Bohaterowie czekają



Pobieranie 34.9 Kb.
Data04.05.2016
Rozmiar34.9 Kb.
Bohaterowie czekają
Przekraczam rzekę Bug jako wolontariusz. Transport, w którym znajduję się razem z kilkoma osobami, jedzie do Polaków, którzy po wojnie zostali na Kresach. Na „pace” i wolnych siedzeniach leżą spakowane kartony z żywnością długoterminową. Plus kartka z życzeniami w każdym. Wszystko to w ramach akcji świątecznej, która stanowi bardziej akt pamięci o rodakach na Wschodzie niż pomoc właściwą, choć tej nigdy za wiele. Na koniec roku 2012 polskich kombatantów na Białorusi jest około stu. Paczek dwa razy tyle.

Co wiadomo o współczesnej Białorusi? Że dyktatura, zacofanie, bieda, bastion komunizmu, uciążliwe wizy. Że nie można tam wjechać spontanicznie – zawsze w charakterze: turystycznie, na zaproszenie. Albo – albo. Ponadto każda wiza kosztuje, co skutecznie zniechęca do tańszych zakupów za Bugiem.

Ruszamy dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Białoruś to, nie przymierzając, najbardziej anonimowy z sąsiadów Polski. Obwodu Kaliningradzkiego nie wliczam, bo ten zawiera się w pojęciu „Rosja”. Mam trzy dni, aby spróbować zweryfikować fakty i uporządkować doniesienia. I trzy na zmierzenie się z Kresami, więc podróżuję wyjątkowo uważnie, prawie bez snu tak, by nic nie stracić z pierwszego wrażenia, które jest najbardziej trwałe.
Sztuka przekraczania granic

Brześć od Wrocławia dzieli, zaokrąglając, sześćset kilometrów. Dziesięć godzin jazdy. Jeśli przejeżdżać przez Warszawę nocą, jak my, to godzina, dwie do przodu. Tuż za granicą mamy pierwszy umówiony nocleg, ale najpierw trzeba pokonać granicę. Ostatni raz czekałem na odprawie paszportowej w ruchu lądowym przed Mamonowem, jadąc do Kaliningradu. Potem było już Schengen i bezrefleksyjne mijanie granic-widm z Czechami i Niemcami. Daleko po północy mijamy Terespol. Noc rozświetla wiata z pawilonem, gdzie ustawia się pierwszy sznurek samochodów. Przy wyjeździe nie było śladu śniegu, temperatura oscylowała wokół zera. Na granicy mróz znacznie większy i skrzypiący puch pod nogami. Czekamy. Druga kolejka formuje się na samym moście granicznym. Celnik, tym razem białoruski, urzęduje w kwadratowym kiosku razem z celniczką. Ona siedzi w środku i sprawdza podawane przez mężczyznę dokumenty. To jednak tylko wstępna weryfikacja paszportów i kontrola wiz. Strażnik na wszelki wypadek dopytuje, czy wizy są ważne. Sprawia wrażenie odpornego na każdy chłód. Dostajemy bloczki do wypełnienia. Imię, nazwisko itd. Do wyboru w języku rosyjskim lub angielskim.

Noc mija na czekaniu i zwiększaniu napięcia. Jeszcze nie wiem, co przed nami, ale spodziewam się wszystkiego, a najmniej chyba snu. Ustawiamy się w trzeciej kolejce na kilka rzędów. Przez dwie godziny nie dzieje się nic. Eugeniusz zmienia płytę i reguluje głośność, żeby nie zasnąć. Gdyby jeszcze było cieplej, kręciłbym się wokół samochodu, bo i tak nie było dokąd pójść. Taka pułapka przejść granicznych zimą – nie ma się jak wycofać, nie ma po co gasić silnika, bo może za chwilę ruszymy. Ale nie ruszamy, a ciepły nawiew już nie starcza do ogrzania.

Po drugiej stronie granicy czeka prezes Środowiska Armii Krajowej (okręg poleski), pan Antoni. Bez przewodnika trudno byłoby o rozeznanie w terenie. Polacy bowiem mieszkają wszędzie i nigdzie, a ponadto wejście ze „swoim” zrzuca z nas jakiekolwiek podejrzenie. Pod wskazanym adresem mamy być około południa, ale czas nagle przyspiesza. Białoruś nie zdecydowała się przejść na czas letni, więc z siódmej robi się dziewiąta, a wciąż nie wiadomo, kiedy kawalkada drgnie i czy przekroczymy granicę. W ogóle nic nie wiadomo. Zaczyna śnieżyć. Wciąż jest ciemno.

Młode, powabne i umundurowane kobiety w futrzanych czapach nie okazują żadnych emocji. Mogłyby wybuchnąć śmiechem, jak i sięgnąć po broń. Wszystko jedno. Chudy pogranicznik nareszcie daje znak do podjazdu. Zaczyna się najatrakcyjniejsza część ceremonii, czyli wymiana podejrzliwych spojrzeń przy jeszcze jednej kontroli paszportów, wiz, ubezpieczeń, prawa jazdy, karty pojazdu i czego tylko zażyczy sobie służba celna. Nadchodzi moment, w którym zjawiają się dziwne myśli na temat zawartości własnego bagażu. To tylko domysły, ale biurokracja jest już prawdziwa.

Dla Eugeniusza jest to już kolejna z rzędu wyprawa kresowa. Gdybym zjawił się tu w pojedynkę, straciłbym dużo czasu na dopełnieniu formalności. Zaczyna się bieganina między przeszklonymi kontenerami. W każdym z nich znajduje się inny urzędnik, który potrzebuje innego zaświadczenia, pieczątka, podpis, dowód wpłaty, proszę bardzo. Eugeniusz gania razem z pozostałymi kierowcami. Brakuje jeszcze zaświadczenia o wwozie pojazdu na teren kraju, , sprawdzania wcześniej wypełnionych druczków. Oprócz tego wymiana waluty i uiszczenie opłaty w osobnym okienku za podatek, którego nazwa zmienia się z częstotliwością pór roku. Celniczka po raz ostatni łypie na wszystkich okiem, jak gdyby czekała na fałszywą reakcję kogoś z nas.

Dochodzi jedenasta, gdy wjeżdżamy na arterię prowadzącą prosto do Brześcia nad Bugiem.

Tak wygląda ten (k)raj

Ponieważ nie śpię już od rana poprzedniego dnia, pierwsze wrażenia z Kresów ocierają się o sen. Oto cofnąłem się o dwadzieścia lat, choć na przedmieściach Brześcia jeszcze nie sposób wydzielić zbyt wielu szczegółów. Od razu znajdujemy się na szerokiej arterii, nad którą zwisa rozciągnięte na linach państwowe godło, czyli wschodzące słońce między kłosami zbóż z czerwoną gwiazdą u szczytu. Przygraniczny korek rozpływa się w białym krajobrazie. Pojazdy rozjeżdżają się we wszystkie strony, a przed nami tylko pługopiaskarka. Na rogatkach rozległa, niepokojąca przestrzeń.

- Kiedy jem, głuchniem – odzywa się pan Antoni, poganiając nas przy stole. Długa odprawa, do tego obowiązujący na miejscu czas moskiewski powodują, że jesteśmy spóźnieni. Ale sało (słonina z boczkiem), ciemne pieczywo i herbata na rozgrzanie smakują doskonale. Zwłaszcza po zarwanej nocy. Nie ma czasu na pogawędkę. Wsiadamy do zimnego transita i ruszamy w trasę, by zdążyć rozwieźć paczki przed zmrokiem.

Brześć zza szyby busa wygląda jak rosyjskie miasto z moich wyobrażeń. Topornie i pod wiatr. W oczy rzucają się błękitne pomniki na cmentarzu, kawiarnia Planet Rock (taka wschodnia wersja Rock Cafe). Chyba nic już nie wskazuje na przedwojenną polskość miasta. Nie znam rosyjskiego, więc napisy w cyrylicy dodatkowo kodują rzeczywistość. Zanim uda mi się odczytać jakieś słowo z neonu, zapala się zielone światło i jedziemy dalej. Trzeba wiedzieć, że rosyjski jest oficjalnym językiem na Białorusi.

- A białoruski? – dopytuję.

- No jest. Ale nikt nie używa – potwierdza pan Antoni.

Z tutejszym komunizmem jest również nieco inaczej niż w Polsce trzy dekady temu. Na półkach są towary, ale ludziom brakuje pieniędzy. To znaczy, mają ich coraz więcej, choć tak naprawdę coraz mniej. Inflacja sprawia, że wczorajszy banknot jest dziś wart mniej, a jutro stanie się zadrukowanym kawałkiem papieru. Efekt? Chleb – sześć tysięcy rubli. Wódka – czterdzieści. Jeden złoty za około cztery i pół tysiąca białoruskich rubli – waluty niewymienialnej w polskich kantorach. Zatem nadal taniej niż nad Wisłą, choć ceny są relatywne. Osobny rozdział stanowi paliwo, które wbrew spekulacjom i światowym kursom jest o połowę tańsze od sprzedawanego w Polsce. Paliwo jest szczególnym dobrem narodowym. Wie o tym każdy białoruski kierowca, któremu wolno przekroczyć granicę UE raz na osiem dni własnym samochodem.
Na bezkresach

Dzień jest napięty. Pan Antoni pilotuje, a ja siadam na tyłach. Za dwa dni kończy się termin wizy. Moglibyśmy oczywiście zostać dłużej, choćby ze względu na załamanie pogody, ale taki fakt trzeba, a raczej warto zgłosić na komisariacie milicji, jeśli chce się przyjechać tu ponownie bez przeszkód. Zasłyszana statystyka mówi: na jednego białoruskiego milicjanta przypada trzynastu obywateli.

U niektórych kombatantów zostajemy dłużej na krótki posiłek. Mimo widocznej gołym okiem biedy, traktują oni gości, a zwłaszcza rodaków, bardzo honorowo. Co to znaczy bieda? Niska chatka ze skrzypiącą podłogą, przykrytą w większości przypadków gumolitem. Tam, gdzie mamy umówione spotkanie, jest ciepło od właśnie nagrzanego pieca, ale już przy niezapowiedzianych wizytach nie czuję większej różnicy między temperaturą w środku i na zewnątrz.

Najpierw okolice, a popołudniu Brześć – brzmi plan. Czterdzieści kilometrów w stronę Mińska, po Kobryniem, mieszka pani Jadwiga z oddziału „Jura”. Rocznik 1920. Mówi przytłumionym głosem, ale nie kryje wzruszenia. Dom staruszki stoi na uboczu w samym środku zimy, otoczony martwym sadem, którego wspomnieniem jest ugotowany kompot z owocowego suszu. Już od ulicy wita nas jej syn. Zaciąga po rosyjsku. Żona czeka z obiadem, a pani Jadwiga nie kryje wzruszenia i tylko wzdycha:

- Życie jak życie, dożywać najgorzej.

Już od deseru zaczyna wspomnienie o pomordowanych ojcu i bracie, o donosach wiejskiej biedoty i czekaniu na czerwonych. Włączam dyktafon, robię zdjęcia, żeby zachować jak najwięcej szczegółów. Za rok adres pani Jadwigi może okazać się już nieaktualny.

W miejscowości Żabinka znajduje się cmentarz. Nas ciekawi niewielki skwer pod betonowym płotem nekropolii. Eugeniusz z Iloną odgarniają śnieg z tablicy upamiętniającej dziewięciu pomordowanych Polaków z oddziału Watra pod dowództwem por. Wojciecha Zbiluta pseud. „Jura”. Skwer jest zarazem skrzyżowaniem kilku wyznań, bo obok tablicy z krzyżem, znajduje się monument bolszewicki i żydowski. Na granicie widnieje informacja: polegli w walce z Niemcami 27.10.1943. Próżno szukać odniesień do walk z Rosjanami. Pewnie to efekt żywej wciąż propagandy posowieckiej, ale nie wchodzę w detale. Bohaterowie czekają.

Peliszcze to wieś wdów i wdowców. Młodzi wyjechali do miasta za pracą, nie wyobrażając sobie kariery w kołchozach, gdzie kwota wynagrodzenia w żaden sposób nie uwzględnia postępującej inflacji. Podobnie jak z emeryturami Kresowian. Przez wieś biegnie biała, jednolita droga. Prawie żadnego ruchu. Samochody przewalają się na granicy zakopania i tylko w najwyższej konieczności. Docieramy do pani Sabiny, która czeka już z panem Wacławem.

Pan Wacław mieszka na drugim końcu wsi. Dzieci wyjechały, żona zmarła. Krząta się sam między czterema pokojami. W każdym dywany na podłodze i na ścianach. Ciężko i przytulnie zarazem.. Te więzi w Peliszczach między Polakami są szczególne. Inaczej człowiek by zwariował w pustym domu i w dodatku zimą. To ostatni adres po kilkunastu tego dnia. Idzie noc.

Wszyscy traktują nas jak swoich. Na Zachodzie przecież Polak Polakowi wilkiem. Kresy są inne. Gdybyśmy tylko trzymali się tak na emigracji zarobkowej, już dawno, choćby w Niemczech, istniałaby oficjalna mniejszość narodowa porównywana rozmiarami i statusem do tureckiej. Tymczasem kombatanci na Białorusi nie są uznawani przez władzę, nie mają żadnych przywilejów i wsparcia. Są, jeśli nie bandytami, to na pewno podejrzanymi. Tak na wszelki wypadek. Zgoła lepsza sytuacja panuje na Litwie czy Ukrainie.

Z czego żyją? Wszyscy są pod opieką Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Otrzymują stosowne uprawnienia, odznaczenia i stopnie wojskowe, a także, raz na kwartał, dodatki pieniężne, które wspomagają ich i tak niskie emerytury. Te stanowią nieraz jedyne źródło finansowania miejsc pamięci czy organizacji stowarzyszenia, w którym są zrzeszeni.
Iwieniecka droga ziemia

Jest już drugi dzień. Białoruś wciąż dziwna i jeszcze bielsza od śniegu niż wczoraj. Ruszamy w głąb Polesia już bez pana Antoniego. Jest jeszcze ciemno i Brześć śpi. Na drodze wylotowej w kierunku Mińska, która jest fragmentem połączenia Berlina i Moskwy, obrazek wyjątkowej pustki. Przed reflektorami transita widać płynący jezdnią śnieg, nawiewany wciąż z pobocza. Dziwna to autostrada – bez ogrodzenia, za to z licznymi przejściami dla pieszych. Jest też, co ciekawe, bramka opłat. Można płacić w trzech walutach. Jest specjalna bramka dla obcokrajowców. Tuż za Brześciem grupują się zastępy pługopiaskarek, ale i tak nie są w stanie opanować śnieżnego żywiołu.

Na miejsce docieramy około południa. Iwieniec leży tuż pod granicą II Rzeczypospolitej. Małe, pięciotysięczne miasteczko z czterema świątyniami: tzw. kościół biały, który jest zakonem franciszkanów (jeszcze kilkanaście lat temu klasztor pełnił funkcję magazynu na żywność), kościół czerwony na górce (rzymskokatolicki), nowo wybudowana cerkiew i synagoga zamieniona na dyskotekę.

Oczekuje nas prezes Związku Polaków na Białorusi, pani Teresa, u której także spędzamy noc. Pytam o Dom Polski w samym centrum Iwieńca. Instytucja jest kością niezgody pomiędzy dwoma Związkami Polaków na Białorusi. Pierwszy z nich jest oficjalnym i pozostaje pod kontrolą KGB. Ten drugi, prawdziwy, funkcjonuje właściwie poza obiegiem. Była nawet proces sądowy, w wyniku którego państwo przejęło obiekt. Wkrótce po tym Dom wydzierżawiono handlowcom. Wtedy odezwał się polski charakter, czyli jak nie drzwiami, to oknem. Do Związku pod wodzą pani Teresy w liczbie zapisało się pięćdziesiąt dotąd niezrzeszonych osób.

Polacy rozsiani są po całej miejscowości. Do niektórych z nich wiedzie wąska droga, której pług nie zdoła odśnieżyć. Pługiem tym jest specjalnie dostosowana do zimy koparka. Iwieniec położony jest na lekkich wzniesieniach. Przed wojną ze względu na bliskość Rosji stacjonował tu oddział straży pogranicza i jednostka wojskowa. Po polskich śladach ocalał właściwie tylko biały kościół i potomkowie rodzimych Polaków. Chodzimy z paczkami niemal od domu do domu. Od domu drewnianego do domu w białej cegle. Tych domów nie ociepla się styropianem. Zacina śnieg, a ostry wiatr przewiewa każdą warstwę ubrania. Jest zimno, ale za każdy uśmiech i łzy obdarowanego wynagradzają niesprzyjające okoliczności pogody.

Zmieniam się z Eugeniuszem, bo nie sposób utrzymać w zmarzniętych dłoniach kilku paczek pod rząd. Pani Teresa przeciera szlak. Niektóre wejścia są zasypane, niektóre domy pozbawione lokatorów. Wszędzie tam, gdzie się zjawiamy, na twarzach gospodarzy pojawia się zaskoczenie przemieszane z zakłopotaniem. Nie palą w piecach. Może przyzwyczaili się do chłodu. Więcej jest kobiet niż mężczyzn. I te kobiety z czasem mieszają się, jak wszystkie podobne do siebie domy stają się wspólnym obrazem domu starej Kresowianki.

Najczęściej zachodzę do kuchni, nie dalej. Chyba, że właściciel poprosi na pokoje, ale ledwie zdążę zamienić słowo, już trzeba wychodzić. Dyktafon od dłuższego czasu pozostaje w kieszeni. Bardziej przydałby się kamera do uchwycenia ludzi siedzących przy stole, zastanych jak na malowidle, pozujących. Gdyby móc porozmawiać ze wszystkimi odwiedzanymi, nie starczyłoby tygodnia. Gościna nie zna granic.

W następnym domu czuć wilgocią. W przedsionku jak w chłodni leżą kawałki zmarzniętego mięsa. Okna są stare, odrapane i nieszczelne. Zimą przynajmniej nic się nie zepsuje.

- Czym ja was obdzielę za to wszystko? - pyta zapłakana staruszka.

Inni częstują czajem (herbatą), ale odmawiamy, więc próbują chociaż zagadać przy drzwiach:

- Skąd z Polszy?

- Z Wrocławia.

- Aaa... Wrocław. Ja mam ciocię pod Jelenią Górą.

Te nieumówione wizyty są bardzo szczere i pokazują coś więcej. Widać, w jakich warunkach naprawdę mieszkają ludzie. Rzeczywistość bije (i to niestety dosłownie) po oczach.

Przy jednej z ulic szukamy danego numeru. Nawiane zaspy utrudniają przejście do furtki. Okna wygaszone, Pani Teresa puka kilka razy. Szkoda byłoby nie doręczyć paczki. Jeśli kogoś rzeczywiście nie ma, lepiej zostawić na ganku. W środku paczki znajdują się i tak produkty suche, może tylko poza olejem. A tak: kasza, makaron, czekolada, owoce w puszce, kakao, kawa, herbata itp. I jeszcze rzecz najważniejsza – kartka z życzeniami od darczyńców. Chociaż jedna czy dwie paczki nie rozwiążą problemu biedy, to przynajmniej nie pozwolą zapomnieć tym ludziom, że ktoś jeszcze o nich pamięta.

W końcu po drugiej stronie okna widać poruszenie firanki. Pani Teresa odzywa się jako pierwsza, aby ośmielić gospodarza. Wychodzi zaspana kobieta, a jest już po zmroku, choć niezbyt późno, a ja zastanawiam się kto i po jakim czasie w ogóle domyśliłby się, gdyby ta zgarbiona Polka umarła.

Uprzejma staruszka wciąga mnie w rozmowę po rosyjsku. Kiedy znów nie odpowiadam, przechodzi na polski z obcym akcentem:

- Skąd Ty?

- Z Wrocławia. Wrocław.

- A, z Polszy? I rozumiesz ten język?

- Trochę.

- O, mój synki mój, milinki mój – obejmuje mnie z radości – Ja z Palaczki ja pry Piłsudzkim pięć lat uczyła się w szkołu, chodziła, żeby nie ta Polska... eta moja rodzina, eta mój kraj. A tam w Polszu pięć moich rodzin, krewnych, do każdych ja listy piszu. Ty jesteś jeszcze nieżonaty?

- Jeszcze nie.

- Daj Boże, milinki, ażeby Tobie Bóg błogosławił, jak najlepszej żony życzę i doczekać do mojego roku, ile ja żyję, żebyś Ty przeżył.

Różny jest poziom znajomości języka polskiego. Jedni dość łatwo poddają się rusyfikacji, u innych, co ciekawe w odległym Iwieńcu, słychać płynną mowę ojczystą bez akcentu i naleciałości, jak gdyby to była wciąż Polska, żadne Kresy, a co dopiero Białoruś.

W drodze powrotnej jeszcze Lida. Czekamy w busie na młodych Polaków. Eugeniusz zasypia na parkingu i nagle zrywa się poruszony:

- Co jest?

- Śniło mi się, że zasnąłem za kierownicą.

Z powodu zimna wstępujemy do jednego z lokali w centrum. Zamawiam białoruskie piwo.

- Nie ma – wyjaśnia kelner.

- A jakie jest?

- Czeskie.

Ciągle tak mało wiem o zastanej rzeczywistości. Od dwóch dni próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o powód nieużywania języka białoruskiego. A teraz jeszcze to piwo. Dopytuję tutejszych Polaków o język:

- Białoruski używany jest przez opozycję, wśród inteligencji, poza tym nie istnieje. Wszyscy mówią po rosyjsku. Polacy między sobą po polsku – mówi Mikołaj.

Ilu Polaków mieszka w Lidzie? W samej Lidzie jest ich około pięćdziesiąt procent, czyli jakieś czterdzieści tysięcy. Spora grupa. Jakakolwiek forma integracji i zawiązywania kontaktów, szczególnie wśród młodych, są niemile widziane przez tajne służby. Mikołaj jednak nie obawia się sankcji. Jest w tej lepszej sytuacji, że może wyjechać do Polski na studia. Kombatanci już tu zostaną. Zresztą oni ani razu nie podejmują tematu polityki. Wolą snuć opowieści o sobie i o czasach dawno minionych. Większość czeka z gotową opowieścią.

Lenin wiecznie żywy

Kilkadziesiąt kilometrów przed wjazdem do Lidy znajduje się betonowa płyta z wyrzeźbioną lub odlaną głową Lenina. Zacinająca śnieżyca, więc napisu pod spodem nie widać. W Iwieńcu trafiam z paczką pod adres ulicy Lenina, Leningradzkiej. Kilka tygodni po powrocie idę przez Wrocław. Jest tyle samo śniegu, co wtedy w Brześciu. Z billboardu zerka narysowana postać. Lenin w niebieskiej marynarce z krótką prawą ręką uniesioną do góry. W lewej trzyma flagę. Na fladze aktualna oferta telefonii komórkowej. W tle czerwone gwiazdy. Czerwone gwiazdki w prawym górnym rogu. W lewym hasło „Dawajcie, nawijajcie”. Białoruś nie leży aż tak daleko, a towarzysz Uljanow co rusz wstaje i wychodzi z mauzoleum.


Michał


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna