Daltonismus ruber



Pobieranie 8.87 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar8.87 Kb.
Daltonismus ruber

Zaczyna się prosto i niewinnie. Czysta, biała kartka, atrament, równomierne linie. Kreślenie zgrabnych literek i zawijasów, wszystko pod kontrolą. W kolejnych sekundach – niewinne wybieganie za linie, kreski, esy-floresy. Nacisk pióra staje się mocniejszy. Niespodziewanie błyska na stalówce promień słońca i niczym sztylet trafia przez źrenicę do mego oka drażniąc światłoczułe komórki na siatkówce. Tracę kontrolę nad ręką. Mocniej. Stalówka rysuje po kartce prawie bezgłośnie ją raniąc. Szybciej. Gładkie cięcia, skalpel rozcina naskórek papieru. Chrzest, zgrzyt, pisk ostrza. Papier dłużej tego nie zniesie. Napięcie sięga zenitu, to apogeum udręki. Jak do tego doszło? Przed chwilą duch tak spokojny, teraz wije się i wyrywa, ograniczają go klatka myśli, marginesy, brzegi kartki. Wzburzenie oraz złość czuję na wysokości gardła. Linie stają się grubsze, jeszcze jedno cięcie, jeszcze jeden niezauważalny już kleks, kolejne zamaszyste ruchy. One more – nigdy dość. Nienasycenie. Ręka już bez ani jednej mojej myśli rysuje, kreśli, bazgrze, gryzie papier stalówką, ten odpowiada mu rwącym krzykiem. Zwierzęcy instynkt, karnawał zmysłów... Dość! Stalówka pęka i krwawi. Resztki atramentu wylewają się na papier. Agonia twórcza...

Gdzieś z boku pryska mi w oko czerwona farba. Za dużo! Nie przedawkuj z kolorem wiśni. Żaden inny pojebaniec nie widzi wszystkiego tylko w karminie i szkarłacie. Cóż za piekielny kolor! Mam poczucie, że nigdy się go nie pozbędę. Co chcesz przez to powiedzieć do cholery?! Chyba nic... Czerwień to twój ego-istyczny kolor, jedyny, jaki znasz, po prostu sięgasz po niego i bazgrzesz bezmyślnie naokoło. Tylko dlaczego twój świat musi wiecznie wyglądać jak izba przyjęć po wypadku? Kałuża krwi na podłodze, tubka farby pogrążona w wieczystym śnie. Ściany, okna, ciało – czerwone, w głowie pożar. Czerwień stymuluje twój chaos.

Nie urodziłam się w wyniku biologicznych procesów. Żadna absolutna siła nie tchnęła we mnie życia. Nie wierzę w biologię, przeznaczenie, prawdę, sens i cel. Cóż za bzdury. Moją jedyną praprzyczyna jest chaos. Niczym greccy bogowie i mityczny świat powstałam z chaosu rzeczywistości. Nieustanna bezowocne walka pożera mnie od środka. Chaos to jedyny porządek, jaki znasz. Zaraz, o czym ty właściwie pierdolisz?


* * *
Diagnoza. „Cierpienie, nieprzystosowanie, irracjonalność, nieprzewidywalność i brak kontroli, rzadkość i niekonwencjonalność, dyskomfort obserwatora, naruszenie norm”. Pani jest chora psychicznie. Pani nie widzi innych kolorów poza wiśniowym, zmysły wypełnione są czerwienią – odwrócony psychiczny daltonizm. Daltonismus ruber. Nieleczony może się rozwijać. Rzadka choroba – chwała pani za to! Chorych psychicznie dziś ze świecą szukać...

Leczenie. Przetoczenie krwi. Uwolnienie od piekielnego koloru. Wypłukanie barwnika, usuniecie hemoglobiny. Zastąpienie czymś neutralnym i niewinnym. Biel tytanowa? A może szarość Payne’a? Usunięcie inności pozwoli na odczucie ulgi. „Inna”. Tfu! Cóż za okropne słowo...

Działanie. Skurczyłam się do rozmiarów maku. Papaver rhoreas. Niestety znowu czerwony. Teraz toczę się po kartce w gęstym atramencie. Smolista konsystencja z trudem pozwala poruszać mi się naprzód. Oglądam siebie, mam przed sobą idealnie wypolerowane lustro. Grzęznę w nasiąkniętym papierze. Co to za uczucie? Nigdy wcześniej go nie było. Moja oszalała ręka zakreśliła w tym miejscu wielkie czerwone koła, stalówka złamała się tu tworząc małą dziurę. Atrament zalał stół.
Ziarenko maku tkwi w atramencie, a ja z szerokimi oczami dziecka wpatruję się w nie. Nieskomplikowane rozumowanie, czyste, nieskażone brudem rzeczywistości myśli pozwalają mi zrozumieć. Spoglądam na siebie. Dokładnie wnikam w swoje ciało. Jest. Zupełnie tak jak przypuszczałam. Sięgam ręką na lewo, nieco poniżej biustu. Wielka czerwona szpilka wciśnięta między żebra błyszczy w słońcu. Dotykam ją delikatnie tuż przy skórze. Chłód mojej własnej ręki przeraża mnie w pierwszej chwili. Ze skupieniem badam powierzchnię gładkiej skóry. W końcu wyciągam szpilkę z impetem. Nie czuję bólu. Zaledwie jedna strużka purpurowej krwi spływa mi wzdłuż talii i ginie gdzieś w udach. Krwawienie ustaje szybko.

Idę w dobrze znane mi miejsce. Żelazny klucz, który chwilowo posiadam, wystarcza zaledwie na moment. Stara szafa z ogromną liczbą gratów wygląda pięknie w roztańczonym świetle. Odnajduję w niej poduszeczkę na szpilki i dołączam tą przed chwilą wyciągnięta do pozostałych. Znowu czerwona... Szafa zamyka się. Klucz spada i z piruetem prezentuje swoje hit the ground, a następnie znika gdzieś pod podłogą. Pozostaje po nim jedynie ostry i ciężki dźwięk, który unosi się w przestrzeni. Szukanie klucza nie ma sensu. I tak nigdy go nie znajduję.


Rozjaśniony umysł pozwala mi wrócić do siebie. Czerwone szpilki już mnie nie frapują, szybko odchodzą w niepamięć, zresztą jak za każdym razem. Wyciągam czystą kartkę, nowe pióro. Atrament jeszcze nie ma koloru. Powietrze drga. Przykładam ostrze stalówki do gładkiego papieru...


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna