Bohaterscy obrońcy Westerplatte Spis treści



Pobieranie 112.49 Kb.
Strona1/3
Data07.05.2016
Rozmiar112.49 Kb.
  1   2   3
Bohaterscy obrońcy Westerplatte

Spis treści:



  • Słowem wstępu

  • Powstanie Wojskowej Składnicy Tranzytowej

  • Komplikacje w działaniu

  • Przed burzą

  • Gdy „Schleswig-Holstein” otworzył ogień…

  • Dnia pierwszego

  • Niebo zapłakało żelazem

  • Westerplatte broni się jeszcze

  • „Czwórkami do nieba szli”

  • Lwami ich nazwali

  • Jak urosła legenda? Henryk Sucharski i Franciszek Dąbrowski

  • Przypisy

  • Bibliografia selektywna

  • Podziękowania




Henryk Sucharski (po prawej stronie), dowódca Westerplatte.
Słowem wstępu
Obrona Westerplatte w dniach 1-7 września 1939 roku urosła w naszym kraju do miana legendy. Bohaterscy żołnierze stali się symbolem poświęcenia w celu obrony ojczyzny, a także wzorem moralnym do naśladowania. Wystarczy spojrzeć na przykład mjr Henryka Sucharskiego1, który jakoby dowodził placówką w okresie walk. Jego postać, choć budzi wśród historyków wiele kontrowersji, jest powszechnie szanowana przez. Poniższa praca nie będzie zatem jedynie patetyczną opowieścią o ludziach, którzy starli się z najeźdźcą niemieckim w pierwszych dniach Wojny Obronnej ‘39 roku, ale też tekstem o mitach i nie do końca potwierdzonych informacjach, z uporem powtarzanych przy opisach zmagań westerplatczyków. Szczególne miejsce w opracowaniach powojennych czekało na sprawę dowodzenia placówką podczas obrony Westerplatte. Dziś trudno jest ustalić dokładny bieg wydarzeń. Odtworzenie każdego dnia zmagań jest o tyle trudne, iż spotykamy się z różnorodnymi opiniami, wspomnieniami i relacjami uczestników walk oraz historyków. Niestety, miłośnicy drugowojennych zmagań mogą czuć się nieco zawiedzeni, gdyż każda rozbieżność budzi kontrowersje, a te z kolei stwarzają nieścisłości. Mimo to wciąż są tacy, którzy starają się odkryć przed nami prawdę. Prawdę o losach Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte.
Powstanie Wojskowej Składnicy Tranzytowej
Gdy w listopadzie 1918 roku powstawało państwo polskie, sprawa Gdańska zaprzątała głowy wielu polityków działających na emigracji i w kraju. Nie do końca było bowiem wiadomo, jakie kryteria zastosują zwycięskie mocarstwa po I wojnie światowej przy podziale terytorialnym, w którym uwzględniono również polskie roszczenia. Wątpliwości nie rozwiał nawet traktat wersalski z 28 czerwca 1919 roku, a sprawa polski wzbudziła wyjątkowo wiele kontrowersji. Ba, możemy nawet powiedzieć, iż rękojmia przyszłego pokoju, jaką miał być traktat pokojowy, doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Jednym z powodów była nie do końca uregulowana sprawa Gdańska, jednej z nadbałtyckich metropolii ówczesnych czasów. Strony niemiecka i polska stoczyły zaciekły bój o przyznanie praw „opieki” nad miastem2, jednak Rada Trzech (w jej skład weszły Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone) sprzeciwiła się polskiemu postulatowi. O ile Francuzi skłonni byli przychylić się do prośby Polaków, o tyle dwaj pozostali członkowie Rady nie udzielili poparcia naszym rodakom. Aby wyjść z kłopotliwej sytuacji, utworzono wolne miasto pod protektoratem Ligi Narodów. Wolnemu Miastu Gdańsk poświęcono dział jedenasty traktatu wersalskiego3. Rok później podpisana została konwencja między władzami polskimi a ustanowionym przez zwycięskie mocarstwa Sejmem i Senatem Wolnego Miasta. Ten twór, podobny państwu, obejmował zasięgiem 1892,1 km2, a jego granica z Polską wynosiła 121 kilometrów. W Wolnym Mieście urzędował Komisarz Generalny RP. Miał on zajmować się stosunkami między gdańskimi władzami a Polakami. Dodatkowo objęto je polską granicą celną, a polskie statki miały zagwarantowane równouprawnienie w stosunku do floty gdańskiej4.

Niestety, stosunki polsko-gdańskie od początku cechowała wrogość i uprzedzenie. Polska strona napotykała utrudnienia na każdym kroku. Pierwszym problemem, jaki wyniknął z niedokładnego podziału stref wpływów w Wolnym Mieście, była sprawa transportów wojennych w czasie wojny polsko-bolszewickiej5. Niemieccy robotnicy zdecydowanie sprzeciwili się rozładunkowi polskich towarów, co z kolei wywołało protesty ze strony Przedstawiciela Wojskowego dla Spraw Morskich przy Komisariacie Generalnym RP. Wkrótce udało mu się wykorzystać żołnierzy brytyjskich i francuskich do rozładunku. Dopiero po przełamaniu frontu rosyjskiego6 Polacy mogli liczyć na lepsze traktowanie ze strony Niemców pracujących w porcie. Mimo to strona polska musiała postarać się o lepsze warunki pracy marynarki. Dzięki zgodzie Reginalda Towera pełniącego stanowisko pełnomocnika Ligi Narodów w Gdańsku, Polacy uzyskali możliwość sprowadzenia sześćdziesięcioosobowego oddziału żołnierzy do ochrony swoich towarów. Władze Wolnego Miasta zareagowały oprotestowaniem decyzji Towera. W związku z tym powołano specjalną komisję, która miała wyznaczyć miejsce zakwaterowania polskich żołnierzy i przydzielić im siedzibę. Po burzliwych dyskusjach i kilkukrotnych propozycjach Ligi Narodów, które odrzucali przedstawiciele poróżnionych stron, udało się wypracować kompromis. 7 kwietnia Wysoki Komisarz LN w Gdańsku postanowił, iż składnica wojskowa powstanie na półwyspie Westerplatte – pomiędzy Nowym Portem a Zatoką Gdańską. Obie strony nie zgodziły się z decyzją. Kolejna komisja ustaliła, iż Westerplatte jest najlepszym miejscem na polską placówkę wojskową. 14 marca 1924 roku, a więc po blisko czterech latach zmagań na arenie politycznej, Rada Ligi wydała ostateczny werdykt, przyznając Polakom niewielki skrawek ziemi na terenie Wolnego Miasta.


Komplikacje w działaniu
Wtedy pojawiły się problemy dotyczące działania i rozwoju placówki. Rozbieżności w tej kwestii znowu łagodzić musiała Rada Ligi, podejmując kolejne decyzje i uchwały7. Szczególnie drażliwa była kwestia rozlokowania i stanu etatowego polskich żołnierzy. W końcu ustalono, iż jednorazowo na Westerplatte przebywać będzie 88 żołnierzy – 2 oficerów, 20 podoficerów i 66 szeregowych. Fortyfikacji miało nie być. Ukończenie budowy wszystkich budynków i zdanie terenu rządowi polskiemu zaplanowano na 15 marca 1925 roku, jednak terminu tego nie udało się dotrzymać. Powodem były znaczne opóźnienia w harmonogramie prac budowlanych. Dopiero 18 stycznia 1926 roku przybyli tu pierwsi żołnierze. Nadal jednak nie mieli oni odpowiednich warunków mieszkalnych (zajęli budynki po kąpielisku, które niegdyś tu istniało), a część robót wciąż trwała. Odnotować należy, iż latem 1925 roku ukończono budowę linii kolejowej, a 11 listopada tego samego roku skończono Basen Amunicyjny. Rok później do użytku oddano wszystkie 22 magazyny amunicyjne. Dodatkowo Wojskowa Składnica Tranzytowa została podłączona do linii telefonicznej Poczty Polskiej w Gdańsku i otrzymała m.in. stację kolejową, elektrownię i studnię artezyjską8. Tym samym najważniejsza polska placówka w Wolnym Mieście stała się składnicą wojskową z prawdziwego zdarzenia, choć odpowiednie warunki wypracowano z biegiem czasu.

Szczególne miejsce w historii napięć na linii Senat WMG – Polska zajmują dwa zagadnienia. Jednym z nich jest wzmocnienie pozycji portu w Gdyni w latach trzydziestych, co doprowadziło do zmniejszenia eksportu i importu w porcie gdańskim. Senat zareagował notą protestacyjną do LN, domagając się efektywniejszego użytkowania własnego portu przez Polaków9. Do drugiego konfliktu doszło w czerwcu 1932 roku. Do Gdańska miały przybyć z grzecznościową wizytą brytyjskie okręty. Strona polska postanowiła wysłać na ich powitanie kontrtorpedowiec „Wicher”. Rok wcześniej Senat nie wyraził zgody na przedłużenie umowy odnośnie stacjonowania polskich okrętów w porcie gdańskim, dlatego misja „Wichra” miała być szczególna. Marszałek Piłsudski nakazał dowódcy okrętu dopełnienie uprzejmości względem Brytyjczyków w dniu 14 czerwca, a następnego dnia wciągnięcie na maszt kontrtorpedowca polskiej bandery. W wypadku znieważenia flagi przez gdańszczan załoga miała otworzyć ogień do najbliższej placówki. 15 czerwca faktycznie doszło do utarczki, a do Gdańska ściągnięty zostały nawet oddział SA-manów. Sprawa trafiła do Ligi Narodów, która opowiedziała się za wnioskiem Senatu. Nakazano jednak wynegocjowanie nowej umowy odnośnie portu. I faktycznie, 13 sierpnia udało się podpisać porozumienie, a polskie statki mogły znowu używać portu gdańskiego.



Jak zatem widać, życie westerplatczyków nie było usłane różami, gdyż Senat Wolnego Miasta robił, co mógł, aby je utrudnić. Służba wojskowa w Składnicy do najprzyjemniejszych nie należała, a to ze względu na rygorystyczne przepisy i ciężkie warunki lokacyjno-służbowe. Załoga wymieniana była co pół roku. Początkowo skład grupy z Westerplatte formowano z żołnierzy 4. Dywizji Piechoty w Toruniu. Dopiero w 1933 roku obowiązek ten przeszedł na inne dywizje – w rotacji wykorzystano łącznie siedem jednostek10. Pierwszym komendantem Składnicy został kmdr ppor. Ignacy Szaniawski. System zmiany komendantów znacznie różnił się od zmian załogi. W sumie od 15 stycznia 1926 roku do 7 września 1939 roku na Westerplatte dowodziło sześciu komendantów11. Dodatkowe wsparcie komendantom zapewniała służba dowódców plutonu wartowniczego. Do 1939 roku wypracowano nieskomplikowaną, ale funkcjonalną organizację dowodzenia w Składnicy. Żołnierze przysyłani przez dowódców polskich jednostek na Westerplatte nie mieli specjalnych umiejętności. Ważne było jedynie to, aby byli zdyscyplinowani. Ich wyszkolenie dalekie było od ideału, co powodowało, iż ochroną Składnicy trudnili się ludzie nieprzystosowani do takiej służby. Dopiero 19 lutego 1938 roku minister Spraw Wojskowych ustalił restrykcyjne wytyczne co do rekrutacji załogi Westerplatte. Zasadniczym zadaniem 88 żołnierzy przebywających w Gdańsku była obrona polskiej placówki – pełniono codzienne służby wartownicze i obserwacyjne. Załoga miała rozkaz utrzymania pozycji przez sześć godzin w przypadku ataku, aż do przybycia wsparcia z 2. Batalionu Morskiego w Gdyni-Redłowie12. Mjr Stefan Fabiszewski, dowódca Składnicy w latach 1933-1938, wspomina również dni powszednie na Westerplatte. Żołnierzom organizowano rozrywki sportowe i wycieczki holownikiem do Gdyni, do ich użytku oddano koszary i kasyna (oficerskie i dla szeregowych). Przepustek i urlopów udzielano rzadko, co nie oznacza, że żołnierz ich nie otrzymywali. Warunki na Westerplatte uległy znacznej poprawie w 1936 roku, kiedy cały kompleks przebudowano i oddano do użytku nowoczesne budynki, w tym piętrowe koszary, w których umieszczono część biur oraz pomieszczeń niezbędnych dla egzystencji jednostki wojskowej. Mimo to służba w Składnicy Tranzytowej była ciężką pracą. W drugiej połowie lat trzydziestych szczególnie trudną, gdyż załoga cały czas narażona była na atak lub prowokacje ze strony gdańskiej albo niemieckiej.
Przed burzą
W latach trzydziestych ubiegłego wieku doszło do zaktywizowania się hitlerowskich działaczy. Gdańsk, jako miasto rdzennie niemieckie, narażony był na szczególny wpływ dygnitarzy NSDAP. Sukcesy partii nazistowskiej w wyborach do parlamentu z 1933 roku i personalne wyróżnienie Adolfa Hitlera13 wzmogły presję na polski rząd. Tarcia na linii Polska-Niemcy nasiliły się po zdecydowanych krokach Hitlera mających na celu wzmocnienie armii niemieckiej, mocno ograniczonej traktatem wersalskim. Szczególnym punktem sporu stał się Gdańsk, do którego prawa rościły sobie obie strony. Partii nazistowskiej udało się osiągnąć spory sukces w wyborach do Senatu Wolnego Miasta w 1933 roku. Prezydentem tego organu został Hermann Rauschning, a jego zastępcą Artur Greiser. Obaj ściśle współpracowali z Adolfem Hitlerem i NSDAP. W kolejnych latach partia nazistowska odnosiła podobne sukcesy, obsadzając większość miejsc w Senacie. Wreszcie hitlerowcy rozpoczęli kampanię przeciw innym partiom. Gauleiterem Gdańska został Albert Forster, z którym prezydent Senatu konsultował wszystkie decyzje. Strona polska zwodzona była obietnicami pokoju (zagwarantowanego dodatkowo przez pakt o nieagresji z 26 stycznia 1934 roku14). Podczas rozmowy Hitlera z ambasadorem Polskim w Niemczech, Józefem Lipskim, w dniu 5 listopada 1937 roku wysłannik Rządu RP otrzymał gwarancję polskich praw do Wolnego Miasta Gdańsk. Dopiero w rok później Niemcy zdecydowali się na agresywniejsze posunięcie. Po rozstrzygniętej na swoją korzyść konferencji monachijskiej Adolf Hitler postanowił zająć Sudety, a pod adresem Polaków wysunąć konkretne żądania względem Gdańska. 24 października 1938 roku minister spraw zagranicznych Rzeszy, Joachim von Ribbentrop, spotkał się z Lipskim, przedstawiając mu propozycję przyłączenie Wolnego Miasta do Niemiec. 5 stycznia 1939 roku doszło do kolejnego spotkania polskiego przedstawiciela z wysoko postawionym dygnitarzem partii nazistowskiej. Do Berchtesgaden przyjechał minister Józef Beck, aby porozmawiać z Hitlerem. Następnie negocjował z Ribbentropem z Monachium. Niemcy stanowczo zażądali zrzeczenia się przez Polaków praw do Gdańska. Trzy miesiące później oświadczyli, iż swoich praw będą dochodzili nawet na drodze zbrojnej. W samym Gdańsku sytuacje komplikowały się, a w Senacie szerzyło się bezprawie. 23 sierpnia 1939 roku Forster został głową Wolnego Miasta, przejmując na siebie obowiązki przynależne Senatowi.

Na Westerplatte atmosfera wojenna dawała się we znaki wszystkim. Wzmocnienie załogi nastąpiło kilkakrotnie w ciągu kilkunastu lat istnienia Składnicy. Wszystko odbywało się potajemnie, gdyż Liga Narodów narzuciła szczegółowe wytyczne co do liczebności polskich wojsk na Westerplatte. W samym roku 1939 rotacja przebiegała nadzwyczaj niedokładnie. Było to jednak zamierzone niedopatrzenie strony polskiej, gdyż za cenę 69 żołnierzy, którzy wyjechali z placówki, udało się sprowadzić 81 innych. Za delegowanie żołnierzy w ostatnim okresie istnienia Składnicy odpowiadała 2. Dywizja Piechoty Legionów w Kielcach. Dodatkowo na Westerplatte przebywali żołnierze tworzący tzw. załogę stałą. Zmieniali się oni co dwa lata. Nielegalne powiększenie oddziału znacznie wpłynęło na możliwości bojowe obrońców Składnicy. Żołnierze mieli do dyspozycji siedem posterunków („Elektrownia”, „Fort”, „Łazienki”, „Prom”, „Przystań”, „Wał” i placówka sierż. Władysława Deika) umiejscowionych w najważniejszych punktach półwyspu. Obsadzono sześć wartowni w głębi Westerplatte. Dokonano bowiem kolejnego czynu niezgodnego z postanowieniami umów polsko-gdańskich – wybudowano umocnienia stałe. Prace ruszyły w 1933 roku, a całym przedsięwzięciem zajęli się kpt. Mieczysław Kruszewski, specjalista od fortyfikacji, oraz płk Siłakowski, któremu nakazano przygotowanie planu obrony Składnicy15. Wszystkie wartownie, oprócz Wartowni Nr 1, były identyczne. Zamaskowano w nich miejsca na umieszczenie karabinów maszynowych, które z kolei przemycono i ukryto na terenie Westerplatte16. W marcu 1939 roku załogę postawiono w stan najwyższej gotowości bojowej. Powodem była wyprawa Niemców na Kłajpedę i obawa dowództwa o los Westerplatte, które mogłoby zostać zajęte przez powracających ekspedycję. Latem sytuacja była za wszech miar napięta. Strona polska wzmocniła skład załogi. Dzięki żmudnym badaniom Stanisławy Górnikiewicz możemy dzisiaj odtworzyć liczebność obrońców Składnicy. Prawdopodobnie było to 214 ludzi17.

25 sierpnia 1939 roku do portu gdańskiego wpłynął pancernik „Schleswig-Holstein” pod dowództwem kmdr Gustawa Kleikampa. Kleikamp otrzymał rozkaz przybycia do Gdańska 16 sierpnia. Usłyszał w Berlinie, iż z chwilą wybuchu wojny jego zadaniem będzie ostrzeliwanie polskich pozycji na Helu, w pobliżu Gdyni oraz wspieranie ataku sił lądowych na Westerplatte. Dowódca okrętu przystał na propozycję przełożonych, ciesząc się, iż odegra kluczową rolę w zdobywaniu polskiego wybrzeża18. Załogę pancernika wzmocniono dodatkowo grupą 225 szturmowców, którzy w razie potrzeby mieli bronić okrętu. Przybycie do Gdańska Niemcy uzasadnili kurtuazyjną wizytą na 25-lecie zatonięcia innego niemieckiego okrętu (krążownik „Magdeburg” zniszczony 27 sierpnia 1914 roku w Zatoce Fińskiej).
Gdy „Schleswig-Holstein” otworzył ogień
Warto teraz opowiedzieć pokrótce o uzbrojeniu załogi Westerplatte, jej sile i możliwościach obronnych. Jak już wspomnieliśmy, kompleks Składnicy został mocno zmodyfikowany w wyniku przeróbek w latach trzydziestych. Można powiedzieć, iż przystosowano go do realnych warunków walki poprzez dodanie odrobiny nowoczesności. Kpt. Franciszek Dąbrowski wspomina, iż załoga Składnicy posiadała w dniu 1 września 1939 roku 22 cekaemy i erkaemy 7,9 mm, działo polowe 75 mm, 2 działa pepanc 37 mm oraz 4 moździerze 81 mm19. Inny uczestnicy walk oraz historycy podają nieco inne liczby. Zbigniew Flisowski szacuje siły obrońców na 18 cekaemów, 17 erkaemów, 5 elkaemów (liczby te nie są pewne, gdyż w magazynie najprawdopodobniej znajdowały się 3 cekaemy i 5 erkaemów, które dopiero potem zostały użyte w walce)20. Zapasy wyżywienia i wody, według szacunków komendanta Składnicy, wystarczyć miały na 4 tygodnie walk21. Dodatkowo Sucharski podaje dane na temat posiadanych moździerzy, których było cztery (kal. 81 mm)22. Wyposażenie obrońców było wystarczające do odpierania ataków przez kilka godzin – tyle zresztą przewidziało dowództwo na obronę Westerplatte do czasu przybycia posiłków. Placówki zbudowano pod osłoną nocy, wykorzystując zaciemnienie do zamaskowania robót. Liczebność załóg placówek przedstawiała się następująco – „Elektrownia” 5 ludzi (pracowników cywilnych) Michała Gawlickiego, „Fort” 2 żołnierzy mata Bernarda Rygielskiego plus 3 kolejnych przysłanych po rozpoczęciu działań wojennych, „Łazienki” 11 ludzi kpr. Henryka Chrula, „Prom” 20 żołnierzy por. Leona Pająka, „Przystań” 12 ludzi ppor. Zdzisława Kręgielskiego, „Wał” 2 żołnierzy kpr. Edmunda Szamlewskiego i placówka sierż. Władysława Deika, który miał sześciu ludzi23.

Siły niemieckie znacznie przeważały skromny oddział polski. „Schleswig-Holstein” miał na wyposażeniu 4 działa 280 mm, 10 dział 150 mm, 6 działek plot. 105 mm, 4 działka 37 mm i 4 działka 20 mm. Załogę pancernika stanowiło 996 osób, w tym 225 komandosów Grupy Szturmowej24. Z załogi wydzielono oddział ppor. mar. Paula Hartwiga mający do dyspozycji dwa ciężkie karabiny maszynowe s.Mg.08 Maxim 7,92 mm, cztery ręczne karabiny maszynowe MG-34 7,92 mm. Pancernik ustawiony był nieopodal Zakrętu Pięciu Gwizdków, a grupa Hartwiga rozlokowała się naprzeciwko Wartowni Nr 2, po drugiej stronie kanału portowego. Po prawej stronie żołnierze ci mieli policję gdańską, a ich lewym sąsiadem podczas walk był oddział SA-Küstenschutz. Policja posiadała dwa ciężkie karabiny maszynowe s.Mg.08 Maxim, a oddział SA dwa działka Flak 30 20 mm. Najważniejszym członem sił lądowych była Kompania Szturmowa, która w ostatnim tygodniu sierpnia przebywała na pokładzie okrętu kmdr Kleikampa. Ich podstawowe uzbrojenie stanowiły karabiny maszynowe Mauser 98k 7,92 mm. Ponadto każdy z plutonów Kompanii (a było ich trzy – 1., 2. i pluton pionierów) miał na wyposażeniu 3 ręczne karabiny maszynowe. Pluton ciężkich karabinów maszynowych miał 3 cekaemy s.Mg.08 Maxim 7,92 mm oraz dwa działka Flak 20 mm. Dodatkowo Kompania Szturmowa uzyskała 2 granatniki W,Gr. 36 50 mm i moździerz W.Gr. 34 81 mm. W trakcie walk niemieckie oddziały otrzymały znaczne wsparcie ze strony gdańskich pododdziałów SS oraz Kompanii Pionierów z Rosslau.



Tak, mniej więcej, przedstawiał się układ sił po obu stronach konfliktu w chwili, gdy po raz pierwszy w nowej wojnie odezwały się działa pancernika „Schleswig-Holstein”. Stalowy kolos dał symbolicznie początek II wojnie światowej, otwierając ogień na Westerplatte.
Dnia pierwszego
Utarło się już mówić, iż „Schleswig-Holstein” otworzył ogień na Westerplatte o 4.45 1 września 1939 roku. Przyjęło się też twierdzić, iż jego misją było właśnie ostrzelanie placówki polskiej w Wolnym Mieście25. Taka wersja wydarzeń powtarzana jest za mjr Sucharskim, który w czasie pracy w Składnicy prowadził swego rodzaju pamiętnik. Zapisał tam, iż pancernik rozpoczął ostrzeliwanie o 4.4526. Meldunek o tym zdarzeniu wysłał do Dowództwa Floty, formułując go słowami: „Pancernik ‘Schleswig-Holstein’ rozpoczął o godz. 4.45 ostrzeliwanie Westerplatte ze wszystkich dział. Bombardowanie trwa”27. Meldunek był w rzeczywistości błędny, gdyż w dzienniku działań bojowych pancernika zanotowano zupełnie inną godzinę, a mianowicie 4.48. Być może rozbieżność wynika z… braku synchronizacji zegarków. Początek wpisu obok podanej godziny brzmiał po prostu: „Feuerüberfall auf Westerplatte”28. W każdym bądź razie „Schleswig-Holstein” zapoczątkował siedmiodniowy okres walk o Składnicę i w zasadzie znacznie mniej ważne jest to, o której dokładnie otworzył on ogień. Początkowo okręt Kleikampa w ogóle miał nie brać udziału w walce o Westerplatte. Dopiero na konferencji dowódców 25 sierpnia na pokładzie pancernika (udział w niej wzięli m.in. kmdr Kleikamp, gen. Friedrich Eberhardt oraz Arthur Greiser) uzgodniono, iż okręt włączy się do walki, a gen. Eberhardt otrzymał zadanie odcięcia polskiej placówki od strony Nowego Portu. Ponadto Kleikamp zaproponował włączenie do walki Kompanii Szturmowej por. Wilhelma Hennigsena i przydzielił jej misję zdobycia półwyspu od strony wschodniej. Plan przygotowany był dobrze. Niemcy nie przewidzieli tylko, iż Polacy mogą stawić tak zaciekły opór kilkukrotnie przeważającemu przeciwnikowi.

31 sierpnia na Westerplatte nie zwiastował tragicznych wydarzeń dnia następnego. Wszystko wydawało się być takie, jak w ostatnich tygodniach. Napięcie wzmacniała jedynie złowroga sylwetka „Schleswiga-Holsteina” widoczna w świetle księżyca. W nocy pancernik został wzięty na hol „Danzig”, co umożliwiło mu ustawienie się w dogodnej pozycji do strzału. Mimo iż artyleria okrętu była imponująca, nie mógł on wyrządzić obrońcom Składnicy wielkiej szkody. Tor lotu jego pocisków był bowiem bardzo płaski, a więc faktycznie niegroźny dla budynków obronnych rozlokowanych na półwyspie29. O 4.17 wartownicy usłyszeli pojedynczy strzał, który przeszył ciszę nocną. To zaktywizowało polskich żołnierzy, część z nich została poinformowana o niepokojących odgłosach i zajęła swoje stanowiska. Gdy kmdr Kleikamp wydał rozkaz otwarcia ognia, była już godzina 4.47 (opóźnienie względem pierwotnie wyznaczonej godz. 4.45 spowodowały utrudnienia w ustawianiu okrętu). Celem ostrzału było zniszczenie muru we wschodniej części półwyspu. Następnie ogień otworzyli żołnierze niemieccy ulokowani na dogodnych do tego celu pozycjach po drugiej stronie kanału portowego. Ostrzeliwanie Westerplatte przez pancernik trwało zaledwie siedem minut. Wystrzelił w tym czasie 8 pocisków 280 mm, 59 pocisków 150 mm i 600 pocisków 20 mm30. Polacy szybko otrząsnęli się ze snu i obsadzili pozycje. Dotarło do nich, iż wojna rozpoczęła się na dobre i to właśnie tutaj przyjdzie im spędzić jej pierwsze chwile. Mat Bernard Rygielski popędził obsadzić „Fort”, gdyż dopiero po otwarciu ognia przez okręt niemiecki dowiedział się on o mianowaniu go dowódcą tej placówki. Ze sobą zabrał dwóch ludzi zabranych z Wartowni Nr 5, skąd wziął również erkaem. Wartownie Nr 1 (dowódca plut. Piotr Buder) i Nr 2 (dowódca kpr. Bronisław Grudziński), Nr 4 (kpr. Władysław Goryl) i najprawdopodobniej Nr 5 (plut. Antoni Petzelt) przygotowały się do walki w sposób, który wypracowano na żmudnych i długotrwałych ćwiczeniach. Obsługa ckm-ów usadowiła się w kabinach bojowych, szyby powybijano, aby ustawić karabiny maszynowe. Na parapetach znalazły się worki z piaskiem chroniące przed śmiercionośnymi kulami. Obsada Wartowni Nr 3 (dowódca plut. Jan Naskręt) przybywała w chwili rozpętania walk w koszarach. Żołnierze szybko pokonali drogę dzielącą ich od posterunku i zajęli pozycje. Niestety, podczas obsadzania stanowisk trafiony został strz. Konstanty Jezierski i zginął na miejscu. Pewne kłopoty napotkała na swej drodze obsada „Przystani”, która o 4.30 kończyła czuwanie i w chwili rozpoczęcia działań była w drodze do koszar. Żołnierze szybko zawrócili i biegiem udali się na pozycje. Podczas przesuwania się w stronę „Przystani” dwóch żołnierzy odłączyło się od reszty grupy, co spowodowało, iż ppor. Kręgielski musiał po nich zawrócić. Przygotowanie do walki obsady „Łazienek” (załoga spędziła noc w pobliskim magazynie amunicyjnym nr 19), „Promu” (pod chwilową nieobecność por. Pająka dowództwo przejął chor. Gryczman), „Wału” nie zostało niczym zakłócone i przebiegało względnie spokojnie. W „Elektrowni” nie było na noc nikogo, gdyż obsada spała w kasynie podoficerskim. Szybko jednak dotarła do wyznaczonych jej pozycji. W tym samym budynku spali żołnierze z placówki „Deika”, ale pozbierali się równie sprawnie, co ich koledzy z „Elektrowni”, i zajęli stanowiska. Kpr. Eugeniusz Grabowski dowodził obsadą działa 75 mm. Na rozkaz komendanta mieli wytoczyć najcięższą z posiadanych broni na pozycję i otworzyć ogień. Bez większych trudności na pozycje dotarli żołnierze z obsługi działek przeciwpancernych i moździerzy.

Natarcie po stronie niemieckiej prowadziły trzy plutony Kompanii Szturmowej, o których była już mowa. Z pierwszym plutonem szedł do boju dowódca oddziału, por. Hennigsen. Jego grupa miała zadanie najtrudniejsze, gdyż posuwała się do przodu wzdłuż plaży, gdzie żołnierze nie mogli znaleźć prawie żadnej naturalnej osłony. Drugi pluton poruszał się równoległe do kanału portowego, będąc najbardziej wysuniętym na południe. Oba oddziały rozdzielał pluton pionierów, którego zadaniem był atak wzdłuż torów kolejowych. Niemcy nie spodziewali się silnego oporu ze strony Polaków. Szybko udało im się „upolować pierwszą zdobycz”, jaką był sierż. Najsarek. Zabito go w chwili rozpoczęcia ataku, gdy uciekał ze stacji kolejowej. Dowództwo obiecało Kompanii Szturmowej zakończenie działań w czasie krótszym niż godzina. Szacowano bowiem, że naprzeciw siebie mają kiepsko wyekwipowanych i nie posiadających odpowiednich umocnień żołnierzy polskich. Na pierwszy ogień miały pójść placówki „Fort”, „Wał” i „Prom” (kolejność od północy) oraz wspierające je Wartownie Nr 5 i Nr 1. Polacy nie spieszyli się z otwieraniem ognia do nadciągającego wroga. Taktyka była bardzo słuszna, choć w pewnym sensie wymuszona, gdyż tylko ten sposób prowadzenia walki mógł przynieść efekty. Placówki „Prom” i „Wał” zwlekały z otwarciem ognia i dopiero, gdy Niemcy znaleźli się kilkadziesiąt metrów od polskich stanowisk bojowych, żołnierze kpr. Szamlewskiego otworzyli ogień. Nagły ostrzał spowodował zachwianie szeregów plutonu pionierów, który nieopatrznie cofnął się. Wtedy Niemcy znaleźli się na linii strzału ckm-u plut. Władysław Barana, z placówki „Prom”. Krzyżowy ogień uniemożliwił plutonowi pionierów podejście pod pozycje polskie i zdobycie ich szturmem. Zdecydowali się na odwrót. Na wprost placówki „Prom” posuwał się drugi pluton. Gdy wróg zbliżył się na odpowiednią odległość, st. strz. Dominiak i kpt. Kowalczyk zaczęli strzelać z rkm-ów i lkm-u. Ogień był celny, jednak druga strona nie pozostawała dłużna i odpowiedziała równie udanymi seriami z karabinów maszynowych. Ranny został st. strz. Dominiak. Chor. Gryczman poprosił kpt. Dąbrowskiego o wsparcie, a ten podniósł go na duchu zapowiedzią rychłego przybycia por. Pająka i jego ludzi. Gdy porucznik dotarł do „Promu”, sytuacja wydawała się być opanowana. Po drugiej stronie kanału portowego dostrzeżono samochód i towarzyszących mu żołnierzy niemieckich. Por. Pająk nakazał ostrzelanie celu, wynikiem czego było unieruchomienie samochodu. Wtedy odezwały się karabiny niemieckiej policji z budynku obok wartowni przy bramie głównej. Jako że stanowiły one zagrożenie dla żołnierzy zgromadzonych w placówce „Prom”, dowódca nakazał zlikwidowanie punktu oporu kpr. Kowalczykowi, któremu do pomocy przydzielił strz. Ussa i strz. Łankiewicza31. Polakom udało się zniszczyć punkt oporu niemieckiego, ale podczas tej akcji ucierpieli strz. Uss (zginął) i kpr. Kowalczyk32. Ranny Kowalczyk został przyciągnięty do okopów „Promu”33. Pluton pionierów, po wcześniejszym odwrocie, zaatakował po raz drugi. Jego celem stała się placówka „Wał”. Kpr. Szamlewski podjął walkę i skutecznie odpierał atak licznej grupy żołnierzy przeciwnika. W pewnym momencie zaciął się erkaem, co zmusiło dowódcę placówki do zarządzenia spokojnego odwrotu. Podczas wykonywania manewru odwrotowego w kierunku „Fortu” udało się Polakom zabić kilku wrogów i odebrać im broń oraz amunicję. Podobny manewr, co pluton pionierów, wykonał drugi pluton, uderzając po raz kolejny na „Prom”. Mimo celnego ognia żołnierzy por. Pająka, Niemcy krok po kroku zbliżali się do placówki. Porucznik poprosił zatem o wsparcie ogniem moździerzy. Cztery moździerze odezwały się bardzo szybko. Tuż po otrzymaniu rozkazu kpt. Dąbrowskiego. Drugi pluton wycofał się, nie mając szans na przejście przez polską obronę. Pierwszy pluton Kompanii Szturmowej miał najtrudniejsze zadanie, nacierając na kierunku „Fortu”. Mat Rygielski świetnie wywiązał się z powierzonego mu zadania obrony placówki, odpierając atak oddziału z Hennigsenem w składzie. O 6.22 Niemcy byli zmuszeni do odwrotu. Kompania Szturmowa nie wypełniła powierzonej jej misji, ponosząc przy tym poważne straty.

Nie tylko te trzy placówki toczyły zacięty bój z przeciwnikiem. Wartownia Nr 2 ostrzeliwała cele po drugiej stronie kanału. Podobny ogień prowadziła placówka „Deika” i „Przystań”. Placówki „Elektrownia” i „Łazienki” starły się ze słabiutkim oddziałem niemieckim, który wędrował w kierunku Wartowni Nr 4 od budynku Zarządu Kejów. Na pochwałę zasługuje postawa obsługi działa 75 mm. Już drugim wystrzałem udało się zniszczyć ustawiony w okienku latarni morskiej ckm policji gdańskiej. Następnie przerzucono się na niemieckie pozycje. Co ciekawe, zniszczeniu uległ rkm grupy ppor. Hartwiga, gdyż polski pocisk trafił w miejsce, w którym przechowywano dwie sztuki takiej broni. Obsługa działka 37 mm strzelała z równym zaangażowaniem, a kilka pocisków poleciało w stronę… pancernika, choć nie mogły mu one wyrządzić większej krzywdy. W każdym bądź razie pierwszy etap obrony Westerplatte był niezwykle udany, choć nie udało się uniknąć strat.



Wycofanie się Kompanii Szturmowej zmusiło kmdr Kleikampa do ponownego obrania na cel polskiej Składnicy. O 7.38 „Schleswig-Holstein” rozpoczął ponowny ostrzał. Tym razem trwał on 37 minut i zakończył się o 8.15. Po czternastu minutach działa pancernika znowu się odezwały, na 26 minut. Niestety, ogień z okrętu wyrządził Polakom więcej szkody niż dwukrotne natarcie żołnierzy Hennigsena. Jeden z pocisków poważnie uszkodził działo 75 mm, eliminując je z walki. Tym sposobem obrońcy zostali pozbawieni jedynego działa cięższego kalibru, jakie posiadali, oddawszy zaledwie 28 strzałów. W międzyczasie raniony został por. Pająk. Trzecia seria ze „Schleswig-Holstein” (pierwsza była nad ranem) doprowadziła do zniszczenia dopiero co wybudowanej piekarni niedaleko Wartowni Nr 4. Po zakończeniu ostrzeliwania do kolejnego ataku ruszyła Kompania Szturmowa, wzmocniona dodatkowo 60-osobowym oddziałem z SS34. Przybyły pluton atakował na miejscu pierwszego plutonu, który z kolei został przesunięty nieco na południe wraz z plutonem pionierów. Drugi pluton uderzał na tym samym kierunku co poprzednio. Bogatsi w doświadczenie z porannego natarcia żołnierze niemieccy przystąpili do ataku bardziej skoncentrowani i uważniejsi. Uderzenie drugiego plutonu, wspieranego dodatkowo lekkim działem pierwszego plutonu, na placówkę „Prom” zakończyło się połowicznym sukcesem. Polacy zmuszeni byli do wycofania się w kierunku Wartowni Nr 1 o godz. 9.00, jednak nie ponieśli przy tym większych strat35. Obsada „Promu” wzmocniła zatem załogę Wartowni Nr 1, przynosząc ze sobą zabrany przez plut. Barana ckm. Cekaem został umocowany w oknie wartowni, po czym mógł włączyć się do walki36. A włączenie to było niezwykle potrzebne, gdyż pluton pionierów i pierwszy pluton dotarły juź w pobliże Wartowni Nr 5. Dodatkowe wsparcie udzieliła placówka „Deika”. Pluton SS nie poczynił Polakom większej szkody. O 11.40 zmuszony był do wycofania. Chwilę po tym dwa sąsiednie plutony również rozpoczęły odwrót, tym bardziej, że por. Hennigsen otrzymał postrzał w brzuch. Jego zastępca na stanowisku dowódcy Kompanii Szturmowej, por. Walter Schug, nakazał wycofanie się. Sam Hennigsen zmarł w wyniku odniesionej rany. O 12.45 walka była zakończona.
  1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna