Ciasto z rodzynkami podróż do mongolii



Pobieranie 246.78 Kb.
Strona1/6
Data07.05.2016
Rozmiar246.78 Kb.
  1   2   3   4   5   6

ciasto z rodzynkami – podróż do mongolii



Nasza podróż do Mongolii rozpoczyna się na wyspie Olhon, na jeziorze Bajkał, we wschodniej Syberii. Dziś rano pożegnaliśmy Basię i Roberta, którzy jechali z nami aż z Polski. W ten sposób kończymy część komercyjną wyprawy i rozpoczynamy wakacje. Na początek zafundowaliśmy sobie trzydniowy wypoczynek na piaszczystej plaży. Bajkał wygląda jak morze, w tym miejscu jest nawet ciepły jak Bałtyk. Postawiliśmy samochód między sosnami, tutaj zwanymi ‘kroczącymi’ z racji wysuniętych z piasku korzeni, wyglądających jak zgięte w kolanach nogi. Wydłużona, piaszczysta zatoka sąsiaduje z wsią Hużir, takimi Międzyzdrojami Syberii. Dla Rosjan, Bajkał jest jak morze. Często spędzają tu wakacje. Zupełnie tak jak Polacy w Juracie. Otyłe panie w krzykliwych bikini i białych czapeczkach, przechadzają się po plaży, roztaczając woń kremu przeciw słońcu. Wymijają baraszkujące w mokrym piasku bobasy, budujące coś na kształt zamku z bajki. Mewy krzyczą w górze, fale walcują rzwir przy brzegu, słońce pali do żywego. Dziś czwartek, właściwy tłum z Irkucka przybędzie tutaj jutro. To przecież szczyt sezonu.

Rosyjski przemysł turystyczny dopiero złapał drugi oddech, ale niezwykle szybko się rozwija. Poszedł drogą rewolucji a nie ewolucji. Przeskoczył od zera do wyrafinowanych ośrodków wczasowych, pomijając kempingi z domkami z płyty pilśniowej. Są czyste restauracje, loty lotnią, ślizganie na nartach wodnych, wycieczki na quadach i cały ten plażowy biznes dla rodzin z dziećmi. To co odróżnia to szkielety plażowych pieczek – saun, wysokie ceny rodem z Lazurowego Wybrzeża oraz brak oferty dla średniaków. Bogaty idzie do luksusowego ośrodka, biedny rozbija namiot w lesie, na plaży. Biały podróżnik został stłoczony w drewnianej zagrodzie ‘Nikita resort’, gdzie może dogadać się po angielsku, ma WiFi, papier do dupy w toalecie i pełen asortyment wycieczek zorganizowanych. Południowy Bajkał tym właśnie różni się od północnego, że tu turyści w ogóle są, a na północy wzbudzają zdziwienie. Krajobraz podobny, chociaż na północy wydaje się ładniej.

A więc siedzimy na plaży jak przykładni wczasowicze. Kąpiemy się w Bajkale, jeździmy na wędrówki rowerami, wieczorami siedzimy przy ognisku. Wydaje się to proste, ale to dla mnie nowe. Moje życie spędzam na podróżowaniu, albo przygotowywaniu się do podróży. Wakacje na plaży są dla mnie czymś dziwnym. Może to tylko trzy dni, ale trudno tak nagle wyhamować i czynny wypoczynek zamienić na bierny. Jestem podróżniczym pracocholikiem. Potrzebowałbym znacznie więcej czasu aby wyciszyć wyobraźnię, przestać planować kolejnych wypraw, oglądać map, liczyć funduszy. Najlepiej sprzyjają temu poranki. Zimny wiatr z północy mrozi uszy, a ostre jak szperacz słońce dopiero zaczyna prześwietlać igliwie sosen. Hałasujące mewy nie pozwalają myśleć, że to tylko jezioro. Powietrze jest przesycone woniami wilgotnego od rosy lasu i zupełnie wolne od barwy ludzkiej, samochody jeszcze nie jeżdżą, a ludzie śpią. W jakim innym miejscu na Ziemi przyroda jest tak silna jak na Syberii? Tysiące kilometrów lasu i tajgi otula góry, które piętrzą się wokół Bajkału na ponad 3000m n.p.m. Góry, których nie znają narciarze ani turyści. Odwiedzane są jedynie przez rosyjskich traperów oraz dziką zwierzynę. Ten bezmiar, siła i napór nie skażonej człowiekiem przyrody dobrze przygotowuje do zanurzenia się w stepy Mongolii. Do jej granic zostało nam 930 kilometrów. Jutro, o siódmej rano rozpoczynamy nową przygodę. I nici z odpoczynku od podróży. Plan jest taki, że skupiamy się na środkowej i zachodniej Mongolii. Czyli tak jak większość to czyni. Mamy trzydzieści dni wizy turystycznej i pokaźnych rozmiarów, skonkretyzowane plany. Jak zwykle poświęciłem dużo czasu na przygotowanie trasy według map wojskowych, za poradami przewodników oraz wskazówkami podróżników. Już nie musimy się spieszyć, nie będziemy robić dziennie więcej niż 250-300 kilometrów. Pewnie już nigdy więcej nie przyjadę do Mongolii tak dla własnej przyjemności.

Przed każdą podróżą długie przygotowania rodzą konkretne nastawienie, wynikające z wyobrażeń, jakie sugerują zdjęcia i relacje tych co przeszli ten szlak przed nami. Rozumiem ludzi, którzy nie lubią przygotowywać się merytorycznie przed wyprawą, czuć się wolnym od ograniczeń jakie stawiają oczekiwania, chcą mieć w głowie ten card blanche i zapisać to własnymi wspomnieniami. Z mojego punktu widzenia wymagałoby to odwagi i nawet brawury. To jak skakanie do wody bez znajomości jej głębokości. Jednak free style przynosi wymierne korzyści. Łatwiej być otwartym na to co nowe. Łatwiej być wolnym od przedwstępnej oceny. Łatwiej spostrzec to, co dla podążającego wytyczoną marszrutą, jest niedostrzegalne.

Dla mnie jednak dokładne przygotowanie przed podróżą to część podróży. Czytając przewodniki, relacje innych trampów, książki historyków i socjologów, czuję jakbym już rozpoczął podróż. Tą jej łatwiejszą część, bez trudów codzienności w dziczy. W ten sposób stworzyłem sobie już próbną wersję mojej podróży w głowie. Mam tylko nadzieję, że wrażliwe oko oraz skłonność do bycia obserwatorem uchronią mnie przed popadnięciem w skrajny subiektywizm. To co nas martwi przed wyruszeniem do Mongolii, to jakość dróg, sławnych ze swych dziurawych szutrów. Tym razem jedziemy z Tomkiem jego Iveco, które na dziurawych drogach zachowuje się jak rower marki Ukraina. Inną sprawą jest mongolska pustka i wzmagające ją niskie zaludnienie. Czy kraina, w której tylko pustka zmusza do refleksji jest zdolna zatrzymać mnie czymś interesującym na miesiąc? Z relacji innych wynika, że często traktowali oni pokonywanie mongolskiej pustki jak zło konieczne, dojazd do Ulan Batar, czy krajobrazów skalistej części Pustyni Gobi. Koniecznie chciałem zapisać swoje obawy aby o nich nie zapomnieć, kiedy Mongolia przestanie być dla mnie zagadką.

Po trzech dniach dojechaliśmy do granicy Mongolii w miejscowości Kiachta. Nie zastaliśmy tu dużej kolejki oczekujących. Już od dwóch dni z marnym skutkiem wypatrywaliśmy na drodze samochodów z Mongolii. Widać ruch tranzytowy jest słaby. Mongolia ma ponad trzydzieści przejść granicznych, ale tylko trzy są dostępne dla obcokrajowców. Reszta realizuje nieskrępowany przepływ ludzi w przygranicznej strefie. Mongolia i ZSRR od czasów rewolucji Lenina, żyły w ścisłej symbiozie, a Mongolczycy, etnicznie rzecz ujmując, rozlani są daleko poza granice współczesnej Mongolii i utrzymują częste kontakty z ojczyzną.

Krajobraz zaczął się zmieniać zaraz jak tylko oddaliliśmy się od południowego Bajkału i Gór Sajańskich. Powoli wyjeżdżaliśmy z zalesionych tajgą gór na rozległą, pofalowaną wyżynę. Tuż przed Kiachtą zalesioną lasami iglastymi, rozległe łąki zielonej trawy, falowały jak woda spokojnego oceanu. Biegły po nich stada koni i krów. Jedno z takich stad przyszło do wodopoju, małego jeziora nad którym nocowaliśmy. Konie tarzały się w płytkiej wodzie, głośno rżąc. My pluskaliśmy się po przeciwnej stronie jeziora, zrzucając z barków upał całego dnia. Tuż obok biegła linia kolei transmongolskiej, jednotorowa, niezelektryfikowana. Wieczorem przejechało tędy kilka pociągów, bardzo głośno dudniących dieselowskimi silnikami. To główna trasa z Moskwy do Ulan Batar i dalej do Pekinu.

Wcześniej odwiedziliśmy stolicę regionu Buriacji. Zaskoczyła nas nowoczesność i czystość miasta. Nawet Krasnojarsk nie mógł poszczycić się taką swobodną prostotą całkiem schludnego miasta. Kiedy przechadzaliśmy się po dzielnicy nowoczesnych biurowców, w poszukiwaniu czynnego w niedzielę banku, czułem się jakbym, w późną, popołudniową niedzielę, odwiedził jakieś, mniejsze, hiszpańskie miasteczko. Centrum było już bardziej rosyjskie, z największą na świecie, kamienną głową Lenina i wielkim placem parad zapełnionym orszakami weselnymi, robiącymi sobie zdjęcia pod Leninem. Czyli standardowo, jak w Rosji. Dalej na południe znajdowała się dzielnica starych, drewnianych, postkolonialnych domów. Ciągle w dobrym stanie. Białych ludzi było niewiele, większość to skośnoocy Buriaci.

Za Ulan Ude, dawniej Wierchnieudińsk, zjechaliśmy do klasztoru buddyjskiego w Niżnej Iwołdze. To znany przybytek wiary buddyjskiej na Syberii. Został rozbudowany jeszcze za Stalina, który chciał wkupić się w łaski tutejszych wielmożów, dla pozyskania mięsa armatniego na wojnę z Hitlerem. Od kilku lat klasztor znany jest ze swego przeora, zmarłego lamy, który cudem zaczyna odżywać po 83 latach. W latach dwudziestych dokonał rytuału uwolnienia duszy. Wcześniej, według słów uczniów, zapowiedział, że powróci kiedy tylko czerwoni odejdą w niebyt.

Klasztor jest otwarty dla zwiedzających za darmo. Zaraz przy bramie usytuowano kramy z souvenirami. Przyjeżdża tu bowiem dość sporo turystów rosyjskich. My spotkaliśmy Brytyjczyków z Cornwalli, którzy właśnie wracali z Mongolii. Podpowiedzieli nam kilka cennych uwag, a my im się zrewanżowaliśmy wiedzą o Syberii. Zmierzają do Ziemi Ognistej przez Alaskę.

Na terenie klasztoru ogrodzonego murem znajdują się liczne świątynie, oczywiście przesycone w ornamentyce kolorem. To co mnie najbardziej urzekło w tym miejscu to atmosfera spokoju. Mimo powalającego upału nie spieszyło mi się z wskoczeniem do klimatyzowanego samochodu.

Na granicy nie staliśmy długo, około dwóch godzin. Wypełniliśmy trochę papierków i wymieniliśmy pieniądze. Pogadaliśmy także z trzema, młodymi Holendrami. Uczestnikami corocznego Mongol Rally. Każdego lata do Mongolii zmierza z Europy kilkadziesiąt albo więcej samochodów. Warunkiem przystąpienia do imprezy jest posiadanie taniego, małolitrażowego pojazdu. Idea jest taka aby było wesoło i tanio. Prawie wszystkie te graty kończą na śmietnisku w Ulan Batar. W Mongolię wpompowywuje się kilkaset miliardów dolarów aby ratować jej gospodarkę. Zapoczątkowano wiele programów ochrony środowiska. A tu co roku przywozi się złom samochodowy. I w końcu służby celne zaczęły temu przeciwdziałać. Wpisują pojazd do paszportu aby bez niego nie można było opuścić Mongolii oraz żądają 3000USD depozytu. Taki to prywatny folwark dla Europejczyków stanowi Mongolia. Każdy ma jakiś plan dla tego kraju. Z drugiej strony są organizacje pod tytułem ‘mobilni weterynarze’, wspomaga się bezdomne dzieci i dzikie zwierzęta. Hasło ‘damy wam pieniądze ale musicie spełnić nasze oczekiwania’ znamy z Polski. Podobnie jak Mongolia, niegdyś największe imperium w dziejach świata, także i Nepal ma nieustającą pomoc Zachodu, Indii i Chin. Niedorozwinięte, ładne ‘brzydkie kaczątka’, które należy przytulić do serca.

Tuż za nowoczesną granicą koczuje cała rzesza cinkciarzy. Trzeba jeszcze wykupić ubezpieczenie samochodu za 150zł (2011) i można ruszyć całkiem dobrym asfaltem w kierunku Ulan Batar. W pierwszej miejscowości – Suche Batar, na podwórku jednego z gospodarstw, dostrzegłem Poloneza Caro bez kół. Miał jeszcze naklejki wieszczące dumnie światu zamiary właścicieli dotarcia z Polski do Mongolii. Kawałek dalej zobaczyliśmy stado wielbłądów w wersji ‘full opcja’, z dwoma garbami, czyli baktriany. Potem dalej od drogi spostrzegłem pierwsze jaki. Taki to pierwszy obraz Mongolii zagościł w moich oczach.

Krajobraz niewiele się zmienił aż do Darchan. Trawiaste, zielone łąki falowały między niewysokimi pagórkami. Biegały po nich, pilnowane przez pasterzy, konie i kozy. Tu i ówdzie zieleń łąk łamały równe prostokąty brązowych pół uprawnych i żółte zagony pszenicy oraz żyta. Na niektórych trwały żniwa. W końcu to druga połowa sierpnia, ostatniego, ciepłego miesiąca. Tereny równinnego dorzecza Selengi, są znane z upraw zbóż.

Darchan to jedno z większych miast mongolskich. Zbudowano tu elektrownię napędzaną węglem. Jak zresztą wszystkie elektrownie w Mongolii. Niedaleko jest huta japońsko-mongolska. To znaczy zbudowana za japońskie pieniądze. Po 1990 roku, kiedy w Mongolii zapanowała demokracja, przyjechało tu wielu inwestorów z Zachodu. Po upadku ZSRR skończyły się pieniądze z Moskwy i trzeba było samemu troszczyć się o swój los. Okres lat ’90-tych do tak zwany czas ‘obrotowych drzwi’ w rządzie Mongolii. Przywódcy zmieniali się szybciej niż pory roku, a gospodarka upadała. Powiększył się analfabetyzm, ludzie uciekali z miast na wieś, aby się jakoś wyżywić. Z tego okresu pochodzi większość sierot wałęsających się po Ulan Batar. Bank Światowy i specjalny fundusz USA dla wschodzących gospodarek ustabilizował nieco sytuację w XXI wieku. Jednakże to dopiero początek drogi ku normalności typu zachodniego.

Jednym z molochów, świadectw przeszłości, jest jedna z największych kopalni miedzi na świecie, w mieście Erdenet. Właśnie na to miasto skierowaliśmy się z Darchanu. Naszą uwagę zatrzymał jednak na chwilę stalowy pomnik hutnika niecodziennej formy i wielkości, jaki ufundowała japońska huta i postawiła przy drodze wylotowej z miasta. Podczas podziwiania pomnika minęło nas Iveco z Francji. Zdążali na północ, nad Bajkał. My skierowaliśmy się na zachód, do klasztoru Amyarbayasgalant, oddalonego o 125 kilometrów od Darchanu. Pierwsze 90 kilometrów to asfaltowa, dobra szosa, dalej to karkołomnie powyginana, polna droga pomykająca zakosami przez krajobraz jak z Chakasji. Małe wzniesienia o łagodnych stokach, wyrastające z zielonych łąk pastwisk. Wszystko powyżej 800m n.p.m. To co robi największe wrażenie w tym krajobrazie to przestrzeń. Wzrok Europejczyka nie jest nawykły do tak długiej perspektywy ciągnącej się na kilkanaście i więcej kilometrów. Przez to wszystko wydaje się nam bliżej niż jest w rzeczywistości. Skalę można dopiero rozpoznać kiedy na horyzoncie pojawi się pióropusz kurzu. Samochodu, który go wzbija nawet nie widać, jest tak mały.

Gospodarstwa były rozsiane bardzo rzadko. Hodowla zwierząt stanowi podstawę mongolskiej gospodarki. Wytwarza ponad 20% produktu krajowego. Oblicza się, że środowisko może przyjąć maksymalnie 27 milionów sztuk zwierząt hodowlanych, aby pastwiska nie zostały wyjałowione zbyt silną eksploatacją. Samych Mongolczyków jest 2.7 miliona. Niestety rozwój rabunkowej polityki kapitalistycznej spowodował rozrost stad zwierząt do 33 milionów sztuk. Ponadto rynek wełny kaszmirskiej, której Mongolia jest największym producentem, w ostatnich latach przeżywa regres z powodu zbyt aktywnej działalności Chin w tym segmencie.

Jechaliśmy po wyboistej drodze na północ, klucząc pomiędzy większymi wzniesieniami. Dróg było wiele, rozchodziły się bezładnie we wszystkich kierunkach. Niektóre z nich biegły równolegle do naszej, inne odchodziły do gospodarstw ukrytych w cieniu gór. Nawigacja byłaby dość trudna bez radzieckich map wojskowych dokładnej skali, skalibrowanych do używania w odbiorniku GPS. Nie pokazywały wszystkich dróg, ale poziomice dawały wyobrażenie przestrzenne terenu. Nawigacja wyglądała więc jak sterownie statkiem pomiędzy zielonymi wyspami, w tym wypadku pojedynczymi szczytami.

Tak dojechaliśmy do klasztoru Amyarbayasgalant. Imponował wielkością w tej pustce. Porośnięte trawą dachy świątyń z ciemnoczerwonej, glazurowanej dachówki przywodziły na myśl zapomniany erem tybetańskich mnichów. Jednak prócz jurt i nielicznych zabudowań wokół muru, nic nie dawało oznak życia. No może jeszcze hałasujące ptaki drapieżne na bezchmurnym niebie i bobaki. To coś na kształt świstaków buszujących w trawie. Są dość płochliwe i dobrze bo głaskanie ich jest szkodliwe dla zdrowia. Pchły które mieszkają w ich futrze przenoszą zarazki dżumy. Podobno pozyskiwanie futer z bobaków i ich sprzedaż były kiedyś przyczyną epidemii tej choroby w Europie.

Ponad klasztorem, na dwu wzniesieniach zbudowano pozłacany posąg Buddy oraz stupę, podobną do tej w Kathmandu. Na oba wzniesienia prowadziły uroczyste, długie schody. Tło świątyń stanowił łańcuch gór.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, rozbiliśmy więc obóz na pobliskim pagórku, z którego roztaczała się piękna panorama na całą dolinę rzeki Gewengijn i klasztor położony na jej północnym wzniesieniu. Dolina przynosi ożywczą wodę dla licznych pastwisk i gospodarstw. Jest też domem dla komarów i meszek. Rozbijałem więc namiot w kapeluszu z siatką. Nawet dym małego ogniska nie odpędzał owadów. Na sąsiednim wzniesieniu rozbili się inni podróżnicy.

Późnym rankiem klasztor nadal wyglądał na wymarły. Jego majestat silnie kontrastował z bezruchem i stagnacją. Panowała tu zupełnie inna atmosfera niż w Iwogdzie. Jednakże ogromne przestrzenie zaprojektowane do przyjęcia tłumów pielgrzymów jak w Częstochowie, zdradzały przeznaczenie tego miejsca. Na święta buddyjskie przybywa tu wielu ludzi, robi się rojno i hałaśliwie.

Klasztor został zbudowany w 1727 roku i poświęcony Zanabazarowi, pierwszemu bogdgegenowi, czyli przywódcy duchowemu Mongolii. W wolnym tłumaczeniu ‘żywy Budda’. Tutaj zostało złożone jego ciało. W 1937 bolszewicy zniszczyli dziesięć z 37 świątyń i posągów w klasztorze, ale od 1975 do 1990 odbudowano całość założenia z pomocą UNESCO. Dziś żyje tu 27 mnichów, w 1936 było ich 2000. Wnętrze głównej świątyni otwierane jest rzadko, przeważnie od dziewiątego do jedenastego sierpnia, kiedy odbywa się święto modlitwy, a okoliczne łąki zamieniają się w żywy dywan ludzi. Krótko mówiąc przyjechaliśmy jedenaście dni za późno. Śmieci już zebrano, ale pozostały prowizoryczne toalety.

Koło jedenastej otwarto mury klasztoru. Ale atmosfera pustki i opuszczenia nie znikła. Weszliśmy boczną furtą, omijając główną bramę, we wnętrzu której stały cztery posągi strażników. Nawet dziś, w dobie filmów Petera Jackson’a, potrafią wystraszyć. Kiedy wzrok przyzwyczai się do mroku, pierwsze wrażenie mija, a uwagę skupiają gołębie, które jak muchy robiące pośmiewisko z portretu Franciszka Józefa w piwiarni Szwejka, obsrały cały majestat i grozę strażników. Gołębie nie boją się ludzkich wyobrażeń demonów.

Kolorystyka zdobień, zarówno wnętrz jak drewnianych ścian i dachów świątyń, balansuje na granicy kiczu. Jednakże to co w Europie było by przelukrowanym ciastkiem, tu w tym surowym pejzażu Mongolii ma po prostu dawać wkraczającemu do klasztoru poczucie innego świata, oderwanego od brudnej, szarej, śmierdzącej rzeczywistości jurt pasterskich. Dla nas, turystów jest tylko znakomitym plenerem zdjęciowym i tym co po powrocie buduje poczucie spełnionego obowiązku podróżnika a po latach miłe wspomnienia.

Mnisi buddyjscy w Mongolii nie mają tego surowego poczucia obowiązku buddystów Zen, ani swobodnej ekspresji buddystów indyjskich. Odprawiają modły kiedy wreszcie podniosą swoje leniwe dupska z łóżek, a i śniadaniem, przed obowiązkami, nie wzgardzą. Siedziałem w głównej świątyni pisząc te słowa. Przyglądałem się mnichom rozgrzewającym do codziennych prac kości i ścięgna świątyni. Pozornie lekceważąco i z nonszalancją przerzucali karty ksiąg modlitewnych. Przeciągali się i ziewali, niektórzy drapali się po głowie inni po jajach. Nie zdjęli nawet butów przed progiem świątyni, a jednak byli tu u teraz, na swoim miejscu. A ja mimo, że nie jestem chrześcijaninem, chciałem wtłoczyć ich w całą tą świętojebliwą liturgię do jakiej jestem przyzwyczajony z natury Europy, a Polski zwłaszcza. Wieki czołobitności wobec aparatu kościelnego jaki był wymagany od Europejczyków, głęboko wrosły w geny i zmieniają postrzeganie nawet ateisty i antyklerykała. Trzeba jednak przyznać, że większość chłopaków w takich klasztorach mongolskich nie przyszło tu z powołania, ale zostali oddani jak do szkoły z internatem.

Koło południa ruszyliśmy w stronę Ulan Batar. Musieliśmy wrócić 125 kilometrów do Darchan. Po 35 kilometrach polnej, dziurawej drogi, dojechaliśmy do asfaltu łączącego Darchan z Erdenet, drugim po Ulan Batar miastem w Mongolii.

Główne drogi nie są zatłoczone, co drugi samochód to Toyota Land Cruiser serii 8, 10 lub 20. Jest ich tu więcej niż w Rosji. Widać naród szybko się bogaci, stać ich nawet na paliwo po 1.15EUR za litr diesela. Łatwiej spostrzec nowego Land Cruisera niż pasterza na koniu. Zaś automobilową wizytówkę Mongolii – UAZa452, widziałem jak dotąd tylko jednego. Zastąpiły go Mitsubishi L400 importowane z Japonii i Korei. Przynajmniej tak jest na północy, bogatym regionie. Wiele samochodów to jednak import, mają kierownicę z prawej strony.

Tak jak pisałem wcześniej, w Mongolii mieszka około 2.7 miliona ludzi, z czego milion w Ulan Batar. Co na terytorium pięć razy większym od Polski daje 1.73 człowieka na kilometr kwadratowy, w Polsce jest 125 ludzi na kilometr. Przestrzeni jest tu więc bardzo dużo, większość jednak leży na wyżynach i w górach. Kraj to niegościnny dla człowieka. Krótkie lato jest gorące, a długa zima mroźna i sucha. Najwięcej słodkiej wody znajduje się na północy, południe zaś stepowieje i zamienia się w pustynię Gobi.

Tereny dzisiejszej Mongolii nijak się mają do dawnego imperium budowanego przez Czyngis Chana w XIII wieku i rozwijanego przez jego potomków do czasu chana Kubilaja, pod koniec XIII wieku. Wtedy imperium było największym państwem w dziejach historii świata i obejmowało prawie całą Azję i pół Europy. Mongolczycy próbowali nawet podbić Japonię i kraje klimatu tropikalnego, ale nie wyszło. Jednak Mongolczycy i Japończycy spotkali się w walnej bitwie, w 1939 roku, na granicy mongolsko-mandżurskiej. Ta wielka bitwa doprowadziła do klęski wojsk japońskich i strat 20 tysięcy żołnierzy. Spowodowała także zmianę planów cesarskich. Zamiast podbijać radziecką Syberię, skierowali uderzenie na południe i to z powodzeniem.

Po śmierci Kubilaja imperium poczęło się dzielić i w końcu rozpadło się, a ordy mongolskie wróciły na stepy do dawnego trybu życia jakby nic się nie stało i dopiero w XX wieku świat ponownie usłyszał o Mongolii jako o buforze między Chinami a Rosją. Przez ten czas Mongolia była prowincją Chin lub walczyła o niepodległość. I tak wielkie imperium z władcy Chin stała się ich wasalem.

Czas Kubilaja to okres podróży Europejczyków do Azji. Najbardziej znanym do dziś był Marco Polo, który przez dwadzieścia lat służył chanowi jako szpieg w Chinach. Tyle, że w kronikach dworskich nie ma o nim wzmianki. Mylnie też przedstawiał niektóre fakty w swych opowieściach. Za to o bracie John’ie di Plano Carpini’m, uczniu św. Franciszka z Asyżu, który osiem lat przed urodzeniem Marco Polo odwiedził Karakorum – stolicę imperium mongolskiego, pozostało wiele zapisków w kronikach chińskich. W roku urodzin Marco, Karakorum odwiedził też emisariusz papieski – brat William z Rubreck. W jego wspomnieniach zawarte są relację ze spotkań z innymi Europejczykami na dworze Kubilaja.

Nasza podróż trwała dalej. Nieustępliwie kierowaliśmy się na południe. Początkowo nudny, rolniczy krajobraz zmienił się za przełęczą 1454m n.p.m. w bardziej ciekawy. Rozległe, zielone łąki wciskające się pochyłościami pomiędzy łagodne stoki gór, wypełniały stada krów, owiec, kóz, koni i jaków. Kilkanaście małych gospodarstw rozsiane były bezładnie to tu, to tam. Właściwie trudno byłoby tu znaleźć naturalną osłonę dla gerów - jurt. Stoki gór były zbyt łagodne aby chronić przed zimnym wiatrem, czy ostrym słońcem. Pod każdą jurtą stał samochód terenowy, zwykle Land Cruiser. Pasterze zaś częściej jeździli na chińskich mopedach, niż na koniach. Brudno białe, niskie stożki jurt odcinały się na tle gór silnym kontrastem. Połyskiwały w słońcu, a swoją osobliwością przyciągały uwagę. W tej pustce były bowiem jedynym elementem krajobrazu innym od zielonej trawy.

A jeśli chodzi o zieloną trawę, to właśnie wydeptana, zielona trawa to jest jedyne świadectwo egzystencji jakie pozostało po licznych plemionach tworzących zalążki społeczeństwa mongolskiego. Ich dzieje giną w niepiśmiennej pomroce dziejów. Właściwie jedyne zapiski o historii plemion mongolskich pozostały w kronikach chińskich, perskich, ujgurskich i kirgiskich. Dzięki temu, że imperator perski – Dariusz, około 514 roku przed naszą erą zapragnął podbić plemiona scytyjskie, jak je nazywali starożytni Grecy, dziś wiemy że takie plemiona istniały i potrafiły zawiązać koalicję aby odeprzeć zmasowany atak Persów. Podobnie jak dzisiejszych Kazachów czy Uzbeków, tak i Mongolczyków stworzyły powiązane ze sobą jedynie rasą i stylem życia plemiona. To od Sarmatów, około 179 roku przed naszą erą, którzy wmieszali się spychając Scytów na południe, pierwotni Mongolczycy nabyli sztukę rzemieślniczą. Pierwsze wzmianki o plemionach Hunów, władających regionem od Bajkału po Żółtą rzekę, pochodzą z II wieku przed naszą erą. Ich najazdy na Chiny spowodowały myśl o budowie wielkiego muru chińskiego. Następna znana historyjka z dziejów Mongolczyków pochodzi z IV wieku naszej ery, kiedy to mongolskie plemiona Rouran zostały wyparte przez Chińczyków na północny-zachód. Zapisek z 402 roku głosi, że władca Rouran – Szelun, przybrał tytuł kagana – chana. Ostatecznie jednak Rouranie zostali podbici przez plemiona Turków ałtajskich – Kirgizów. To ci właśnie przynieśli na ziemie mongolskie wysokiej klasy sztukę rzemieślniczą. Od tamtego czasu datuje się wspaniałe wyroby w drewnie i metalu. Do dziś pozostały po nich kamienne stelle zapisane starotureckimi runami na cześć poległych przywódców.

  1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna