Cytat: „Jedynie poglądy można wymienić i nadal mieć te same”



Pobieranie 55.09 Kb.
Data09.05.2016
Rozmiar55.09 Kb.
Internetowy Klub Filmowy Osób Niewidomych „Pociąg”
Cytat: „Jedynie poglądy można wymienić - i nadal mieć te same”(autor Władysław Grzeszczyk)

Wprowadzenie do filmu Pt: „Róża”.


I.

Film: „Róża” (tytuł roboczy: Róża z Mazur)

Gatunek: film fabularny, dramat

Rok produkcji: 2011

Premiera polska: 2012-02-03

Premiera świat: 2011-09-20

Kraj produkcji: Polska

Język: polski, niemiecki, rosyjski

Czas trwania: 94 min.

Reżyseria: Wojciech Smarzowski

Scenariusz: Michał Szczerbic

Główne role: Agata Kulesza i Marcin Dorociński

Muzyka: Mikołaj Trzaska

Zdjęcia: Piotr Sobociński (junior)

Scenografia: Marek Zawierucha

Kostiumy: Ewa Helman-Szczerbic, Magdalena Jadwiga Rutkiewicz-Luterek

Montaż: Paweł Laskowski

Obsada:


Agata Kulesza jako Róża Kwiatkowska - wojenna wdowa mieszkająca na Mazurach.

Marcin Dorociński jako Tadeusz - były żołnierz AK, w sierpniu 1944 roku walczył w Powstaniu Warszawskim, ciężko ranny był świadkiem śmierci żony z rąk hitlerowców. Doświadczony saper, po wyzwoleniu nie ujawnił się, zawędrował na Mazury, by przekazać wdowie pamiątki po żołnierzu Wehrmachtu, którego śmierci był świadkiem. Tak trafił do domu Róży, znalazł tu swój azyl, gdzie czas powoli zabliźnia wojenne rany.

Karolina Dafne Porcari jako Anna, żona Tadeusza.

Kinga Preis jako Amelia - żona Władka, cichy świadek krzywd doznanych przez rodzinę w ZSRR, po napadzie sowieckich maruderów odtrącona przez męża.

Jacek Braciak jako Władek, mąż Amelii - repatriant zza Buga, zajmuje wraz z żoną i dwojgiem dzieci gospodarstwo po drugiej stronie pola Róży. Doznał wielu krzywd od Sowietów, ale gotów jest walczyć o swój skromny dobytek. Gdy szabrownicy podpalają jego obejście, znajduje wraz z rodziną schronienie w domu Róży.

Szymon Bobrowski jako Kazik.

Edward Linde-Lubaszenko jako pastor - Niemiec, ewangelicki duchowny, obrońca autochtonów (nawet kosztem wyrzeczenia się języka niemieckiego w którym wygłaszał kazania), orędownik pozostania na Mazurach, lecz mimo to wysiedlony wraz z większością swoich parafian.

Jerzy Rogalski jako fryzjer.

Lech Dyblik jako Woźniak.

Malwina Buss jako Jadwiga Kwiatkowska, córka Róży.

Marian Dziędziel jako Mateusz.

Anna Grzeszczak-Hutek jako Gretchen, żona Mateusza.

Irena Karel jako rozstrzeliwana.

Andrzej Konopka jako doktor Leliwa.

Robert Wabich jako Hawryluk.

Grzegorz Wojdon jako Madecki.

Eryk Lubos jako Wasyl - sowiecki żołnierz, wraz z bandą innych maruderów grabiący okolicę, prawdopodobnie miejscowy rezydent NKWD. Zakochany w Róży, okazuje jej swoje uczucie w dość szczególny sposób.

Ilja Zmiejew jako kapitan NKWD.

Sergiej Kriuczkow jako pułkownik Armii Radzieckiej.

Mateusz Trembaczowski jako Georg.

Dariusz Toczek jako urzędnik.

Aleksander Chochłow jako lekarz.

Ilja (Igor) Zmiejew jako kapitan NKWD.

Andrzej Beja-Zaborski jako kolejarz.

Kamil Toliński jako listonosz.

Dorota Piasecka jako bufetowa.

Mateusz Łasowski jako żołnierz radziecki.

Davaa Tserenchimed jako Kałmuk.

Arkadiusz Janiczek jako Johann Kwiatkowski, mąż Róży.

Kacper Zieliński jako ksiądz katolicki.

Paweł Surdy jako osiłek.

Marcin Juchniewicz jako kumpel Wasyla.

Barbara Baryżewska jako Mazurka.

Marzena Bergmann jako Mazurka.

Julia Olczak jako córka Władków.

Kamil Natan Olczak jako Julian, syn Władków.

Marek Cydorowicz jako szpicel.
Produkcja: Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych.

Koprodukcja: SF Tor, SF Oko, SF Perspektywa.

Dystrybucja: Monolith Films.

Budżet 5 302 677 zł.

Film został dofinansowany ze środków Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Zdjęcia do filmu rozpoczęły się 20 lipca 2010 i trwały do 20 stycznia 2011 roku.

Sceny retrospekcyjne z pacyfikacji Mokotowa i powstania warszawskiego zrealizowano w zrujnowanym budynku dawnej fabryki wyrobów metalowych (ślusarskich) Zagórnego i Ogórkiewicza wzniesionej w 1903 roku przy ulicy Krowiej na warszawskiej Pradze.

Za pozostałe plenery posłużyły: Szczytno, okolice Olsztynka, Orneta, Pęglity, Pasym, Gietrzwałd.

W scenach, w których odtwarzano odziały KBW, Ludowego Wojska Polskiego, Wehrmachtu i Armii Sowieckiej wzięli udział członkowie grup rekonstrukcji historycznej.


Nagrody:

2011 – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych:



  • Nagroda za pierwszoplanową rolę męską dla Marcina Dorocińskiego,

  • Nagroda dziennikarzy za "poruszającą opowieść, która przywraca wiarę w miłość wbrew losowi, za prawdziwy obraz ważnego fragmentu środkowoeuropejskiej historii",

  • Don Kichot, nagroda PF DKF,

  • "Złoty Klakier", nagroda Radia Gdańsk dla reżysera najdłużej oklaskiwanego filmu,

  • "Złoty Kangur", nagroda australijskich dystrybutorów dla Agaty Kuleszy,

  • Nagroda Stowarzyszenia Zagranicznych Organizatorów Polskich Festiwali.

2011 – 27-my Warszawski Festiwal Filmowy:



  • Nagroda Warsaw Grand Prix dla najlepszego filmu w Konkursie Międzynarodowym,

  • Nagroda Publiczności.

2011 – 15-ty Międzynarodowy Festiwal Filmowy Black Nights w Tallinnie:



  • Wyróżnienie Jury

Uhonorowany nagrodą Grand Prix podczas 26. Tarnowskiej Nagrody Filmowej - Festiwalu Wybranych Polskich Filmów Fabularnych w Tarnowie. Decyzją jury nagroda Grand Prix razem ze Statuetką Maszkarona i 10 tys. zł trafiła do Wojciecha Smarzowskiego za film "Róża", który to film zdobył także Nagrodę Publiczności.


II. Akcja

Akcja filmu obejmuje lata 1945-46 i toczy się na dawnym pograniczu polsko-pruskim, a także nawiązuje do wydarzeń z wojny obronnej Polski oraz powstania warszawskiego. Wczesnopowojenne losy mieszkańców Mazur zostały przedstawione na tle życia i tragicznych doświadczeń głównych bohaterów: Tadeusza (Marcin Dorociński) polskiego oficera AK oraz Mazurki Róży (Agata Kulesza), którzy ciężko doświadczeni przez wojnę próbują na nowo ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości.

Film opowiada o dramatycznych losach mieszkańców Mazur, którzy dla nowej władzy stali się ludźmi drugiej kategorii, niegodnymi udziału w budowie nowej wspaniałej rzeczywistości. Oczami polskiego oficera AK oglądamy tragiczną walkę o życie i honor, narodu skazanego na zagładę przez dwa nacjonalizmy. Wydaje się, że w tak tragicznych czasach nie ma miejsca na miłość. Ta jednak przychodzi i daje nadzieję, ale czy na długo?
III. Fabuła:

Lato 1945. Tadeusz, były żołnierz AK, któremu wojna zabrała wszystko i niczego nie oszczędziła, włącznie z obecnością przy śmierci żony zamordowanej przez hitlerowców, wędruje przez Mazury. Odnajduje wdowę po niemieckim żołnierzu, którego śmierci był świadkiem. Miejsce zamieszkania Róży wskazuje mu ewangelicki pastor, uprzedzając jednocześnie, że kobieta niedawno straciła córkę.

Mieszkająca sama w dużym gospodarstwie Róża przyjmuje Tadeusza chłodno, pozwala przenocować. Tadeusz odwdzięcza się za gościnę pomocą w obejściu. Róża, choć się do tego nie przyznaje, potrzebuje czegoś więcej – przede wszystkim ochrony przed szabrownikami którzy nachodzą jej gospodarstwo. Stopniowo Tadeusz poznaje przyczyny jej samotności … Na tle krajobrazu wyniszczonego przez wojnę, gdzie nadzieja stała się narzędziem propagandy, między dwojgiem ludzi z odległych światów rodzi się miłość.

Z czasem Tadeusz staje się jednym z domowników, broni obejścia i kobiet przed szabrownikami i maruderami, wrasta w miejscową społeczność, utrzymuje dobre stosunki z autochtonami i polskimi osadnikami. Sąsiednie gospodarstwo zajmują przesiedleńcy zza Buga – sami wyobcowani - znajdują w Tadeuszu, ukrywającym swą AK-owską przeszłość, i Róży, traktowanej jak Niemka Mazurce, bratnie dusze. Między Różą i Tadeuszem rodzi się coraz silniejsze poczucie więzi: wygląda na to, że dwoje pokiereszowanych przez wojnę rozbitków odnalazło wreszcie swoje miejsce na ziemi, a początkowo wrogo nastawiona do przybysza córka Róży - Jadwiga akceptuje jego obecność.

Podejmowane przez Tadeusza próby uregulowania statusu Róży, noszącej polskie nazwisko, co umożliwiłoby jej zachowanie gospodarstwa, zwracają na niego uwagę miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa. Kiedy odrzuca propozycję wstąpienia do bezpieki, życzliwi dotąd funkcjonariusze zaczynają otwarcie traktować go jak wroga.

Spotkanie z Różą jest dla Tadeusza ostatnim ratunkiem. Nie przypadkiem trafił do domu mazurskiej autochtonki. Ich losy były podobne. On stracił żonę, którą Niemcy zgwałcili i zabili - ona straciła męża, żołnierza Wehrmachtu, zabitego przez Rosjan, a sama przeszła gehennę w czasie tragicznej ucieczki Mazurów, zimą 1944/45, gdy nadciągał front radziecki. Oboje są śledzeni przez UB, NKWD, prześladowani przez bandy. Ich osobny, oddalony od innych dom staje się jak całe Mazury celem nieustannych ataków.


IV. Tło historyczne

Pierwsze ślady osadnictwa na obszarze Wielkich Jezior Mazurskich sięgają 15 tys. lat. Nazwa Prusy pojawiała się w połowie IX wieku, a pierwsze wzmianki o nich pochodzą z relacji kupców włoskich. Chrystianizacji Prus próbował pod koniec X wieku święty Wojciech, ale ani jego wyprawa, ani wyprawy książąt polskich nie przyniosły stałych zdobyczy. Ostatecznie dzieła dokonali rycerze Zakonu Krzyżackiego, sprowadzeni na Mazowsze w XIII wieku, by wypełnić postanowienia bulli papieża Innocentego III z 1206 roku. W krucjacie przeciwko Prusom obok Krzyżaków wzięli udział rycerze z Polski, Czech i krajów Europy Zachodniej. W roku 1243 nastąpił podział ziem pruskich na Warmię i Mazury: papież Innocenty IV przydzielił trzy diecezje mazurskie rosnącym w siłę Krzyżakom, zaś diecezję warmińską oddał pod zarząd biskupa polskiego. W kronikach roku 1283 zabrakło wzmianek o krzyżackich zmaganiach z Prusami, pojawiły się natomiast zapiski o starciach z Litwinami i Żmudzinami. Rok ten uznaje się za datę zakończenia podboju Prus. Stosowana przez Krzyżaków taktyka spalonej ziemi tłumaczy rychły upadek plemion pruskich.


Podbici Prusowie z północy przejęli język i kulturę niemiecką, natomiast na południu i wschodzie zasymilowali się z Polakami i Litwinami napływającymi – głównie z Mazowsza - na tereny polsko-pruskiego pogranicza od XIV wieku. Pogańskie obyczaje Prusów przetrwały sporadycznie w Sambii (rejon dzisiejszego Kaliningradu) do pierwszej połowy XVI w. Jeszcze w roku 1561 pastor Abel Will wydał "Mały katechizm" Marcina Lutra w języku pruskim, ale w ciągu stu następnych lat język pruski ostatecznie wymarł.

W wyniku wojny trzynastoletniej, na mocy pokoju toruńskiego 1466 roku Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, Ziemię Chełmińską i Michałowską, a także część Warmii wraz ze stolicą państwa zakonnego Malborkiem (tzw. Prusy Królewskie, katolickie). Ponadto mistrzowie Zakonu Krzyżackiego stali się lennikami władców polskich. Jednak od roku 1501 odmawiali składania hołdu, co w latach 1519-21 doprowadziło do kolejnej wojny krzyżacko-polskiej, sekularyzacji państwa (tzw. Prusy Książęce, gdzie religią obowiązującą był luteranizm) i hołdu pruskiego, złożonego Zygmuntowi Staremu w Krakowie w 1525 roku.

W 1618 roku władzę w Prusach Książęcych, w wyniku unii personalnej, przejmuje brandenburskie skrzydło rodu Hohenzollernów, dążące do uniezależnienia Prus od Polski. Stało się to na mocy traktatów welawsko-bydgoskich (1657), w których w zamian za zerwanie związków wojskowych ze Szwecją (było to w czasie potopu) Hohenzollernowie zyskali suwerenność Prus Książęcych i ziemię lęborsko-bytowską jako lenno.

W wyniku epidemii dżumy w latach 1709-11 ludność Prus zmniejszyła się o jedną trzecią, co w latach 30. XVIII wieku wywołuje nową falę osadnictwa. Na Warmię i Mazury napływa ludność szwajcarska, szkocka i francuska. Najwięcej jednak – i to mimo zakazu wydanego w roku 1724 - było osadników z Polski i Litwy, głównie z Mazowsza. Ta grupa daje początek społeczności, którą dziś nazywa się Mazurami – od używanej przez nich gwary mazowieckiej.

W wyniku rozbioru Polski, w 1772, połączono Prusy z Pomorzem i Brandenburgią. Od tego momentu zaczęły funkcjonować nazwy urzędowe: Prusy Wschodnie i Prusy Zachodnie. Z początkiem XIX wieku przez Mazury przetaczają się wojska rosyjskie i napoleońskie. Po upadku Napoleona następuje ożywiony rozwój Prus, prowadzący do zjednoczenia Niemiec i powstania Cesarstwa Niemieckiego (1871). Dla umocnienia zjednoczenia premier Otto von Bismarck prowadził rygorystyczną politykę przymusowej germanizacji. Dominujący język polski wyeliminowano ze szkół, urzędów i kościołów, w 1873 roku do szkół wprowadzono obowiązkowy język niemiecki.

Po I wojnie światowej, która przyniosła klęskę Niemcom i dała początek II Rzeczypospolitej Polskiej, rozpoczął się spór o Mazury. Spór rozstrzygnąć miał plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu, przeprowadzany pod nadzorem komisji międzysojuszniczych Ligi Narodów. Argumentem strony polskiej była przynależność części Prus Wschodnich do Polski przed 1772 rokiem, a także fakt posługiwania się językiem polskim przez około 80 proc. mieszkającej tam społeczności. Plebiscyt przeprowadzono 11 VII 1920 roku, w momencie fatalnej sytuacji na froncie polsko-bolszewickim, kiedy wysiłek państwa skierowany był na obronę wschodnich granic. W tym czasie Niemcy sprowadzili na obszar objęty plebiscytem około 100 tys. emigrantów z głębi kraju i uruchomili ogromny aparat propagandowy, szermujący m.in. brakiem zainteresowania Rzeczypospolitej plebiscytem. W efekcie w 15 powiatach Warmii, Mazur i Powiśla za Polską opowiedziało się od kilku do kilkunastu procent mieszkańców.

W okresie międzywojennym Warmia i Mazury przeżywają dynamiczny rozwój turystyki i rekreacji, ale i budowę infrastruktury wojskowej. W roku 1936 Melchior Wańkowicz publikuje swój reportaż "Na tropach Smętka" – reporterski zapis podróży kajakiem po wodach Prus Wschodnich, ukazujący poza walorami turystycznymi jezior mazurskich relacje między ludnością polską i niemiecką, z naciskiem na walkę o zachowanie polskich tradycji mimo germanizacyjnego naporu.

Pod koniec II wojny światowej, zimą 1945 roku, ludność Mazur opuściła swoje siedziby, uciekając przed Armią Czerwoną. Na miejscu pozostali nieliczni – traktowani zarówno przez żołnierzy sowieckich, jak i władze polskie (na mocy konferencji jałtańskiej ziemie przypadły po wojnie Polsce – jako rekompensata za Kresy Wschodnie, przejęte przez ZSRR) jak Niemcy – mimo częstokroć polskich korzeni. Prowadzono politykę przymusowej polonizacji, zmuszano do posługiwania się językiem polskim, zamieniano ewangelickie zbory na kościoły katolickie, wypominano opowiedzenie się za Hitlerem w latach 30., nakłaniano do wyjazdu do Niemiec. W efekcie planowych działań władz PRL 400 tysięcy rdzennych Mazurów wyjechało do Niemiec, na ojcowiźnie pozostała garstka. Na miejsce tych, którzy wyjeżdżali, sprowadzano osadników zza Buga, mieszkańców dawnych Kresów oraz polskich repatriantów z Syberii, a także Łemków i Ukraińców z Polski południowo-wschodniej (przesiedlonych w wyniku "Akcji Wisła" z 1947 roku).

Najgorszą opinię wyrobili sobie przybysze z centralnej Polski. Nie chcieli widzieć w Niemcach ludzi. Inaczej zostali zapamiętani repatrianci ze Wschodu, szczególnie z Wileńszczyzny i Wołynia. Może dlatego, że wychowani w środowiskach wielokulturowych i wielowyznaniowych mieli dużo zrozumienia dla trudnego położenia Niemców. Zaskarbili sobie u miejscowej ludności wdzięczność, szybko nawiązały się przyjazne relacje.
V. Opinie

Jest taki wiersz Wiktora Woroszylskiego "Deszcze nad Mazurami", napisany w roku 1956 - jedno z pierwszych publicznych świadectw dramatu, jaki się na tych ziemiach rozegrał po wojnie:

"Starowina pod lasem

podpiera się patykiem,

w kancjonale opasłym

składa słowa gotykiem.

Hoduje dwie "ozieczki",

zbiera jagody, grzyby,

z nikim nie szuka sprzeczki,

a ktoś jej wybił szyby.

Pożyje jeszcze chwilkę,

potem pójdzie do raju.

Lecz patrzą na nią wilkiem

i Niemrą nazywają".

„Róża” to film niezwykle poruszający i ważny, zarówno ze względu na dramatyzm losów głównych bohaterów, jak i z uwagi na ukazanie w pełnym świetle fragmentu naszej najnowszej historii, z którym nigdy dotąd nie zmierzono się tak otwarcie.

Jest w zasadzie prostą opowieścią o miłości dwojga dojrzałych, ciężko doświadczonych przez los ludzi. Koniec wojny, przełom lat 45/46. On jest uczestnikiem Powstania Warszawskiego, który po zakończeniu wojny postanawia się nie ujawniać. Wyrusza na Mazury i zatrzymuje się u wdowy. Ona próbuje samotnie prowadzić gospodarstwo na Ziemiach Odzyskanych, jednak potrzebuje do tego pomocy. Mężczyzna zostaje, z czasem nieznajomi ludzie stają się sobie coraz bardziej bliżsi, rodzi się między nimi więź. Historia, jakich w kinie wiele. Jednak tych dwoje z góry skazanych jest na porażkę. Wojna mimo że oficjalnie zakończona, dla nich wciąż trwa. Inni są tylko wrogowie, metody pozostają te same. Mazurski azyl okazuje się pandemonium.

Z tej perspektywy "Róża" jest w równym stopniu melodramatem co filmem historycznym, ukazującym nie tylko mechanizmy historyczne, ale i trudną do przyjęcia, niemal wstydliwą prawdę o tamtym okresie. Sposób jej ukazania może budzić kontrowersje, ale trzeba przyznać, że realizm ukazanych na ekranie uczuć i emocji przemawia za sugestywną wizją ukazaną na ekranie przez Wojciecha Smarzowskiego.

Opowiadana w "Róży" historia nie byłaby tak poruszająca, gdyby nie kontekst, w jakim została umieszczona. - Jednak to tło historyczne czyni tę opowieść szczególną.

Ten pozornie prosty film, opowiedziany linearnie, ubogi w słowa, ma w sobie tajemnicę. Czy sprawia to reżyseria, czy powściągliwość gry Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, czy sposób montażu, który pozostawia kolejne sceny jakby niedokończone, otwarte, ulotne? "Róża" dzieje się w dwóch planach. Pasmo krwawych, naturalistycznie ukazanych starć układa się w rodzaj ballady, bajki lub biblijnej przypowieści, w której zło, atakujące bohaterów, staje się jakąś niepojętą próbą.

Jest to film o złu uniwersalnym, które się w amoku wojny rodzi i potwornieje. Zło nie ma tu swojego munduru ani narodowości, czyha ze wszystkich stron. Historia Mazurów ma wymiar ogólniejszy: jest to dramat zgwałconej, nieuszanowanej tożsamości. Podobny dramat staje się udziałem Tadeusza, przybysza z Polski, i Róży z Mazur.

Zło, które nieustannie, jakby z zazdrością atakuje bohaterów opowieści, wydaje się puste. Dlatego można je znieść. Istota tego, co łączy Tadeusza i Różę, pozostaje nienaruszona, mimo gwałtu. Sąsiad Władek, osadnik z Wileńszczyzny, postać swojska, poczciwa, ale w gruncie rzeczy niezbyt sympatyczna i mądra, biadoli po ataku bandytów: "Zepsuli mi Amelkę, hańba na zawsze!". Tadeusz oburza się: "Hańbą jest tak sądzić".

Z niespotykaną bezwzględnością ukazano bestialstwa radzieckich żołnierzy, używających sobie na "Giermańcach". Ale czym różnią się tu gwałty rosyjskie od gwałtów niemieckich? Czym różnią się piwnice polskiego UB od katowni gestapo? Towarzysz broni Tadeusza, z innej opcji politycznej, tak samo jak on walczący z Hitlerem, po wojnie staje się jego katem. Gwałt nie zna granic, przychodzi jak fala, pobudzony przez wojnę. Smarzowski wykracza jednak poza ramy polityki historycznej. "Róża" nie zaspokoi tych, którzy chcieliby zobaczyć w niej przede wszystkim film o polskich cierpieniach, ponieważ gwałt zadają również sami Polacy.


"Żyjemy w niemym proteście. Uważamy, że kara, jaka nas spotyka, jest ponad miarę okrutna. Ale nie nam o tym sądzić". Oto ukryta puenta tej przypowieści wypowiedziana przez ewangelickiego pastora z Mazur (Edward Linde-Lubaszenko). Inna puenta pada mimochodem w rozmowie Tadeusza i Róży o mazurskich obyczajach żałobnych i szacunku dla duszy zmarłego. Stawia się jej stołek, aby mogła sobie usiąść, otwiera się okna, aby mogła polecieć, a na progu domu kładzie siekierę. "Po co siekiera?" - pyta Tadeusz. Róża uśmiecha się: "Nie wiem... żeby zło zabić?". To niemożliwe. Siekiera idzie w ruch, choć zło nie zostaje "zabite".

Ile trzeba pokazać zła, śmierci, rozkładu, żeby móc jeszcze wzlecieć w górę? Ile gwałtu zniesie dobro? Zderzając ze sobą sprzeczne żywioły, Smarzowski usiłuje w karkołomny sposób, jak w barokowej sztuce operującej krańcowymi sprzecznościami, ocalić idealistyczną podszewkę. Jak w scenie przesłuchania na UB, tworzącej niezwykłą figurę montażową. Znajdujemy się tam na przemian w różnych rzeczywistościach. Katowany więzień w pewnym momencie zanosi się śmiechem razem ze swoim oprawcą, jakby byli dobrymi przyjaciółmi. Widzi w wyobraźni Różę jadącą na rowerze, który w filmie przechodzi z rąk do rąk: najpierw zabrali mu go Rosjanie, później rozpoznał go u ubeka. W malignie, pod wpływem bólu, zacierają się granice, łączą przeciwieństwa.

„Nie mieliśmy od lat w naszej kinematografii tak dojmującego filmu o Polsce. A sam Smarzowski to jest dzisiaj najbardziej polski reżyser, który Polską się przejmuje, który Polskę drąży, który od Polski uwolnić się nie umie, jego filmy to jest dziś właśnie "nowa szkoła polska": bezlitosna, dołująca, przejmująca, ważna jak alfabet, bez którego nie potrafilibyśmy się porozumiewać. Naturalistycznie okrutne, prawdziwe i bezkompromisowe, chwytające za gardło, wyciągające na wierzch najobrzydliwsze cechy człowieka, Polaka. W naszym kinie mamy obecnie tylko jednego reżysera, który potrafi kręcić takie właśnie filmy, który mówi w sposób tak wyrazisty i trafny. Bardzo konsekwentnie, zawsze do bólu. W "Róży" Wojciech Smarzowski ukazuje swoje odrobinę inne oblicze, nieco delikatniejsze niż w "Weselu" i "Domu złym". Sam podkreśla, iż chciał nakręcić opowieść o miłości. I tak też zrobił. Interesujący go materiał odnalazł w scenariuszu Michała Szczerbica. Nie, nie jest to kolorowy romans z happy endem. Smarzowski na dużym ekranie bajkami się nie zajmuje, nawet gdy szuka serca.”

„Róża” utrzymana w poetyce charakterystycznej dla kina Smarzowskiego, pozostaje klasycznym melodramatem. Jest to opowieść o dojrzewaniu do miłości dwojga dorosłych ludzi – pokaleczonych przez wojnę, która zabrała im najbliższych. Czy po przejściu wojennej zawieruchy będą jeszcze zdolni do uczucia? Czy potrafią przełamać ograniczające ich bariery – zarówno wewnętrzne, psychiczne, jak i zewnętrzne, społeczne? Ona jest Mazurką – dla ludzi napływających na Mazury Niemką, współodpowiedzialną za wojenne okrucieństwo. Dla swych pobratymców–autochtonów – osobą pozbawioną godności, współpracującą z sowieckim najeźdźcą. Ale czy to jest właściwa ocena? W rzeczywistości historycznej, w jakiej rozgrywa się akcja "Róża", pozory mylą: bywa, że ktoś bliski i, wydawałoby się, życzliwy okaże się zdrajcą bądź człowiekiem pozbawionym zasad, zaś ktoś obcy okaże prawdziwie ludzki odruch. Z kolei on jest byłym żołnierzem AK, zwlekającym z ujawnieniem się, bowiem cały jego świat zawalił się w chwili, gdy hitlerowcy u schyłku Powstania Warszawskiego zabili mu żonę. Spotkanie tych dwojga okaże się życiową szansą. Czy potrafią ją docenić? Czy los pozwoli im ją wykorzystać? Smarzowski prowadzi swą opowieść grając na najwyższych uczuciach, szykując dla widza liczne niespodzianki i zwroty akcji, stawiając swoich bohaterów wobec okrutnych wyzwań, ale i w sytuacjach wywołujących rozładowujący napięcie śmiech.

Kolejny film Wojciecha Smarzowskiego, przez wielu uważanego za wizjonera polskiego kina, to opowieść o miłości trudnej i niemożliwej, w miejscu tak bardzo naznaczonym ludzkim cierpieniem. Ten film jest jak feniks odradzający się z popiołów. Tak sugestywnego, skłaniającego do refleksji dramatu nie było na naszych ekranach od dawna.

Miłość ani przez chwilę nie nabiera w tym filmie melodramatycznego wyrazu. Zakochani nie wdzięczą się do siebie, przeciwnie, wyglądają jak obcy. Pod tym względem "Róża" w scenach kameralnych przypomina dawny film Kazimierza Kutza "Nikt nie woła". Na twarzach Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy nie malują się żadne uczucia. Są blisko siebie, ale nie okazują bliskości. Powstrzymują ich doświadczenia, przez które przeszli. Raz tylko, wobec nowych sąsiadów-repatriantów obejmują się, trochę na pokaz, "jak dwa gołąbki". Na co dzień ich bliskość wyraża się w czym innym, w niesieniu sobie pomocy, obmywaniu ran, robieniu zastrzyku, w pracach gospodarskich - sadzeniu kartofli, pompowaniu wody. Czy nie jest analogią sceny miłosnej delikatne i precyzyjne rozminowywanie pola? W podobny sposób traktowane jest ciało kobiety, poranione, obmywane, leczone. To, co widzieli i przeżyli, odebrało im formy czułości, ale nie odebrało zdolności kochania. Uczucia pozostają niewyrażone, ale to właśnie nadaje historii miłosnej ukrytą moc.

Róża" to przeżycie intensywne i brutalne, ale atakujące widza w innym stylu niż wcześniejsze filmy Smarzowskiego. Nie ma tu nadrealizmu "Domu złego", szczypty groteskowości "Wesela", formalnej zabawy z "Małżowina". Smarzowski jest do bólu realistyczny i traktuje swoich bohaterów nad wyraz poważnie – tak, jak na to zasłużyli, bo ich losy były więcej niż ciężkie. Reżyser nie mydli nam oczu, nie stara się oczarować, lecz uderza wprost rozpościerając nieocenzurowane obrazy przemocy, które nosimy w głowie jeszcze długo po seansie (...)"

Smarzowski wraz z gronem współpracowników, dokonał niemalże cudu. Ten film można spokojnie umieścić obok takich arcydzieł polskiej szkoły filmowej jak: "Ziemia obiecana", "Kanał" czy "Przesłuchanie". Mocny scenariusz i drzemiący w nim potencjał został w pełni wykorzystany. Akcja toczy się powoli, by co jakiś czas uderzyć w nas jak wielka betonowa pięść. Oniryczny klimat podkreślają świetne, wyraziste zdjęcia Piotra Sobocińskiego oraz doskonały montaż. Czy wadą jest, że brakuje ciekawego, przewodniego, muzycznego motywu? Nie w przypadku tej produkcji, bo tutaj muzyką jest cisza, dzięki której jeszcze bardziej możemy wsiąknąć w wydarzenia dziejące się na ekranie.

Reżyser nie chciał, żeby "Róża" była traktowana jak wykład historyczny. Widz zostaje znienacka wrzucony w sytuację która stopniowo się przed nim odsłania.

"Róża" z jednej strony wyraża niewymowne cierpienie, szaleństwo historii, odsłania niekończący się łańcuch zła i gwałtu, na którym wyrosło pokojowe życie wschodniej Europy. Przywołując tamten gwałt, Smarzowski przypomina: jest on wciąż obecny w naszej zbiorowej podświadomości. Ale towarzyszy temu inny element. Ten film kończy się - podobnie jak dwa poprzednie filmy Smarzowskiego - uniesieniem kamery w górę, spojrzeniem na świat z wysoka, jakby z pozycji tej "ulatującej duszy", która wymknęła się z morderczej bitwy narodów. W planie symbolicznym losy tej pary, ich spotkanie, cierpienie, miłość, niosą coś na kształt odkupienia.


VI. Wojciech Smarzowski o swoim nowym filmie:

-Robić coś po to, żeby zrobić? Szkoda czasu. Zarabiam pieniądze gdzie indziej, a do każdego filmu podchodzę, jakby był ostatni.

Tadeusz Sobolewski: Co w "Róży" było dla pana najważniejsze? Historia?

Wojtek Smarzowski: Miłość. Na temat Mazur trafiłem przypadkiem, gdy dostałem scenariusz Michała Szczerbica.

- Jak to się stało, że sięgnął pan po temat mazurski? Kino polskie unikało dotąd tego tematu – losów Mazurów w latach 40. ubiegłego wieku. Powstał raptem jeden film na ten temat – "Południk zero" Waldemara Podgórskiego - w konwencji westernu, z Ryszardem Filipskim jako polskim oficerem, który staje w obronie autochtonów, traktowanych przez polskich osadników jak Niemcy. Z drugiej strony "Róża" sięga po archetyp bohatera, znany z innych filmów, choćby z "Nikt nie woła" Kazimierza Kutza.

- Nie szukałem filmowych odniesień. Ja na swoje Mazury "trafiłem" przypadkiem. Zainteresował mnie scenariusz Michała Szczerbica, ponieważ przeczytałem historię, której sam bym nie wymyślił. Historię, która przychodzi z innego świata. Poza tym zawsze chciałem zrobić film o miłości. I to był ten moment, w którym tak naprawdę zanurzyłem się w historię Mazurów - narodu, który padł ofiarą dwóch nacjonalizmów i został unicestwiony.

- Czy widzi pan w losach Mazurów metaforę polskiego losu po 1945 roku?

- Nie. Chciałbym, żeby "Róża" była głosem w sprawie postrzegania i akceptowania różnic mniejszości narodowych, kulturowych, religijnych i etnicznych. Ale przede wszystkim – powtórzę - "Róża" jest filmem o miłości. Miłości na gruzach. Miłości w czasach nieludzkich.

- Czy "Róża" jest bardziej filmem historycznym czy melodramatycznym?

- Podstawową warstwę filmu tworzy opowieść o miłości. Trudnej i na gruzach. Ona jest Mazurką - Niemką a może Polką, to pojęcie względne i zależy od politycznej manipulacji, czego dowody (i skutki) pokazuję na ekranie - jest kobietą, która z rąk Rosjan, później Polaków, doznała nieszczęść i najcięższych upokorzeń. On jest Polakiem, któremu Rosjanie i Niemcy, wojna i okupacja, zrujnowały życie. Wrak człowieka. Duch. Połączy ich biologiczny odruch przetrwania, szybko jednak okaże się, że każde z nich może się odrodzić dzięki wzajemnej bliskości. Oboje są okaleczeni, nie widać nadziei, perspektyw ani przyszłości i dlatego początkowo jest to szansa bardziej na życie niż na miłość. Miłość przyjdzie na końcu. W ostatniej chwili.


VII. Tematy do dyskusji
1. „Po tym poznać dzieło wybitne, że nie daje spokoju i wciąż uwiera”. Czy zgadzają się Państwo z opinią, że film reprezentuje kino bolesne, drażniące, nieprzyjemne, ale pozostawiające trwały ślad, niezapomniane?
2. Gdy po skończonym seansie zapaliły się światła, ludzie w milczeniu i zadumie wychodzili z sali kinowej. W swych umysłach na długie tygodnie zapamiętają te sugestywne i emocjonalne obrazy. A jakie uczucia wywołała w Państwu opowieść? Co Państwo czuli zaraz po obejrzeniu? Jaka była Państwa reakcja?
3. Jak można się odnieść do stwierdzenia?: Miłość nie zna granic, zdarzyć się może wszędzie, nawet w trudnych warunkach, nawet w niebezpiecznych czasach.
4. Do tej pory w świadomości milionów Polaków zapisał się obraz tamtych czasów, jako sielski, zabawny - głównie za sprawą kultowej komedii Sylwestra Chęcińskiego "Sami Swoi". W ujęciu Smarzowskiego to czas nie tyle budowania nowej rzeczywistości, ile walki o przetrwanie. Czas trudny i bolesny, obnażający prawdę o systemie, w którym przyjdzie Polakom żyć przez najbliższe pół wieku. Czy film uświadomił Państwu tę rozbieżność?
5. Czy zastanowił Państwa brak oprawy muzycznej? Czy wybór dźwięków był adekwatny do scen?
6. W jaki sposób tekst audiodeskrypcji pomógł Państwu w dostrzeżeniu scen niemych? W których momentach audiodeskrybcja wydawała się Państwu niezbędna?
Zapraszam serdecznie do dyskusji. Czekam na Państwa opinie, wrażenia, przemyślenia i sugestie pod adresem e-mail: ikfon@defacto.org.pl.

Zamieszczajcie Państwo również swoje opinie na specjalnie do tego zorganizowanym forum, które znajdziecie na stronie www.ikfon.defacto.org.pl w zakładce Pociąg do dyskusji.


Beata Wiśniewska – moderator „IKF ON”


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna