Dłonie i Słowo Magazyn Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym



Pobieranie 374.31 Kb.
Strona4/5
Data07.05.2016
Rozmiar374.31 Kb.
1   2   3   4   5

Dopełnieniem wizyty były piękna pogoda, wesoło trzaskające ognisko, rozmowy, znakomita atmosfera, obcowanie z naturą, a także możliwość pogłaskania i nakarmienia wszystkich zwierząt, obserwacja ich zachowania oraz nasza radość, że mogliśmy pomóc w rozładunku wielkiej przyczepy z sianem.

Babidół opuszczaliśmy pełni wrażeń i dobrej energii, nie mogąc się już doczekać mającego się tu odbyć jesiennego pikniku.

Rubryka: z regionów

Tytuł: Końska dawka emocji

Autor: Anna Podgórna, tłumacz języka migowego z Zachodniopomorskiej JW TPG; Joanna Koralewska, Klub Głuchoniewidomych w Bytomiu; Sabina Wolniewicz, wolontariuszka z Wielkopolskiej JW TPG

A może by tak na konie? Okazuje się, że szlaki są przetarte. W tym roku do stadniny wybrały się aż trzy Kluby Głuchoniewidomych – ze Szczecina, Poznania i Bytomia. Przedstawiamy trzy relacje oraz trzy perspektywy: tłumacza języka migowego, osoby głuchoniewidomej i wolontariuszki.

Raj dla duszy - Anna Podgórna

Ostatnie ze spotkań w Zachodniopomorskiej JW. TPG odbyło się w miejscu niezwykłym – a mianowicie na terenie hodowli koni Galoper Agnieszki i Jarosława Soboli na pograniczu Tanowa i Trzeszczyna, około 15 km od centrum Szczecina. A wszystko to dlatego, że we wrześniu rozpoczęliśmy realizację projektu „Integracja przez sport” współfinansowanego z budżetu Wojewody Zachodniopomorskiego w ramach współpracy w obrębie polityki społecznej z organizacjami pozarządowymi.

Pierwszy blok tematyczny dotyczy terapii z koniem, gdyż – jak wiadomo – kontakt z tym nieparzystokopytnym bardzo silnie wpływa na wszystkie zmysły człowieka. A współpraca z tak silnym zwierzęciem łączy się nie tylko ze wzrostem poczucia własnej wartości i pewności siebie, lecz także pozwala nawiązać swego rodzaju więź.

Po krótkim szkoleniu na jednym z piątkowych spotkań w siedzibie jednostki z zakresu zasad bezpiecznego kontaktu z koniem, tzn. co nam wolno, a czego nie wolno, w niedzielę 8 września udaliśmy się do hodowli Galoper.

Stadninę otaczają piękne lasy i rozległe łąki. To raj dla duszy, gdzie wykwalifikowani właściciele zachwycają swoją obszerną wiedzą i nieocenioną życzliwością. Zajęcia pod okiem pani Agnieszki rozpoczęliśmy od poznania infrastruktury stadniny, liczby wierzchowców oraz ich ras.

Dowiedzieliśmy się, gdzie i jak mieszkają, ile czasu powinny przebywać na pastwiskach, co jedzą i jak ich dieta wpływa na ich siłę. Każdy z nas mógł dotknąć siana, owsa czy specjalnej energetycznej paszy. Po tym wprowadzeniu, mogliśmy się poznać bliżej z końmi, dotknąć ich, pogłaskać. Pani Agnieszka bardzo dokładnie odpowiadała na nasze pytania – wyjaśniła m.in., jak dużo konie jedzą, jak często są w ciąży i jak długo ona trwa oraz czym się różnią konie rekreacyjne od wyścigowych. Po krótkim instruktarzu z zakresu czyszczenia, każdy z nas miał obowiązek wziąć szczotkę, zgrzebło i kopystkę i przez chwilę spróbować swoich sił przy oporządzaniu wierzchowców.

Gdy już można było nasze konie okiełznać i osiodłać, przyszedł czas na pierwsze przejażdżki. Co ciekawe, najodważniejsze okazały się kobiety – to one pierwsze dosiadły dużego gniadosza o imieniu Kuba, a za nimi dopiero podążyli mężczyźni. Osoby mniejszej postury miały okazję odbyć przejażdżkę na karym osiemnastoletnim kucu walijskim o imieniu Dunkan.

Nauczyliśmy się dość dużo, zarówno z zakresu samego kontaktu z koniem, jak i podstaw dobrego dosiadu. Kto wie, może na kolejnych spotkaniach uda nam się zakłusować. Pragniemy podziękować właścicielom stajni, wolontariuszom oraz wierzchowcom, które dzielnie i cierpliwie z nami współpracowały.

Jak na Dzikim Zachodzie - Joanna Koralewska

Po otrzymaniu zaproszenia na piknik w Ośrodku Jeździeckim w Zbrosławicach miałam mieszane uczucia: z jednej strony byłam przerażona pięcioma przesiadkami i to o tak wczesnych godzinach, z drugiej zaś strony kusiły mnie zapowiedziane atrakcje – nigdy nie dotykałam żywego konia! A tam mają nam pokazać konie różnej maści i różnego przeznaczenia. Poza tym, pomyślałam, ile trudu musiały znieść moje TPG-owskie trenerki orientacji przestrzennej i zapytałam siebie: „To wszystko ma iść na marne?”. Podzieliłam się moimi rozterkami z mężem, który po krótkiej chwili zakrzyknął: „Hajda na koń!”.

Wysiedliśmy w Zbrosławicach. Po krótkim rozprostowaniu kości zostaliśmy zaproszeni przez przewodniczkę stadniny do zwiedzania stajni. Szliśmy środkiem – po lewej i prawej stronie znajdowały się boksy. Przewodniczka opowiadała nam o różnych rasach koni, o ich przeznaczeniu i niektórych zachowaniach. Tłumaczka-przewodniczka Jagoda Bosek mówiła nam, jakiej maści wierzchowce mijamy, jak one w tej chwili się zachowują. Miałam wrażenie, że to one nas oglądają. Przy wyjściu ze stajni po lewej stronie w boksach stały przeurocze kucyki.

Po przejściu całej stajni weszliśmy na drewnianą trybunę, u stóp mieliśmy duży okrągły plac. Poczułam się jak na Dzikim Zachodzie. Przy zejściu stały przygotowane osiodłane konie. W takich momentach mówię nieraz sobie, że cieszę się, iż nie widzę. Jagoda powiedziała, żebyśmy podeszły do koni – nie wiedziałam wtedy, że idę na pierwszy ogień. Ruszyłam na gumowych nogach, a minę miałam nietęgą.

Pierwszy raz w życiu dotknęłam konia, zaczęłam go głaskać, obrajlowałam cały jego łeb, a osoby asekurujące mnie i konia pomogły mi wsiąść na niego. Dowiedziałam się, jakie ma imię i jakiej jest maści – była to piękna gniada klacz. Zrobiłyśmy trzy rundy dookoła placu, w trakcie których cały czas głaskałam kobyłę po szyi, po bokach, było mi bardzo przyjemnie. I miałam poczucie, jakby cały świat znalazł się u moich stóp.

Po zejściu z konia asekurantka pobiegła na bok, a po powrocie wręczyła mi suchą kromkę chleba. Według jej instrukcji połamałam ją na kawałki, położyłam na wyprostowanej dłoni i podałam klaczy, która zbierała je aksamitnymi chrapami. Kiedy usłyszałam głośne chrupanie, gęsia skóra wyskoczyła mi na plecach. Po zebraniu ostatniej kruszynki chleba koń zaczął kiwać głową, jakby w podzięce. Pogłaskałam go po pysku, karku, szyi, przytuliłam i odeszłam.

Na koniec zostaliśmy zaproszeni na przejażdżkę dorożką. Byłam przygotowana na wejście do typowego pojazdu z budką, ale okazało się, że weszliśmy na prostokątną platformę ograniczoną po dwóch stronach burtami, wzdłuż których stały drewniane twarde ławy. Cała platforma była pokryta grubą folią, zaś z przodu siedział woźnica i powoził dwoma końmi. Podróż odbywała się po dość wyboistych dróżkach ośrodka. Współczułam tylko mężowi, nie za bardzo ma na czym siedzieć, bo to przecież sama skóra i kości.

Po wejściu do mieszkania ledwie się umyłam, padłam do łóżka i usnęłam. Dopadły mnie marzenia senne, a to Dziki Zachód, prerie i kaniony, to znowu średniowieczne nieprzebyte bory, bezdroża, zamki.

Serdecznie wszystkim dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Rycerze i księżniczki – Sabina Wolniewicz

Gdy dotarliśmy do ośrodka hipoterapii Lajkonik powitała nas rozentuzjazmowana ekipa. Wkrótce uświadomiliśmy sobie, co ich tak bardzo cieszyło. Po raz kolejny mogli podzielić się swoją pasją z żądnymi przygód przybyszami.

Najpierw spotkaliśmy się z sędziwym, lecz dostojnym „ogierkiem” rasy konik polski. Zjadał on chleb i siano z naszych kolan i pleców. Gdy jego wilgotne chrapy zbliżały się do wrażliwej skóry wybranego „skazańca”, każdego przebiegł dreszczyk emocji. Na szczęście wszyscy uszli z życiem, ale to był dopiero początek!

Szefowa stadniny zebrała wszystkich na polu. Sprawdzano naszą kondycję fizyczną. Ćwiczenia stanowiły nie lada wyzwanie i stawały się coraz trudniejsze. Rozciągaliśmy mięśnie, wymachiwaliśmy nogami, biegaliśmy w przód i w tył, a na końcu graliśmy w berka w parach. Słowem zaczęliśmy od kilku niewinnych zabaw integracyjnych, a skończyliśmy na bieganiu po polu niemal w amoku. Niemniej owocem tego były ogromne „banany” na naszych twarzach (można je było zbierać garściami).

Po ćwiczeniach mieliśmy wreszcie okazję spróbować swoich sił w jeździe konnej. Przedtem trzeba było jednak oporządzić i osiodłać wierzchowce. Panowie prezentowali się na swych rumakach niczym prawdziwi rycerze, dodając odwagi spłoszonym niewiastom. Wśród nich, na szczególne uznanie zasługują „Bartek Lwie Serce” i „Michał z Sierakowca” za pokłady optymizmu, którymi zasilili całą ekipę, „Wojciech Śmiały” za spektakularne ujarzmienie rączego rumaka, „Marcin Czarny” za czarujący uśmiech, którym dzielił się ze wszystkimi dookoła, oraz mężny „JacKo z Poznańca”, który miał pełne ręce roboty, ani na chwilę nie opuścił Natalii, dzielnie tłumacząc jej wszystko na język migowy. Sama Natalia każdemu zadaniu podołała, wykonując z zadowoleniem. Nie śmiałabym również zapomnieć o Dorocie, która prezentowała się na swym koniu niczym prawdziwa księżniczka.

Droga powrotna nie była prosta. Przemierzaliśmy łąki, knieje, musieliśmy się też zmierzyć z urwistą przepaścią, jednak każdy dotarł do domu cały i zdrowy. Jesteśmy bardzo wdzięczni pracownikom ośrodka Lajkonik za zapewnienie nam licznych atrakcji i serdeczne przyjęcie.

Rubryka: młodzi w akcji

Tytuł: Spotkania Młodych

Autor: Michał Majchrzak, wiceprzewodniczący Sekcji Młodych

Dla tych, którzy zamartwiają się tym, że współczesna młodzież coraz gorzej radzi sobie z budowaniem relacji i nie interesuje się niczym, a w zamian za to coraz bardziej ucieka w wirtualny świat, mamy krzepiącą relację z trzech spotkań Sekcji Młodych. Nasi młodzi niczym się nie różnią o tych sprzed epoki internetu: są aktywni, lubią podróże i nowe wyzwania i nigdy nie mają dość czasu spędzanego z rówieśnikami!

Łódź (08–10.02.2013)

Łódź to miasto czterech kultur, które słynie z charakterystycznych dziewiętnastowiecznych manufaktur. Weekend zaczęliśmy od obejrzenia filmu „Nieulotne” w kinie usytuowanym na terenie jednej z nich. Następnie udaliśmy się na nocleg do hostelu. Na miejscu wspólnie przygotowywaliśmy sobie śniadania i kolacje, zaś na obiady wychodziliśmy do baru.

W sobotę po śniadaniu w Łódzkiej JW TPG odbyły się warsztaty masek karnawałowych, które prowadziła Justyna Budna. Każdy z nas dostał białą maskę, farby, kleje i przybory do przyozdobienia masek. Praca całkowicie nas pochłonęła. Po kilku godzinach mogliśmy już obejrzeć jej efekty, które wyglądały naprawdę imponująco. Nie sądziłem, iż malowanie masek może sprawić tyle frajdy.

Po południu udaliśmy się na zwiedzanie pałacu Poznańskich. Mieszkali w nim właściciele łódzkich fabryk. Lata świetności zarówno tego obiektu, jak i całej Łodzi przypadły na drugą połowę XIX wieku. W końcu to w tym mieście rozgrywała się akcja „Ziemi obiecanej” Reymonta, którą potem sfilmował Wajda. I tu ciekawostka dla miłośników kina: mieliśmy możliwość obejrzenia z bliska statuetki Oscara za film dokumentalny „Kocham życie” opowiadający o twórczości Artura Rubinsteina, sławnego pianisty, który był blisko związany z Łodzią.

Wieczorem wyszliśmy poimprezować. Trafiliśmy do klubu Dwie Dłonie. Gdy weszliśmy do środka, byliśmy w szoku. To prawdopodobnie jedyny klub w Polsce, w którym barmani migają! W dodatku zdecydowaną większość klientów stanowią osoby niesłyszące. Wszystko dlatego, iż właściciel lokalu sam jest niesłyszący. Na zabawę wzięliśmy ze sobą maski własnej roboty. Trzeba przyznać, iż okazale się w nich prezentowaliśmy. Jak przystało na karnawał, tańczyliśmy do upadłego. Wszyscy bawili się znakomicie.

W niedzielę był czas na spacer po głównej ulicy miasta – Piotrkowskiej – oraz na pakowanie się, obiad i pożegnania.

Międzylesie (01–03.03.2013)

Gdy przyjechaliśmy do położonego pod Warszawą Międzylesia, w hotelu czekała już na nas kolacja, po której odbyło się tradycyjne spotkanie integracyjne. W sobotę po śniadaniu odbyły się warsztaty wizażu, fryzur oraz manicure’u, które poprowadziły profesjonalna stylistka Katarzyna Miszczak oraz fryzjerka Wioleta Skowronek. Żeńska część naszej grupy była nimi zachwycona. Pracowaliśmy w parach – najpierw jedna osoba robiła makijaż drugiej, potem następowała zamiana. Na koniec dowiedzieliśmy się, jak zrobić masaż dłoni. Trzeba przyznać, że to były bardzo przyjemne zajęcia.

Znalazło się też coś dla panów – nauka wiązania krawata prowadzona przez Pawła Wystraszewskiego. Okazało się, że to nie jest wcale takie trudne jak się wydawało. Wystarczyło nam kilkanaście minut, by opanować podstawowe węzły. Wieczorem nie mogło zabraknąć dyskoteki i tańców.

Nazajutrz rano chętni mogli wybrać do stolicy obejrzeć Stadion Narodowy.

Ełk (18–28.08.2013)

W Ełku odbyły się warsztaty sportowo-kulinarne. Wzięło w nich udział 20 osób głuchoniewidomych z całej Polski w różnym wieku oraz kilkunastu tłumaczy-przewodników i wolontariuszy. Mieszkaliśmy w hotelu Selement. Za znalezienie tego pięknego miejsca serdecznie dziękujemy Magdalenie Buraczewskiej oraz jej rodzicom, którzy bardzo pomogli od strony logistycznej. W ośrodku tym czekało na nas wiele atrakcji. Mieliśmy do dyspozycji pokoje z łazienkami, dużą salę do ćwiczeń, stół do ping-ponga, bilard, saunę, siłownię, kafejkę internetową, zadaszoną wiatę z miejscem na grilla i ognisko, boisko do koszykówki. Budynek położony jest w cichym, ustronnym miejscu wśród lasów. Tuż przy samym hotelu znajduje się jezioro, po którym mogliśmy pływać kajakami lub rowerkami wodnymi. Do naszej dyspozycji było również strzeżone kąpielisko a także boisko do siatkówki plażowej. Ponadto mieliśmy możliwość zorganizowania sobie kilku dyskotek w ciągu całego turnusu.

Na miejscu mieliśmy oczywiście pełne wyżywienie. Lekcje capoeiry prowadził Jarosław Dziewierz. Ta sztuka walki łączy w sobie elementy samoobrony, tańca, muzyki, rytmu, gimnastyki i akrobatyki. Nie było to łatwe do opanowania!

Podczas warsztatów kulinarnych z Justyną Budną uczyliśmy się przyrządzać sałatki, marynaty i pasty oraz rozpoznawać przyprawy po zapachu. Część ze specjałów, które przyrządziliśmy, spróbowaliśmy potem na wieczornym grillu.

Zajęcia z savoir-vivre'u oraz zdrowego odżywiania prowadził Wojciech Arczewski. Dowiedzieliśmy się, jak należy właściwie zachowywać się przy stole i podczas posiłków oraz jak jeść zdrowo. Nauczyliśmy się też przemieniać zwykłą serwetkę w elegancką lilię czy praktyczną kopertę na sztućce. Pod koniec pierwszego tygodnia zawitała do nas pani ratownik, która udzieliła nam kursu pierwszej pomocy. Każdy z nas mógł na manekinie zrobić masaż serca, sztuczne oddychanie czy założyć opatrunek.

To nie był koniec atrakcji. W trakcie ostatnich dwóch dni turnusu Małgorzata i Paulina pokazały nam podstawy fitnessu, zaś ostatniego dnia Jagoda Bosek poprowadziła zajęcia z zielarstwa, na których poznaliśmy smak i zastosowanie różnych ziół.

Chętni wybrali się do ełckiego aquaparku. Ci, którym nie chciało się pływać, mogli skorzystać z pobliskiego parku rozrywki i pograć w minigolfa lub w tenisa bądź też wybrać się na spacer po mieście.

W ostatnią niedzielę miałem przyjemność brać udział w półmaratonie (biegu na 21 km). Wszyscy na mecie wspaniale mnie dopingowali i wspierali. To było niezwykłe przeżycie! Po biegu wybraliśmy się jeszcze na przejażdżkę bryczkami po okolicy.

Warsztaty niestety dobiegły do końca i trzeba było się pakować. Wiele się na nich nauczyliśmy. Jestem przekonany, że ta wiedza przyda nam się w przyszłości w praktyce, choć mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni do samoobrony.

Rubryka: warto wiedzieć

Tytuł: Jest taka biblioteka

Autor: Urszula Maksimowicz, pracownik GBPiZS

Już od ponad 60 lat osoby z niepełnosprawnością wzrokową mogą korzystać z usług biblioteki, która gromadzi i udostępnia zbiory przeznaczone specjalnie dla nich. Początkowo mieściła się ona w Warszawie przy ul. Kleczewskiej. Potem na krótko zagościła na Foksal. W latach 1956–1976 miała siedzibę tam, gdzie Polski Związek Niewidomych, czyli przy ul. Konwiktorskiej 9. Kiedy ukończono specjalnie dla niej przeznaczony gmach przy ul. Konwiktorskiej 7, przeniosła się tam i już została. Do końca czerwca 2013 roku instytucja ta funkcjonowała jako Centralna Biblioteka Polskiego Związku Niewidomych. Obecnie, zgodnie z zarządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej, przekształciła się w Dział Zbiorów dla Niewidomych Głównej Biblioteki Pracy i Zabezpieczenia Społecznego.

Biblioteka Centralna PZN gromadziła początkowo tylko książki brajlowskie. Wiele z nich zachowało się do dziś. Przetrwały też pierwsze czasopisma takie jak „Pochodnia” czy „Głos Kobiety”. Są one bardzo cenne, ponieważ można je przeczytać tylko w brajlu. W latach sześćdziesiątych zaczęto nagrywać książki na szpulach. Wkrótce zastąpiły je kasety. W latach dziewięćdziesiątych powstała internetowa wypożyczalnia plików tekstowych. Różniła się ona od dzisiejszej wersji wypożyczalni on-line. Pliki tekstowe były po prostu wysyłane e-mailem na zamówienie czytelnika.

Pierwsze dziesięciolecie naszego wieku całkowicie odmieniło oblicze Biblioteki Centralnej. Rynek zalały płyty CD i karty pamięci. Pojawiły się też książki w specjalnie zakodowanym systemie Czytak. Nie miało sensu nagrywanie w studio, bo książki można było kupić w sklepie. By uchronić zbiory kasetowe, które utrwaliły głosy wielu utalentowanych aktorów, zaczęto je przetwarzać na standard DAISY i format Czytak. Zapoczątkowano również skanowanie książek.

Dział Zbiorów dla Niewidomych GBPiZS obejmuje obecnie:

• wypożyczalnię książek brajlowskich,

• wypożyczalnię książek mówionych, która oferuje nagrania kasetowe, na płytach (CD audio i MP3) w formatach DAISY i w systemie Czytak,

• zbiory muzyczne, z których mogą korzystać tylko osoby zgłaszające się do biblioteki osobiście, ponieważ nie są one wysyłane,

• zbiory tyflologiczne przeznaczone dla pracowników naukowych i studentów.

Dział Zbiorów dla Niewidomych oferuje książki o różnorodnej tematyce. Można tu znaleźć powieść obyczajową, kryminał, reportaż czy wspomnienia, jak również poradniki, podręczniki i słowniki. W zbiorach brajlowskich przeważają książki drukowane. Jest jednak spora liczba pozycji przepisanych ręcznie. Wtedy na kartach takich publikacji widać do dziś otwory po gwoździkach, przytrzymujących tabliczkę. Zachowała się nawet książka skręcana na śruby.

Wśród nagrań kasetowych większość stanowią piękne interpretacje Ksawerego Jasieńskiego, Henryka Drygalskiego oraz Anny Romantowskiej. Jest jednak również sporo nagrań amatorskich. Wszystkie te zbiory są wypożyczane na miejscu bądź wysyłane pocztą. Zbiory cyfrowe są nagrywane na nośnikach będących własnością czytelnika. Czytelnik musi również dysponować własnym sprzętem do ich odtwarzania.

Bardzo wygodnym rozwiązaniem okazała się uruchomiona w 2008 roku wypożyczalnia on-line. Mówiono, że to pierwsza tego typu inicjatywa na świecie. Prawda jest taka, że o kilka lat wyprzedzili nas Czesi. Niesamowitość tej wypożyczalni polega na tym, że czytelnik, nie wychodząc z domu, może ściągnąć książkę w pliku tekstowym, w formacie DAISY lub syntetycznym MP3. Można też korzystać z tych zbiorów, łącząc się z serwerem przy pomocy komórki. Obecnie nie wiąże się to z dużymi kosztami. Jeśli ktoś jest już klientem wypożyczalni, może się logować i buszować po katalogach. Ten, kto nie ma w niej jeszcze swego konta, najpierw musi zapisać się do Wypożyczalni Książki Mówionej. Karty ewidencyjnej nie da się obecnie ściągnąć ze strony Działu Zbiorów dla Niewidomych, ale bez problemu można ją otrzymać listownie lub przychodząc do biblioteki osobiście. Po dostarczeniu wypełnionej karty ewidencyjnej, kopii orzeczenia o niepełnosprawności, kopii dowodu osobistego oraz oświadczenia o nierozpowszechnianiu danych, które się pobiera bądź wypożycza, można już zgłosić chęć założenia konta w wypożyczalni on-line. Na stronie www.dzdn.pl znajduje się link: „Serwisy i zasoby sieciowe". Po kliknięciu tego linku trzeba kliknąć „Serwis Wypożyczeń On-line". Tam z kolei znajduje się link: „Aktywuj swoje konto Wypożyczeń On-line". Po kliknięciu tego linku czytelnik trafia na informację o procedurze aktywacji konta. Po przeczytaniu i zaakceptowaniu regulaminu uzyska dostęp do formularza. Należy go wypełnić i cierpliwie poczekać na odpowiedź. Dane z formularza są porównywane z danymi w bazie. Jeśli są zgodne, czytelnik otrzyma zawiadomienie o tym, że może już korzystać z wypożyczalni.

Prócz książek przetworzonych z kaset i płyt na format DAISY w wypożyczalni on-line znajduje się tzw. skanowisko. Jest to zbiór zeskanowanych książek, który jest większy niż wszystkie zbiory biblioteki dla niewidomych. Biblioteka nie ma możliwości dokonania ich korekty. Mimo to są one bardzo cenne. Bardzo łatwo się je wyszukuje i pobiera pliki. Do skanowiska można dodawać własne książki, a także zamieszczać w nim recenzje i dyskutować na różne tematy.

Osoby chcące uczyć się brajla mogą zgłaszać się na indywidualne lekcje. Jest wielu dorosłych, którzy nauczyli się u nas tego pisma na tyle dobrze, że wypożyczają książki. Nagrania kasetowe, płytowe, czytakowe oraz książki brajlowskie można też otrzymać pocztą. Wystarczy wyrazić taką chęć. Telefony i e-maile do kontaktu znajdują się na stronie www.dzdn.pl. Warto też zainteresować się działalnością tyflogalerii. Oddzieliła się ona od biblioteki, lecz nadal działa. We wtorki i czwartki zawsze odbywają się tam ciekawe spotkania.

Przede wszystkim jednak zapraszamy do biblioteki. Do dziś pamiętam, jak po raz pierwszy odwiedziłam jako pierwszoklasistka bibliotekę szkolną. Jaką książkę dostanę? Czy będzie ciekawa? A potem to popołudnie, kiedy wokół mnie hałasowali koledzy, a ja siedziałam i nie mogłam się oderwać od historii Marii Konopnickiej „Jak to ze lnem było”. Bo najlepiej wydany katalog czy najwygodniejsza wypożyczalnia on-line nie zastąpią kontaktu z bibliotekarzem – molem książkowym, który tylko czeka, żeby móc puścić w ruch koło pasji czytania.

Rubryka: z regionów

Tytuł: Świat cyfrowej słyszalności

Autor: Stanisław Sierko, Klub Głuchoniewidomych w Gdańsku

Wrażenia towarzyszące utracie słuchu wielu z nas zna aż nazbyt dobrze. A jak to jest zacząć słyszeć lepiej niż dotychczas? Odpowiedzi na to pytanie szukał Stanisław Sierko.

Słyszę! Naprawdę słyszę. No, tak. Ale co ja słyszę i jak? Wsłuchuję się więc w to swoje nowe słyszenie poprzez dwa cyfrowe aparaty zauszne firmy Widex. Zacznijmy jednak od początku.

Przyznaję, że już nieco przywykłem do życia w ściszonym świecie. To wcale nie taki kiepski świat. Może nawet bardziej życzliwy niż ten pełen krzyków, pisków i nieżyczliwych szeptów. Żyłem w tym ściszonym świecie bardzo, bardzo długo. Niczym słuchowy kameleon przystosowałem się do mojego cichego otoczenia. Nauczyłem się nawet pracować. Jako dziennikarz gazetowy. No i pewnie trwałbym w tym świecie do ostatka, gdybym nie spotkał wspaniałych ludzi z Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym. Poznałem ich, gdy pisałem reportaż o działalności TPG. Natychmiast zauważyli, że niedosłyszę i niedowidzę. Zresztą nietrudno było to zauważyć. I od razu wzięli się za mnie. Intensywnie i życzliwie. Badanie wzroku. Badanie słuchu.

Dzień pierwszy

– Spróbujemy zrefundować panu aparaty słuchowe – powiedział Andrzej Ciechowski z jednostki TPG w Gdańsku. – To jest najważniejsze w tej chwili. Potem zobaczymy, w czym będziemy mogli jeszcze pomóc.

Razem z Anią Jurkowska, szefową gdańskiej jednostki, pojechaliśmy do firmy Audiofon we Wrzeszczu. Długie profesjonalne badanie potwierdziło bardzo znaczny ubytek słuchu. Od razu przystąpiono do doboru aparatów słuchowych. Komputerowo. Zacząłem słyszeć podczas tego doboru. Przypomniałem sobie muzykę hałaśliwej ulicy.

– Teraz wystąpimy z wnioskiem o refundację i o wynikach poinformujemy – powiedziała Ania Jurkowska. – Proszę o cierpliwość. To może trochę potrwać.

Nie ma sprawy, przeżyłem w ciszy tyle lat, to i parę miesięcy więcej przeżyję. Jednak nie było potrzeby aż takiej cierpliwości. Po około dwóch tygodniach otrzymałem pismo z Warszawy, że „Komisja ds. Wsparcia podjęła decyzję o przyznaniu dofinansowania do zakupu aparatu słuchowego z wkładką”. Hurrrra! Przyznano mi dofinansowanie w kwocie nieprzekraczającej 10 000 zł. To powinno wystarczyć na zakup dwóch aparatów słuchowych bardzo dobrej jakości. Teraz sprawy potoczyły się błyskawicznie. Natychmiast umówiłem się z firmą Audiofon. Dobrano mi dwa aparaty słuchowe. Pobrano odlew, aby wykonać indywidualne końcówki. Tylko dla moich uszu.

– Za mniej więcej dwa tygodnie spotkamy się ponownie i zamontujemy końcówki indywidualne. Jeżeli będzie potrzeba, to skorygujemy także ustawienia aparatów słuchowych – poinformowała mnie Małgorzata Górka z firmy Audiofon. – Przez ten czas proszę przetestować aparaty z końcówkami uniwersalnymi.

I wyszedłem na hałaśliwą ulicę Wrzeszcza. W ten dziwny szemrząco-gadający świat. Mam głowę pełną dźwięków. Mijam dziewczynę rozmawiającą przez telefon komórkowy. Słyszę każde słowo. Moje ucho rani ryk pędzącej karetki pogotowia. Zaczyna kropić deszczyk. Słyszę deszcz. Niesamowite. Nawet słyszę stuk moich butów o chodnik. I własny głos słyszę. Wszystko słyszę, a nawet więcej.

Cudowna technika. Wracam do domu. Włączam radio. O rany, jak głośno! Muszę skręcić potencjometr prawie o połowę. Co za ulga. Rozkoszuję się poznawaniem, a w zasadzie przypominaniem sobie kolejnych dźwięków. Idę na spacer do parku. Nie słyszę ptaków. Pewnie już śpią. To przecież wieczór. Jutro sprawdzę następne dźwięki.

Dzień drugi

Ciekawe, co jeszcze usłyszę. Wsłuchuję się w każdy szmerek. Bo słyszę nawet szmerki. Ale zacznijmy od pobudki. Nie, nie spałem w słuchawkach. Zdjąłem je w łazience, gdy się myłem. Schowałem je do eleganckich pudełeczek. Takich jak na cenną biżuterię. Obudziłem się wczesnym rankiem. Bez budzika.

Za oknem zauważyłem pracowników firmy śmieciarskiej opróżniającej śmieciowe kubły. To podobno jest hałas o sile około 90 decybeli. Nic nie słyszę. No to wyskakuję z łóżka i pędzę do szafki. Błyskawicznie zakładam słuchawki. Szok. Teraz słyszę. Jak ta śmieciarka straszliwie hałasuje. Niczym szalejący perkusista. Wesoło macham do śmieciarzy. Odmachują mi i jadą dalej. Fajnie zaczyna się dzień. Lubię sympatyczne początki. Teraz poranne mycie. W słuchawkach. Słyszę plusk wody. Słuchawki nieco mi przeszkadzają w dokładnym umyciu twarzy więc je na chwilkę zdejmuję. Nastawiam czajnik bezprzewodowy. Nie do wiary, słyszę pstryknięcie czajnikowego wyłącznika w chwili zagotowania się wody. Zaparzam kawę i włączam radio. Potencjometr radiowy mam już ustawiony na ciche granie, ale wszystko słyszę doskonale.

Dzwoni telefon komórkowy. Słyszę. Przykładam telefon do prawego ucha i... nic nie słyszę. Nic. Co jest grane? Rozmówca rozłącza się. No tak, przecież mam ucho zatkane wkładką, a mikrofon słuchawek jest umieszczony za uchem. Powinienem słuchawkę przystawić do mikrofonu, a nie do ucha. Informowała mnie o tym pracownica Audiofonu, ale zapomniałem. Muszę nauczyć się prawidłowego korzystania ze słuchawek. A więc uczę się od zaraz. Oddzwaniam. Teraz przystawiam słuchawkę do mikrofonu. Nieco powyżej ucha. Słyszę sygnał wybierania numeru. Słyszę osobę odbierającą telefon. Normalnie rozmawiamy. Śniadanko i idę w miasto. To samo miasto, a jakby inne. Takie rozgadane. Szczególnie głośne i piskliwe są rozmowy kobiet. Prawie wszystkie szczebioczą do komórek. Trochę mnie to deprymuje. Jakbym podsłuchiwał.

– Dzień dobry – wita mnie przechodzący znajomy.

– Dzień dobry – odpowiadam i idę dalej.

Nic nie zauważył. To dobrze. Ciekawe jak uda mi się pierwsza rozmowa. Reportaż z, nomen omen, Bajkolandii. To taka fajna propozycja dla dzieci, a w zasadzie dla ich opiekunów. Wchodzę do Bajkolandii. Chyba zbyt agresywnie otwierałem drzwi, bo wypadła mi słuchawka z prawego ucha. No tak, muszę coś zrobić, aby zabezpieczyć słuchawki przed wypadaniem. Ale co? Porozmawiam o tym z Audiofonem. Nieco się zestresowałem tym zajściem. Szybko z powrotem założyłem słuchawkę. Nikt niczego nie zauważył. Odetchnąłem z ulgą.

Bez problemów zrobiłem reportaż. Nawet rozmowy z dziećmi nie sprawiały mi słuchowych trudności. I nikt mnie nie zapytał o to, co mam w uszach. Chyba naprawdę nie widać tych słuchawek. Rewelacja. Znowu dzwoni telefon komórkowy. Rozmawiam bez żadnych kłopotów.

Dzień trzeci

A dzisiaj zacznę od tego, co pominąłem dotychczas. Niedopatrzenie. Mieszkam w stolicy Kociewia. Wiecie coś o Kociewiu? To piękny region na skraju województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Między Kaszubami a Borami Tucholskimi. Dopiero zdobywamy sobie prawo obywatelstwa w świadomości Polaków. Zainteresowani znajdą wiele informacji na temat Kociewia w internecie. Tam jest wszystko. No, prawie wszystko. To tak jak z moimi cyfrowymi słuchawkami. Prawie wszystko mi przekazują do uszu, a nawet do mózgu. Poważnie. Bo teraz słyszę nie tylko uszami, lecz także poprzez kości. Niesamowite. I momentami wydaje mi się, że słyszę o wiele za dużo. Słyszę moje sapanie, gdy zmęczę się zbyt szybkim marszem. O rany, może to sapanie słyszą także osoby, z którymi rozmawiam. Słyszę szelest włosów, gdy je czeszę. A najgłośniej słyszę klawiaturę komputera, gdy piszę te słowa. Nieco mnie to stresuje. Może da się tak skorygować ustawienie słuchawek, aby te dźwięki zostały maksymalnie ograniczone. Ale jeśli nie będzie to możliwe, to trudno. Przyzwyczaję się. Przecież nie ma róży bez kolców. Oj, chyba jestem niewdzięcznikiem. Dopiero trzeci dzień testuję słuchawki, a już zaczynam marudzić. Usprawiedliwia mnie jednak prośba Małgorzaty Górki z Audiofonu, abym szczerze przekazał wszystkie uwagi związane z ich użytkowaniem. A więc spełniam tę prośbę. I jeszcze coś. Po całym dniu noszenia słuchawek nieco bolą mnie uszy. Nie od hałasu, ale od wkładek uniwersalnych. Liczę, że gdy dostanę wkładki indywidualne, które będą dostosowane do moich potrzeb, dyskomfort zniknie. A może to wina tego, że przestraszony wczorajszym wypadkiem włożyłem dzisiaj końcówki nieco głębiej? Może. Próbuję zaprzyjaźnić się z moimi słuchawkami. Próbuję je pokochać. Dzisiaj były ze mną przez cały dzień. Bez żadnych problemów rozmawiałem z kierowcą prowadzącym samochód. Nawet nie poprosiłem o to, aby mówił nieco głośniej, bo mam słaby słuch.

Po miesiącu

Już ponad miesiąc buszuję w świecie cyfrowej słyszalności. Buszuję dzięki skutecznemu wsparciu przez TPG. Pierwsze trzy dni były szokująco wspaniałe. Opisałem je tak, jak potrafiłem. I zamilkłem na ponad miesiąc. Nie z lenistwa czy z zapomnienia. O, nie! Coraz precyzyjniej wsłuchiwałem się w siebie, aby jak najprecyzyjniej usłyszeć ten nowy świat barwnych dźwięków. Słyszałem bardzo dobrze, ale po kilku dniach noszenia słuchawek zaczęły boleć mnie uszy. Chyba zbyt głęboko wciskałem wkładki uniwersalne do uszu. Musiałem tak robić, bo bałem się, że przy gwałtowniejszym ruchu głową słuchawka wypadnie.

Starałem się sprawdzać aparat słuchowy w najróżniejszych sytuacjach. Wspaniale spisywał się w rozmowach twarzą w twarz. Doskonale słyszałem moich rozmówców. Wiele osób dziwiło się, że mówię dużo ciszej niż dotychczas. A ja po prostu zacząłem słyszeć swój głos i mogłem kontrolować jego siłę. W trakcie rozmów, szczególnie w plenerze, do moich uszu docierały dźwięki i szumy z oddali. Słyszałem nawet powiewy wiatru. Pomyślałem, że to powinno dać się jakoś zredukować przy kolejnej wizycie w firmie Audiofon. Bardzo dobrze słyszałem też głosy konferansjerów na imprezach masowych. Uczestniczyłem w kilku festynach i dożynkach. Brałem udział w sesjach samorządowych i konferencjach prasowych. Bezproblemowo. Już nie musiałem przykładać ucha do głośników. Poszedłem na koncert orkiestry kameralnej. Specjalnie usiadłem prawie w ostatnim rzędzie. Konferansjerkę, która mówiła do mikrofonu, słyszałem świetnie. Do brzmienia orkiestry musiałem się przyzwyczaić. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się. Słyszałem dobrze. Potrafiłem zidentyfikować poszczególne instrumenty wykonujące partie solowe. Słabo natomiast słyszałem głos solisty zapowiadającego kolejny utwór. Otworzyłem oczy. Solista nie mówił do mikrofonu. Mówił cicho, ale słuchacze siedzący obok mnie nie mieli problemów z usłyszeniem jego słów. Przydałoby się więc zwiększenie głośności moich słuchawek, ale nie miałem zainstalowanego odpowiedniego programu. Zakonotowałem sobie, aby o to poprosić.

Po około dwóch tygodniach dostałem informację, że indywidualne wkładki są już gotowe i mogę je odebrać. Po kilku dniach montowano je do aparatów słuchowych. Jednocześnie skorygowane zostały standardowe ustawienia – tak jak zasugerowałem. Dodatkowo wprowadzono drugi program. Nieco głośniejszy. Wymieniłem także baterie. Dotychczasowe wytrzymały prawie 30 dni, ale nie używałem ich przez ten czas non stop. Przy całodziennym używaniu słuchawek baterie winny wytrzymać mniej więcej 14 dni. Byłem bardzo usatysfakcjonowany. Indywidualne wkładki pasowały idealnie. Mogłem ruszać głową nawet intensywnie i słuchawki nie wypadały z uszu. Dosłownie wyfrunąłem z radości na gwarne ulice Starogardu, aby rozkoszować się barwami świata cyfrowej słyszalności. Jestem wdzięczny TPG. Bardzo wdzięczny.

Rubryka: z zagranicy

Tytuł: W starożytnym mieście o sprawach głuchoniewidomych

Autor: Agnieszka Majnusz, tłumacz-przewodnik z Bytomia

W dniach 21–25 maja 2013 roku w jednym z najstarszych miast europejskich, Płowdiwie w Bułgarii, odbyła się VII konferencja Europejskiej Unii Niewidomych (EBU): „Uczestnictwo i włączenie do społeczeństwa. Efektywna komunikacja drogą do przezwyciężenia społecznej izolacji osób z głuchoślepotą”. Grzegorz Kozłowski i autorka niniejszego tekstu mieli przyjemność uczestniczyć w tym interesującym wydarzeniu, a także w towarzyszących mu pierwszym forum EBU głuchoniewidomych kobiet oraz w Walnym Zgromadzeniu Europejskiej Unii Głuchoniewidomych (EDBU).

Decyzja o naszym wyjeździe do Bułgarii zapadła na kilka dni przed rozpoczęciem konferencji, kiedy okazało się, że dzięki dotacji z funduszy europejskich i państwowych główny organizator wydarzenia – Bułgarski Związek Głuchoniewidomych, będzie w stanie niemal w całości pokryć wydatki związane z naszym udziałem.

Była to ważna konferencja z punktu widzenia spraw osób głuchoniewidomych, gdyż odbywa się co cztery lata i zjeżdżają się na nią osoby głuchoniewidome oraz działające na rzecz głuchoniewidomych praktycznie z całej Europy. W tym roku pojawili się m.in. przedstawiciele Norwegii, Finlandii, Szwecji, Węgier, Rosji, Chorwacji, Grecji, Włoch, Polski i Bułgarii. Konferencja ta jest dobrym miejscem, aby wymienić się doświadczeniami i poznać sytuację osób głuchoniewidomych w poszczególnych krajach.

W tym roku tematem przewodnim była problematyka wsparcia osób głuchoniewidomych przez tłumaczy-przewodników, a więc temat bardzo interesujący i również nam bliski. Mieliśmy okazję zaprezentować funkcjonujący w Polsce model szkolenia tłumaczy-przewodników oraz zasad świadczenia tych usług beneficjentom.

Drugiego dnia konferencji jako reprezentanci TPG wystąpiliśmy z wykładem „Usługi tłumaczy-przewodników osób głuchoniewidomych w Polsce”. Podczas prezentacji opowiedzieliśmy o tym, w jaki sposób i kiedy zaczęła się przygoda ze szkoleniem tłumaczy-przewodników w Polsce, jak obecnie przedstawia się sytuacja tłumaczy-przewodników w naszym kraju, jakie problemy napotykamy oraz jak dokładnie wygląda szkolenie. Naszą prezentację urozmaicały zdjęcia pokazujące osoby głuchoniewidome z tłumaczami-przewodnikami w sytuacjach z życia codziennego. Szczególny akcent położyliśmy na sposoby pozyskiwania wolontariuszy i zasady współpracy z nimi.

Niezwykle ważne i cenne były dla nas rozmowy w kuluarach. Dowiedzieliśmy się m.in., że sytuacja w zakresie wsparcia tłumaczy-przewodników na Węgrzech jest podobna do tej w Polsce – borykają się z podobnymi problemami, jeśli chodzi o finansowanie szkoleń czy pozyskiwanie funduszy. W odróżnieniu od Polski jednak system wsparcia przez tłumaczy-przewodników działa w zasadzie jedynie w Budapeszcie i najbliższych jego okolicach. Niemal identyczna jest natomiast sytuacja w Chorwacji. Dużo lepiej jest w krajach skandynawskich – świadczy o tym liczebność grup głuchoniewidomych z Finlandii, Norwegii, Szwecji – nie przyjechaliby do Bułgarii, gdyby nie wsparcie tłumaczy-przewodników.

Równie ważna okazała się dla nas rozmowa z Siergiejem Sirotkinem – przewodniczącym EDBU w latach 2008–2013. Choć spotkanie nie trwało długo, ze względu na napięty program konferencji i wiele wydarzeń, w których Siergiej musiał uczestniczyć, byliśmy bardzo zadowoleni z tej wymiany doświadczeń. Z niemal całkowicie głuchoniewidomym Siergiejem utrzymujemy kontakt już od ponad 20 lat i z pewnością jest on jednym z najbardziej zasłużonych aktywnych głuchoniewidomych obecnych czasów. Sergiej przed blisko 20 laty uczestniczył wraz ze swoją żoną Elwirą w plenerze rzeźbiarskim w Orońsku – wykonał prace, które były prezentowane na wystawach, a ich zdjęcia znalazły się w albumach. Był w Polsce kilka razy. Pracuje w Rosyjskim Związku Niewidomych, w ramach którego kieruje pracą działu zajmującego się osobami głuchoniewidomymi. Po śmierci żony, która z nim bardzo blisko współpracowała, była jego najlepszym tłumaczem-przewodnikiem i powiernikiem oraz aktywnie działała na rzecz rosyjskich głuchoniewidomych, Siergiej założył Stowarzyszenie Elwira, które kontynuuje jej dzieło. Dzięki im obojgu grupa reprezentantów TPG miała okazję w latach dziewięćdziesiątych odwiedzić w Zagorsku największą w Rosji placówkę edukacyjną dla głuchoniewidomych (przebywało tam wówczas ponad 90 głuchoniewidomych) oraz duży zakład produkcyjny pod Uralem. Siergiej trochę mówi, ale rozumieją go tylko ci, którzy z nim dłużej przebywają. Z innymi komunikuje się językiem migowym oraz rosyjską odmianą daktylografi i. Tak więc nasza rozmowa z nim przebiegała w ten sposób, że ja tłumaczyłam na język angielski to, co mówił Grzegorz, tłumaczka przekładała to na język rosyjski, a tłumacz osobisty przekazywał Siergiejowi.

Podczas konferencji w Płowdiwie odbyło się także po raz pierwszy w historii forum głuchoniewidomych kobiet. Omawiano sytuację kobiet ze sprzężonymi niepełnosprawnościami głuchoniewidomych w różnych krajach, ich problemy, dyskryminację, z jaką na co dzień przychodzi się im mierzyć, możliwości polepszenia ich sytuacji i integracji ze społeczeństwem. Jeden z warsztatów, który prowadziła Sanna Paasonen z Finlandii, poświęcony był wyzwaniom dotyczącym nawiązywaniu kontaktów i możliwości współpracy między kobietami z różnych krajów.

Nie mogliśmy niestety uczestniczyć w całej konferencji, niemniej jednak czas spędzony w Płowdiwie był bardzo owocny – i to nie tylko ze względu na wspaniałe miejsce, w którym konferencja się odbywała, choć trzeba przyznać, że organizatorzy postarali się o wybór niezwykle interesującego miasta. Płowdiw jest stolicą bułgarskiej Tracji, krainy ciągnącej się od pasma Srednej Gory po granicę z Grecją i Turcją. Jest to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto Bułgarii, znacznie starsze od Rzymu, Aten czy Konstantynopola. Widać w nim ślady zamierzchłej przeszłości – pozostałości murów rzymskich, starożytne ruiny, wciąż działający teatr rzymski, który mieliśmy okazję zwiedzić i który zrobił na nas ogromne wrażenie. Nie sposób było oprzeć się refleksji, czy za dwa–trzy tysiące lat też zachowają się budowle, które nadal będą pełniły swoje obecne funkcje…

Wracając jednak do konferencji – był to czas dla nas ważny przede wszystkim ze względu na spotkanych ludzi i możliwość wymiany doświadczeń. Opinie zwrotne, jakie do nas dotarły po warsztatach, świadczyły o tym, że nasz udział w tym wydarzeniu okazał się istotny i potrzebny. Głuchoniewidomi z innych krajów dostrzegli, jak wiele spraw, problemów czy dylematów łączy nasze kraje i nasze sprawy. Chcielibyśmy, aby udział TPG na arenie europejskich spotkań dotyczących głuchoniewidomych był znaczący i częstszy.

Rubryka: nasze prawa

Tytuł: Czy programy telewizyjne będą kiedyś dostępne dla wszystkich?

Autor: Grzegorz Kozłowski, przewodniczący TPG

Jednym z popularniejszych słów jest ostatnio „dostępność”. Pada z ust polityków, urzędników, działaczy organizacji pozarządowych i osób z różnymi niesprawnościami. Wielokrotnie doświadczamy przeszkód na ulicach, dworcach, w środkach transportu. Nie możemy w pełni uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych – muzea, kina, teatry często nie są dla nas dostępne, podobnie telewizja czy radio. Te bariery można zlikwidować albo przynajmniej zniwelować, potrzebne są jednak świadomość ich istnienia, a także odpowiednie rozwiązania techniczne, organizacyjne i prawne.

Rozwiązania techniczne i organizacyjne już istnieją, okazuje się jednak, ze najtrudniej pokonać bariery mentalne u decydentów, dysponentów oraz wytwórców wszelkiego rodzaju dóbr, w tym dóbr kultury. Niestety, na kwestie dostępności patrzy się wciąż przez pryzmat nakładów finansowych, a na drugi plan spycha się prawo osób z niepełnosprawnościami do doświadczania świata we wszystkich jego wymiarach. Szansy na zmianę tej sytuacji upatruje się w Międzynarodowej Konwencji Praw Osób Niepełnosprawnych – uchwalonej przez ONZ w roku 2006, a ratyfikowanej, po długich bojach przez Polskę jesienią 2012 roku. Ale o tym innym razem, teraz chciałbym przybliżyć mały wycinek walki o dostępność – dostępność programów telewizyjnych.

Środowisko osób niewidomych, niesłyszących oraz głuchoniewidomych podejmuje działania mające na celu dostępność programów telewizyjnych emitowanych zarówno przez telewizję publiczną (państwową), jak i nadawców prywatnych (komercyjnych). Chodzi o to, aby telewidz niewidomy, słabowidzący, niesłyszący słabosłyszący lub głuchoniewidomy (słowem osoba z niesprawnością sensoryczną) mógł na równi z osobami normalnie widzącymi i słyszącymi w pełni odebrać program telewizyjny – obojętnie, czy będą to wiadomości, film, czy transmisja sportowa. Jak można to osiągnąć? Wszystko zależy od stopnia uszkodzenia narządów.

Rozwiązania techniczne

Pierwszy sposób to dedykowana niewidomym audiodeskrypcja. Oznacza – w swobodnym tłumaczeniu – „opis słowny”. Polega na tym, że w trakcie programu lektor opowiada to, co dzieje się na ekranie, przybliża osobie niewidomej to, czego nie może ona zobaczyć. Do filmu dodawana jest dodatkowa ścieżka dźwiękowa nagrana przez lektora czytającego wcześniej przygotowany skrypt, a więc tekst opracowany przez odpowiednio przeszkolonych specjalistów. Chodzi bowiem o to, aby tekst był zwarty, konkretny, maksymalnie obiektywny, aby nadążał za akcją. Musimy pamiętać o tym, że lektor nie powinien „zagłuszać” dialogów – musi więc czytać tekst w krótkich chwilach między słowami wypowiadanymi przez aktorów. O ile możliwości techniczne na to pozwalają, obie ścieżki dźwiękowe filmu – ta właściwa (dialogi i efekty dźwiękowe) oraz ta dodatkowa (audiodeskrypcja) puszczane są oddzielnie do każdego ucha – osoby niewidome korzystają wówczas ze słuchawek, a audiodeskrypcja nie zakłóca odbioru filmu przez pozostałych widzów.

Doskonale pamiętam, gdy będąc jeszcze dzieckiem w wieku przedszkolnym, siadałem na kolanach taty, który barwnie i plastycznie opowiadał i opisywał, mówiąc bezpośrednio do mojego ucha, to wszystko, co działo się na filmach z kaczorem Donaldem czy psem Pluto. Po takich, jak to byśmy dziś określili, audiodeskrypcjach byłem na bieżąco – mogłem z rówieśnikami rozmawiać o oglądanych filmach, jednocześnie zaś rozwijała się i kształtowała moja wyobraźnia, tak potrzebna u człowieka z bardzo dużym ubytkiem wzroku. Później również lubiłem, gdy ścieżka dźwiękowa filmu czy reportażu telewizyjnego była uzupełniana opisami tego, co dzieje się na ekranie.

Można zastanawiać się, czy audiodeskrypcja jest przydatna dla osób głuchoniewidomych. Z doświadczenia wiem, że przy tak dużym ubytku słuchu jak mój, bywa różnie. Ale i tu można sobie poradzić – gdy w czasach narzeczeńskich chodziliśmy z moją obecną małżonką na seanse filmowe ona, po uprzednim obejrzeniu filmu w pojedynkę, robiła mi, jak to byśmy dziś powiedzieli, „daktylodeskrypcję” – relacjonując film bądź to za pomocą daktylografii, bądź (częściej) alfabetu punktowego do dłoni (w tamtych czasach alfabet Lorma nie był jeszcze u nas znany).

Drugi sposób – dedykowany jest osobom głuchym – to język migowy. Na ekranie wyodrębniane jest okienko, w którym widać tłumacza przekazującego wszystko, co jest mówione.

Trzeci sposób – napisy – służy głównie słabosłyszącym, ale chętnie korzystają z niego też niesłyszący. Nie chodzi tu o dość powszechnie stosowane wyświetlanie tłumaczenia na język polski dialogów w filmach zagranicznych, lecz o wyświetlanie treści dialogów w języku polskim oraz podawanie dodatkowych informacji ważnych z punktu widzenia odbioru filmu lub programu, a niedostępnych dla osoby z dysfunkcją słuchu. Jeśli zatem w trakcie dialogu widzowie słyszą dźwięk nadlatującego samolotu lub stukanie do drzwi albo dźwięk dzwonka telefonu czy płacz dziecka, napisy muszą o tym informować. Pojawiają się one przeważnie przy dolnej krawędzi ekranu.

Możliwości legislacyjne

Gdy w maju 2011 roku Sejm uchwalił nowelizację Ustawy z dnia 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji wydawało się, iż są szanse na to, że programy telewizyjne staną się bardziej dostępne dla osób z niesprawnością sensoryczną (w tym głuchoniewidomych), a także innych odbiorców mających trudności z pełnym odbiorem dźwięku i obrazu telewizyjnego, np. ludzi starszych. Źródłem tej nadziei był ust. 1 artykułu 18a: „Nadawcy programów telewizyjnych są obowiązani do zapewniania dostępności programów dla osób niepełnosprawnych z powodu dysfunkcji narządu wzroku oraz osób niepełnosprawnych z powodu dysfunkcji narządu słuchu, przez wprowadzanie odpowiednich udogodnień: audiodeskrypcji, napisów dla niesłyszących oraz tłumaczeń na język migowy, tak aby co najmniej 10% kwartalnego czasu nadawania programu, z wyłączeniem reklam i telesprzedaży, posiadało takie udogodnienia”.

Takie brzmienie tego artykułu jest odległe od potrzeb i oczekiwań odbiorców z dysfunkcjami sensorycznymi – 10% czasu nadawania udogodnień w stosunku do całego czasu emisji programu telewizyjnego to bardzo mało. W trakcie prac nad nowelizacją nie udało się osiągnąć więcej. Co gorsza, zapis okazał się bardzo niejednoznaczny, dawał możliwość różnych interpretacji.

Oczywiście, przyjęcie aktu prawnego, a nawet jego wejście w życie nie oznacza, że w tym samym momencie zawarte w nim zapisy realizowane są w pełnym zakresie. Potrzebny jest czas na to, aby nadawcy przygotowali się do zrealizowania dyspozycji od strony technicznej, finansowej, organizacyjnej. Zresztą sama ustawa przewiduje okres przejściowy – np. w pierwszym roku obowiązywania minimalny pułap udogodnień określony został na 5%.

Organem, który w naszym kraju nadzoruje nadawców radiowych i telewizyjnych, przyznaje koncesje, monitoruje działalność, stanowi akty wykonawcze regulujące sposób działania nadawców, jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT). Została więc ona zobligowana do wdrażania ustawy medialnej oraz kontrolowania nadawców, na ile się do niej stosują. W ramach KRRiT powołana została grupa robocza, której zadaniem było wprowadzenie i monitorowanie zaleceń zawartych w zacytowanym ustępie artykułu 18a. W skład grupy weszli przedstawiciele KRRiT oraz nadawców publicznych i komercyjnych.

Realizując zalecenia ustawy medialnej, KRRiT prowadziła okresowy monitoring nadawców. W maju i czerwcu 2012 roku przeprowadziła konsultacje społeczne wśród nadawców i odbiorców programów telewizyjnych. Wtedy w skład grupy roboczej powołani zostali dodatkowo przedstawiciele środowiska osób niewidomych – Barbara Szymańska z Fundacji Audiodeskrypcja, osób niesłyszących – Anna Szacha z Organizacji Niesłyszących i Słabosłyszących Internautów, osób głuchoniewidomych – autor tego artykułu. Wszyscy zostaliśmy desygnowani do grupy roboczej przez Forum Dostępnej Cyberprzestrzeni (FDC) – nieformalne zrzeszenie organizacji pozarządowych, które podejmują aktywne działania w zakresie dostępności dla wszystkich internetu, materiałów audiowizualnych, mediów, urządzeń mobilnych oraz obiektów w przestrzeni publicznej.

TPG należy do FDC niemal od chwili jego powstania i aktywnie uczestniczy w podejmowanych przez nie akcjach edukacyjnych, promocyjnych, świadomościowych i lobbingowych. (Więcej na temat FDC i tematyki dostępności w ramach realizowanych przez nie projektów można znaleźć w serwisie www.fdc.org.pl).

W trakcie konsultacji społecznych FDC oraz inne organizacje i instytucje przedstawiły swoje postulaty dotyczące dostępności programów telewizyjnych. Zwróciliśmy m.in. uwagę, że oczekujemy systematycznego wzrostu liczby udogodnień w kolejnych latach, tak aby do roku 2020 osiągnąć pułap 50% dostępnych programów. Krytycznie odnieśliśmy się również do interpretacji KRRiT, która uznała, iż łączny czas wszystkich udogodnień – a więc audiodeskrypcji, napisów oraz języka migowego – winien wynosić 10% kwartalnego czasu nadawania z wyłączeniem reklam i telesprzedaży. Reprezentanci środowiska osób z niepełnosprawnością interpretują zapis ust. 1 z artykułu 18a w ten sposób, że każde z tych udogodnień powinno stanowić co najmniej 10% czasu nadawania, co wynika z prostego faktu, że każde z udogodnień przeznaczone jest dla innej grupy odbiorców.

Brak porozumienia

We wrześniu 2012 roku grupa robocza podjęła pracę nad zaopiniowaniem rozporządzeń przygotowywanych przez KRRiT. Jedno z nich miało dotyczyć tzw. małych nadawców – czyli głównie nadawców lokalnych sieci telewizji kablowej, dla których przewidziane przez ustawę medialną minimalne kwoty udogodnień miały zostać zmniejszone do poziomu 1%. W drugim rozporządzeniu miały zostać określone kwoty udogodnień dla pozostałych nadawców, przy czym KRRiT zgodnie z przytoczoną wcześniej interpretacją – chciała, aby łączny czas nadawania programów z udogodnieniami wynosił co najmniej 10% czasu nadawania.

Z tym stanowiskiem KRRiT przedstawiciele strony społecznej nie mogli się zgodzić. Konsekwentnie prezentowaliśmy swoje stanowisko o konieczności rozłącznego traktowania poszczególnych udogodnień i uznania, że pułap 10% dotyczy każdego z nich. KRRiT przyjmowała argumenty nadawców, którzy bronili się przed stosowaniem w praktyce zapisów z ustawy, argumentując to wysokimi kosztami i trudnościami technicznymi, nas natomiast ignorowała.

W związku z prośbą przewodniczącej grupy roboczej o przedstawienie pisemnej opinii prawników uzasadniających naszą interpretację zapisów ustawy zwróciliśmy się m.in. do prof. Ireny Lipowicz, która pełni funkcję rzecznika praw obywatelskich, oraz dr. Szymona Byczko z Uniwersytetu Łódzkiego – członka Krajowej Rady Adwokackiej. Obie opinie są zgodne z naszą interpretację. Nie wpłynęło to jednak na zmianę poglądów pozostałych członków grupy roboczej i KRRiT. Prof. Irena Lipowicz skierowała zresztą odrębne pismo do przewodniczącego KRRiT, wyraźnie podkreślając zasadność argumentów prezentowanych przez stronę społeczną. Doszło do spotkania rzecznika praw obywatelskich i szefa KRRiT – uczestniczyliśmy w nim na zaproszenie prof. Lipowicz. Niestety, KRRiT wciąż stoi na stanowisku, że jej interpretacja zapisu ustawy jest obowiązująca. KRRiT raz jeszcze ogłosiła krótkie konsultacje społeczne dotyczące wspomnianego projektu rozporządzenia dotyczącego małych nadawców. Mimo negatywnej opinii przedstawicieli środowiska osób z niepełnosprawnością, KRRiT wydała rozporządzenie w zaplanowanej przez siebie formie.

Walka o dostępność programów telewizyjnych dla osób niewidomych, niesłyszących, słabosłyszących i głuchoniewidomych oraz innych mających trudności z odbiorem tych programów trwa. W maju doszło do kolejnej wymiany pism między FDC a przewodniczącym KRRiT. Jak na razie bez widocznych rezultatów. Planowana jest nowelizacja ustawy medialnej, może więc wtedy uda się uzyskać zapisy korzystniejsze dla osób z niesprawnością sensoryczną.

Rubryka: nowinki techniczne

Tytuł: Android czy iOS?

Autor: Krzysztof Wostal, właściciel Instytutu Edukacji i Rozwoju ALFA PRIM, Klub Głuchoniewidomych w Bytomiu

Czyż to nie jest fascynujące? Żyją wśród nas ludzie, którzy pamiętają czasy, kiedy we wsi był jeden radioodbiornik i mieszkańcy schodzili się do posiadacza tego sprzętu, by posłuchać jakiejś audycji. Ci sami ludzie dziś używają nie tylko radioodbiorników, lecz także innych urządzeń i korzystają z nowoczesnych technologii. Komputer czy telefon nie jest dla nich zagadką i potrafią za ich pomocą rozmawiać oraz wykonywać inne czynności.

Telefony podlegają ewolucji tak jak sprzęt elektroniczny. Technologia zmienia się na naszych oczach. To, co jeszcze wczoraj było dla nas, głuchoniewidomych, niedostępne, dziś możemy obsłużyć. Bywa różnie, czasem możemy korzystać ze wszystkich funkcjonalności, czasem tylko z kilku, ale wszystko zmierza ku dobremu.

Pamiętamy, że były kiedyś telefony stacjonarne, które obsługiwaliśmy bez problemu. Aparaty zmieniały się i ewoluowały z takich na korbkę, poprzez tarczowe, do klawiszowych z wyświetlaczami i głosowymi funkcjami. Również telefony komórkowe się zmieniały. Najpierw były klawiszowe, niedostępne dla nas ze względu na brak udźwiękowienia funkcji czy powiększenia tego, co było widać na wyświetlaczach. Nie ma jednak wątpliwości, że ostatnie dziesięciolecie było przełomowe, jeśli chodzi o rozwój telefonii komórkowej. Za najważniejsze dla osób głuchoniewidomych wydarzenie w tej dziedzinie należy z pewnością uznać ukazanie się systemu operacyjnego Symbian (dał możliwość instalacji udogodnień dla osób z dysfunkcją wzroku, a także na rozmowy wideo, z których mogą korzystać migający) pozwalającego korzystać z telefonów komórkowych na nieosiągalnym do tej pory poziomie funkcjonalności.

Technologia jednak wciąż się zmienia i nadszedł zmierzch Symbiana. Obecnie nie będzie już nowych aparatów z tym systemem. Dlaczego? Nie na darmo mówi się, że firma Apple wyznacza trendy w projektowaniu systemów oraz urządzeń mobilnych. W 2007 roku zaprezentowała iPhone’a – telefon z ekranem dotykowym mający, poza włącznikiem i klawiszami głośności, tylko jeden przycisk. Mimo początkowego sceptycyzmu, smartphone przyjął się na rynku bardzo dobrze, a zastosowany w nim system operacyjny iOS, wraz z całą gamą darmowych i płatnych aplikacji dodatkowych, jest nadal rozwijany. Obsługa urządzenia za pomocą gestów na tyle się spodobała, że, upraszczając nieco sprawę, wszyscy inni producenci zaczęli naśladować pomysł Apple. Tropem tym poszła m.in. firma Google, która zaproponowała producentom sprzętu mobilny system operacyjny Android. Obecnie systemy operacyjne iOS i Android królują w urządzeniach mobilnych, w których telefon jest już tylko jedną z oferowanych przez nie funkcjonalności. Są także inne systemy operacyjne, ale dwa wspomniane, to jedyne warte uwagi w kontekście użytkownika z jednoczesną dysfunkcją wzroku i słuchu. Warto w tym miejscu nadmienić, że o ile osoby słabowidzące nierzadko nie potrzebują syntezy mowy, o tyle osoby niewidome bez niej prawie wcale nie są w stanie posługiwać się smartphone’em – chyba że używają go z monitorem brajlowskim. Warto też wiedzieć, że zdecydowana większość aparatów słuchowych ma wbudowaną cewkę indukcyjną pozwalającą na odbiór sygnału za pomocą pętli indukcyjnej, która może być podłączona do telefonu czy smartphone’a. Trwają też prace nad możliwością bezprzewodowego łączenia aparatów słuchowych z smartphone’ami bez potrzeby przełączania aparatów w tryb cewki indukcyjnej. Na rynku znajdują się również aparaty słuchowe, które świetnie sobie radzą bez konieczności przełączania na cewkę i gdy odpowiednio ustawimy głośnik słuchawki, będziemy słyszeli naszego rozmówcę. Zależy to jednak nie tylko od samego aparatu słuchowego, lecz także od urządzenia, przez które rozmawiamy, i stanu słuchu.

Problemem może wydawać się wykorzystanie dotykowego ekranu przez osoby niewidome. Zapewniam, że jeśli jesteśmy sprawni manualnie, nie stanowi to problemu. Autor niniejszego tekstu, który jest osobą głuchoniewidomą – całkowicie niewidomą i słabosłyszącą – używa iPhone’a, który jest urządzeniem w pełni dotykowym, gdzie w wykonaniu 99,9% czynności trzeba się posłużyć jakimś gestem. Na marginesie wyjaśnię, że gest to odpowiedni dla danej czynności ruch palców bądź stosowne stuknięcie, np. aby w iPhonie uruchomić aplikację, stukamy dwa razy jednym palcem w ekran, a aby przeczytać zawartość ekranu, przeciągamy z góry na dół dwoma palcami.

Pytanie nie powinno więc brzmieć: czy używać urządzeń dotykowych? Pytanie powinno brzmieć: jaki system powinno mieć urządzenie dotykowe, by można było z niego jak najefektywniej korzystać?

Przy wyborze systemu operacyjnego warto pamiętać, że iOS działa stabilnie, dobrze i tak samo na wszystkich urządzeniach, na których jest on zainstalowany. Jeśli chodzi o Android, to jest wiele wersji tego systemu i nie zawsze wszystko zadziała tak samo na każdym urządzeniu, mimo że wersja systemu będzie wskazywała na to, iż można w niej spodziewać się funkcji ułatwień dostępu.

Firma Apple oferuje użytkownikom sprzęt i zintegrowany z nim system operacyjny, nie pozwalając zbytnio na jego modyfikację. Google natomiast, w porozumieniu z czołowymi producentami sprzętu (Intel, HTC, Motorola, Asus, Samsung, LG etc.), zaczął wyposażać w system Google Android urządzenia wszelkiej maści i marki. Możemy go więc spotkać w smartphone’ach, tabletach, odtwarzaczach multimedialnych, urządzeniach do odbioru telewizji, a nawet netbookach – oferowanych przez różnych producentów. Dlatego też we wszystkich urządzeniach z systemem operacyjnym iOS oprogramowanie udźwiękawiające i powiększające zachowuje się tak samo, a w urządzeniach, gdzie jest zainstalowany system operacyjny Android, może być z tym różnie, a wręcz może nie być możliwości instalacji takiego oprogramowania.

Dostępność urządzeń dotykowych dla osób z uszkodzeniem wzroku zaczęła się w roku 2009. Wtedy to pojawiły się iPhone 3GS oraz system operacyjny 3.0. Poza innymi nowościami, miał on funkcję, którą mało kto wcześniej przewidywał – wbudowany screenreader VoiceOver obsługujący urządzenia z ekranem dotykowym, wspierający wiele głosów, języków i monitorów brajlowskich.

Szybko okazało się, że nowy sposób interakcji z telefonem przypadł do gustu wielu użytkownikom niewidomym na świecie i że poprzeczka zawieszona została bardzo wysoko. Obecnie mamy już wersję 7 systemu iOS.

Pierwsze informacje o androidowym odpowiedniku VoiceOvera o nazwie TalkBack zaprezentowane zostały w kilka miesięcy później wraz z premierą systemu Android 1.6 Donut. Entuzjazm testerów szybko jednak zgasł, gdyż program ten nie mógł się w żadnej mierze równać z VoiceOverem. Niby coś mówiło, niby dało się coś bezwzrokowo zrobić, ale w każdym z urządzeń i w każdej z wersji systemu wyglądało to inaczej. W miarę upływu czasu można w tej materii obserwować znaczny postęp. Pojawiły się polskie syntezatory, programy udźwiękawiające w polskiej wersji językowej oraz system operacyjny Android 4.0 Ice Cream Sandwich, który dopiero od tej wersji umożliwiał pełną obsługę dotykową. W aktualnej wersji 4.3. Nie jest ona nadal tak intuicyjna i prosta, jak to ma miejsce w przypadku obsługi iOS, ale na pewno stanowi krok w dobrym kierunku. W połowie października ukaże się wersja Android 4.4 Kit Kat, która zapewne wniesie kolejne funkcjonalności ułatwiające korzystanie osobom z niepełnosprawnością.

Należy wspomnieć, że dla języka polskiego w przypadku iOS dostępny jest tylko głos żeński, a w przypadku systemu Android można wybrać głos męski, żeński lub syntetyczny. Powinniśmy jednak także wiedzieć, że dla systemu iOS jest znacznie więcej oprogramowania dedykowanego osobom niepełnosprawnym. Możemy zainstalować aplikacje wykrywające źródło światła, kolory, nominały banknotów, wspomagające nawigację, potrafiące rozpoznać produkty spożywcze, emulujące lupę elektroniczną itd.

Ze względu na to, iż wśród głuchoniewidomych istnieje duże zróżnicowanie pod względem uszkodzenia wzroku i słuchu, różne też może być podejście do używania urządzeń z systemem operacyjnym iOS i Android. Dlatego należy przy zakupie kierować się przede wszystkim możliwościami, jakie daje dane urządzenie, a także indywidualnymi potrzebami. Nie ma jednego dobrego rozwiązania dla wszystkich. To, co dla jednych jest bardzo przydatne, dla innych może nie mieć znaczenia. Przed dokonaniem zakupu warto poświęcić czas na testy i sprawdzanie rozmaitych rozwiązań.

W niniejszym artykule, pisanym w pierwszej połowie września 2013 roku, zasygnalizowałem tylko możliwości, które mamy do wyboru. W ogóle nie piszę o tym, co smartphone daje nam jako osobom z niepełnosprawnością w kwestii rozrywki i pracy, a także wyrównania szans społecznych w stosunku do osób pełnosprawnych. Dla zrobienia smaku dodam tylko, że fragmenty artykułu podyktowałem mojemu iPhone’owi, który przerobił je na tekst.

W razie pytań proszę pisać na adres k.wostal@tpg.org.pl.

Rubryka: nasze prawa

Tytuł: PFRON dofinansowuje naukę języka migowego

Autor: Ewelina Rokicka, tłumacz-przewodnik z Mazowieckiej JW TPG

W kwietniu 2012 roku weszła w życie ustawa o języku migowym i innych środkach komunikowania się. Dzięki niej można otrzymać z PFRON dofinansowanie do szkoleń z polskiego języka migowego (PJM), systemu językowo-migowego (SJM), sposobu komunikowania się osób głuchoniewidomych (SKOGN) oraz tłumacza-przewodnika. Procedura jest łatwa, a korzyści ogromne. Z pomocą dofinansowań można zorganizować szkolenie w jednostce, z którego skorzystają wolontariusze lub osoby głuchoniewidome.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: zamieszkały na terenie województwa mazowieckiego wnuczek chciałby lepiej się komunikować z głuchoniewidomą babcią, więc postanawia odbyć szkolenie przygotowujące go do roli tłumacza-przewodnika. Znajduje miejsce takich szkoleń, dowiaduje się, ile godzin trwają, kto je prowadzi i ile kosztują. PFRON dofinansowuje takie szkolenia nawet do 95% w przypadku osoby uprawnionej (głuchoniewidomej lub niesłyszącej) i do 90% w przypadku osoby mającej z nią stały lub bezpośredni kontakt. Obecnie kwota ta nie może przekroczyć 680 zł. Jeśli więc szkolenie kosztuje 750 zł, to wnuczek po otrzymaniu dofinansowania może zapłacić zaledwie 75 zł. Pierwszy krok już zrobił – znalazł organizatora szkolenia, a to będzie potrzebne do wypełnienia wniosku.

Wniosek o dofinansowanie szkoleń

Następnym krokiem jest złożenie odpowiedniego wniosku. Są trzy rodzaje formularzy:

• dla osoby uprawnionej,

• dla członka rodziny osoby uprawnionej,

• dla osoby mającej stały lub bezpośredni kontakt z osobą uprawnioną.

Można je pobrać, wchodząc na stronę www.pfron.org.pl i wybierając w menu sekcję „Programy i zadania PFRON”, następnie zakładkę „Programy realizowane obecnie” i kliknąć punkt 3. „Dofinansowanie kosztów szkolenia, o którym mowa w art. 18 ustawy o języku migowym i innych środkach komunikowania się”.

Po wypełnieniu wniosek składa się w oddziale PFRON właściwym ze względu na miejsce zamieszkania. Należy pamiętać o trzech ważnych sprawach:

1. Fundusz ma 30 dni na rozpatrzenie kompletnego wniosku.

W przypadku pozytywnej decyzji, trzeba podpisać umowę, warto więc złożyć wniosek odpowiednio wcześniej przed rozpoczęciem szkolenia (z powodu braku wystarczającej ilości środków na rozpatrzenie wniosków można czekać nawet pół roku).

2. Wniosek złożony w okresie od 1 listopada do 31 grudnia będzie rozpatrywany dopiero w pierwszym kwartale kolejnego roku (więc może to być nawet kwiecień).

3. Jeśli w danym roku korzystano z dofinansowania PFRON, można być prawie pewnym, że drugi raz w tym samym roku się nie uda (z powodu braku środków).

Przyjrzyjmy się formularzowi, który powinien wypełnić nasz wnuczek. Wybiera on wniosek dla członka rodziny osoby uprawnionej i w związku z miejscem zamieszkania w okienku „Oddział Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych” wpisuje dane mazowieckiego oddziału PFRON. Dalej uzupełnia:

• datę wypełnienia wniosku,

• dane personalne,

• adres zamieszkania i adres do korespondencji, jeśli jest inny niż adres zamieszkania.

Następnie zaznacza przedmiot dofinansowania, tutaj będzie to tłumacz-przewodnik na poziomie podstawowym. W tym momencie przydadzą się wcześniej zebrane informacje na temat organizatora szkolenia, któremu jest poświęcone kilka dalszych rubryk. Trzeba wpisać:

• nazwę i adres organizatora,

• termin i liczbę godzin szkolenia,

• koszt szkolenia.

W rubryce poświęconej uzasadnieniu celu szkolenia wnuczek może wpisać np. chęć lepszego komunikowania się z babcią i niesienia jej efektywniejszej pomocy. Nie uczęszczał na żadne szkolenia dotyczące komunikowania się z osobami niesłyszącymi i głuchoniewidomymi, więc w miejscu przeznaczonemu na takie informacje nic nie wpisuje.

Na końcu znajduje się oświadczenie wnioskodawcy, że:

• nie ma zaległości w zobowiązaniach wobec PFRON,

• nie korzystał w danym roku ze środków PFRON na szkolenia PJM, SJM, SKOGN lub tłumacza-przewodnika,

• dysponuje środkami na wkład własny.

Wnuczkowi pozostaje tylko złożyć podpis i wniosek. Decyzja PFRON wysyłana jest pocztą na podany adres korespondencyjny.

Umowa dotycząca dofinansowania szkolenia

Po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku podpisywana jest umowa między wnioskodawcą a PFRON w tym samym oddziale. Jej głównym punktem jest potwierdzenie informacji podanych we wniosku.

Wymienia się w niej strony umowy, nazwę organizatora szkolenia, przedmiot dofinansowania, termin i liczbę godzin szkolenia, kwotę dofinansowania oraz termin i tryb przekazania środków. Oprócz tego wnioskodawca zobowiązuje się do pokrycia udziału własnego w kosztach szkolenia, uczestniczenia w zajęciach oraz dostarczenia potwierdzenia ukończenia szkolenia. Zobowiązuje się także przekazać oświadczenie organizatora nie później niż na 14 dni przed rozpoczęciem szkolenia.

Formularz oświadczenia można pobrać ze strony PFRON, ale najczęściej dołączany jest do pisma z pozytywną decyzją PFRON. Zawiera on pytania o:

• adres organizatora,

• NIP oraz numer rachunku bankowego organizatora,

• potwierdzenia zgłoszenia udziału wnioskodawcy w szkoleniu z PJM, SJM, SKOGN lub tłumacza-przewodnika,

• koszt szkolenia,

• potwierdzenie wpłaty udziału własnego przez wnioskodawcę.

Zakończenie szkolenia i rozliczenie

Wnioskodawca musi się udać po raz ostatni do oddziału PFRON po ukończeniu kursu, żeby dopełnić formalności dotyczących rozliczenia dofinansowania. Ma 14 dni od momentu ostatnich zajęć, aby dostarczyć rachunek lub fakturę wystawioną na wnioskodawcę oraz dokument potwierdzający ukończenie szkolenia.

Jak widać, cała procedura nie jest specjalnie skomplikowana, trzeba tylko zrobić pięć kroków, niestety trzy–cztery z nich wiążą się z osobistą wizytą w urzędzie. Trzeba:

1. Znaleźć organizatora szkolenia lub kursu i zebrać odpowiednie o nim informacje.

2. Wypełnić właściwy wniosek i złożyć go w oddziale Funduszu.

3. Po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku podpisać umowę.

4. Złożyć oświadczenie organizatora.

5. Dostarczyć rachunek lub fakturę i dokument potwierdzający ukończenie kursu.

Teoria a praktyka – realizacja założeń ustawy

Chciałabym napisać, że pieniądze są na wyciągnięcie ręki i wszystko działa zgodnie z ustawą płynnie i bez zakłóceń. Tak jednak nie jest. Już na cztery miesiące przed końcem roku brakuje środków na dofinansowania, dlatego starając się o nie, trzeba się uzbroić w cierpliwość. Pod uwagę nie należy brać półtora miesiąca, jak mówi ustawa, ale pół roku. Poza tym wnioski składane w okresie od 1 listopada do 31 grudnia są rozpatrywane nie w styczniu, a w pierwszym kwartale następnego roku. Dlatego warto składać je w miesiącach wakacyjnych, wtedy można mieć pewność, że na początku kolejnego roku dostaniemy odpowiedź.

Z czego to wynika? Resort pracy oszacował, że z dofinansowań będzie korzystało około 2300 osób, faktycznie z ulg chce korzystać dużo więcej, dlatego te 1,5 mln przeznaczone na ten cel jest kwotą co najmniej trzykrotnie za małą. Mimo wszystko warto spróbować. Biurokracja nie jest zawiła. Potwierdzić to mogą te jednostki TPG, które z dofinansowania skorzystały.

Rubryka: aby żyło się lepiej

Tytuł: Zatrudnienie wspomagane

Autor: Destina Kuliś, tłumacz-przewodnik z Dolnośląskiej JW TPG, specjalistka ds. promocji i upowszechniania w fundacji Eudajmonia

Pamiętacie projekt „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.”? Wielu jego beneficjentów znalazło pracę, wyszło z domu, uczestniczyło w szkoleniach zawodowych, poznało nowych przyjaciół. Obecnie fundacja Eudajmonia na Dolnym Śląsku realizuje dwa podobne projekty, które być może również wpłyną pozytywnie na sytuację osób niepełnosprawnych w całej Polsce. Mimo że rekrutacja do obu jest już zamknięta, warto o nich wiedzieć.

Projekt 1. Zatrudnienie wspomagane

Celem projektu jest stworzenie jednego modelu trenera pracy dla wszystkich rodzajów niepełnosprawności. Cenne doświadczenie, które wnieśli działacze TPG (m.in. Przemysław Żydok, Justyna Dubanik, Kamila Skalska, Marcin Fiedorowicz, Izabela Gemza oraz Marta Gawryluk) w to innowacyjne przedsięwzięcie, sprawiło, że już pierwsi spośród stu uczestników znaleźli zatrudnienie!

Projekt współfinansowany jest ze środków UE w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Beneficjentami są osoby o różnym stopniu niepełnosprawności wzrokowej, słuchowej, ruchowej (również głuchoniewidome), z niepełnosprawnością intelektualną oraz z doświadczeniem choroby psychicznej. W projekcie bierze udział także otoczenie uczestników i uczestniczek, czyli ich rodzina, przyjaciele, sąsiedzi oraz asystenci.

Podobnie jak w projekcie TPG beneficjenci mają zagwarantowaną pomoc trenera pracy, który wraz z nimi szuka dla nich odpowiedniego zatrudnienia i stanowi dla nich główne źródło wsparcia. Mogą korzystać z konsultacji z psychologiem i doradcą zawodowym oraz ze wsparcia asystentów osób z niepełnosprawnościami, a także brać udział w regularnych spotkaniach grupy Empowerment, które poruszają tematy związane z poszukiwaniem pracy, np. przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej. Otrzymują również wsparcie w postaci sprzętu rehabilitacyjnego i szkoleń zawodowych. Jak pisze Marcin Fiedorowicz: „Zatrudnienie wspomagane jest procesem wieloetapowym i wiąże się głównie ze wsparciem udzielanym przez trenera pracy (tzw. job coach). Trener pracy jest to specjalnie przeszkolona i przygotowana osoba, której głównym zadaniem jest wspieranie osoby niepełnosprawnej w znalezieniu pracy, adaptacji na stanowisku pracy i utrzymaniu zatrudnienia. Aby zrealizować te cele, trener pracy podejmuje różne działania, wymagające niekiedy od niego posiadania niektórych kompetencji doradcy zawodowego, psychologa, pracownika socjalnego czy też asystenta osoby niepełnosprawnej”1.

Trenerów i trenerek pracy w Polsce jest coraz więcej, ale zazwyczaj współpracują z osobami z konkretnego obszaru niepełnosprawności, np. z głuchoniewidomymi tak jak w TPG. Wprowadzenie do życia codziennego trenerów dla każdego rodzaju niepełnosprawności byłoby bardzo trudne. Dlatego fundacja Eudajmonia sprawdza, czy można połączyć wsparcie dla wszystkich rodzajów niepełnosprawności w postaci jednego trenera pracy. Jeżeli model się sprawdzi, a osoby z niepełnosprawnościami znajdą pracę, wtedy gotowy przetestowany model będzie można przedstawić politykom i przekonać ich, że trener pracy jest potrzebny osobom z niepełnosprawnościami i warto, żeby był dostępny dla nich przez cały rok w całym kraju.

Co o modelu myślą sami trenerzy i trenerki pracy? Oto wypowiedź Agaty Maryniak: „W byciu trenerką pracy najlepsze jest to, że udowadniam sobie każdego dnia, iż świat jest dla tych, którzy chcą i próbują. Nie ma znaczenia, czy masz jakąś niepełnosprawność. Jeżeli chcesz, jesteś twardy i próbujesz, próbujesz, próbujesz, to po prostu wychodzi. Jeżeli klient chce pracować, a trener pracy chce pomóc mu w znalezieniu zatrudnienia, to zaczyna się tworzyć fajna relacja, fajna współpraca. Dla mnie niesamowite jest to, że mogę zmienić życie ludzi, którzy od 30 lat nie pracowali. Kiedyś były inne czasy, ludzie, mając rentę, myśleli, że nie mogą pracować. Albo że jak zaczną pracować, to od razu zabiorą im rentę. I dla nich te 500 czy 600 zł to był wystarczający powód, żeby nie żyć, nic ze sobą nie robić, nie rozwijać się. To jest wspaniałe widzieć, jak klienci dostają swoją pierwszą pensję, jak inaczej smakują pieniądze, które zarobili sami, a nie takie, które dostaje się z powodu niepełnosprawności. Jest to niesamowita różnica, kiedy stają się samowystarczalni. Zachodzi niesamowita zmiana w głowie człowieka. Niesamowite jest to, jak moi klienci siebie odkrywają. Podczas naszej współpracy dochodzą do wniosku, że nie chcą robić tego, co wydawało im się na początku, że chcą. Ważne jest to, że podczas pracy z trenerką nie zmienia się tylko sam klient, lecz także jego otoczenie. […] Mój największy sukces? Jeden z klientów z doświadczeniem choroby psychicznej, który pracował ostatnio w 1982 roku, początkowo na naszych spotkaniach w ogóle na mnie nie patrzył, trudno było nam się porozumieć. Jednak z czasem współpraca zaczęła naprawdę fajnie wyglądać. W cały proces, prawie od początku do momentu znalezienia zatrudnienia, włączył się szereg osób – dyrektorka oraz terapeutki ze Środowiskowego Domu Samopomocy, pracodawca, kadry, inne trenerki pracy. I teraz klient od miesiąca pracuje, są z niego bardzo zadowoleni. Zaczął zupełnie inaczej wyglądać, inaczej się zachowywać. Uważam, że im więcej osób, które wspierają w całym tym procesie, tym łatwiej o pracę i o jej utrzymanie, czyli trwalsze efekty, a trener pracy jest takim ciastem, które to wszystko ze sobą klei".

Projekt 2. Trener aktywności

Co robić, jeśli osoba z niepełnosprawnością nie chce pracować, nie chce wychodzić z domu, jest samotna, ma w sobie wiele lęków? W takim wypadku do akcji powinien wkroczyć trener aktywności, który wspiera osoby z niepełnosprawnościami na każdym etapie ich życia w procesie aktywizacji społecznej. Trener spotyka się z klientem osobno i tworzy dla niego Indywidualny Plan Rozwoju, według którego wyznacza działania prowadzące do osiągnięcia ustalonych z klientem celów. Ważne jest, że pracuje w środowisku osoby z niepełnosprawnościami, dlatego ma wpływ na jej otoczenie, które również wspiera.

Trener aktywności udziela wsparcia klientom w różnych miejscach w zależności od potrzeby – np. w domu klienta, urzędach, komunikacji miejskiej, instytucjach kulturalnych. Mogą oni również liczyć na pomoc asystentów – tłumaczy-przewodników, tłumaczy języka migowego, asystentów osób z niepełnosprawnością intelektualną albo ruchową2.

Testowanie modelu trenera aktywności trwa od lutego 2013 roku i już pojawiły się pierwsze sukcesy. Dla niektórych beneficjentów projektu są to wyjście z domu, nauka jazdy na wózku elektrycznym, rozpoczęcie leczenia czy walka z alkoholizmem, dla innych – napisanie CV lub samodzielna jazda komunikacją miejską. Czasem gubimy się w gąszczu trudnych spraw, przykrych wiadomości, zdarzeń. Zapominamy o sobie, innych, o tym, co jest w życiu ważne. Czasami brakuje nam dostępu do informacji, nie mamy komputera, internetu, nie wiemy, gdzie co załatwić, do kogo się zwrócić. Czujemy się samotni, nieszczęśliwi, nie mamy pasji i zainteresowań, brakuje nam znajomych. W takich sytuacjach wsparciem może okazać się trener aktywności, którego zadaniem jest wzmocnić klienta, pokazać mu, w czym jest dobry, jakie ma silne strony, przekazać ważne informacje, pomóc w sprawach urzędowych, wesprzeć w usamodzielnianiu się.

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego realizowany jest przed fundację Eudajmonia na terenie Wrocławia we współpracy z MOPS. Bierze w nim udział 30 osób o różnych stopniach i rodzajach niepełnosprawności.

Przypisy:



1 M. Fiedorowicz, „Zatrudnienie wspomagane jako narzędzie empowermentu. Poradnik dla pracodawców/czyń, lekarzy/ek medycyny pracy oraz innych instytucji zaangażowanych w proces aktywizacji zawodowej”, e-publikacja w ramach PI „Zatrudnienie wspomagane”, Wrocław 2012, s. 14.

2 „Przewodnik po modelu usługi aktywizacji społecznej dla osób niepełnosprawnych będących klientami pomocy społecznej – Trener Aktywności”, e-publikacja w ramach PI „Trener aktywności”, Wrocław 2012, s. 18.

Rubryka: poradnik domowy

Tytuł: Sałatka z ziemniakami i grzybami

Autor: Lisiczka

Kontynuujemy kącik z poradami domowymi. Tym razem Lisiczka proponuje przepis na ziemniaczano-grzybową sałatkę. To idealny przysmak na każdą jesienną imprezę.

Składniki:

0,5 kg ziemniaków; 2 pietruszki; 1 marchewka; ćwierć selera; słoik marynowanych grzybów, np. maślaków lub podgrzybków; pół pora; majonez Kielecki; sól; pieprz

Ziemniaki ugotować w łupinach, a następnie obrać i pokroić w dużą kostkę. Pietruszkę, marchewkę i seler obrać i ugotować do miękkości, ostudzić i również pokroić w kostkę. Grzyby odcedzić z zalewy i pokroić. Por pokroić w półtalarki i nasolić w osobnej misce, aby puścił sok. Warzywa wymieszać, dodać majonez oraz sól i pieprz do smaku, a następnie ponownie dokładnie wymieszać.

Całość wstawić na kilka godzin do lodówki, żeby się „przegryzło”. Sałatkę najlepiej serwować z szynką lub grubą kiełbasą i pieczywem.

Wędlinę można podać w oryginalny sposób, np. zwiniętą w roladkę z oliwką lub twarożkiem w środku. Talerz warto przybrać liściem zielonej sałaty i pomidorkiem.

Wasza Lisiczka macha do was ogonkiem i życzy powodzenia w kuchni

Rubryka: projekty TPG


1   2   3   4   5


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna