Był 15 października 1846… Wtedy właśnie miało miejsce włamanie do Banku Anglii. Około godziny 23



Pobieranie 238.66 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar238.66 Kb.
Prolog

Był 15 października 1846… Wtedy właśnie miało miejsce włamanie do Banku Anglii. Około godziny 2330 do banku wkroczyło pięciu zamaskowanych mężczyzn i zaczęło worami wykradać z niego pieniądze.

W kilkanaście minut później pod gmach banku zajechało kilka wozów policyjnych, z których wyszło po dwóch policjantów i jakiś młodziak zwrócił się do starszego, wąsatego komisarza:

-Co teraz zrobimy?

-A jak myślisz, durniu?! Rusz dupę i każ chłopakom wkroczyć do banku!

-Naprawdę musimy? Podobno ci faceci to najniebezpieczniejsi złoczyńcy w Londynie…

-Za co ja ci płacę?! –zdenerwował się tamten

-Dobrze… -odparł młodziak, po czym zwrócił się do grupy policjantów, otaczających gmach –Obstawić budynek!

Bank otoczyło około stu pięćdziesięciu policjantów.

W tym samym czasie w głównym sejfie siedziało dwóch włamywaczy, reszta obstawiała wejścia.

-Zaczęli obstawiać budynek… -powiedział jeden z nich

-Wiem… Brazkynd naprawdę zwariował. Myśli, że sam poradzi sobie z dwustoma uzbrojonymi policjantami.

-A co z tym paradującym w białej sukni pacanem? Podobno rozpływa się w powietrzu i praktykuje latanie…

-Ocknij się, Johnny! To jakiś wariat! Nie może nam zagrozić…

W tym samym czasie na dachu banku wylądował zakapturzony mężczyzna. Przyłożył ucho do sufitu i założywszy sobie na oczy zaślepkę jął słyszeć męskie głosy:

-Może to wariat, ale jeśli jest jakimś psychopatycznym mordercą? A co, jeżeli poderżnie gardła połowie Londynu?

Zakapturzony podszedł do tylnej ściany budynku, zszedł z niej i przez okno wszedł do pokoju, w którym siedzieli włamywacze.

Siedząc na parapecie wyraźnie słyszał dialog mężczyzn:

-Jak to niemożliwe?! Jeżeli to faktycznie psychol to możemy się jutro nie obudzić!

-Brazkynd zaraz go załatwi! Jeżeli tylko na nas dmuchnie, będzie miał przesrane! Co? –jął pytać, widząc, że tamten oniemiał –Co ci się stało? Halo! JOHNNY!!!

Mężczyzna się odwrócił i zaraz został wywrócony przez zamaskowanego faceta i pozbawiony przytomności.

Kiedy tamten miał już odejść, drugi mężczyzna podniósł się na łokciu i ledwo zapytał:

-Kim ty jesteś…?

Tamten odwrócił głowę, zawrócił się, złapał faceta za włosy i podniósłszy mu głowę odparł:

-Jestem Księciem Persji… -po czym cisnął jego głową o podłogę, pozbawiając go przytomności.

W tej chwili do pomieszczenia weszli policjanci i ujrzeli dwóch, nieprzytomnie leżących włamywaczy, oraz otwarte okno, z którego ulatniający się wiatr miotał firankami.

-Zabierzcie ich! –rzucił po chwili zastanowienia komisarz Dent.

Rozdział 1

Co pan tam tak czyta, panie Middleton…

Kamerdyner Jamesa Middletona wszedł do jego gabinetu na piętnastym piętrze Middleton’s Co. . Ujrzawszy rozbebeszone łóżko podszedł do prezesowego biurka Middleton’a, położył na nim tacę ze śniadaniem, nacisnął zamaskowany na biurku guzik i przed jego oczyma jęła otwierać się ściana.

Alfred zajechał do bunkra pod Middleton’s Co. i podchodząc do biurka, przy którym James grzebał we wszelakich książkach, powiedział:

-Fajnie będzie odbudować stary dwór! Zamiast w budynku firmy będę ścielił pańskie łóżko we dworze… Czego pan tak szuka w tych starych księgach?

-Sam jeszcze nie wiem… Martwi mnie ten klucz, który znalazła Alice.

Nie mam pojęcia, do czego on może służyć, ale chyba faktycznie jest to klucz do Watykanu. Spójrz. –odparł, pokazując Alfredowi artykuł z Gazety Watykańskiej z 25 grudnia 1836 roku. Widniał tam nagłówek: „SKRADZIONO KLUCZ DO TAJNEJ BIBLIOTEKI WATYKAŃSKIEJ”.

-Myśli pan, że to pańska dziewczyna ukradła klucz do Watykanu?

-Alice to nie jest moja dziewczyna… Wysłałeś depeszę do Clark’a?

-Wysłałem…

-I co?


-Poprosił, aby podjechać po niego do Norwegii.

-Pojedziesz po niego?

-Jak pan każe… -odparł, po czym już miał odejść, kiedy powstrzymał go James:

-Alfred!


-Tak, paniczu? –zapytał tamten, zawracając

-Mógłbyś przygotować mi wóz? Chciałbym pojechać do Alice…

-Oczywiście.

James zajechał do mieszkania Alice przy Wall Street i zapukał do drzwi. Drzwi otworzył… kot dziewczyny- Fafik.

-Cześć, mały. –powiedział James, głaszcząc kota pod brodą i zamykając za sobą drzwi.

-Fafik, kto przyszedł? –zapytała Alice, wchodząc do przedpokoju

-Cześć! –powiedział James, trzymając kota na rękach

-Mówiłeś, że nie lubisz kotów…

-Skoro masz kota, muszę jakoś to przeboleć… -odparł mężczyzna, stawiając Fafika na podłodze.

-Co cię tu sprowadza?

-A tak… Przyjechałem… towarzysko.

-Jak idzie odbudowa dworu twojego ojca?

-Całkiem nieźle… Fundamentów nie trzeba poprawiać, więc robotnicy zaczęli stawiać już belki nośne. Co u ciebie?

-Jakoś się kręci. Fafik omija kuwetę szerokim łukiem i robi wszędzie naokoło.

-Ale tak na poważnie, to nie przyjechałem pogadać… Ten klucz, który wzięłaś został skradziony z Watykanu dziesięć lat temu.

-Na mnie nie patrz! Zgoda, jestem zawodową złodziejką, ale nie ukradłam klucza do biblioteki watykańskiej.

-Zgoda! Tylko oddaj mi ten klucz.

-Obawiasz się, że włamię się do Bazyliki św. Piotra i zwinę watykańskie księgi?!

-Nie, ale jest coś jeszcze…

-CO?!


-W bibliotece watykańskiej została schowana dłoń św. Piusa VI- papieża, który okazał się heretykiem. Postanowiono spalić go na stosie. Ostała się tylko jego prawa dłoń. Próbowano ją spalić, wrzucano ją do kwasu, ale nic nie przyniosło efektu. Zamknięto ją więc w gablotce w bibliotece watykańskiej, na której widniał napis „My hand is my only good”1.

-I co w związku z tym?

-Ta ręka pokazuje zdrajców i kłamców. Jeżeli ktoś jest fałszywy ta ręka od razu go wskaże.

-I ta dłoń jest ci potrzebna, aby wiedzieć, czy coś ukradłam, czym nie…

-Ależ skąd… Po prostu… Po prostu w Bractwie ostatnio dużo huczy. Musimy wybrać nowego mistrza, a ta dłoń bardzo by mi się przydała w tym wyborze.

-Chodzi ci o to, czy wasz nowy mistrz spełni obietnice wyborcze?

-Otóż to!

-Dobrze… przekonałeś mnie, masz ten klucz. Ale pod dwoma warunkami.

-Jakimi znowu ‘warunkami’?

-Po pierwsze- zabierzesz mnie ze sobą do Watykanu…

-Ale…

-Cicho! Po drugie- kiedy odbudujesz dom, pozwolisz mi ze sobą zamieszkać.



-To już prędzej uda mi się spełnić…

Rozdział 2

Clark, szefem działu Middleton’s Co.

James wrócił do gmachu Middleton’s Co.

i zapytał Alfreda:

-Clark już zajechał?

-Owszem. Czeka w pańskim gabinecie.

-Dzięki ci, Alfredzie. –odparł James, po czym udał się do głównej windy.

Middleton zajechał na piętnaste piętro budynku i od razu udał się w kierunku swojego gabinetu. Kiedy zaszedł do gabinetu ujrzał tam zarośniętego Clark’a.

-Dzień Dobry, Clark. –powiedział, podając mu dłoń

-Witam, panie Middleton. –odparł tamten, ściskając jego dłoń

-Jak zapewne sądzisz, nie przyjechałeś tu tylko po uścisk prezesa.

-Chyba nie…

-Widziałem warunki, w jakich pracujesz

i postanowiłem, że trzeba jakoś to zmienić.

-Sam nie zmieni pan świata…

-Dlatego potrzebuję twojej pomocy. –odparł, po czym nacisnął guzik na biurku i przed oczyma Clark’a jęła otwierać się ściana.

-Zapraszam. –powiedział James, zapraszając Clark’a ręką.

Kiedy mężczyźni zajechali na dół James opowiadał dalej:

-Ten bunkier zbudował mój ojciec około dwadzieścia lat temu. Składował tu wszelakie wynalazki, które potem mogły mu się przydać.

-A po co ja jestem tu potrzebny?

-Twoja wiedza, oraz projekty Leonarda będą mi służyły do budowy różnorakich urządzeń.

-Chyba nie chce wprowadzić pan tego na czarny rynek…

-Ależ skąd! Potrzebuję po prostu kogoś, kto będzie się tym wszystkim opiekował.

-No nie wiem…

-Nie daj się prosić. Rozgadałem już całej firmie, że przyjedziesz. Poza tym ten dział już oficjalnie należy do ciebie… -po czym pokazał mu tabliczkę, podwieszoną do stropu, na której widniał napis: DZIAŁ CLARK’A.

-No dobrze, skoro już muszę… -odparł po chwili zastanowienia Clark.

-Dlaczego urządzamy przyjęcie dla pana Clark’a? –zapytał Alfred James’a, kiedy tamten szykował się do balu

-Muszę jakoś uczcić przyłączenie go do firmy. –odparł mężczyzna, wiążąc muchę

-Ale po co od razu rozpowiadać całej firmie, że sprowadził pan gościa zza oceanu, w dodatku potomka Da Vinci’ego?

-Nikt nie wie, że pradziad Clark’a to Vinci.

W dodatku wszyscy bardzo się cieszą, że wszczęliśmy współpracę ze Stanami Zjednoczonymi.

-Ale nie jedno gadają za pańskimi plecami…

-Wiem, co gadają i nie obchodzi mnie to. Uprzedziłem też przed tym Clark’a i powiedział, że nie sprawia mu to żadnych problemów. A tak za pamięci- zaprosiłeś Alice?

-Zaprosiłem, ale powiedziała, że ma jakieś spotkanie służbowe i nie może przyjść…

-Musiała zatrudniać się u Davis’a? –zastanowił się James

Alfred wziął płaszcz Jamesa i podał mu go.

Chłopak, zakładając płaszcz powiedział:

-Pójdź serwować koreczki. Nasi goście na pewno już zgłodnieli…

Kiedy kamerdyner miał już wyjść powstrzymał go James:

-Alfred!

-Tak, paniczu? –zapytał tamten, zawracając

-Rozporządziłeś zwiększenie straży przy wejściach?

-Nie, ale już idę tak zrobić.

-Byle szybko… -rozkazał James, po czym stanął przy oknie i wyglądając na oświetlony lampami, nocny Londyn powiedział:

-Ta noc będzie bardzo niespokojna…

W głównym holu gmachu Middleton’s Co. toczył się huczny bal. Nieraz policjanci zamierzali wkroczyć tam i wlepić wszystkim mandaty, jednak ktoś zawsze powiedział:

-Zwariowaliście?! Ten facet to najbogatszy człowiek w całej Anglii. Takie mandaty to dla niego nic… -i tym samym zniechęcał wszystkich do wszczęcia jakichkolwiek działań.

Goście Jamesa gratulowali Clark’owi nowej pozycji w firmie, jednak wszyscy zastanawiali się, gdzie jest gospodarz.

Kiedy tylko Middleton pojawił się w holu budynku jakiś fotograf krzyknął:

-To James Middleton! –i wszyscy zaczęli mierzyć w kierunku mężczyzny obiektywy aparatów.

-Halo! –krzyknął ochroniarz James’a, stojący gdzieś w kącie –Panowie! Odłóżcie te aparaty!

Dziennikarze widząc umięśnionego i groźnie wyglądającego faceta natychmiast zakończyli swe działania.

Middleton podszedł do Clark’a, uścisnął mu dłoń i zapytał z uśmiechem:

-Jak się czujesz na swoim własnym przyjęciu?

-Całkiem porządna imprezka, dzięki.

-Naniosłeś poprawkę na zaślepkę tak, jak cię prosiłem?

-Naniosłem, zamontowałem, wszystko czeka na dole.

-Dodałeś coś od siebie?

-Zamontowałem w rękawicy hak.

-Po co?

-Przy wspinaczce… Nie jesteś w stanie złapać się każdego kawałka, którego możesz się złapać, bo masz za krótkie ręce. To ci pomoże.



-Dziękuję, Clark. –odparł James, po czym udał się do windy.

W drodze do windy zatrzymała go dziennikarka

i zaczęła wypytywać.

James nie chętnie odpowiadał na pytania i cały czas oglądał się na boki.

Nagle zobaczył za szklanymi drzwiami dwóch facetów, którzy bili się z ochroniarzami. To mu nie pasowało…

-Przepraszam! –krzyknął do dziennikarki i pobiegł do windy.

-Co mu się stało…? –pomyślała dziennikarka, odwracając głowę

Do budynku wkroczyło kilkoro facetów ze sztucerami i zaczęli mierzyć w gości James’a.

-W porządku, panie i panowie! –zaczął jeden z włamywaczy –Gdzie jest James Middleton?

Nikt się nie odezwał…

-Nie wiecie, gdzie jest Middleton? Jak nie on, to mogą być jego przyjaciele! –po czym zaczął mierzyć w Alfreda

-Zostaw go! –zaprotestował Clark

-A, witam pana! –ciągnął dalej, idąc w kierunku Clark’a –Pan nie jesteś Middleton. Więc kto pan?

-Clark…


-Clark? Co to za dziwne nazwisko?

-Amerykańskie.

-Amerykańskie… Nie cierpię Amerykanów! –po czym przyłożył mu karabin do głowy

-Przydałby mi się Middleton… -pomyślał Clark, po czym kopnął włamywacza w krocze

-Agresywny… Skąd ta wrogość?

-Odziedziczył to po swoim przyjacielu! –krzyknął facet w granatowej szacie, który nie wiadomo, skąd się tam wziął.

Napastnik został przewrócony na podłogę, a jakiś inny jął mierzyć w kierunku zakapturzonego faceta lufą karabinu i krzyczeć:

-Zostaw go, świrze!

Zakapturzony wystrzelił w kierunku faceta z karabinem hak na stalowym łańcuchu i wyrwał mu z dłoni broń.

Wszyscy napastnicy rzucili się na zakapturzonego mężczyznę, jednak tamten w kilka minut wszystkich ich złamał.

Clark podszedł do jego obrońcy i powiedział:

-Dzięki, James. –po czym zakapturzony zniknął bez śladu.

Rozdział 3

Podróż do Rzymu

Alice za poleceniem Jamesa, które przekazał jej depeszą udała się pod ruiny domu Middletonów.

Chodząc po fundamentach udała się do miejsca, gdzie niegdyś był południowy salon, oraz stara winda, prowadząca do jaskini Johna Middletona.

Dziewczyna zeszła po drabinie do jaskini, w której siedział James.

-Po co pakujesz torbę? –zapytała Alice

-Jedziemy do Rzymu, nie mówiłem ci?

-A ty ciągle chcesz się włamać do Bazyliki św. Piotra?

-Powtarzam ci, że potrzebuję tej dłoni.

-I mam pewnie jechać z tobą…

-Czytasz w moich myślach.

-Wrócę tylko do domu po kostium…

-Nie wracaj. Wszystko jest tutaj… -po czym dał sygnał Alfredowi, aby przyniósł strój dziewczyny.

Kamerdyner przyniósł dziewczynie strój, a tamta spojrzała na niego i zapytała:

-Macie tu gdzieś szatnię?

-Alfred, zaprowadzisz? –zapytał James

-Oczywiście… -odparł tamten i zaprowadził dziewczynę do pokoju za skalną ścianą.

James podszedł do stalowych drzwi, otworzył zamek szyfrowy i odsłonił granatową szatę. Mężczyzna ubrał togę i podszedł do stalowej bramy, przypominającej drzwi garażu. Za bramą stała latająca machina Clark’a.

James przeczołgał machinę pod wodospad.

W tym momencie z szatni wyszła Alice.

-A myślałem, że w stroju codziennym jesteś niezwykła… -powiedział zszokowany James.

-Daruj sobie… Kto pilotuje?

-Może ja. Już raz to pilotowałem

-Długo nie spałeś?

-Jakieś dwanaście godzin.

-Piłeś coś?

-Tylko dwie kawy.

-Nie spałeś przez pół dnia, wypiłeś dwie filiżanki kawy… Czyli wychodzi, że twój mózg już powoli wysiada, a w wydychanym powietrzu masz około osiemnastu gramów kofeiny. Jesteś zanadto wyczerpany i twój mózg produkuje zbyt dużo adrenaliny. Nie możesz prowadzić.

-Ale, Alice!

-Żadne ale. –odparła tamta, kuszącym krokiem wsiadając na machinę Clark’a.

-Dzięki… -pomyślał James, wchodząc na pokład.

Latająca machina wzniosła się w powietrze.

-A co, jeżeli ktoś nas zauważy? –zapytał James

-To wyślą go do psychiatryka. Wszyscy będą bredzić, że widzieli gigantycznego orła.

-Jak przedrzemy się do Watykanu, nie budząc podejrzeń?

-Zostaw to mnie.

Po około pięciu godzinach lotu machina Clark’a wylądowała na dachu Bazyliki św. Piotra.

Alice wyszła z machiny i zwróciła się do James’a:

-Dobra, to gdzie teraz?

-Myślałem, że będziesz wiedziała!

-Czegoś ty się spodziewał po blondynce?!

-Dobra, spokojnie… Coś wymyślimy…

James założył sobie zaślepkę na oczy i to, co zobaczył zaszokowało go. Poprawka, jaką Bruce naniósł na zaślepkę umożliwiała mu tworzenie wyobrażonego obrazu otoczenia (coś, jak dzisiejsze promienie RTG).

Na ostatnim piętrze bazyliki chodziło kilkoro ludzi.

-To mówi mi tyle, co zeszłoroczny śnieg… -pomyślał chłopak, po czym zwrócił się do Alice:

-Jak myślisz, gdzie mogą przetrzymywać dłoń Piusa?

-Myślę… -zawahała się dziewczyna –Myślę, że gdzieś w piwnicy…

-Czwarte piętro… -myślał James, przeglądając kolejne warstwy bazyliki –Trzecie piętro… Pierwsze piętro…

-Myślisz, że mają kilka poziomów piwnic?

-Nie mam pojęcia…

James spróbował przeskanować jeszcze jedną kondygnację niżej, jednak to, co ujrzał pokazało mu „śnieg”, jak w starych telewizorach, które nie mogą złapać żadnego programu.

-Za głęboko… -pomyślał sobie chłopak i wrócił dwa metry wyżej.

Na ostatniej kondygnacji piwnicznej chodzili ludzie.

-Gdzie jest ta dłoń? –pomyślał James, po czym ujrzał na środku piętra niewielką gablotkę, w której (jak przypuszczał) znajdowała się dłoń Piusa.

-Mam!

-I co? Gdzie to jest?



-Pięćdziesiąt metrów w dół.

-Jak się tam dostaniemy?

-Alice… Miałaś wiedzieć…

-Zapomniałam!

-Dobrze… Spokojnie… -odparł chłopak, podchodząc do krawędzi dachu.

James zaczepił sobie linkę smyczki o krawędź, odwrócił się przodem do Alice, pocałował ją i powiedział:

-Jeżeli tego nie przeżyję, to wiedz, że cię kocham…

-Ale… Zaraz! Co ty zamierzasz?!

Middleton skoczył!

-James! –krzyknęła przerażona dziewczyna, odskakując w kierunku krawędzi, z której skoczył chłopak.

Kiedy Alice spojrzała w dół ujrzała Jamesa, wiszącego na stalowej lince z jego rękawicy.

-Alice, chodź! –krzyknął James do Alice

-Ale jak?

-Zejdź po lince.

-Czy to na pewno bezpieczne?

-Nie wiem… Spróbuj!

Dziewczyna chwilę się zawahała, lecz w końcu wykonała polecenie James’a

James spojrzał w górę, w kierunku Alice i jego wzrok zatrzymał się na pośladkach dziewczyny.

-Nie gap się na tyłek! –rozkazała Alice

-Cóż… -pomyślał sobie James –Ona ma chyba oczy dookoła głowy…

Alice usiadła na barkach chłopaka i zapytała:

-No i co teraz?

-Zaczekaj… -odparł na to chłopak, zaglądając przez okno.

W dużej sali chodzili księża i kardynałowie.

Nie było sposobu dostać się tam niezauważonym.

-Jak tam wejdziemy nie wzbudzając podejrzeń? –zapytała Alice

James chwilę się zawahał, po czym powiedział:

-Wierz, że księża chętniej, niż inni korzystają z usług pań do towarzystwa.2

-Chyba nie chcesz, żebym…

-Po prostu odwróć ich uwagę.

-A jeżeli coś mi zrobią?

-Tobie? Ty im co najwyżej zrobisz krzywdę…

-Daruj sobie.

-To co, stoi? –zapytał chłopak, podając dziewczynie dłoń

Po chwili namysłu Alice odparła:

-Stoi… -i uścisnęła Jamesowi dłoń.

Alice weszła przez okno do sali, gdzie chodzili duchowni.

-A jeżeli coś się nie uda? –zapytała przez okno Jamesa

-To będziemy mieli kłopoty…

Do Alice podszedł jakiś kardynał i zagadał:

-Cześć, mała! Może pójdziemy gdzieś sami?

-No nie wiem…

-Nie daj się prosić. Widzę, że wyglądasz na taką… -i zaczął się ślinić

-Dobrze, ale to są drogie rzeczy…

-Ile?

-Jakieś osiemset funtów. Uprzedzam tylko, że w bilecie grupowym taniej.



-Ile na świętego Franciszka?

-Grupowy w sumie jakieś trzysta funtów.

-No niech będzie. Jakoś się złożymy. Chłopaki! –zawołał –Mamy gościa!

Wszyscy kardynałowie udali się w kierunku księdza z Alice.

James wszedł do auli i zawisnął na gargulcu, wystającym ze ściany.

-Szybciej, na litość Boską… -modliła się Alice –Błagam, szybciej James.

Middleton wszedł na gargulca, po czym, wysunąwszy ukryte ostrze rzucił się na kardynała.

Ksiądz upadł na podłogę…

James i Alice stanęli razem w kącie, a chłopak, zdjąwszy z pleców miecz zapytał:

-I jak było?

-Żartujesz?! Okropność!

James poszedł do przodu i zaczął ciąć kardynałów na plasterki.

Alice udała się w ślady chłopaka i zaczęła kroczyć do przodu, bijąc księży.

Po chwili księża i kardynałowie leżeli jak nie poprzecinani, to pokopani, a jak nie pokopani, to poprzecinani.

-Chodź po dłoń. –powiedziała Alice, udając się w kierunku gablotki.

-Jak ją otworzymy? –zapytała dziewczyna

-Wierzysz w głupców?

-No… Chyba tak.

-To uwierz w siebie…

Dziewczyna długo się zastanawiała, aż James nie wytrzymał i rozwalił gablotkę łokciem.

-Musiałeś to zrobić? –zapytała zszokowana dziewczyna

-Do trzech razy sztuka… -odparł James, po czym wziął dłoń i zastanowił się:

-Jak teraz wrócimy do domu?

-Chyba tą samą drogą.

-To znaczy?

-Gazu na dach!

Rozdział 4

To zbyt złożona tajemnica…

Alice weszła do gmachu Middleton’s Co., a tam od razu powitał ją Alfred:

-Dzień Dobry, pani Alice!

-Dzień Dobry…

-Alfred. –przedstawił się kamerdyner

-No właśnie. Gdzie znajdę James’a?

-Pani pozwoli, że zaprowadzę…

James siedział w bunkrze pod budynkiem firmy i zaszywał wojenne rany.

-Panie Middleton! –zaczął Alfred –Panna Watson przyszła. Wprowadzić ją?

-Proszę… -odparł James, nawet nie odwracając wzroku od dziury w swojej ręce.

-I jak, James… -zaczęła Alice -Zrobiłeś już jakiś pożytek z tej dłoni?

-Jeszcze nie, ale mogę sprawdzić ją na tobie… -po czym odłożył igłę, wziął z blatu dłoń i kierując ją w kierunku dziewczyny zapytał:

-Ukradłaś coś w przeciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin?

-Przecież wiesz, że nie…

Z dłoni wysunął się palec wskazujący.

-A ty jak zwykle kłamiesz… -odparł James, odkładając dłoń i dalej skupiał się na zszywaniu swojej ręki –Co tym razem zwędziłaś?

-Nic, tylko… -zawahała się dziewczyna, wyciągając z kieszeni złoty pierścionek –Tylko taki drobiazg…

-Myślałem, że stać cię na więcej.

-Dzięki, wiesz! Takie wsparcie to sobie możesz wsadzić w… -dziewczyna jednak powstrzymała się i zapytała:

-Mocno cię poharatali? –i podeszła do Jamesa.

Mężczyzna miał poharatane całe ramie, ale na szczęście już prawie całe zszył.

-Ał… -zgięła się dziewczyna –Mocno boli?

-Nie narzekam… Co u ciebie? –zapytał, przecinając nitkę, odkładając igłę i wstając z krzesła

-W porządku. Fafik ograniczył sranie w mieszkaniu i zaczął wychodzić za potrzebą do ogrodu. Wybraliście w końcu tego waszego ‘mistrza’?

-Jeszcze nie. Dzisiaj ma być pierwsze podejście do wyborów.

-Pojechać z tobą nad Tamizę?

-Nie nad Tamizę. W zeszłym roku zmieniliśmy kwaterę i przenieśliśmy się do Pałacu Buckingham. Jak chcesz możesz ze mną jechać, ale nie wiem, czy się tam nie zanudzisz.

-Pojadę.

James zaszedł do głównego salonu buckinghamowego pałacu. Naokoło, w krzesełkach siedzieli członkowie bractwa, przybrani w granatowe, albo beżowo-granatowe szaty. Nie było nikogo przybranego w szatę białą. Podszedłszy do imiennie oznaczonego miejsca James zapytał jednego z kilku służących:

-Moglibyście przynieść jakieś krzesło dla koleżanki?

-A czy ona jest związana w jakikolwiek sposób z zakonem Książąt-Zabójców?

Zanim jednak James cokolwiek powiedział, Alice pokazała służącemu bliznę na obojczyku, w kształcie trzech pazurów.

Służący bez słowa poszedł gdzieś do innego pomieszczenia i przyniósł dziewczynie drewniane krzesełko.

-To się nazywa siła przebicia… -powiedział dziewczynie James, siadając na krzesełku.

Po chwili na aulę zaszedł grubszy mężczyzna, przybrany w granatową szatę, zarośnięty, o przyjemnych rysach.

-Zebraliśmy się tu… -zaczął grubym głosem –Zebraliśmy się tu, aby wybrać jednego z naszych braci i oficjalnie nazwać go naszym mistrzem. Zatem poproszę naszych kandydatów!

Salę wypełniły gromkie brawa i na salę weszło kilkoro kandydatów.

-Jim Newboy z Norwegii… -przedstawiał kandydatów prowadzący –Hans Käsebrot z Niemiec, Władimir Newton z Rosji, oraz Aragon Brazkynd zza gór Ural. Zaczynamy głosowanie, proszę o napisanie na kartkach nazwiska waszego faworyta.

-Sprzeciw! –krzyknął Middleton

-James, co ty robisz? –zapytała przestraszona Alice

-Brazkynd to zdrajca i gnida!

-Zabrać tego narwańca! –rozkazał przewodniczący

-Stójcie! –krzyknął oskarżony, wstając –Dlaczego sądzisz pan, że jestem zdrajcą, co?

-Byłem tam! Słyszałem wszystko! Ten facet dowodzi tutejszą mafią.

-Jaką mafią?! Sami jesteśmy mafią!

-Nie mafią… Jesteśmy osobami, które zabijają w dobre imię spokojnego świata!

-Nagadali panu bzdur! Każdy zabójca, czy to świadomie, czy nie świadomie należy do mafii.

-Ale to nie zmienia faktu, że Brazkynd zdradził!

-Zabierzcie go! –rozkazał jeszcze raz przewodniczący

Dwóch facetów podeszło do Jamesa, wzięło go za ramiona i wyniosło z sali.

-Wyrzućcie Brazkynda z rady! –krzyczał Middleton –Nie pozwólcie, aby zatruł wam myśli! Precz z Brazkyndem!

Alice przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić, aż wstała i wyszła za Jamesem.

-Coś ty zrobił?! Przez to mogą wyrzucić cię z rady. Albo może nawet z całego Zakonu!

-Nawet jeżeli mnie wyrzucą, będę walczył, będę niezależnym.

-Nagadałeś im tych bzdur, bo magiczny palec ci tak pokazał?

-Nie zabrałem dłoni do Buckinghamu. Zostawiłem ją pod opieką Clark’a.

-Zmyśliłeś to wszystko?!

-Nie zmyśliłem… Słyszałem. Wtedy, pół roku temu pod Bankiem Anglii. Ci włamywacze byli wysłani przez Brazkynda.

-Ale może to jakiś inny Brazkynd, a nie akurat ten cały Aragon.

-Nie, to musi być on. Jego oczy są takie… Coś w nich widzę takiego… dziwnego.

Nagle do gabinetu zaszedł Clark i powiedział:

-Panie Middleton, mógłby pan na chwilę do mojego departamentu?

-Coś się stało?

-Proszę na dół…

James, Alice i Bruce zajechali do działu Clark’a, a on pokazał Jamesowi Wewnętrzną Gazetę Zakonu (WGK) i zaczął go oskarżać:

-Coś pan zrobił? Co to, do cholery było? Ten występ zrujnuje pańską karierę nie tylko na tle brytyjskim, ale także na forum całego Zakonu!

-Clark, musiałem jakoś powstrzymać tę wściekłą hołotę, zapoczątkowaną przez Waleta! Ten facet nie ma na myśli dobra Zakonu, ale zagładę globalnego porządku!

-Nie mamy pewności, że to akurat Brazkynd planuje zniszczyć Zakon!

-Ja wiem, o czym mówili ci faceci w Banku Brytyjskim! To Brazkynd ich wysłał! To on jest Templariuszem i to on chce zakończyć to, co rozpoczął Walet!

-A jak to udowodnisz? –zapytała Alice

-Muszę znów pojechać do domu Waleta…

-Chce pan tak po prostu pokazać się na ulicy w stroju mordercy? –zapytał Clark

-W środku miasta, mało subtelne… -odparł James, po czym udał się do powozu.

Middleton zajechał nad Tamizę, do domu, w którym swego czasu mieszkał Walet.

James podszedł do drzwi, przekręcił kulkową klamkę… Drzwi były zamknięte.

-Jak mam tam niby wleźć?

Odszedł od drzwi na półtora metra, wziął rozpęd, wbiegł na drzwi i wpadł do domu.

James spojrzał przed siebie- było ciemno, jak w tyłku murzyna.

Mężczyzna założył sobie zaślepkę na oczy i poszedł do salonu.

Tym razem mężczyzny nie przyprawiła o zawał żadna zjawa, ani przy stole nie siedział Walet. Nagle jednak James posłyszał za sobą znajomy głos:

-Myślałeś, że się mnie pozbędziesz na dobre?

James odwrócił się i w kącie ujrzał niewiele starszego Waleta.

-Przecież ty nie żyjesz… -zawahał się James

-Ten dom jest zbyt pusty, aby duch Józefa Waleta mógł się rozpłynąć, nawet jeżeli będzie się po nim błąkał przez wieki.

-Wiesz, po co tu przychodzę?

-Potrzebujesz dowodów, że to ja rozpocząłem zbójecką działalność Brazkynda i, że to on jest moim następcą.

-On też jest Templariuszem. Ale pracował z twoimi ludźmi i nimi dowodził. To niemożliwe, żeby byle kto tak szybko zyskał tak wysoką posadę…

-Ciepło, ciepło…

James spojrzał na Waleta swoją zaniedbaną, nieogoloną twarzą i powiedział:

-To wszystko jest ustawione… Aragon jest twoim synem…

-Punkt!


-Ale on ma większą władzę w Zakonie, niż ty.

-Moja działalność to była tylko przykrywka…

W rzeczywistości to Aragon od zawsze był mistrzem zabójców, a ja byłem kozłem ofiarnym, na którego spadłyby wszystkie nieprzyjemne obowiązki.

-To jest niemożliwe… Zakonem nie mogło dowodzić dwóch równych sobie sukinsynów…

-A widzisz… Trzymam cały Zakon za jaja, a Aragon siedzi na kryształowym tronie i nic nie może mu zagrozić. Ale skoro już chcesz… Spróbuj! –po czym Walet zniknął

-Nie! –zdenerwował się James i upadł na podłogę.

Leżąc i ciężko oddychając James ujrzał przed swoją twarzą kilka kartek i szkiców.

Chłopak ledwo wstał, podniósł z ziemi dokumenty i przeglądając je pomyślał:

-Dzięki, Walet…

-Nic mi nie mówią te dokumenty… -powiedziała Jamesowi Alice, oglądając dokumenty, siedząc w jaskini pod ruinami domu Middletonów.

-Ale spójrz na to zdjęcie… -odparł mężczyzna, pokazując dziewczynie pewne stare zdjęcie.

-No co? Józef bije Aragona po twarzy i co w związku z tym?

-Spójrz z tyłu.

Mężczyzna odwrócił zdjęcie i przeczytał napis z tyłu: Monica Tale 27’.

-Kto to jest Monica Tale? –zastanowił się James

-Nie mam pojęcia… Nie wiem, jak ty, ale ja jadę do domu.

-Zostanę tu jeszcze chwilę…

-Panie Middleton… -budził Jamesa Alfred, szturchając go lekko po ramieniu –Panie Middleton, niech pan się obudzi.

-Co się stało? –oprzytomniał tamten, gwałtownie podnosząc głowę z biurka.

-Przespał pan tu noc…

-Przespałem tu noc? Która jest godzina?

Alfred spojrzał na zegarek typu cebula i odparł:

-Pierwsza trzydzieści po południu, proszę pana.

-Świetnie… -pomyślał sobie James, podnosząc papiery i pokazując je Alfredowi

-Co?

-Siedziałem nad tymi papierami od szesnastej…



-I było warto?

-Dowiedziałem się kilku bardzo ciekawych rzeczy o moim mentorze…

-Mianowicie?

-Miał narzeczoną, Monicę Tale. Z nią miał nieślubne dziecko, niejakiego Christiana Bane’a. Jednak jego mistrz, stary Raμ al Gipε3 nie akceptował go. Widział w nim tylko zło i anarchię. Bane został wygnany daleko za góry Ural. Tam szkolił się sam, pośród drzew i dzikich zwierząt. Po dziesięciu latach wrócił i zemścił się na starym Raμ al Gipεie. Wtedy Zakon na swoje barki przejął Walet, a Bane przedstawił mu się, jako Aragon Brazkynd- zupełnie inny człowiek.

-Zrobić panu herbaty?

-A co, odbudowali już kuchnię?

-Po części.

-Poproszę.

Kiedy Alfred już odchodził James powstrzymał go:

-Albo nie! Zrób mi białej kawy.

Rozdział 5

Wojenne rany

James kulawym krokiem zaszedł do Alfreda, który robił mu kawę na prowizorycznie zbudowanym stoliku.

-Coś się panu stało w nogę? -zapytał kamerdyner, podając mężczyźnie kawę

-Nie, trochę tylko mnie pobolewa...

-Może zawieźć pana do lekarza?

-A czym przyjechałeś?

-Długim powozem.4

-Dobra, zawieź mnie do tego lekarza.

-Do którego, rodzinnego, czy na Oxford Street?

-Tam, gdzie zawieźli ciało Josepha Waleta. -odparł mężczyzna, udając się do powozu.

Middleton siedział na krzesełku u lekarza, a tamten robił mu różnorakie badania. Po chwili lekarz powiedział:

-Moim zdaniem wszystko jest w porządku, ale niepokoją mnie wzmożone ruchy w kolanie.

-To znaczy?

-Spodziewam się, że może pan mieć rozwaloną chrząstkę, co w późniejszym czasie może skutkować potężnymi urazami noki. Odradzam skoki z budowli, panie Middleton.

-Kto panu powiedział, że skaczę z budynków?

-Nikt... Sam nieraz widziałem, jak pan skacze z gmachu na gmach. -odparł, po czym poszedł wypisać receptę.

James niewiele myśląc otworzył okno, zaczepił hak smyczki o parapet, samą smyczkę (którą odczepił od przedramiennika), zaczepił sobie o pasek od spodni i wyskoczył z okna.

James chodził wokół łóżka, gdzie leżało ciało Waleta i szukał różnych oznak, które mogłyby mu pomóc w znalezieniu słabego punktu Brazkynda.

Nagle jednak ciało podniosło się gwałtownie, mocno ścisnęło chłopaka za klatkę piersiową, ryknęło jakimś przeraźliwym, nieznanym rykiem, a Jamesa oślepiło jaskrawe, białe światło. Kiedy chłopak oprzytomniał, ujrzał spokojnie leżące sobie zwłoki Waleta, a na jego brzuchu leżącą teczkę lekarską.

Chłopak podniósł dokumenty i udał się ku wyjściu ze szpitala.

James w środę, czwartego listopada 46' siedział w bunkrze pod Middleton's Co. i przeglądał teczki lekarskie, które znalazł w szpitalu na Royal College Street. Wśród zebranych tam dokumentów był jeden, który bardzo zaciekawił Jamesa. Mianowicie był to akt zgonu niejakiej Monici Tale. Akt oświadczał:



Nazwisko: Monica Tale

Data zgonu: May 25 1828

Miejsce zgonu: St. Thomas Hospital, Londyn

Data urodzenia: Feb 27 1799

Miejsce urodzenia: Headington, Oxford

Stan cywilny: Zaręczona

Obok danych widniały nabazgrane krwią napisy "Dlaczego?", "Czemu mi to zrobiłaś?", Kochałem Cię!", albo te, które najbardziej zaciekawiły Jamesa- "Mamy przecież dziecko!" i "Ojciec by je uznał!".

-Czyli Brazkynd najprawdopodobniej jest synem Waleta... -pomyślał sobie James, kiedy nagle do bunkra zaszedł Alfred i powiedział:

-Panie Middleton, ma pan gościa...

-Kto to taki? -zapytał chłopak, odwracając się do kamerdynera

-Pani Watson.

-Wprowadź ją. -rozkazał Middleton, po czym do bunkra weszła Alice

-Możesz już iść. -powiedział chłopak do kamerdynera, a tamten zmieszany pojechał windą do góry.

-Kolejna długa noc? -zapytała dziewczyna, podchodząc do Jamesa

-Siedzę tu dopiero od piątej trzydzieści... Ale zobacz, co udało mi się znaleźć.

-Co takiego? -zapytała Alice, spoglądając na papiery

-Akt zgonu Monici Tale, najprawdopodobniej narzeczonej Waleta.

-I co w związku z tym?

-Walet bardzo ją kochał. Myślał, że jego dziecko z Tale pozwoli mu na przezwyciężenie stresu, jaki wywoływał na nich ojciec Monici.

-Ale to, że Brazkynd jest synem Waleta już wiemy.

-Tak. Ale na akcie zgonu panny Tale jest również napisane, że 'ojciec' uznałby to dziecko.

-Czyli?

-Nie znalazłem więcej żadnych wzmianek o rodzinie Waleta, ani Brazkynda. Według mnie ojcem Waleta, a dziadkiem Brazkynda może być zmarły Raμ al Gipε.



-No to mamy ojca chrzestnego...

-Ale ciągle męczy mnie, jak zmarła Monica Tale.

-Chyba nie pójdziesz po prostu do szpitala świętego Thomasa i nie zapytasz, jak zmarła Monica Tale...

-Dobry pomysł! -powiedział James, po czym wstał, podniósł z ziemi niedawno kupioną laskę

i pojechał windą na górę.

-Panna Tale... -mówił chłopakowi lekarz, chodząc z nim po korytarzu -Nie znamy dokładnej przyczyny jej śmierci, ale przypuszczam, że wykrwawiła się przy porodzie. Pamiętam, że lekarz przyjmujący poród powiedział, że musieli wykonać cesarskie cięcie.

-A wystąpiło ryzyko poronienia?

-Prawdopodobnie nawet bardzo duże ryzyko poronienia.

-Czyli Bane mógł się nie urodzić?

-Dokładnie... Na szczęście nasz chirurg szybko podjął odpowiednie działanie i uniknęliśmy nieszczęśliwych komplikacji...

-Mógłbym porozmawiać z tym chirurgiem?

-Oczywiście, zaraz po niego pójdę... -odparł lekarz, po czym udał się korytarzem do wschodniego skrzydła budynku.

-Pan Middleton. -zdziwił się chirurg, przychodząc z zachodniego skrzydła budynku -Dawno pana nie widziałem.

-To my się znamy? -zdziwił się chłopak

-Pan może tego nie pamiętać, ale tydzień przed tym nieszczęśliwym wypadkiem, w którym zginęli pańscy rodzice...

-To nie był wypadek... -przeszkodził James

-...Mniejsza. -odparł zaskoczony lekarz -W każdym razie tydzień przed ich śmiercią złamał pan sobie rękę. Pański ojciec pana przywiózł, ja założyłem gips, a miesiąc później mój kolega go zdjął.

-Chwila... Mówi pan, że miałem założony gips, gdy zginęli moi rodzice?

-Prawdopodobnie tak... Pomyślmy- założyłem panu gips siedemnastego lutego 1836, Dent zdjął go czwartego marca, a pańscy rodzice według prasy zmarli dwudziestego czwartego lutego 1836. To chyba się zgadza...

-Zaraz... Kto zdjął mi gips czwartego marca 36'?

-Dent. Doktor Jonathan Dent.

-Dziękuję! -odparł chłopak i szybkim krokiem wyszedł ze szpitala

-Ale... Panie Middleton. Panie Middleton! -krzyczał lekarz w kierunku zamykających się drzwi

-Jonathan Dent... Jonathan Dent... -myślał James, przeglądając dokumenty pod Middleton Mantor.

Nagle drabiną zszedł Alfred i zapytał:

-Znowu grzebie pan w dokumentach pańskiego ojca?

-Szukam danych o Jonathanie Dent'cie. Czy aby nasz nowy komisarz nie nazywa się Dent?

-Nazywa, ale to nie jest Jonathan Dent, tylko Jim Dent.

-A Johnathan Dent to...?

-Kieszonkowiec, osadzony niedawno w Azylu Abducted na wyspie Isle of Man.

-Mógłbyś napisać depeszę do komisarza Denta o pojawienie się u mnie?

-Oczywiście. W Middleton's Mantor, czy budynku firmy?

-Alfred, załamujesz mnie... Oczywiście, że w budynku firmy.

James siedział przy biurku w swoim gabinecie w budynku Middleton's Co. Nagle do gabinetu zaszedł jakiś jego służący i powiedział:

-Panie Middleton... Zgodnie z pańskim rozporządzeniem zjawił się u nas komisarz Jim Dent.

-Wprowadź go. -odparł James, a do jego gabinetu wszedł wąsaty mężczyzna w wieku średnim, z rudawo-brązowymi włosami i okrągłymi okularami na oczach.

-Pan Middleton, nieprawdaż... -zaczął niepewnie -Spodziewałem się, że jest pan bogaty, ale nie myślałem, że aż tak.

-Ale nie o pieniądze tu chodzi... -odparł James -Pański brat, Johnathan Dent został osadzony w Abducted, prawda?

-No... -zawahał się tamten -Tak, ale co to ma do rzeczy?

-W latach trzydziestych był lekarzem, prawda?

-Dokładnie, był chirurgiem.

-Jak do się stało, że został osadzony w Abducted?

-No... Kradł. Od dziecka był bardzo chciwy

i chytry. Już jako siedmiolatek ukradł mamie złoty naszyjnik, którego tata nie znalazł aż do swojej śmierci.

-A ile lat ma obecnie pański brat?

-Jest ode mnie nieco młodszy. Pomyślmy... Mam pięćdziesiąt trzy lata, Johny jest ode mnie młodszy o sześć lat, czyli teraz ma jakieś czterdzieści siedem lat.

-Czterdzieści siedem... -myślał James -Czyli, gdy zginęli moi rodzice, w 36' roku, pański brat miał trzydzieści siedem lat.

-Jakoś tak będzie wychodziło...

-Uda się pan na wyspę Isle of Man.

-Po co?


-Tam spotka się pan z moim operatywnym przyjacielem. Razem udacie się do Azylu Abducted i porozmawiacie z pańskim bratem.

-A po co w tym ja?

-Nie wpuszczą tam nikogo spoza rodziny. Pan będzie naszą przepustką do sukcesu.

-Tylko niech pan będzie ostrożny... -uprzedzał chłopaka Alfred, kiedy tamten zakładał szatę -Już raz rozciął pan sobie rękę, wolałbym, aby to się nie powtórzyło.

-Wtedy to ty mnie będziesz zszywał... -odparł chłopak, zakładając sobie na głowę kaptur.

James wsiadł w latającą machinę Clark'a

i wzniósł się w powietrze.

Pojazd wylądował u brzegu wyspy około piątej nad ranem.

-To pewnie o tobie mówił Middleton... -rzekł komisarz Dent do wysiadającego z pojazdu zakapturzonego mężczyzny -Tam jest azyl, możemy już iść.

Zakapturzony mężczyzna bez słowa udał się w kierunku wysokich murów Azylu Abducted.

Przy stalowej bramie stał strażnik i pilnował wejścia.

-Kto tam? -zapytał -Kto idzie?

-Jim Dent. -odparł komisarz -Przyszedłem odwiedzić mojego brata, Johnathana Denta.

-Był pan zapisany na widzenie?

Nagle jednak o nogę strażnika zawiązała się stalowa linka i zaczepiając się o wystającego ze ściany gargulca zawiesiła strażnika głową w dół na wysokości około pięciu stóp.

Zamaskowany facet bez słowa podszedł do strażnika, wyciągnął z jego kieszeni plik kluczy

i otworzył drzwi azylu.

Dent oraz jego zamaskowany przyjaciel szli przez ciemne korytarze azylu. Kiedy doszli do celi numer 476 (w której według danych, dostarczonych przez komisarza Denta znajdował się jego brat) pewien strażnik powiedział do nich:

-Zaraz! Co wy tu robicie?

-Nazywam się Jim Dent. -zaczął komisarz -Przyszedłem odwiedzić mojego brata, John'ego Denta.

-Kto was tu wpuścił?! -dopytywał się jakby głuchy strażnik

Wtem zamaskowany facet podbiegł do strażnika, złapał go za gardło, podniósł z ziemi i wysunąwszy z rękawa zamaskowane ostrze zaczął mówić:

-Daj mi klucz do celi numer 476, natychmiast!

-Już, już, tylko nie rób mi krzywdy... -błagał strażnik, grzebiąc po kieszeniach -Proszę, to jest klucz...

Zamaskowany wyrwał z jego dłoni klucz, a tamten przestraszony zaraz jął pytać:

-Mogę już sobie iść?

-Jasne, że nie... -odparł tamten, po czym przywalił mu pięścią w głowę i rzucił nieprzytomnego strażnika o ziemię.

Zamaskowany podszedł do drzwi celi i otworzył je kluczem, wyrwanym strażnikowi.

Mężczyźni weszli do celi, w której na pryczy siedział znudzony mężczyzna w wieku średnim.

Zamaskowany facet podszedł do niego, wziął go za koszulę, podniósł do góry i zaczął wypytywać:

-Co wiesz o śmierci Johna i Carol Middleton?

-Nic nie wiem... Przysięgam... -wymigiwał się tamten

-Nie kłam! Wiem, że tam byłeś! Tydzień wcześniej założyłeś ich synowi na rękę gips, bo ją złamał. Dobrze wiedziałeś, że wtedy nie będzie mógł ich obronić! Ale po co? Dla kogo pracujesz?

-Dla... -zaczął przerażony -...Dla Josepha Waleta...

-On nie żyje! Dla kogo pracujesz, Dent?

-Dla Waleta... -odparł tamten, aż ze strachu stracił przytomność.

Zamaskowany rzucił nieprzytomnego faceta o ziemię i wyszedł z celi.

-Ej! -powstrzymywał go komisarz Dent -Czego się dowiedziałeś? Halo! Jak mam do ciebie mówić?

Rozdział 6

Czyli Brazkynd jest synem Waleta...

Alice zajechała do bunkra pod Middleton's Co., w którym James standardowo przesiadywał.

-Dowiedziałeś się czegoś nowego?

-Wiem, że brat komisarza Denta pracował dla Waleta. Ale Walet nie był szefem mafii, tylko jego syn- Brazkynd.

-Myślisz, że kłamie?

-Nie... Myślę, że Walet był łącznikiem, pomiędzy sprawami zewnętrznymi, a Brazkyndem.

-Ale co do tego ma brat komisarza?

-Był lekarzem. Kiedy złamałem rękę on zdjął mi gips. Specjalnie przeciągał zdjęcie tego gipsu, aby można było zabić moich rodziców.

-I kto według ciebie mógł to zrobić?

-Myślę, że to był albo Brazkynd, albo Walet, albo któryś z ich przydupasów.

-Co teraz zrobisz?

-Chyba będę musiał spotkać się z Brazkyndem.

-Ale to chyba nie będzie towarzyska pogawędka?

-Raczej nie...

Był ciemny, chłodny wieczór... Zakapturzony facet stał na dachu Middleton's Co., wiatr miotał jego szatą.

Kiedy zawiał odpowiedni wiatr, tamten rozpostarł swoją szatę i poleciał w kierunku Pałacu Buckingham, w którego podziemiach urzędował Brazkynd.

Aragon stał przy grubej ścianie swojej rezydencji i wyglądał przez okno. Nagle do stalowych drzwi ktoś zapukał. Służący otworzył drzwi, a w nich pojawił się Middleton.

-Dzień Dobry, James! -zaczął tamten z fałszywym uśmiechem na ustach -Przyszedłeś porozmawiać?

-Nie, Brazkynd. Po co zabiłeś Johna i Carol Middleton? Po co wysłałeś tam swoich ludzi?

-Widzisz, James... -mówił tamten, chodząc w koło -Wszystko ma swój początek, ale także swój koniec. Nic nie jest wieczne. Śmierć twoich rodziców miała dać ci do przekonania, że to faktycznie jest błędne koło- ktoś umiera, drugi przejmuję jego rolę, ten drugi umiera, jego rolę przejmuję ktoś trzeci, i tak dalej, i tak dalej...

-To nie jest błędne koło... -zaprzeczył chłopak -Mój ojciec był mordercą w twoje imię, imię diabła. Ja jestem mordercą w imię sprawiedliwości i dobrego życia mieszkańców Londynu.

-Skoro tak... To jesteś zdrajcą. A wiesz, co robimy ze zdrajcami? -odparł Brazkynd, po czym stojący za plecami Jamesa służący wyciągnął rewolwer i przyłożył go chłopakowi do głowy.

Jednak James gwałtownie się odwrócił, złamał strzelcowi ręce, wyrwał z nich pistolet, zastrzelił go i zaczął mierzyć w kierunku Brazkynda.

-Co mi teraz powiesz, sukinsynu? -zapytał chłopak

Aragon po chwili zastanowienia odparł:

-Myślisz, że mając rewolwer masz przewagę? -po czym wysunął z rękawa ostrze, wbił je chłopakowi w rękę, wyrwał pistolet i kładąc Jamesa na kolana zaczął w niego mierzyć.

-Przejrzyj na oczy, James- nie wygrasz ze mną... Walet był zbyt dobrze wyszkolony i zbyt dobrze wyszkolił mnie. -po czym strzelił mu w kolano, na które chłopak i tak już kuśtykał.

James stracił przytomność...

Kiedy chłopak się ocknął, leżał w jaskini pod Middleton Mantor. Chłopak rozejrzał się na boki i ujrzał na skalnej podłodze kartkę.

Chłopak podniósł się z ziemi, podniósł kartkę i przeczytał, co było na niej napisane:

"Mamy twoją dziewczynę, Middelton. Jeżeli chcesz ją uratować, przyjdź dziś wieczorem na róg New Oxford Street i Newton Street. Bądź sam. Jeżeli dowiemy się, że ktoś ci pomógł, zabijemy ją, a później dobierzemy się do ciebie.".

James'owi załamały się kolana...

-Nie!!!!!!!!!!! -krzyknął tamten tak głośno, że było słychać go chyba w Indiach, po czym pogrążył się płaczem.

Popołudnie było nudne, ale pogrążone smutkiem... Padał deszcz, wszędzie było szaro, ludzie chodzili pod parasolami, wszyscy jakby równie smutni. Middleton również znajdował się w tym tłumie O dziwo nikt nie robił mu zdjęć, nikt nie biegał za nim z arkuszem papieru

i piórem.

Chłopak bez żadnego uzbrojenia, bez szaty, ukrytego ostrza, ani miecza stawił się na rogu Newton Street z New Oxford Street.

Stał tam Brazkynd, ubrany w czarny płaszcz. Nie było tam jego sługusów, nikogo, poza Middletonem i synem Waleta.

-Jednak nie jesteś takim tchórzem, jak przypuszczałem! -'ucieszył' się Brazkynd

-Nie mieszaj w to Alice... -powiedział chłopak -Puść ją wolno, zabij mnie, nie ją.

-Skoro tak chcesz... -odparł tamten, po czym podniósł rękę, a z cienia wyłonił się jakiś facet. Trzymał on na rękach zwłoki dziewczyny. Służący rzucił ciało na ziemię i zniknął z cieniu kamienicy.

-Nie... Nie! -łkał chłopak, podbiegając do zwłok dziewczyny

-O, tak! -odparł Brazkynd -Widzisz, mówiłem ci już -jeden umiera, drugi przejmuje jego miejsce.

-Ty... -mówił chłopak, podnosząc wzrok na Brazkynda -Ty sukinsynu... Zabiję cię... ZABIJĘ CIĘ!!! -po czym rzucił się na mężczyznę.

James bił Brazkynda po twarzy, jednak tamten po chwili złapał chłopaka za pięść, wykręcił mu rękę i z całej siły walnął w brzuch tak, że tamten upadł na ziemię.

James wstał z podłogi, przyjął gardę, wydał okrzyk i rzucił się na Brazkynda. Tym razem chłopak bił go po brzuchu i klatce piersiowej, jednak na tamtym nie zrobiło to większego wrażenia i Brazkynd znów wykręcił chłopakowi rękę, rzucił go o ścianę, podniósł z ziemi i rzucił tak nieszczęśliwie, że chłopak uderzył chorym kolanem o ostry, szpiczasty kamień.

James stracił przytomność...

Rozdział 7

Nie ma to, jak w domu

Chłopak ocknął się, leżąc za kratami w celi, wyżłobionej w skale, byli też z nim inni ludzie.

-W końcu się ocknąłeś... -powiedział jakiś starszy mężczyzna -Już myślałem, że nigdy się nie obudzisz...

-Gdzie ja... -zaczął ledwo -Gdzie ja jestem...?

-W miejscu, które wielu nazywa domem.

-Dlaczego...?

-W tym piekle dużo ludzi się urodziło, zmarły tu ich rodziny, oraz niektórzy przesiadują tu całe swoje życie. Wielu próbowało się wydostać, jednak na próżno...

-Dlaczego...?

-Więzienie otoczone jest wielkim murem, na którym siedzą strzelcy. Wspiąć się to jeszcze nic, sztuka to przedostać się przez strażników.

-Komuś się udało...?

-Oczywiście, że nie.

-Erras. -odparł jakiś starszy, łysy facet, siedzący w sąsiedniej celi

-Mówi, że komuś się udało... -odparł na to mężczyzna, rozmawiający z Jamesem

-Hic puer hic, quia nescitur... -ciągnął dalej starszy mężczyzna

-Chłopiec... -tłumaczył drugi -...przybyły niewiadomo, skąd.

-Bale... -domyślił się James

-Dum captis in rotundum Imperii Russici. -mówił dalej staruszek

-Schwytany podczas łapanki w Imperium Rosyjskim. -przetłumaczył tamten

James leżał ledwo żywy na materacu, a jego rozmówca podszedł do niego i podwinął mu nogawkę od spodni.

-Co ty robisz? -zapytał chłopak

-Sprawdzam, czy nic ci nie jest. Masz dziwnie wykrzywione kolano...

Kiedy mężczyzna do końca podwinął nogawkę od spodni chłopaka ujrzał poharataną nogę w okolicy kolana.

-Masz rozwaloną chrząstkę... -powiedział lekarz -Trzeba ją naprawić.

-Jak? -zapytał chłopak

- Andrew... -zwrócił się do łysego mężczyzny- ...adhuc aliqua metalli clauorum?

-Opinor. -odparł tamten i zaczął grzebać w swoim plecaku.

Po chwili mężczyzna wyciągnął z plecaka coś, przypominającego duży gwóźdź, oraz młotek.

-Co to jest? -zapytał chłopak

-Coś, jak szyna, ale umożliwiająca zginanie nogi. -odparł badający chłopaka facet, po czym znowu zwrócił się do swojego łacińskojęzycznego przyjaciela:

- Da mihi contortum tunicam et dimidia sextarius vodka.

Łysy mężczyzna podał mu półlitrową butelkę wódki, oraz jakąś ubłoconą szmatę.

-Po co to? -zapytał coraz bardziej przerażony chłopak

-Napij się... -powiedział mu mężczyzna, podał butelkę z trunkiem i zaczął zwijać szmatę w kłębek.

Kiedy chłopak skończył pić 'lekarz' związał mu ręce, wepchnął szmaciany kłębek w usta, wziął 'gwóźdź' i młotek i zaczął wbijać chłopakowi w nogę.

Ból był tak niewyobrażalny, że chłopak nie wiedział, co miał robić- czy zacisnąć szczękę

i rozwalić sobie wszystkie zęby, czy ryczeć z bólu. Niestety nie mógł zrobić ani jednego, ani drugiego, ponieważ wepchnięty w jego usta kołek uniemożliwiał mu ruszanie nimi.

Kiedy 'lekarz' skończył swoją pracę powiedział do chłopaka:

-Nie ruszaj się, dopóki nie powróci ci czucie w nodze.

Wstał, jednak coś sobie przypomniawszy, wrócił do chłopaka, złapał szmatę, tkwiącą w jego ustach i powiedział:

-I jeszcze to... -po czym wyrwał chłopakowi z ust szmatę.

Wtedy po całym więzieniu rozprzestrzenił się ogłuszający krzyk Jamesa.

Chłopak leżał, nie dając znaków życia przez tydzień... Po tygodniu usłyszał znajomy głos:

-Chyba nie myślałeś, że po prostu cię zostawię?

Kiedy chłopak podniósł głowę ujrzał Waleta, przybranego w garnitur.

-Nie... -zaprzeczał James -Ty nie...

-Nie żyjesz? Tak, to prawda, jednak twój umysł twierdzi inaczej.

-Nie umiem pokonać Brazkynda... -użalał się tamten

-A może to jakiś znak, że twój sprzeciw nie ma sensu? Może to syndrom, że musisz być jego poddanym do końca swoich dni?

-A co, jeżeli odejdę?

-Mówiąc krótko- będziesz miał prze-sra-ne.

-Jak mam stąd wyjść?

-Pokonaj strażników... -odparł Walet, po czym znowu zniknął.

James bił w zawieszony pod sufitem kłębek ze swojej koszuli.

-Po co ćwiczysz boks? -zapytał go jego starszy przyjaciel

-Inaczej nie pokonam tych strażników. -odparł tamten i dalej bił w swoją odzież

Chłopak podszedł do skalnej ściany, otaczającej więzienie. Spojrzawszy w górę zapytał opiekującego się nim mężczyznę:

-Jak wysoki jest ten mur?

-Jakieś trzydzieści dwie, trzydzieści trzy stopy. W każdym razie tak 'na oko'.

-Czyli upadek z takiej wysokości nie grozi śmiercią... -zastanowił się chłopak

-Ale, jeżeli pechowo się spadnie, może grozić solidnymi urazami. -dokończył mężczyzna.

James złapał się za najniższe wystające skałki i zaczął się po nich podciągać.

Kiedy był w połowie drogi przyuważył go jakiś strzelec.

Krzyknął więc do swojego kolegi naprzeciwko niego i powiedział:

-Franek, cel na pierwszej!

Tamten od razu zestrzelił Jamesa z gładko lufowej broni na gumowe pociski.

Chłopak leciał w dół prosto na głowę i, kiedy wszyscy myśleli, że zaraz roztrzaska ją sobie o bruk, tamten obrócił swoim ciałem i upadł na cztery łapy, niczym kot.

Chłopak podniósł się z ziemi, a jego starszy przyjaciel czym prędzej do niego podbiegł

i zaczął wypytywać:

-Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?

-Tak... -odparł tamten -Nic mi nie jest.

Chłopak siedział w swojej celi i składał jakiś mechanizm.

-Quid hoc? -zapytał go jego łysy przyjaciel

Chłopak pytająco spojrzał na drugiego mężczyznę.

-Pyta, co budujesz. -odparł mu tamten

-A, to. To uzbrojenie przeciwko strzelcom.

-Faciens arma sagittarii. -przetłumaczył staruszek z lekkim rozbawieniem w głosie

Oboje mężczyźni parsknęli głośnym śmiechem.

-Taa... -mówił jakby to do siebie, jakby to do nich James -Śmiejcie się, śmiejcie. Zobaczycie, że stąd wyjdę.

Mężczyźni wyszli z pomieszczenia, a James dalej składał urządzenie.

Kiedy James prawie złożył swój mechanizm zaczął szukać czegoś po podłodze i swego rodzaju skalnym biurku, które znajdowało się z jego celi.

-Szukasz czegoś? -zapytał staruszek

-Szukam jakiegoś kawałka blachy, najlepiej ostrego.

-Czegoś takiego, jak to? -zapytał mężczyzna, podnosząc z ziemi coś, przypominające urwane ostrze od noża.

-Dokładnie. -odparł chłopak, wziął kawałek blachy od mężczyzny i dalej składał swój mechanizm.

Kiedy mężczyzna miał już odejść zamyślił się na chwilę, po czym wrócił do chłopaka i powiedział:

-Wiesz, co... Przepraszam, że wyśmialiśmy cię z Andrewem.

-Nie ma sprawy... -odparł tamten nawet nie odwracając wzroku od tego, co budował.

-Co to? -zapytał mężczyzna, wskazując na coś, przypominającego bardzo dużą szklankę z wodą.

-To... -zamyślił się chłopak -Hak.

-Po co?


-Jak to powiedział niejaki Da Vinci "Masz za krótkie ręce, to ci pomoże".

Następnego dnia, wczesnym rankiem James złożywszy swój mechanizm do kupy podniósł z ziemi jakiś stary rewolwer z czasów wojny o inflanty, szarpnął zamek, po czym wstał, mechanizm położył na biurku, wycelował i strzelił do niego resztkami drobnego śrutu.

Kiedy chłopak sprawdził, jak trzyma się jego wynalazek nie ujrzał ani jednego poważniejszego zniszczenia (nie licząc tylko tego, że mechanizm trochę się porysował).

Chłopak założył przedramiennik na rękę i udał się ku wysokiemu murowi więzienia.


Rozdział 8

Home, Sweet Home...

James podszedł do odbijającego zachodzące słońce muru i zaczął się po nim wspinać. Oczywiście już po chwili przyuważyli go strzelcy i zaczęli w niego mierzyć.

Wtedy chłopak zasłonił się swoim metalowym przedramiennikiem i zaczął odbijać kule. Niektóre leciały gdzieś w kosmos, niektóre spadały pionowo w dół, a inne, co lepsze- rykoszetowały.

Kiedy chłopak złapał się jakieś wystającej półki podszedł do niego strzelec i strzelił w nogę.

Chłopak spadł...

-Cel unicestwiony! -krzyknął tamten z radością

i dumą.

Wszyscy na dole popadli w smutek i już mieli odchodzić do swoich cel, kiedy ktoś krzyknął:



-Jest! Widzę go! -i zaczął wskazywać w kierunku znikającego powolnie ze ściany światła.

James trzymał się o ścianę krawędzią haka, a chodzący nad nim strażnik nic nie widział. Wtedy chłopak ostrożnie złapał się lewą ręką o gzyms, z rękawicy wysunął sobie ostrze, po czym wbił go strażnikowi z nogę i zrzucił go z półki.

Kiedy głośny huk ogłuszył wszystkich dookoła, tamci spojrzeli na zwłoki.

Wtedy wszyscy popadli w radość, podbiegli do zwłok strażnika i zaczęli go deptać, skakać o nim, wykręcać mu kończyny, kopać i tak dalej, i tak dalej.

James wydostał się z więzienia...
-Ja rozumiem, panno Krogger, że chce pani zobaczyć się z panem James'em, ale to w tym momencie jest niemożliwe. -rozmawiał jeden z ochroniarzy Jamesa z dziennikarką Rachel Kroger.

Kiedy mężczyzna spławił kobietę, podszedł do Alfreda i zapytał go:

-Wiedzą już coś?

-Nic... -odparł tamten ze smutkiem w głosie i udał się do gabinetu Jamesa.

Kiedy Alfred zajechał na ostatnie piętro Middleton's Co., wszedł do gabinetu Jamesa

i zobaczył, że przy biurku prezesa ktoś siedzi.

Alfred podszedł trochę bliżej biurka i powiedział:

-Przepraszam, tu nie wolno być osobom postronnym.

Na fotelu obrócił się zarośnięty James i odparł:

-To już nawet nie można usiąść we własnym fotelu?

-Pan Middleton? -zdziwił się tamten -Uznano pana za zmarłego.

-Jednak życie pozagrobowe istnieje... -odparł tamten, wstając z fotela, po czym dodał:

-Co mnie ominęło?

-Firma przybrała trzy procent w akcjach, ale...

-Ale?

-Ale idziemy łeb w łeb z John Davis Enterprises.



-Gdzie mamy największy zysk?

-To wyda się panu dziwne, ale o dziwo w tajnym dziale pana Clark'a?

-Ile?

-Odkąd pan zniknął akcje na dziale Clark'a przybrały równo o siedem i osiem dziesiątych procent.



-To jest dwa miliony funtów. -odparł James, a po chwili zastanowienia dodał:

-Muszę porozmawiać z Brucem.

-Wezwać go?

-Sam do niego pójdę. -odparł James, po czym udał się ku ukrytej windzie.

W bunkrze pod Middleton's Co. przesiadywał Clark i grzebał przy jakimś urządzeniu.

-Widzę, że praca idzie pełną gębą. -zaczął James

-Dzięki Bogu, pan żyje. -odparł na to Clark

-Jak idzie praca w dziale bogatszym o siedem

i osiem dziesiątych procent?

-Albo nie rozumiem pańskiego żartu, albo to jest kiepski żart.

-Na przeciągu ostatnich dwóch tygodni dzięki pracy twojego departamentu nasza firma zarobiła siedem i osiem dziesiątych procent na akcjach.

-Ale przecież ten dział jest tajny... -zastanowił się Bruce

-Ale koszty jego eksploatacji, utrzymania, a co najważniejsze zarobków jak najbardziej nie są tajne.

-Czyli mówi pan, że zarabiamy, ale nie wiadomo, na czym?

-Dokładnie.

Po chwili milczenia Clark dodał:

-Mam szczere wrażenie, że nie przyszedł pan tu tylko po to, aby porozmawiać o pieniądzach...

-I masz rację. Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi szybko i łatwo gasić światło w pomieszczeniach.

-Na przykład, poprzez strącenie latarni?

-Dokładnie.

-Da się zrobić. Wydaje mi się, że mam już nawet takowy prototyp.

-Świetnie. Mogę go zobaczyć.

-Oczywiście. -odparł mężczyzna, po czym zaprowadził Jamesa do szuflady przy ścianie, otworzył ją i wyjął z niej coś, przypominającego niewielki, metalowy bumerang.

-O czymś takim myślałem. -odparł James, oglądając wynalazek -Jaki możesz wykonać kształt?

-Mogę dopasować się do każdego szkieletu.

-Daj mi kartkę i ołówek.

Mężczyzna szybko spełnił polecenie Middletona, a tamten w kilka sekund naszkicował coś, co przypominało gołębie skrzydła.

-Wytnij mi to. -odparł James, po czym odchodząc dodał -Tylko postaraj się, żeby były ostre!

-Panie Middleton! -powstrzymał go po chwili Clark

James odwrócił się, stanął w drzwiach windy i pytająco zaczął patrzeć na Clark'a

-Dlaczego akurat gołębie skrzydła? -zapytał Clark

-Gołąb to symbol Nyks, greckiej bogini ciemności.

-A dlaczego ciemność?

-Bo się jej boję. Czas pokazać swój strach innym.

Rozdział 9

Nowe zabawki Jamesa



Była ciemna, ale w miarę spokojna noc. Zakapturzony facet stał na dachu Pałacu Buckingham i oglądał się wokoło. Założywszy sobie zaślepkę na oczy zobaczył na pierwszym piętrze pałacu chodzi Brazkynd.

1 (2013) Kacper Nowaczyk- (ang.) „Moja dłoń jest moim jedynym dobytkiem.”

2 Pani do towarzystwa = prostytutka

3 Czyt. Ramu al Gipepsilon

4 Długi powóz -tamtejsza limuzyna, napędzana końmi


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna