Byłem z nim duchowo związany



Pobieranie 23.3 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar23.3 Kb.
Byłem z nim duchowo związany

Wśród osób, z którymi związany był od młodości bł. Jan Paweł II na plan pierwszy wysuwa się św. Brat Albert. Postać utalentowanego malarza a przy tym wielkiego patrioty, oddanego bez reszty sprawie odzyskania przez Polskę niepodległości, wreszcie założyciela Zgromadzenia Braci Albertynów i Sióstr Albertynek, aby lepiej móc służyć ludziom ubogim, przyciągała Karola Wojtyłę od lat młodzieńczych. Osoba i dzieło Brata Alberta należały już do historii, gdy Karol Wojtyła przybył na studia polonistyczne do Krakowa, jednak była to postać nadal żywo wspominana; właśnie wtedy odbywała się pierwsza wielka wystawa dzieł Chmielowskiego. Odtąd Brat Albert towarzyszył Karolowi Wojtyle-Janowi Pawłowi II przez całe życie, czego świadectwo znajdziemy w książce „Wstańcie, chodźmy!”, napisanej już w czasie pontyfikatu:



Szczególne miejsce w mojej pamięci, a nawet więcej, w moim sercu, ma Brat Albert – Adam Chmielowski. Walczył w powstaniu styczniowym i w tym powstaniu pocisk zniszczył mu nogę. Odtąd był kaleką – nosił protezę. Był dla mnie postacią przedziwną. Bardzo byłem z nim duchowo związany. Napisałem o nim dramat, który zatytułowałem Brat naszego Boga. Fascynowała mnie jego osobowość. Widziałem w nim model, który mi odpowiadał: rzucił sztukę, żeby stać się sługą biedaków – "opuchlaków", jak ich nazywano. Jego dzieje bardzo pomogły mi zostawić sztukę i teatr, i wstąpić do seminarium duchownego.

Ta skondensowana wypowiedź zawiera całe bogactwo przeżyć i losów, które łączyły bł. Jana Pawła II z Bratem Albertem. Obszerniej o swoim zauroczeniu jego postacią zwierzył się też we wcześniejszej książce wspomnieniowej „Dar i tajemnica”, w której przywołuje osoby, napotkane na swojej drodze życia, które były dla niego ważne, a także postaci znane i zapamiętane z podręczników historii czy z literatury.



Wielu autorów utrwaliło w polskiej literaturze postać Brata Alberta. Zasługuje na wspomnienie, prócz wielu utworów artystycznych, powieści i dramatów, monografia jemu poświęcona, a napisana przez ks. Konstantego Michalskiego. Również i ja, jako młody kapłan, w okresie wikariatu u św. Floriana w Krakowie, poświęciłem mu utwór dramatyczny zatytułowany „Brat naszego Boga”, spłacając w ten sposób szczególny dług wdzięczności, jaki wobec niego zaciągnąłem.

Dramat „Brat naszego Boga” powstał w latach 1944-50. Opublikowany został jednak dopiero w 1979 roku, po wyborze kard. Wojtyły na Następcę św. Piotra. Prapremiera odbyła się rok później w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Autor sam określił swoje dzieło jako próbę przeniknięcia człowieka.


Dlaczego był to Brat Albert? Z licznych przemówień poświęconych Adamowi Chmielowskiemu nie jest trudno zauważyć jak postać ta była mu bliska. I bliskość ta nie wynikała wyłącznie z zadziwiającego podobieństwa biografii, a przede wszystkim ze zbieżności ideałów, które obaj realizowali w innym historycznym czasie, innej rzeczywistości, odmiennych warunkach, ale w podobny sposób.

Za przykład niech posłuży rozważanie z 1967 r., wygłoszone w parafii Igołomia pod Krakowem – w miejscu urodzenia Adama Chmielowskiego (1846 r.). Na przedłużeniu uroczystości milenijnych Chrztu Polski przypadała właśnie 120 rocznica urodzin artysty. Przyszły Papież nie tylko przypomniał w kazaniu zasadnicze wątki z biografii Brata Alberta, ale starał się zgłębić tajemnice działania Bożego, które pomogły przyszłemu świętemu odczytać wewnętrzny głos. Ten głos spowodował, że w pewnym sensie umarł artysta, a urodził się sługa ubogich. Według autora ostateczna przemiana w duszy Adama Chmielowskiego dokonała się przy malowaniu wizerunku Chrystusa „Ecce Homo”.

W dramacie Wojtyły pracownię Adama odwiedzają wuj Józef i Marynia. Próbują namówić Adama do wyjazdu na wieś. Rozmawiają o prowadzonym przez wuja sierocińcu, odpowiedzialności i Miłosierdziu. Gdy wuj Józef i Marynia wychodzą, Adam podchodzi do sztalug, na których stoi malowany przez niego obraz Ecce homo. W Chrystusie odnajduje piękno, którego nie widział wcześniej, radość i Miłosierdzie. Mówi: Wyniszczyli Cię – (...) Przy tym pozostałeś piękny./ Najpiękniejszy z synów ludzkich./ Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później – / O, jakież trudne piękno, jak trudne. / Takie piękno nazywa się Miłosierdzie.

Napisanie dramatu wymagało od Autora dogłębnej analizy osobowości głównego Bohatera, próby wyjaśnienia tajemnicy przemiany, o której na wzór Mickiewicza mówi: Umarł Adam Chmielowski a narodził się Brat Albert. Jak to się stało, że znakomicie zapowiadający się malarz stał się żebrakiem, aby żebrać dla żebraków, by ci stali się ludźmi, by tchnąć w nich Boże, nadprzyrodzone życie. I wyjaśnić nie mógł – przyznaje w kazaniu, które głosi jako arcybiskup u karmelitów: co się w nim dokonało, to jest i pozostanie tajemnicą Bożą. Bóg sam wie, jak przetworzył i jak głęboko wdarł się w jego duszę. Brat Albert nie opierał się Bogu, nie sprzeciwiał, lecz oddał Mu się całkowicie. Wtedy gdy był otwarty dla działania Bożego, Bóg wybrał go sobie za narzędzie swoich planów i narzędzie swej łaski.

Zadziwia podobieństwo biografii obu Bohaterów naszych rozważań. Obaj wcześnie stracili rodziców, żyli w bardzo skromnych warunkach bytowych –okoliczności takie sprawiają, że młodzi ludzie szybciej dojrzewają do odpowiedzialności, posiadają wyostrzoną wizję postrzegania świata. Obaj ogromnie utalentowani, a zrezygnowali ze sztuki - „współczynnika kształcenia myśli i serca” na rzecz powołań. (W swoim opracowaniu ks. Michalski pisze, że Chmielowski nie obniżał wartości sztuki, rozwiązał dla siebie alternatywę w ten sposób, że sztuka jest drogą do Boga, ale nie Bogiem samym). Obaj przeszli wewnętrzną przemianę w warunkach konfliktów zbrojnych i związanym z tym zagrożeniem życia (Chmielowski walczył w Powstaniu Styczniowym, Karol Wojtyła przez pięć lat doświadczał okupacji niemieckiej). Byli wielkimi patriotami, oddanymi bez reszty sprawom Ojczyzny. I wreszcie obaj żyli i działali w Krakowie. Świadoma rezygnacja ze sztuki na rzecz wyższej wartości, musiała być bardzo trudna i jednak bolesna. Chmielowski i Wojtyła byli wrażliwi na piękno, pragnęli dzielić się swymi doznaniami.

Jan Paweł II pisze: Brat Albert był artystą malarzem: studia ukończył w Monachium. Dorobek artystyczny, jaki pozostawił, wskazuje na to, że był to wielki talent malarski. I oto ten człowiek w pewnym okresie życia zrywa ze sztuką, gdyż dochodzi do wniosku, że Bóg daje mu zadanie ważniejsze. Z kolei ks. Michalski przytacza, że kiedy w roku 1876 ogłosił w „Ateneum” warszawskim swój artykuł „O istocie sztuki”, nie miał odwagi powiedzieć, że człowiek tworzy piękno naśladując samego Boga, który także piękno tworzy zarówno w drobnej trawce, jak i w wielkich światach gwiaździstych. Nie powiedział tego wyraźnie, ale jednak powiedział. Powiedział także, ze każdy człowiek tworzy piękno na swój sposób, a nie tylko artysta.(...) chciał tworzyć piękno z paletą i pędzlem w ręku. Jako Brat Albert jeszcze malował, aby zarobić na chleb dla bezdomnych, ofiarował kilka obrazów religijnych rodzinie, ale już brakowało mu czasu na kontynuację. Zaprzestał więc, ale artystą pozostał do końca życia – tworzył piękno na swój sposób, w sobie samym, tak, iż łaska wzięła u niego górę nad wszelką naturą.

Karol Wojtyła od dziecka lubił książki. Jego wielką miłością był teatr. Jako Ojciec Święty wspomina, że do tradycji czytania książek wdrażał go ojciec. Siadał obok mnie i czytał mi całego Sienkiewicza i innych pisarzy polskich. Kiedy umarła matka, zostaliśmy we dwóch z ojcem. I on nie przestawał zachęcać mnie do poznawania najbardziej wartościowej literatury. Nigdy też nie stawał na przeszkodzie mojemu zainteresowaniu teatrem. Gdyby nie wybuchła wojna i nie zmieniła się radykalnie sytuacja, to może perspektywy, jakie otwierały się przede mną, uniwersyteckie studia literatury polskiej, pociągnęłyby mnie bez reszty. Kiedy powiadomiłem Mieczysława Kolarczyka (z którym współtworzył w czasie okupacji Teatr Rapsodyczny) o mojej decyzji zostania księdzem, powiedział; „człowieku, co ty robisz? Chcesz zmarnować talent?”. Tylko ksiądz arcybiskup Sapieha nie miał wątpliwości.

Posłużmy się jeszcze innymi cytatami:



(...) Miałem zamiłowania aktorskie, sceniczne. Nieraz więc myślałem sobie, które postacie chciałbym zagrać.

(...) Na etapie mojego związania z Teatrem Rapsodycznym, ze sztuką, ta postać człowieka pełnego odwagi, uczestnika Powstania Styczniowego (1863), który w powstańczej bitwie stracił nogę, posiadał jakiś szczególny duchowy urok.

(...) W dziejach polskiej duchowości św. Brat Albert posiada wyjątkowe miejsce. Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru, znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania.

15 stycznia 1959 r. biskup Wojtyła odprawiał Mszę św. w domu głównym sióstr Albertynek na Prądniku w Krakowie z okazji rocznicy Zgromadzenia. Przy śniadaniu ks. Józef Matlak przypomniał mu, że pisał sztukę o Bracie Albercie, bo w 1944 dał mu do przeczytania. Odpowiedział, że ją ma, ale musi przeglądnąć i wtedy mu przekaże. Powiedział wtedy, że bardzo miłuje Brata Alberta i żywi dla niego cześć, że doskonale rozumie, czym było dla niego porzucenie sztuki, gdyż sam ma żyłkę pisarską, a teraz nie ma na to czasu. Jest to dla niego wielkim wyrzeczeniem. (Warto zauważyć, że ks. Matlak był proboszczem parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach, gdy ks. Wojtyła odprawiał tam prymicje. Kard. Wojtyła podkreślał, że łączyła go z nim miłość do Brata Alberta.)

Talentu pisarskiego Karol Wojtyła-Jan Paweł II jednak nie zmarnował. Wystarczy wymienić wspomniane wcześniej papieskie książki „Wstańcie, chodźmy!”, „Dar i tajemnica” i ostatnie już dzieło, poemat „Tryptyk rzymski”. Poezja odciskała swój ślad na każdej wypowiedzi Ojca Świętego. Zwracał uwagę na piękno przyrody i krajobrazu, kolor nieba i głos ptaków. Zachęcał, aby w czasie wędrówek górskich, podziwiać Boże dzieła. Zachęcał do wypraw kajakowych, gdzie „srebro jezior i rzek”. Cytując Norwida, którego niezwykle cenił, powtarzał, że:
Piękno na to jest, by zachwycało

do pracy – praca, by się zmartwychwstało.
Nie zapomniał o teatrze. Długi czas pisał pod pseudonimem recenzje teatralne z premier Teatru Rapsodycznego, na których zawsze był obecny

A talent aktorski? Kto raz słyszał przemówienie Kardynała Wojtyły-Jana Pawła II, nie zapomni nigdy wrażenia jakie wywierał na słuchaczach jego głos i sposób jego używania, który znawcy sztuki aktorskiej określali jako doskonały. (Za „największego aktora minionego stulecia” uznał Jana Pawła II Timothy Garton Ash, angielski pisarz i profesor). W Wadowicach, w czasie pielgrzymki do Polski w 1999 roku 78-letni Papież recytował fragmenty z Antygony Sofoklesa. Miał też wielką umiejętność nawiązywania kontaktu z wielkimi zgromadzeniami ludzi i przykuwania ich uwagi na głoszonym słowie.

Wspólna droga Adama Chmielowskiego i Karola Wojtyły trwała do końca życia Jana Pawła II. Wróćmy w tym miejscu do kazania, wygłoszonego roku 1967 w Igołomii. Rozważając jego treść po czterdziestu latach jakie minęły od tamtego czasu, dostrzegamy po raz kolejny wspomnianą już, zbieżność losów obu niezwykłych osobowości. Biskup Wojtyła mówił: na oczach Krakowa i na oczach całej naszej ojczyzny rodził się i wzrastał wśród nas nasz nowy święty. Nie można tak jeszcze mówić, dopóki Kościół nie wyda w tej sprawie swego najwyższego wyroku ustami samego Ojca Świętego, ale przecież w opinii naszej to jest Sługa Boży, kandydat na ołtarze; opinia nasza o nim to jest opinia świętości.

Czyż nie jest Bożym znakiem, że po latach mógł napisać:



Jedną z największych moich radości jest to, że mogłem już jako Papież wynieść krakowskiego biedaczynę w szarym habicie do chwały ołtarzy przez beatyfikację w czasie podróży do Polski w 1983 roku, na Błoniach Krakowskich, a z kolei poprzez kanonizację w Rzymie, w listopadzie pamiętnego roku 1989.
Na zakończenie: Brat Albert nie doczekał odzyskania przez Polskę niepodległości Zmarł na Boże Narodzenie 1916 roku. Jego dzieło stało się szczególnym wyrazem polskich tradycji radykalizmu ewangelicznego związanych z duchem św. Franciszka z Asyżu, a także św. Jana od Krzyża – pisze Jan Paweł II

W czasie ostatniej pielgrzymki do Polski, w roku 2002, Ojciec Święty, wierny miłośnik Brata Alberta, poświęcił sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach i w nim zawierzył Bogu Ojcu losy świata i każdego człowieka. W homilii mówił:



Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście! To zadanie powierzam wam drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia! Świadkiem miłosierdzia Bożego był na swój sposób Brat Albert wielki Boży zawodnik na horyzoncie naszego życia polskiego, słup świetlisty, który prowadzi lud Boży przez ziemię ojczystą do nieba.







©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna