Bramare: (archaic) to yearn for



Pobieranie 33.19 Kb.
Data04.05.2016
Rozmiar33.19 Kb.

Chapter One

Rozdział 1

BRAMARE: (ARCHAIC) TO YEARN FOR

Bramare - (przestarzałe) pragnąć gorąco


I am about to buy a house in a foreign country. A house with the beautiful name of Bramasole. It is tall, square, and apricot-colored with faded green shutters, ancient tile roof, and an iron balcony on the second level, where ladies might have sat with their fans to watch some spectacle below. But below, overgrown briars, tangles of roses, and knee-high weeds run rampant. The balcony faces southeast, looking into a deep valley, then into the Tuscan Apennines. When it rains or when the light changes, the facade of the house turns gold, sienna, ocher; a previous scarlet paint job seeps through in rosy spots like a box of crayons left to melt in the sun. In places where the stucco has fallen away, rugged stone shows what the exterior once was. The house rises above a strada bianca, a road white with pebbles, on a terraced slab of hillside covered with fruit and olive trees. Bramasole: from bramare, to yearn for, and sole, sun: something that yearns for the sun, and yes, I do.

Mam kupić dom w obcym kraju. Dom o pięknej nazwie Bramasole. Jest wysoki, kwadratowy, koloru morelowego, z wyblakłymi zielonymi okiennicami, starym dachem z dachówek i żelaznym balkonem na pierwszym piętrze. Na tym balkonie kiedyś może siadywały damy i sponad wachlarzy patrzyły na jakieś widowisko poniżej. Ale teraz poniżej są gąszcze głogów, róż i wysokich po kolana chwastów. Dalej z tego balkonu wychodzącego na południowy wschód widać głęboką dolinę i za nią toskańskie Apeniny. Kiedy pada deszcz albo światło się zmienia, fasada domu staje się złocista, nabiera koloru sjeny, ochry; warstwa poprzedniej farby, szkarłatnej, prześwieca różowymi plamami i wygląda to jak porzucone pudełko kredek topniejących w słońcu. Tam gdzie sztukateria odpadła, szorstkie kamienie świadczą, jaka pierwotnie była ta fasada. Ponad strada bianca, szosą białą od kocich łbów, ten dom stoi na terasowatym zboczu wzgórza, porosłym drzewami owocowymi i oliwnymi. Bramasole: bramare - pragnąć, tęsknić, sole - słońce. Coś, co tęskni do słońca, no właśnie, jak ja.

The family wisdom runs strongly against this decision. My mother has said "Ridiculous," with her certain and forceful stress on the second syllable,"RiDICulous," and my sisters, although excited, fear I am eighteen, about to run off with a sailor in the family car. I quietly have my own doubts. The upright seats in the notaio's outer office don't help. Through my thin white linen dress, spiky horsehairs pierce me every time I shift, which is often in the hundred-degree waiting room. I look over to see what Ed is writing on the back of a receipt: Parmesan, salami, coffee, bread. How can he? Finally, the signora opens her door and her torrential Italian flows over us.

Mądrość rodziny stanowczo przeciwstawia się mojej decyzji. Matka mówi:

- Śmieszne - mocno akcentując drugą sylabę - Śmiesz-NE!

I moje siostry, chociaż podniecone, usiłują mnie zastopować, jak gdybym miała osiemnaście lat i zamierzała uciec z marynarzem, i to samochodem rodziny.

Sama w głębi duszy mam wątpliwości. Krzesła z prostymi oparciami w poczekalni notaio nie napawają zaufaniem. Przez cienkie białe płótno sukienki kłuje mnie ostre włosie przy każdym ruchu, a wiercę się wciąż, bo w tym pokoju jest straszliwie gorąco. Patrzę, co Ed bazgrze na odwrocie jakiejś recepty. Parmezan, salami, kawa, chleb. W takiej chwili - jak on może? Ale w końcu signora otwiera drzwi swego gabinetu i zalewa nas potokiem włoskich słów.



The notaio is nothing like a notary; she's the legal person who conducts real-estate transactions in Italy. Ours, Signora Mantucci, is a small, fierce Sicilian woman with thick tinted glasses that enlarge her green eyes. She talks faster than any human I have ever heard. She reads long laws aloud. I thought all Italian was mellifluous; she makes it sound like rocks crashing down a chute. Ed looks at her raptly; I know he's in thrall to the sound of her voice. The owner, Dr. Carta, suddenly thinks he has asked too little; he must have, since we have agreed to buy it. We think his price is exorbitant. We know his price is exorbitant. The Sicilian doesn't pause; she will not be interrupted by anyone except by Giuseppe from the bar downstairs, who suddenly swings open the dark doors, tray aloft, and seems surprised to see his Americani customers sitting there almost cross-eyed in confusion. He brings the signora her midmorning thimble of espresso, which she downs in a gulp, hardly pausing. The owner expects to claim that the house cost one amount while it really cost much more. "That is just the way it's done," he insists. "No one is fool enough to declare the real value." He proposes we bring one check to the notaio's office, then pass him ten smaller checks literally under the table.

Ta notaio wcale nie jest notariuszem. Jest osobą, która zajmuje się stroną prawną nabywania nieruchomości w Włoszech. Signora Mantucci, pełna zapamiętania mała Sycylijka w grubych ciemnawych okularach, powiększających jej zielone oczy. Mówi wprost nieprawdopodobnie szybko. Błyskawicznie czyta nam długie ustawy. Dotychczas myślałam, że język włoski zawsze jest miodopłynny. A to brzmi jak łoskot kamieni w korycie zrzutowym. Ed patrzy na ni ze skupieniem. Wiem, że jest zniewolony dźwiękiem jej głosu. Właściciel domu, doktor Carta, nagle uznaje, że poda za niską cenę - na pewno za niską, skoro zgodziliśmy się ten dom kupić. My uważamy, że cena jest wygórowana. Wiemy, że wygórowana.

Sycylijka czyta nieprzerwanie i pozwala sobie przerwać dopiero wtedy, gdy ciemne wahadłowe drzwi otwiera nagle Giuseppe z baru na dole, wyraźnie zdumiony tym, że jego goście Amerykanie siedzą tutaj prawie zezowaci, tak bardzo oszołomieni. Przynosi na tacy dla signory jej zwykł; przed południem naparstek espresso, którą ona wypija jednym łykiem. Od razu czyta dalej.

Właściciel domu oczekuje od nas podania sumy o wiele niższej, niż rzeczywiście zapłacimy za ten dom.

- Tak właśnie się robi - nalega. - Nikt nie jest taki głupi żeby zadeklarować prawdziwą wartość. - I proponuje: jeden czek mamy złożyć w kancelarii notaio, dziesięć mniejszych czeków dać mu dosłownie pod stołem.



Anselmo Martini, our agent, shrugs.

Anselmo Martini, nasz agent, wzrusza ramionami. Angielski agent sprzedaży nieruchomości, zaangażowany jako tłumacz, też wzrusza ramionami. Doktor Carta stawia kropkę nad i.

- Wy Amerykanie! Do wszystkiego podejście tak poważne! I per favor proszę na tych czekach wypisać daty cotygodniowe. Nie alarmujmy banku koniecznością dużych wypłat.



Ian, the English estate agent we hired to help with translation, shrugs also.

Dr. Carta concludes, "You Americans! You take things so seriously. And, per favore, date the checks at one-week intervals so the bank isn't alerted to large sums."

Was that the same bank I know, whose sloe-eyed teller languidly conducts a transaction every fifteen minutes, between smokes and telephone calls? The signora comes to an abrupt halt, scrambles the papers into a folder and stands up. We are to come back when the money and papers are ready.

Czy to ten sam bank, który już znam? W którym ciemnooki kasjer przeprowadza jedną transakcję na kwadrans między wypaleniem papierosa i rozmową przez telefon?

Signora raptownie urywa, wbija papiery w tekturową teczkę i wstaje. Mamy znów przyjść do niej, kiedy dokumenty będą gotowe. No i kiedy dotrą pieniądze.



A window in our hotel room opens onto an expansive view over the ancient roofs of Cortona, down to the dark expanse of the Val di Chiana. A hot and wild wind--the scirocco--is driving normal people a little crazy. For me, it seems to reflect my state of mind. I can't sleep. In the United States, I've bought and sold a few houses before--loaded up the car with my mother's Spode, the cat, and the ficus for the five- or five-thousand-mile drive to the next doorway where a new key would fit. You have to churn somewhat when the roof covering your head is at stake, since to sell is to walk away from a cluster of memories and to buy is to choose where the future will take place. And the place, never neutral of course, will cast its influence. Beyond that, legal complications and contingencies must be worked out. But here, absolutely everything conspires to keep me staring into the dark.

Z okna naszego pokoju hotelowego widać rozległe zbiorowisko dachów w Cortonie aż do ciemnej Val di Chiana. Gorący porywisty wiatr - sirocco - przyprawiający normalnych ludzi o lekki obłęd, wydaje mi się odbiciem stanu mojego ducha. Nie mogę zasnąć. W Stanach Zjednoczonych kupiłam i sprzedałam już niejeden dom. W samochód mojej matki ładowałam kota i fikus, i przejeżdżałam tych pięć czy pięć tysięcy mil do następnych drzwi, które będę mogła otworzyć nowym kluczem. Kiedy chodzi o dach nad głową, musi być nieco zdenerwowania, bo sprzedać dom to odejść od wielu wspomnień, a kupić dom to wybrać miejsce dla przyszłości. I owo miejsce, oczywiście w żadnym razie nie neutralne, będzie miało swój wpływ. Poza tym trzeba brać pod uwagę komplikacje prawne i uboczne okoliczności. Ale tutaj absolutnie wszystko sprzysięga się, żebym nie wiedziała, na jakim świecie jestem.

Italy always has had a magnetic north pull on my psyche. Houses have been on my mind for four summers of renting farmhouses all over Tuscany. In the first place Ed and I rented with friends, we started calculating on the first night, trying to figure out if our four pooled savings would buy the tumbled stone farm we could see from the terrace. Ed immediately fell for farm life and roamed over our neighbors' land looking at the work in progress. The Antolinis grew tobacco, a beautiful if hated crop. We could hear workers shout "Vipera!" to warn the others of a poisonous snake. At evening, a violet blue haze rose from the dark leaves. The well-ordered farm looked peaceful from the vantage point of our terrace. Our friends never came back, but for the next three vacations, the circuitous search for a summer home became a quest for us--whether we ever found a place or not, we were happening on places that made pure green olive oil, discovering sweet country Romanesque churches in villages, meandering the back roads of vineyards, and stopping to taste the softest Brunello and the blackest Vino Nobile. Looking for a house gives an intense focus. We visited weekly markets not just with the purchase of picnic peaches in mind; we looked carefully at all the produce's quality and variety, mentally forecasting birthday dinners, new holidays, and breakfasts for weekend guests. We spent hours sitting in piazzas or sipping lemonade in local bars, secretly getting a sense of the place's ambiance. I soaked many a heel blister in a hotel bidet, rubbed bottles of lotion on my feet, which had covered miles of stony streets. We hauled histories and guides and wildflower books and novels in and out of rented houses and hotels. Always we asked local people where they liked to eat and headed to restaurants our many guidebooks never mentioned. We both have an insatiable curiosity about each jagged castle ruin on the hillsides. My idea of heaven still is to drive the gravel farm roads of Umbria and Tuscany, very pleasantly lost.

Włochy zawsze magnetycznie mnie pociągały. Myśl o własnym domu we Włoszech snuła mi się po głowie każdego lata z tych czterech spędzonych w wynajętych chłopskich domkach to tu, to tam w Toskanii. Z początku, Ed i ja wynajmowaliśmy je do spółki z przyjaciółmi i już pierwszej nocy zaczynaliśmy obliczać, czy za całą sumę oszczędności nas czworga dałoby się kupić zrujnowaną kamienną farmę widoczną w dali z terasy. Ed, natychmiast gotów pokochać życie na roli, chodził po polach sąsiadów, patrzył, jak postępuje praca. Rodzina Antolinich uprawia tytoń, piękne, chociaż nienawistne plony. Dolatywały do nas głosy pracujących tam ludzi, wrzaskliwe ostrzeżenia przed jadowitymi wężami.

- Vipera!

Wieczorem liliowoniebieska mgiełka unosiła się nad tymi ciemnymi liśćmi. Z punktu obserwacyjnego na terasie dobrze prowadzone gospodarstwo rolne wyglądało ponętnie.

Nasi przyjaciele już nie wrócili do Włoch, a my następne trzy urlopy spędziliśmy na poszukiwaniu swojej stałej letniej siedziby. Czy ją znajdziemy, czy nie, trafialiśmy tam, gdzie się produkuje czystą zieloną oliwę, odkrywaliśmy w wioskach urocze romańskie kościoły, włóczyliśmy się po bocznych drogach między winnicami, zatrzymując się, żeby skosztować najłagodniejszego Brunello, najczarniejszego Vino Nobile. Szukanie domu wyostrza wzrok. Na cotygodniowych targowiskach nie tylko kupowaliśmy brzoskwinie na piknik, ale oglądaliśmy wszystkie produkty, już widząc kolacje urodzinowe, obiady świąteczne, śniadania dla weekendowych gości. Godzinami siedzieliśmy na piazzas albo popijaliśmy lemoniadę w miasteczkowych barach, żeby wchłaniać nastrój otoczenia. Ileż bąbli na piętach wymoczyłam w hotelowych bidetach, ileż butelek balsamu wtarłam w stopy, zmęczone przemierzaniem długich mil uliczek brukowanych kamieniami! Taszczyliśmy do hoteli i wynajętych domów książki, przewodniki, zielniki. Zawsze pytaliśmy miejscowych ludzi, gdzie lubią jadać, i kierowaliśmy się do restauracji nie wymienianych w naszych licznych przewodnikach. Nienasyconą ciekawość budziła w nas każda poszarpana ruina zamczyska na wzgórzach. Moje pojęcie o niebiosach to nadal jazda samochodem po żwirze wiejskich dróg Umbrii i Toskanii, bardzo przyjemne błądzenie.



Cortona was the first town we ever stayed in and we always came back to it during the summers we rented near Volterra, Florence, Montisi, Rignano, Vicchio, Quercegrossa, all those fascinating, quirky houses. One had a kitchen two people could not pass in, but there was a slice of a view of the Arno. Another kitchen had no hot water and no knives, but the house was built into medieval ramparts overlooking vineyards. One had several sets of china for forty, countless glasses and silverware, but the refrigerator iced over every day and by four the door swung open, revealing a new igloo. When the weather was damp, I got a tingling shock if I touched anything in the kitchen. On the property, Cimabue, legend says, discovered the young Giotto drawing a sheep in the dirt. One house had beds with back-crunching dips in the middles. Bats flew down the chimney and buzzed us, while worms in the beams sent down a steady sifting of sawdust onto the pillows. The fireplace was so big we could sit in it while grilling our veal chops and peppers.

Cortona była pierwszym miasteczkiem, w którym się zatrzymaliśmy, i później przyjeżdżaliśmy do Cortony co roku latem, kiedyśmy mieszkali w okolicy Volteria, Florencji, Montisi, Riguano, Vicchio w różnych wynajętych, urzekająco osobliwych domach. W jednym mieliśmy kuchnię za małą, żeby dwie osoby mogły się wyminąć, ale za to wspaniały widok na rzekę Arno. W innym nie mieliśmy w kuchni ani ciepłej wody, ani noży, ale był to dom wbudowany w średniowieczne szańce, z widokiem na winnice. W jeszcze innym zastaliśmy kilka porcelanowych serwisów dla czterdziestu osób, niezliczone kieliszki i srebrne sztućce, ale lodówka codziennie się przemrażała i koło godziny czwartej drzwiczki się otwierały ukazując nowe igloo, a w deszczowe dni łapał mnie prąd, ilekroć czegokolwiek w kuchni dotykałam. Na terenie tejże posiadłości, jak głosi legenda, Giovanni Cimabue odkrył młodego Giotto, rysującego owcę w błocie. W jeszcze innym domu łóżko się zapadało pośrodku, nietoperze wlatywały przez komin, wachlowały nas skrzydłami, a z belek toczonych przez korniki trociny sypały się na poduszki. Za to kominek był tak duży, że mogliśmy w nim siedzieć piekąc na ruszcie kotlety cielęce z papryką.

We drove hundreds of dusty miles looking at houses that turned out to be in the flood plain of the Tiber or overlooking strip mines. The Siena agent blithely promised that the view would be wonderful again in twenty years; replanting stripped areas was a law. A glorious medieval village house was wildly expensive. The saw-toothed peasant we met in a bar tried to sell us his childhood home, a windowless stone chicken house joined to another house, with snarling dogs lunging at us from their ropes. We fell hard for a farm outside Montisi; the contessa who owned it led us on for days, then decided she needed a sign from God before she could sell it. We had to leave before the sign arrived.

Przejeżdżaliśmy w kurzu setki mil, żeby oglądać domy, które, jak się okazywało, albo stały na równinie Tybru, zalewanej każdą powodzią, albo oferowały widok na kopalnie odkrywkowe, przy czym agent ze Sieny błogo nam obiecywał, że będzie to cudowny widok, za dwadzieścia lat. Potem obejrzeliśmy średniowieczny dom wiejski, fantastyczny, ale też fantastycznie drogi. Poznany w barze wieśniak o zębach jak piła usiłował nam sprzedać dom z czasów swojego dzieciństwa: kamienny kurnik - przybudówka bez okien, pod strażą warczących, rzucających się ku nam psów na powrozach. Szalenie natomiast spodobała nam się pewna farma pod Montisi. Contessa, jej właścicielka, zwodziła nas przez wiele dni i w końcu uznała, że musi mieć znak od Boga, żeby ją sprzedać. Ale myśmy musieli wyjechać, zanim, jeśli w ogóle, otrzymała ów znak.

As I think back over those places, they suddenly seem preposterously alien and Cortona does, too. Ed doesn't think so. He's in the piazza every afternoon, gazing at the young couple trying to wheel their new baby down the street. They're halted every few steps. Everyone circles the carriage. They're leaning into the baby's face, making noises, praising the baby. "In my next life," Ed tells me, "I want to come back as an Italian baby." He steeps in the piazza life: the sultry and buffed man pushing up his sleeve so his muscles show when he languidly props his chin in his hand; the pure flute notes of Vivaldi drifting from an upstairs window; the flower seller's fan of bright flowers against the stone shop; a man with no neck at all unloading lambs from his truck. He slings them like flour sacks over his shoulder and the lambs' eyeballs bulge out. Every few minutes, Ed looks up at the big clock that has kept time for so long over this piazza. Finally, he takes a stroll, memorizing the stones in the street.

Wspominam wszystkie te domy i nagle wydają mi się obce, i Cortona też wydaje mi się obca. Ale Ed czuje się tu swojsko. Codziennie po południu jest na piazza i oczu nie odrywa od młodego małżeństwa, które usiłuje dojść tam, dokąd idzie, z nowym dzieckiem w wózku. Co parę kroków ludzie ich zatrzymują. Otaczają wózek, pochylają się nad buzią niemowlęcia, cmokają, gruchają, chwalą.

- W następnym wcieleniu - zwierza mi się Ed - chcę tu wrócić jako włoski bobasek.

Już pogrążył się w życiu piazzy: namiętny ogorzały mężczyzna z rękawami koszuli podwiniętymi, żeby widać było muskuły, kiedy niedbale podpiera podbródek dłonią. A tu z któregoś okna na piętrze dolatują czyste dźwięki fletu koncertu Vivaldiego; a tu przed kamiennym sklepem kwiaciarka i wachlarz jaskrawych kwiatów; a tu człowiek bez szyi wyładowuje z ciężarówki jagnięta, jak worki z mąką zarzuca je sobie na ramiona, a one aż wytrzeszczają oczy. Co kilka minut Ed podnosi wzrok na duży zegar od dawna odmierzający tu czas. I ostatecznie idzie na przechadzkę, ucząc się na pamięć kamieni bruku.


Across the hotel courtyard a visiting Arab chants his prayers toward dawn, just when I finally can fall asleep. He sounds as though he is gargling with salt water. For hours, he rings the voice's changes over a small register, over and over. I want to lean out and shout, "Shut up!" Now and then I have to laugh. I look out, see him nodding in the window, a sweet smile on his face. He reminds me so much of tobacco auctioneers I heard in hot warehouses in the South as a child. I am seven thousand miles from home, plunking down my life savings on a whim. Is it a whim? It feels very close to falling in love and that's never really whimsical but comes from some deep source. Or does it?

Z drugiej strony hotelowego dziedzińca przyjezdny Arab skanduje modlitwy przed świtem, akurat wtedy, gdy ja wreszcie mogłabym zasnąć. Jego modły brzmią tak, jakby płukał gardło słoną wodą. Poza tym godzinami zabawia się magnetofonem, raz po raz zmieniając natężenie dźwięku. Chcę wychylić się z okna i wrzasnąć: Cisza! Ale nieraz zbiera mi się na śmiech. Kiedy widzi mnie w oknie, kiwa głową i uśmiecha się słodko. Przypomina mi tak bardzo licytatorów tytoniu w dusznych magazynach na Południu z odległych lat mojego dzieciństwa.

Dzieli mnie od kraju siedem tysięcy mil, mam wybulić oszczędności całego życia na kaprys. Czy to jest kaprys? To wydaje się czymś bliskim zakochania się, stanu, który rzeczywiście nie ma nic wspólnego z kaprysem, tylko wypływa z jakiegoś głębszego źródła. Czy tak?










©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna