem", lecz znakomitym mechanikiem. To istotne – fachowość jest tu jednym z głównych elementów składających się na ocenę ludzi. Jest pasją – dzięki niej, a nie dzięki frazesom, ludzie „żyją bazą".

„Zresztą, kłócili się stale, o każdy szczególik. [...] Jak Rustecki mówił, że właśnie tu trzeba dać bolce wzmocnione o dwie dziesiąte milimetra, Gienek wybuchał szyderczym śmiechem, aż obwisły kałdun podskakiwał mu pod szyję.

– Dwie dychy! A po cholerę? Żeby tuleje rozlatać, co pan szef? – pukał znacząco w czoło. – Dychę się da i będzie gites.

G i t e s było to słowo magiczne, słowo oznaczające robotę tak dokładną i precyzyjną, że żadna maszyna ani żaden przyrząd nie były w stanie wykazać stopnia jej doskonałości". I dalej: „Jak Edzio zrobił wóz, «mucha nie siada». Albo Stasio elektryk: ten to był artysta"9. Dramat Kosewskiego przecież nie polega na tym, że jak mu to zarzuca później Kamiński, „dwadzieścia lat obnosi swoją twarzyczkę i jeszcze nie wie, jaki ma wyraz", ale głównie bierze się z tego, że Student nie jest „gites" w robocie. To dlatego „nawet starzy towarzysze partyjni byli zgorszeni", kiedy Szymaniak „wsadził studenta na nowego gzymsa" (samochód firmy GMC). Boją się, że „szczawik zarżnie wóz", i nie wierzą w „dryg" tego chłopaka, w to, że będzie wreszcie dobry w tym trudnym zawodzie. A „mało jest zawodów na świecie, które tak silnie wciągałyby człowieka i tak nierozerwalnie łączyły się z jego dniem i nocą, jak właśnie zawód kierowcy; a żadnego nie kocha się i nie nienawidzi tak jak tego"10.

Wierzy w Michała Szymaniak, w jego „żyłkę", wierzy, że to „będzie jeszcze taaaki chłopak", a „to taaaki ilustrowała zgięta w łokciu ręka" — odpowiednik słowa „gites". Zaraża tą wiarą innych. W ten sposób komunizm u Hłaski przestawał być odległą Ideą, hasłem, a stawał się wiarą w człowieka, codziennym gestem pomocy i przyjaźni, czymś zwykłym, a pięknym i koniecznym, sprawą walki „o własny odlew, by nie zostawić pustej formy".

Niestety, kolejne etapy kierowanej przez Szymaniaka i Stefana edukacji Studenta, jego zwycięstwa nad własną słabością i różnymi przeciwnościami – nie są przedstawione zbyt przekonująco. Raczej – w ogóle nie są przedstawione, lecz tylko opisane, skomentowane. Toteż trudno jest Hłasce w drugiej części opowiadania zrównoważyć jakoś, pokonać to nieco amerykańskie spojrzenie na człowieka. Chociaż próbuje na różne sposoby.

W szesnaście lat później, przedkładając amerykańską szkołę pilotażu nad europejską, napisze Hłasko: „Lubię to właśnie [zaufanie do maszyny – przyp. B.R.], chcę nareszcie ufać innym ludziom, że zbudowany przez nich przedmiot jest dobry i bezpieczny. Zbyt długo żyłem w kraju, w którym spuszczenie wody w klozecie mogło spowodować zwalenie się domu, naciśnięcie klamki spadek napięcia prądu w całym województwie..."11.

Poświęciłem sporo miejsca tej opowieści o ludziach nieużywających frazesów, a lubiących po prostu swoją ciężką pracę, może zbyt wiele, zważywszy jej nie najwyższą wartość artystyczną. Ale należy się jej miejsce szczególne nie tylko dlatego, że jest to pierwszy znany powszechnie tekst, jaki napisał Hłasko. Coś musiało być w gwałtownym stosunku Hłaski do tego opowiadania, o którym wspominał później stosunkowo często, nie chcąc nawet wymieniać jego tytułu. Może czuł, że skłamał wobec ludzi, z którymi pracował (o ich zmienionym stosunku do niego po opublikowaniu Bazy Sokołowskiej pisze Hłasko w Pięknych dwudziestoletnich), a co najważniejsze – wobec samego siebie. Może i to poczucie, że skłamał, zadecydowało o późniejszym przejściu na drugą stronę: o obsesyjnym wyszukiwaniu „czerni"?





11 M. Hłasko, Piękni dwudziestoletni, Paryż 1966, s. 8. Dane znajdujące się w Pięknych dwudziestoletnich tworzą „biografię literacką", a nie – autentyczną, w takim też sensie, z podwójnym cudzysłowem, należy je trakto­wać.

2 Tamże, s. 26.

3 Zob. A. Sandauer, O pewnej nagrodzie, „Polityka" 1958, nr 6.

4 Zob. J. Błoński, Przypadek Hłaski, „Przegląd Kultu­ralny" 1956, nr 44.

5 M. Komar, Hłasko, „Twórczość" 1972, nr 11.

6 A. Kijowski, Glos pokolenia, „Twórczość'' 1958, nr 7.

7 K. Zaleski, Inferno sentymentalne, „Teksty" 1974, nr 2.

8 M. Hłasko, Baza Sokołowska, w tomie Pierwszy krok w chmurach, Warszawa 1957, s. 79/80.

9 Tamże, s. 71.

10 M. Hłasko, Odlatujemy w niebo, tamże, s. 170.

11 M. Hłasko, List z Ameryki, „Kultura" (Paryż) 1967, nr 7–8.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna