Do kraju w którym jeszcze nigdy nie byłem czuje się mocno podenerwowany



Pobieranie 20.63 Kb.
Data04.05.2016
Rozmiar20.63 Kb.
17.04.2007 r.
Do granicy mauretańskiej dojechałem autostopem szybko i sprawnie. Około
 godziny 16 byłem już po tamtej stronie. Zwykle jest tak, ze gdy wjeżdżam
 do kraju w którym jeszcze nigdy nie byłem czuje się mocno podenerwowany.
 Wtedy dobrze jest spotkać kogoś przyjaznego, to dodaje pewności siebie. Na
 szczęście tuz za granica spotkałem sympatycznego Mauretanczyka, który
 mówił po rosyjsku. Dowiózł mnie do miasta Nouadhibou. Kiedy się tam
 znalazłem, robiło się już ciemno. Wokoło czułem mnóstwo nieprzyjaznych
 spojrzeń w moja stronę. W ośrodku campingowym chcieli 10 dolarów za noc,
 na co oczywiście nie mogłem sobie pozwolić. Zacząłem chodzić po mieście i
 pytać ludzi gdzie można tanio przenocować. W końcu trafiłem na cudzoziemca,
 który zaproponował mi nocleg u siebie. Ten cudzoziemiec to obywatel Gwinei
 o imieniu Aboulay. Szalenie miły człowiek. Od razu wydal mi się dobry. Na
 szczęście znal parę słow. po angielsku. W domu czekała jego 15 letnia córka
 o imieniu Mama. Mama wprawdzie nie znała ani pól słowa w języku
 angielskim, ale bardzo się starała nawiązać kontakt. Spędziłem u nich 4
 udane dni, udane ponieważ potrafili stworzyć bardzo dobra atmosferę, choć
 nie na wiele mogli sobie pozwolić. Aboulay pracuje jako kierowca, po 12
 godzin dziennie, 7 razy w tygodniu i zarabia ok. 120 dolarów na miesiąc.
 Mówi, że jest już zmęczony tą sytuacją i pod koniec roku planuje jechać z
 córką (Mama) do Senegalu w poszukiwaniu lepszego życia. Chciałbym go
 jeszcze kiedyś spotkać.

  Na mieście atmosfera jest niezbyt dobra. Większość tutejszych ludzi ma


 zupełnie błędne wyobrażenie o Europie, a tym samym o białych. Czasami
 spotykałem się z tym, ze ktoś do mnie podchodził mówiąc ''daj mi
 pieniądze'', na pytanie dlaczego mam mu dąć, odpowiadał, że jestem z
 Europy, a w europie jest raj, ze mam całe mnóstwo pieniędzy, których cześć
 mogę mu dąć, albo jeszcze lepiej jeśli go stad zabiorę. Czułem, że prawie
 każdy, nawet bardzo miły człowiek, który ma chęć porozmawiania ze mną,
 liczy na jakąś korzyść. Trochę się ich obawiałem.

  Po 4 dniach wyruszyłem na drogę łapać okazje w stronę stolicy kraju -


 Nawakszut. Z autostopem nie jest tak ciężko w tej okolicy. Należy tylko
 pamiętać o zaopatrzeniu się w wodę gdyż można umrzeć z powodu odwodnienia,
 bo czasami długo nic nie jedzie. Jeśli już jedzie to prawie zawsze się
 zatrzymuje widząc białego na drodze. Jedyna trudność jest w tym, żeby
 przekonać kierowcę, że nie ma się pieniędzy. Potem już się jedzie kilkaset
 kilometrów bez przerwy. To niesamowite, ze na przykład pomiędzy Nouadhibou
 a Nawakszut na dystansie 470 kilometrów nie ma nic oprócz piasku, słońca,
 wiatru i drogi po której raz na jakiś czas przejedzie samochód.

  Po paru godzinach byłem już w stolicy. Zatrzymałem się w ośrodku


 campingowym (6 dolarów za noc). W Nawakszut podobnie jak w poprzednim
 mieście, masa oszustów szukających nierozgarniętych turystów.

  Pewnego razu gdy chodziłem po centrum z kamera filmując cos od czasu do


 czasu, zaczepił mnie pewien starszy mężczyzna mówiąc, że nie wolno filmować
 i ze jeśli nie schowam kamery to mnie aresztuje. Mówił, że jest policjantem
 i żeby rozwiać moje wątpliwości pokazał mi gwizdek. Pomyślałem, że skoro
 nosi gwizdek to nie może być nikt inny jak tylko policjant. Jakoś udało mi
 się powstrzymać od śmiechu i rzeczywiście schowałem kamerę po to by nie
 wszczynać awantury.

  W ośrodku, w którym mieszkałem poznałem francuska rodzinę, która była


 samochodem i wybierali się oni do Bamako - stolicy Mali, akurat tam gdzie
 chciałem jechać. Namówiłem ich żeby zabrali mnie ze sobą. Po dwóch dniach
 ruszyliśmy i to był początek najgorszego etapu mojej dotychczasowej
 podroży. Najgorszego, ponieważ czułem olbrzymi dyskomfort jadąc w
 towarzystwie najzwyklejszych turystów z Europy. Rzecz jasna jestem im
 wdzięczny za pomoc, niemniej jednak nie mogłem znieść tego, że przez
 cala drogę do Bamako, trwającą 3 dni przy każdej okazji dawali do
 zrozumienia wszystkim wokoło, że jako biali są bogatsi, mądrzejsi i
 szczęśliwsi. Oczywiście przepłacali za każdym razem. Ani razu nie
 zatrzymaliśmy się w wiosce, choć mijaliśmy ich dziesiątki, a przecież to
 na wsi najlepiej poznaje ie. kulturę i klimat danego regionu. Tak właśnie
 zachowuje się zdecydowana większość podróżników. To wyjaśnia dlaczego tak
 często spotykam ludzi, którzy jeżdżą po świecie i niewiele maja do
 powiedzenia na ten temat. Uważam, ze oni powinni spędzać czas wolny w
 nadmorskich kurortach, co by im z pewnością więcej radości sprawiało.

  Kiedy dojechaliśmy do Bamako, jak najszybciej się oderwałem od Francuzów.


 Zatrzymałem się w ośrodku misji katolickiej. Płaciłem około 4 euro za noc.
 Francuski ksiądz był bezwzględny i nie zdołałem nic utargować. Po 3 dniach
 poznałem miejscowa rodzinę u której spędziłem resztę pobytu w stolicy
 Mali. Spotkałem tu paru wspaniałych, mądrych Afrykańczyków, którzy pomogli
 mi lepiej zrozumieć tutejszy świat. Mimo to w tym mieście było mi naprawdę
 ciężko. Okrutny klimat nie pozwalał normalnie funkcjonować. Pewnego razu w
 centrum próbowano wyrwać mi z ręki portfel z dokumentami. Po nie udanej
 akcji człowiek ten zachowywał się tak jakby nic się nie stało, nawet nie
 odszedł. Ja nie bardzo wiedziałem jak się zachować, byłem jedynym białym w
 okolicy. Porostu odwróciłem się i poszedłem w swoja stronę. Tam się
 przekonałem, ze podroż przez Afrykę przerasta moje dotychczasowe
 doświadczenie. Nie jestem w stanie poradzić sobie ze wszystkimi problemami
 które tu napotykam. Pozostaje mi liczyć na to, ze będę trafiał na swej
 drodze na dobrych ludzi, którzy będą podawać mi rękę. Jak do tej pory
 udaje się...

Mariusz Kurc

16 marca 2007r.

Witam po raz kolejny.


Jestem teraz w Maroko, a konkretnie na terenie Sahary Zachodniej, gdzieś pośrodku pustyni w jakimś małym miasteczku którego nazwy jak zwykle nie pamiętam(może nie jest ona dla mnie istotna).Teraz jest godzina około 10 rano. Na szczęście jest tu internat. Do granicy mauretańskiej zostało jeszcze 720 kilometrów.  Jeśli będę miał dużo szczęścia to do wieczora tam dotrę. Jeździ tedy bardzo niewiele samochodów i może być tak ze w ogóle nie złapię okazji i będę musiał wydawać cenne pieniądze na publiczny transport (cenne bo zostało mi 380 dolarów). 


Niedługo minie miesiąc jak podróżuje, a ja dopiero jestem w Maroko. Gdybym jechał bezpośrednio z Polski, to dojazd do tego miejsca zajął by mi jakieś 7 dni, ale nie miałem być w ogóle w tym kraju. Poprzednim razem wspominałem ze będę jechał wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, czyli z Turcji przez Cypr dostanę się do Egiptu drogą morska, a potem lądem na południe przez Sudan itd. Ten plan jednak nie powiódł się. Po przejechaniu autostopem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunie i Bułgarię do Turcji, a konkretnie do miasta Mersin na południowym wybrzeżu, okazało się że przeprawa przez Cypr jest niemożliwa. Promem można tedy dopłynąć tylko na północny Cypr, okupowany przez Turcje, natomiast statki do Egiptu odchodzą z południowego, tzw. greckiego. Problem jest w tym, ze granica pomiędzy północną a południowa częścią wyspy jest zamknięta. Z wielkim żalem pogodziłem się z faktem, ze Cypru tym razem jeszcze nie zobaczę. Drugim sposobem ugryzienia Afryki byłby przejazd przez Syrie i Jordanie (jechałem już kiedyś tamtędy). Ale i tu pojawiła się przeszkoda nie do przeskoczenia - wizę syryjska mogę otrzymać tylko w konsulacie tego kraju w miejscu mojego zamieszkania. W tej sytuacji pozostał plan C. Wyjątkowo uciążliwy plan, który zakładał przejazd przez cala Europę na przeciwległy jej kraniec, aż do cieśniny gibraltarskiej. Stamtąd tylko godzinka promem (to wiedziałem bo płynąłem tamtędy już 6 razy) i już będzie Afryka, z tym że zachodnia.
Łatwo się o tym pisze, ale słabo mi się robiło na myśl, że mam do przejechania prawie 5000 kilometrów autostopem, przez pół Turcji, Bułgarię, Serbie, Chorwacje, Słowenię, Włochy, Francje i Hiszpanie, zanim tak naprawdę zacznę swoją podroż. Ale cóż innego pozostało.  Udało się i to dość szybko. Po 7 dniach byłem już w płd. Hiszpanii i rzecz jasna nie kosztowało mnie to ani złotówki.  Przeprawa promowa z Algeciras na Ceute (hiszpańska enklawa na kontynencie afrykańskim) kosztowała 32 euro.
Granice Maroka przekroczyłem lądem. Byłem już tu parę lat temu, także wiedziałem czego się spodziewać.  Poczułem ze osiągnąłem cel. Dotarłem do Afryki. Teraz tylko pozostaje przeżyć, nakręcić dobry materiał i jakoś wrócić. Ten kraj przypomina bliski wschód względem sposobu życia i mentalności ludzi. Choć trzeba przyznać ze ostatnia dość silnie próbuje się zbliżyć do zachodu. Poza tym Marokańczycy są bardzo przyjaźni dla obcokrajowców. Jakby była konieczność to przez dłuższy czas można by tu egzystować bez pieniędzy.

Jazda autostopem nie sprawia dużych problemów, ludzie chętnie zapraszają do domów, częstują jedzeniem, oferują noclegi. Problem dla mnie jest tylko taki, ze mało kto mówi po angielsku a prawie wszyscy znają francuski (jak do tej pory nie znalazłem natchnienia do nauki tego języka ale w końcu się wezmą).


   Z początku dość topornie mi szła ta jazda autostopem, dlatego zdecydowałem się wziąć autobus do Rabat (stolicy). Na miejscu byłem około północy. Chwile później zamykali dworzec, wiec nie miałem za bardzo gdzie przeczekać do rana (w miastach sprawa noclegów wygląda inaczej niż poza nimi. Nie można się tak po prostu położyć w śpiworze pomiędzy drzewami bo jest to zbyt niebezpieczne). W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna o imieniu Ahmed i zaczął mówić po angielsku, ze jeśli mam jakiś problem to on mi pomoże. Początkowo bardzo nieufny byłem wobec niego, myśląc ze chce pieniędzy. Poszliśmy na kawę, opowiedziałem mu kim jestem i co robię. On zaproponował mi nocleg u siebie w domu i zapewnił, ze rodzice się ucieszą. Była to trochę niezręczne dla mnie, przyjść do czyjegoś domu w środku nocy, ale poszedłem. Po wejściu do domu Ahmed obudził rodziców informując ich ze maja gościa z polski, poczym przygotował im miejsce do spania w gościnnym pokoju. Ja obawiałem się tylko jednego-jak następnego dnia będzie się zachowywać rodzina względem mnie. Szybko zasnąłem.
Rano przekonałem się, ze wszyscy radują się z powodu mojej obecności (a przynajmniej tak wyglądało).
  Rabat musiałem odwiedzić przede wszystkim po to by powyrabiać wizy do kolejnych państw które były na mojej drodze. Potem pojechałem do Kasablanki. To miasto zrobiło na mnie okropne wrażenie. Jedno z najbardziej brzydkich, brudnych, śmierdzących miast jakie kiedykolwiek widziałem. Każda chwila spędzona tam była udręką. Nawet sympatyczni ludzie nie zdołali tego zmienić.
   Do Agadiru zdecydowałem się dojechać autobusem za 28 złotych (sporo trzeba było się targować), po to żeby jak najszybciej dostać się do Sahary Zachodniej.

W Agadirze w ogóle się nie zatrzymywałem. Dalej na południe przemieszczałem się okazjami szybko i sprawnie, choć bardzo uciążliwe są powtarzające się co kilkadziesiąt kilometrów policyjne punkty kontrolne.


  Do Laayoune dowiózł mnie pewien marokański przedsiębiorca imieniem Baba. Gdy dojechaliśmy na miejsce, Baba zafundował mi nocleg w całkiem przyzwoitym hotelu.
Stamtąd ruszyłem następnego dnia. Po przejechaniu około 200 kilometrów znalazłem się tu, gdzie jestem teraz i spędziłem noc na stacji benzynowej. A stało się to tak, ze wczorajszego wieczora zaszedłem na te stacje znajdującą się na skraju miasta, którą obsługiwał szalenie sympatyczny człowiek nie zna jacy ani słowa po angielsku. Mimo to wytłumaczyłem mu, ze szukam miejsca na nocleg. On zaprosił mnie do środka, do jednego z pomieszczeń i pokazał, ze tu mogę spać.  Dziś rano przyszli jego bracia przynosząc ze sobą ugotowanego zająca, którym mnie oczywiście poczęstowali, także o śniadanie nie muszę się już martwić.

Pozdrowienia z podróży



Mariusz Kurc






©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna