Dookoła świata etap 5



Pobieranie 193.88 Kb.
Strona1/6
Data07.05.2016
Rozmiar193.88 Kb.
  1   2   3   4   5   6
dookoła świata etap 5

Na DS5 pojechałem sam. Pożegnałem klientów w Bangkoku, spędziłem z nimi na motocyklach dwa tygodnie w Laosie, i poleciałem do Kuala Lumpur. W Malezji znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Trafiłem na deszczową pogodę, chociaż monsun już się skończył. Lotnisko KLIA2 jest oddalone od centrum o ponad 50km. Wcześniej zarezerwowałem sobie przez internet hotel, również po raz pierwszy w życiu. Dostałem instrukcje jak dojechać do centrum autobusem. Trwało to ponad godzinę i kosztowało 11zł. Autobus był w kiepskiej kondycji i wlókł się strasznie. Przynajmniej miałem czas na obserwowanie okolicy. Miejscami wyglądała jak Polska wieś latem. Zauważyłem też, że samochody mają czarne rejestracje z białymi napisami, jak kiedyś w Polsce. No i oczywiście mają tu ruch lewostronny. Potem jeszcze jeden przystanek metrem, którego wagony nie prowadzi żaden człowiek, ale elektronika i znalazłem się w sercu dzielnicy chińskiej.

Hotel odnalazłem bez trudu. Dostałem norkę bez okna, z wiatrakiem i małym łóżkiem, które prawie całkowicie wypełniało przestrzeń tej klitki. Na oko pokój miał 1.8m szerokości i 2.2m długości. Ale hotel mimo wszystko miał miłą atmosferę i był czysty, że nie wspomnę o tym, że był tani. Poleżałem trochę w norce i poszedłem na miasto wymienić pieniądze. Przelicznik do EURo zupełnie jak w Polsce. Dzielnica ożywała dopiero wraz z zachodem słońca (od Polski 7 godzin później). Była usiana tanimi hotelami jak portret Franciszka Józefa, z powieści Haszka, gównami much. Tyle samo, albo i więcej jest tu restauracji, a uliczne bary całkowicie wypełniają przestrzeń chodników. Po zmroku zaczyna żyć targowisko oświetlone lampionami, a turyści z różnych stron świata wypełniają zaułki. Jest coraz więcej Chińczyków z Chin, a mniej Rosjan. Teraz świat podbijają nuworysze z kraju środka.

Chociaż podczas spaceru po Bird Park, następnego dnia, nie widziałem w tym przepięknym miejscu wielu chinoli, to było sporo Rusków i Polusów. Kuala Lumpur ma wiele parków tematycznych. Ja odwiedziłem zaledwie trzy, a w parku ptaków zasiedziałem się na długo. Egzotyczne ptaszyska spacerują tutaj po alejkach parkowych razem z odwiedzającymi. Tylko niektóre zamknięto za kratami. A to z obawy o bezpieczeństwo odwiedzających - strusie, emu, kazuary, a to z powodu bezpieczeństwa ptaków - orły i pomniejsze gatunki papug. Nie widziałem nigdy tak wielkiego nagromadzenia ptaków z tropikalnych krajów dostępnych na wyciągnięcie ręki. Pewnie w przyrodzie trudno się do nich zbliżyć, a tutaj są przyzwyczajone do ludzi. Tylko cena biletu wstępu nie jest dla mnie do zaakceptowania - 50zł.

Kuala Lumpur to o wiele bardziej przyjazne turystom miasto i dużo tańsze, niż Bangkok. Czasami odnosiłem wrażenie, że jest tu nawet przyjemnie. Komunikacja miejska jest lepiej rozwinięta i dobrze oznakowana. Ludzie są otwarci i wzorem mieszańców zachodnich, wielkich miast, zupełnie nie zwracają uwagi na innych przechodniów. Można się więc czuć przeźroczystym. Jest wiele zieleni oraz udogodnień komunikacyjnych dla pieszych i rowerzystów. Można spacerować bez końca i nie czuć się udręczonym przez ruch uliczny, czy blokujące chodniki kramy. Kuala Lumpur jest nowocześniejszy od Bangkoku, ale nie ma tu takiego życia nocnego. Jest całkiem sporo żebraków i bezdomnych. Prawie tyle co w New Delhi. Ale nie są tak nachalni, cechuje ich większy szacunek do cudzej przestrzeni osobistej, swoisty rasie żółtej.

W metrze i na największym dworcu przesiadkowym miasta, mogłem oglądać wielkie zróżnicowanie ras, religii i obyczajów, jakie jest cechą właściwą temu miastu. Hindus może siedzieć w pociągu obok islamisty Malaja, a mieszaniec, potomek dawnych kolonizatorów rozmawia z Arabem. Dalej stoją transwestyci w drodze z pracy, wespół z zakwefionymi, tłustymi żonami Muzułmanów. Wieczorem słychać było kołatki ze świątyni hinduistycznej, w samym środku dzielnicy chińskiej. Pomiędzy kilkoma muzułmańskimi restauracjami w tradycji halal, znalazłem sklep z alkoholem, prowadzony przez Hinduistę. Panuje tu całkowita mikstura kulturowa, zupełnie inna niż w nieco biedniejszym Bangkoku. Chociaż mieszkańcom nie wychodzi to na dobre w kwestii urody. Są mili, uczynni, grzeczni, ale urodziwi to raczej nie. Nie zawsze też żyli tak zgodnie. W XIX wieku Brytyjczycy sprowadzili, do kopalni cyny i na uprawy kauczuku, dość dużo Chińczyków, jako tanią siłę roboczą. Coś jak na Dzikim Zachodzie, do budowy linii kolejowej transamerica. Chińczycy szybko wykazali się swoimi umiejętnościami handlowymi. Kto nie potrafił to kopnął w kalendarz w kopalni. Kiedy powstawała pierwsza państwowość malajska, rdzenni mieszkańcy nie chcieli dać obywatelstwa Chińczykom. Wtedy panowała bieda, a Chińczycy byli jedynymi kapitalistami. Pod koniec XX wieku, państwo wprowadziło program aktywizacji biznesowej środowisk malajskich. Tak, że udział kapitału malajskiego w gospodarce kraju wzrósł z 2.4% do 19.1%. Chińczycy nie protestowali.

W drodze do hotelu zastanawiałem się czy Azja wytworzyła swój lingua franca, tak jak świat zachodni uznał język angielski za oczywisty w kwestii porozumienia ponad granicami. Tutaj łatwo spotkać nawet murale pisane w języku malajskim, ale liternictwem łacińskim. Czyżby to taki sam snobizm, jak kremy wybielające, stosowane powszechnie przez kobiety na wschód od morza Kaspijskiego? Całkiem łatwo zauważyć rodzinki malajskie, zwłaszcza na weekendowych spacerach, rozmawiające z dziećmi po angielsku. Dzieci często plotą słowa malajskie z angielskimi. Oczywiście dotyczy to ludzi z klasy średniej. Może to zachłyśnięcie się niesamowitym wzrostem gospodarczym. Od wielu lat Kuala Lumpur ma 10% oraz szybko postępującą z tego powodu globalizację i utożsamianie nowoczesnego stylu życia z prozachodnimi manierami, stylem bycia, językiem, konsumpcją.

Petronas Towers, tutaj zwane skrótem KLCC, w sobotni wieczór jest miejscem, gdzie mieszkańcy KL chcą być. Lubią używać tu skrótów, jak w USA. Mówią o sobie KLites. Pod KLCC, po mojemu Petronelami, kłębi się wielorasowe mrowie ludzi. Sporo klęczy tyłem do oświetlonych jak żywe srebro na tle granatowego nieba wież. Próbują ująć w selfie siebie i zbyt wysokie do zdjęć robionych telefonem, wieże. Pośród nich meandrują sprzedawcy I-phonów w promocyjnej cenie. Biali turyści stanowią mniejszość. Ludzie przechadzają się, falują jak morze bijące o brzeg, do fontann, by robić zdjęcia, i na powrót do chłodnego brzucha Petroneli. Dolne piętra to taki poznański Browar, wypełniony butikami i ludźmi przychodzącymi oglądać, i być oglądanymi.

Wylatywałem z Kuala Lumpur bardzo wczesnym rankiem, więc aby dojechać na lotnisko, musiałem szukać autobusu tuż po 3-ciej w nocy. Centrum zaskoczyło mnie aktywnością, może dlatego że to noc z soboty na niedzielę. Niektóre restauracje chodnikowe były czynne i wypełnione ludźmi. Wyglądali jak obsługa tych wszystkich kramów z chińską tandetą. Na rogu przysypiał gazeciarz, a na krawężniku odpoczywali kucharze, ciągle przygotowujący pizze na wynos z dostawą do domu. Taka Pizza Hut 24/7. Samochodów na ulicach też było całkiem sporo, podobnie jak szczurów i karaluchów, to ich czas posiłku. Biegały między bezdomnymi leżącymi bezładnie, na betonowych kaflach. Niektórzy zaprawieni fantazją z butelki, leżeli na wysepkach rozdzielających pasy ruchu, z rękami rozrzuconymi w geście totalnej beztroski. Miasto nie miało zapachu, tak jak to mają miasta indyjskie o poranku. Było raczej sterylne, nowoczesne czystymi zaułkami, przystankami autobusowymi, oświetlonymi estakadami dla samochodów i eskalatorami dla pieszych. Nikt nie zwracał uwagi na czekającego na niewłaściwym przystanku autobusowym turystę z plecakiem. Ale w końcu zapytałem pracowników Pizza Hut, gdzie znajdę nocny autobus na lotnisko.

W poczekalni, przed wejściem do samolotu, siedziało już sporo ludzi. Musiałem ubrać polar, bo oczywiście klimatyzacja włączona była na full. Spokojnie czekałem, a coraz to kolejne, hałaśliwe, objuczone bagażami, wielodzietne rodziny muzułmańskie napływały i obniżały standard przyjemnego zacisza. Zacofanie obyczajowe, brak dobrego wychowania, jest jakby ich wizytówką, podobnie jak nadmiar szmat narzuconych na grube baby.

No i wylądowałem na Sumatrze, w czwartym co do wielkości mieście Indonezji - Medan. W internecie ma złą reputację pośród nowoczesnych, internetowych podróżników. Spotykają się tacy w miejscu zwanym TripAdvisor i wystawiają etykietkę miastu na drugim końcu świata. Ale z drugiej strony, to ci sami, którzy za tanie uważają hotele za 60zł, fajne restauracje to takie z WiFi, tanim piwem zrobionym z syropu glukozowego i gdzie przychodzi dużo im podobnych, aby nawiązywać jeszcze więcej kontaktów między sobą. Zgadzam się z nimi tylko w kwestii, braku atencji dla odhaczania kolejnych atrakcji z listy wycieczek autokarowych. Może dlatego coraz to nowsze wydania przewodników Lonely Planet, nie trafiają do mnie merytorycznie. Zawsze wydawało mi się, że gonić w piętkę, to być jak moi rodzice, ale niepostrzeżenie staję się nienowoczesny, bo sam już jestem w wieku rodziców.

Najpierw trochę odpocznę, bo spałem dziś tylko dwie godziny, ale potem pójdę na miasto i sprawdzę czy ta etykietka dla Medan, jest blisko rzeczywistości... mojej rzeczywistości. Po raz drugi w życiu zarezerwowałem sobie hotel przez internet. Właśnie taki klimatyczny, według nowego przewodnika Lonely Planet. Na ratanowych ścianach lobby hotelowego, albo raczej brudnawej restauracyjki, z kuchnią w postaci metalowej skrzyni z palnikiem i z daszkiem, wystawionej na chodniku głównej ulicy miasta, wiszą stare zdjęcia Boba Marleya, przynajmniej ten się nie zdewaluował w opinii nowoczesnych. Na tablicy wypisano niedbale, w stylu modnie podziurawionych jeansów, hasło dostępu do świata takich jak my, do WiFi. Pani właścicielka, chyba pseudo Susi, dobrze zna angielski i bez zbędnych ceregieli, szybko przysposabia mi całkiem miły i czysty pokój z łazienką za 22zł/noc. Jak się na razie okazuje, tanie i klimatyczne w stylu obniżonego kroku w spodniach, i wielkiej brody, hotele w Indonezji, potrafią być czyste i z fantazją zadbane. W Indiach to by zawyżało standard.

Ale ciekawszy od hotelu jest sposób w jaki dotarłem do centrum Medan z odległego o 32km, nowego portu lotniczego. Stary był o walking dystans i nazywał się Polonia. Nowy jest całkiem nowoczesny, zauważalny styl z Kuala Lumpur i nazywa się Kualamanu. Otóż naczytałem się o tym, że nie warto płacić 46.40zł za taksówkę, autobusów nie ma, pociąg kursuje rzadko, należy więc wyjść poza obręb parkingu lotniczego i tam złapać becak, czyli nędzną motorikszę. Odprawiłem więc, niezbyt nachalnych taksówkarzy i poszedłem w pustą przestrzeń drogi szybkiego ruchu. Po becakch nie było śladu. Gdyby zamiast asfaltu był piasek, to pewnie spostrzegłbym, że nigdy tu nie przyjeżdżają. Wtedy jak na zawołanie Alicji - ahoj przygodo! - pojawił się prywatny, ale nie utkany z magii, samochód, którego przygrubawy kierowca, zaproponował podwózkę do miasta za darmochę. Zapewniał gorąco kilka razy, że bezpłatnie. Cóż było robić, skorzystałem. W tej podróży jestem zaskakująco, dla samego siebie, wyluzowany... to chyba najlepsze słowo. To co zwykle już dawno wytrąciłoby mnie z równowagi, teraz jakby przechodzi obok. A więc lęk gdzieś się zapodział. Jest sporo takich dętych sloganów z nowomowy zachodniej yogi, opisujących jak tu się nie angażować w złe emocje. Ale zawsze mnie brzydziły pretensjonalną urodą, więc je wszystkie zapomniałem. I nagle zauważam, że to co kiedyś przychodziło mi z wysiłkiem, teraz dzieje się samo.

A więc stoję na tych niepewnych jeszcze, świeżych nogach, jak rekonwalescent niewierzący w siłę jaką odzyskał w szpitalu. Jest zadowolenie, ale brak satysfakcji, bo nie jam to wypracował. A może to praktyka słuchania do upadłego kawałka Ten years after - Positive vibrations? Stało się, Iwona mi tu pisze z Polski, że to wiek. No cóż, za każdym razem kiedy golę głowę na pałę, przewaga srebra nad czarnym na podłodze, jest coraz większa. A może to wiek - era Wodnika? Jeden pies... jest fajnie.

Jadąc okazją do Medan, przypomniałem sobie techniki prowadzenia niezobowiązującej rozmowy, coś na tyle mało konkretnego, że zwykle mnie zniechęcało. Przy tej okazji dowiedziałem się, że mój dobroczyńca jest Chińczykiem, który urodził się w stolicy Indonezji - Dżakarcie, a jego rodzice pochodzą z Hongkongu. Pracuje w Medan od pięciu lat jako chrześcijański misjonarz, ale za tydzień jedzie odwiedzić rodziców z okazji nowego roku chińskiego, aby tradycyjnie obdarować ich w podzięce za troskę drobnym datkiem finansowym. Jakie to chińskie! Funkcjonalizm ponad pozoranctwo. Za to ich lubię.

Dowiedziałem się także, że... cholera imienia nie pomnę... powiedzmy mój chiński dobroczyńca, oni lubią trójsłowne, emfatyczne określenia. A więc mój chiński dobroczyńca uprawia floating yogę. W trakcie jazdy wyszukał zdjęcia na swoim I-phonie, z których dowiedziałem się jak ta praktyka wygląda. Otóż taki tłuścioszek, jak zadowolony Budda, wisi obwiązany pasami jak baleron i próbuje utrzymać równowagę przez kilka minut. Podobno to działa odchudzająco, ale MCHD, czyli mój chiński dobroczyńca, zaznaczył tą ostatnią kwestię ze śmiechem, więc zniwelował jej wartość merytoryczną. Ach to NLP, sam się złapałem na pocieraniu ręką ucha, kiedy odpowiadałem na pytanie o pracę.

MCHD zawiózł mnie pod sam hotel i zapewniał, że jest mu po drodze. Uprzejmie zapytał, czy jadłem już dziś śniadanie, bo jest bardzo wcześnie, a w samolocie nic nie dają. Po czym zajechał mimo moich protestów pod KFC drive i kupił mi burgera z chickenem i pepsi, za 14.8zł. Znowu robię coś pierwszy raz, nie dość że KFC, to jeszcze drive. Wcześniej widziałem to tylko na filmach. Na odjezdnym MCHD dał mi jeszcze torbę chipsów. Każdy chce wyrzeźbić partnera rozmowy na własne podobieństwo. Więc odszukałem w swej pamięci cały pęk miłych słów podzięki za jego miłosierdzie dla zagubionego na autostradzie z lotniska podróżnika i obdarowałem go taką pozytywną energią na jaką mnie było stać.

A teraz trzeba iść na miasto. Zza okna muezin z meczetu przekrzykuje nawet ten chaotyczny ruch na SM Raja road, ale ja wierzę, że znajdę tutaj whiskey shop. Bywało gorzej i się udawało. Trzeba jakoś uczcić zbliżenie do równika na 390km i oddalenie od Greenwich na 10957km, tak daleko jeszcze się nie wypuszczałem. Jak łatwo znaleźć okazję do świętowania w niedzielę.

Spędziłem kilka godzin na mieście. Może nie jest tak jak w piosence RSC - miasto jest fabryką snów, tylko trzeba do niej wejść - ale nie jest najgorzej. Stanowczo nie zgadzam się z krzywdzącą opinią internetu, że to najgorsze miasto na świecie. Znam o wiele nudniejsze miasta na Ziemi. Jest czyściej i jest mniej ludzi niż na przykład w Varanasi. Jeśli chodzi o możliwości przemieszczania się pieszego turysty i o przyjazność dla przyjezdnego to można przyjąć skalę ocen od zera do dziesięciu, a ja Medan plasuje na pozycji siedem. Zakładając, że turystyczne miasta Europy to zero, czyli 'zero problemów', a 10 to miasta indyjskie, albo pakistańskie, gdzie spacer jest jak przedzieranie się w krótkich spodenkach przez krzaki leśnych malin.

Po przejściu prawie pięciu kilometrów, znalazłem się w ścisłym centrum. Zbudowano tu wiele kawiarni i restauracji. W niedzielne popołudnie wypełniły się ludźmi klasy średniej. Biedacy spędzają czas na chodnikach, w podcieniach kamienic pamiętających początek XX wieku. Tuż obok jest park z bieżnią do biegania i boiskami do gry, między innymi w kopaną siatkówkę. Tutejsi mają tendencję do tycia, więc sport uprawiają licznie, chociaż nie widać aby miało to wpływ na ich figurę.

Dziś niedziela i za wcześnie aby otwarły się chodnikowe bary, więc miejskie chodniki wyglądają na opustoszałe. Dzięki temu łatwiej się przemieszczać na własnych nogach. Białych jak na lekarstwo. Gniazdują na SM Raja road, w licznych hotelach, daleko na piechotę się nie wypuszczają. W każdym razie ja przez te parę godzin żadnego nie spotkałem.

Tubylcy nie są nazbyt nachalni z miłością do białego. Czasami jakiś dzieciak krzyknie - hallo! - albo dziewczyny na mopedzie zaczepią łamaną angielszyzną. Spotkani w hotelu Polacy, opowiadali, że jednak na wsi jest inaczej, a chęć kontaktu z białtkiem potrafi zmęczyć po tygodniu. Ja na razie doświadczyłem trzech spotkań. Pierwsze to MCHD (mój chiński dobroczyńca), drugie to chamsko nachalny turoperator w hotelu, a trzecie to syn pani hotelu. Są inni niż Indyjczycy, nie tak łatwo zrozumieć czy chodzi im o biznes, czy chęć bratania się z nadczłowiekiem. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że ich chęć kontaktu bardziej wygląda na kompulsywne poszukiwanie białego przyjaciela. Z Indusem od razu wiadomo, że nasz portfel przyciąga go jak suka w rui kundla, a z Indonezyjczykami nie jest to takie oczywiste. Ale są kopalnią potrzebnych dla turysty informacji. Umiejętnie manewrowani, doprowadzą tam gdzie chcemy dojść. Mają jednak wspólną cechę, ze wszystkimi naganiaczami, zero taktu. Mimo elokwencji i całkiem dobrego angielskiego, nie zauważają potrzeby dystansu do klienta. Jak drapieżnik wskakują na kark wołu... chociaż bardziej adekwatne porównanie to komar i człowiek... zero finezji. Nawet nie wiedzą ile skuteczności przez to tracą.

Życie to teatr, gdzie los włada każdym aktem - nadaje mi tu w ucho RSC. Takim przypadkiem trafiłem na całkiem łebskiego rikszamena, ten zaś tak przekalkulował moją trasę powrotną do hotelu, że zarobił na tym 15.2zł... zdzierca jeden, motoryniarz w dupę kopany. Ale za to przewiózł mnie na drugi koniec miasta, do jednego z nielicznych whiskey shop, a tam zanabyłem wodę fantazji. No i nie gadał podczas jazdy. Nienawidzę gadatliwych taksówkarzy jak wielodzietnych rodzin. Pan sklepikarz najsampier zaproponował importowanego Johnny Walkera za 25EUR, ale skończyliśmy negocjacje na local whiskey, też drogo, bo 22.8zł za 250ml. Na targowisku dusz nie zgadniesz kim jest kto - w samą porę RSC mi tu podaje prosto w ucho. Local whiskey też potrafi omamić, a Johnny Walker jak tu pić, skoro taki drogi, lepiej go w kredensie postawić na special opening, może zdrowie mniej sponiewiera, ale czy potrafi zaprowadzić do lepszego świata fantazji? Lokalna Mansion House tak jest zaprojektowana, że raz odkręcona zakrętka nie pasuje do gwintu. To taki rządowy program rozpijania ciżby niemuzułmańskiej. Lepiej opróżnić flaszkę niż skazać ją na zwietrzenie, albo nie daj boh, na obalenie. Gdy prawdę topisz w morzu słów - niech RSC skończy temat whiskey.

A kolega Tomisław wieszczył mi prohibicję w Indonezji, gdzie ponad 87% to zdeklarowani Muzułmanie, a tylko niecałe 10% to krystianie, dalej niecałe 2% Hinduiści i poniżej 1% Buddyści. Jaką potrzebę miał chinol MCHD aby stać się misjonarzem chrześcijańskim? Nie dowiedziałem się, bo prowadziłem niezobowiązującą rozmowę. W Malezji proporcje były nieco inne. Trochę ponad 67% Muslimów i ponad 10% Jezusowierców.

To prawie niemożliwe, ale przez te kilka, pierwszych dni podróży, nie wydarzyło się prawie nic złego. Ale dziś cała dzielnica straciła wodę i prąd. W tropikach, bez wody w kranie, trudno wyrobić normę higieny. Podobno mają włączyć wodę o drugiej w nocy. Wtedy wezmę prysznic. A jeszcze w południe wyprałem sobie spodnie i nie myślałem brać prysznica. Krótkie jeansy wyschły leżąc na wiatraku, a ja jestem mokry od potu i gdzie tu sprawiedliwość.

Kolejny dzień spędziłem na łazikowaniu po mieście i szukaniu możliwości wypożyczenia skutera. Obszedłem prawie całe centrum, a w poniedziałkowym ruchu ulicznym to trudne i uciążliwe. Po południu byłem wymordowany hałasem, pyłem smogu, wilgotnością jak w saunie i słońcem w pełni. Okazało się, że właściciel hotelu, w którym mieszkam, może mi wynająć skuter na 12 dni, za 100EUR. Za daleko szukałem. Od jutra mam własny środek transportu i ruszam w góry, dość tej duchoty wybrzeża.

Skuter załatwił mi transik, który kręci się bezustannie przy turystach i szuka możliwości zaczepki czy to finansowej, czy seksualnej. Ja mu przypadłem widać do gustu. Już jesteśmy kolegami na facetbuku i już zdążyłem wyłączyć jakiekolwiek od niego powiadomienia.

Następnego, dusznego i gorącego ranka ruszyłem na południe przez zatłoczony Medan. Jadąc skuterem nawet łatwiej wtopić się w tutejszy ruch. Chodząc na piechotę mam wrażenie, że nie pasuję do naturalnej harmonii tego miasta. Zupełnie tak jakby Mongoł przyjechał na wakacje do Poznania i jeździł konno po centrum.

Zrobiłem ponad 15km, zanim miasto się skończyło, ale zaraz zaczęły się wsie. Tylko na chwilę domy znikły mi z horyzontu, kiedy serpentynami wspinałem się wraz z pierdzącymi ciężarówkami na przełęcz 1250m n.p.m. Zaraz za przełęczą okazało się, że to tylko był pierwszy stopień wjazdu do centrum wyspy. Domy zaczęły otulać drogę ponownie, a ruch jeszcze się wzmógł i tak do miasteczka Barastagi, mojego dzisiejszego celu. Sumatra ma średnią 96 osób na 1km\2 (w Polsce odpowiednio 125, podobnie jak cała Indonezja - 124). Jest tu mało dróg, więc szczelnie oblepia je cywilizacja, reszta to dżungla i góry. Berastagi jest dawnym kurortem górskim kolonizatorów. Tutaj uciekali w XVIII i XIX wieku przed tym samym co ja, czyli tropikalnym klimatem. Może trzeba więcej czasu aby przywyknąć do tropiku, tak jak do wysokości w Himalajach.

Holendrzy i Brytyjczycy uciekali do Berastagi, bo wtedy nie było takiego ścisku na drodze dojazdowej i nie mieli klimatyzacji. Dziś Berastagi przedstawia się w przewodnikach jako kurort turystyczny Sumatry. Stąd można trekingować na dwa piękne wulkany. Ja jutro idę na ten niższy - Sibayak, trochę ponad 2000m n.p.m., a nocuję na 1400m n.p.m. Dziś Berastagi jest głównie atrakcją weekendową dla klasy średniej z Medan. Wygląda zupełnie jak wsie wokół Medan. Ale ma kilka swoistych smaczków. Na przykład strzeliste, drewniane dachy tradycyjnych domów. Jeden z nich wygląda jak rozdęta świątynia Wang. Ale przede wszystkim panuje tu naturalny dla białasa klimat. Jest suche powietrze, wieczory nawet chłodne. Lepiej wybrać hotel z gorącą wodą w prysznicu. Ja oszczędziłem 30% ceny i wziąłem pokój z widokiem, ale zimną wodą. Nagrzeje sobie elektryczną grzałką. Taki klient to wrzód na dupie turystyki.

Tymczasem poszedłem na miasto, znaleźć się w sytuacji. Spotykałem tylko trzech białych. Czyli zgodnie z moimi oczekiwaniami, turystyka na Sumatrze jest mizerna. Za to potwierdziły się słowa spotkanych w Medan Polaków, lokalni lgną do białtka, a jak już go zaczepią po angielsku, to wypuścić nie chcą. Nie zauważyłem chęci zarobku na białym, raczej potrzeby wybielenia samego siebie. Jakby chodzić nad jezioro, po to aby od samego jego widoku ugasić pragnienie. Dzieciaki wracające ze szkoły chcą robić z turystą wywiad i nagrywać na I-phonie, podobno lektor im tak nakazał. Co bardziej rezolutni młodzieńcy, chcą robić sobie wspólne fotki, oczywiście I-phonem, albo innym mazianym gównem. Ekspedienci w sklepie czy restauracji, albo na stacji benzynowej, silą się na sztuczną elokwencję, a wypadają jak angielski lokaj. Mimo to poziom znajomości angielskiego wśród młodzieży jest na wysokim poziomie. Nie to co w Polsce.

No i stało się, dotarłem dziś do żółtej, niemytej dupy wulkanu Sibayak. Śmierdziało jak z piekła. Niby wulkan nie pracuje, ale siarką rzuca na żółto, prześmiergłem do kości. U podnóża są gorące źródła, które wykorzystuje się do czegoś, bo rurami pompują do basenów dla turystów, ale nie tylko. Domów ogrzewać nie muszą, tylko znosić swąd z piekła bezustannie. Miastowym by urwało kinola.

Poszedłem z samego rana wtrząchnąć jakieś lokalne śniadanie. Dostałem zawiesistą zupę z olejem, roślinami i pewnie wszystkim tym co nie zjedli klienci wczoraj. Nie było smaczne, ale tanie i żołądek tego nie odrzucił. Potem rozpocząłem wspinaczkę. Najpierw walka z samochodami na wąskiej asfaltówce, tak dwa i pół kilometra, a potem w dżunglę, ale dalej asfaltówką. Dopiero półtora kilometra przed szczytem, asfalt się kończy. Można tu nawet zaparkować wehikuł. Niestety trafiła mi się wycieczka szkolna. Szli wolno, więc rozpocząłem manewr wyprzedzania, ale okazało się, że bachorów jest z pięć tuzinów. Przez pierwszą godzinę spaceru przez dżunglę było zupełnie cicho, tylko jakieś makaki, czy inne lemury zawodziły, myślę sobie - wreszcie wyrwałem się z miasta i hałasu. Ale dochodzą mnie jakieś ludzkie głosy. Nasze wycieczki szkolne nie potrafią tak jazgotać. Dziki zawsze robi wszystko od serca, my tylko potrafimy sex robić od serca. Więc jak się dziki zacznie wydzierać, to bambusy się kłaniają od ciśnienia fali dźwiękowej. Ja nawet kombinuję, czy aby te zmarszczki czasoprzestrzeni spowodowane falami grawitacyjnymi, to dzicy ze swych gardeł nie wywołali. Cóż było robić, przyspieszyłem kroku i po pół godzinie miałem bachory za sobą. Potem zrobiło się stromo i doszedłem do zrujnowanej kaldery wulkanu. Młodzież przyjeżdża tu często biwakować i wdychać siarkę. Może to lubią. Teraz też stały dwa namioty, a ze stoku waliły ze świstem dymy jak znad Oświęcimia. Dziury w skałach były całe żółte, a świst taki, że własnych myśli nie słychać. Porobiłem zdjęcia i poszedłem na szczyt. Roztaczają się stąd piękne widoki, no... może nie tak piękne jak w Alpach, ale zawsze. Widać drugi, wyższy wulkan i całą dolinę z miasteczkiem Berastagi. Ja nie miałem szczęścia do pogody, więc widoki miałem na raty, jak złapałem okno w chmurach. Za to na szczycie wmurowano trzy maszty i zawieszono na nich flagi Indonezji. Jest taka jak polska, tylko odwrotnie. Monako też tak ma, ale w innym formacie. Więc wpadłem na pomysł, aby zrobić taki performace i poodwracać im te flagi, aby były dokładnie jak polskie. Zrobiłbym choć raz w życiu jakiś patriotyczny uczynek. Ale zbyt długo kombinowałem jak te szmaty odczepić i naszły mnie żółtki, więc dałem spokój. Kto tam ich wie, może na żartach się nie znają i jeszcze by mi do dupy nakopali. One tam znają jakieś indonezyjskie boksy, albo inne, ja tylko Jeana Clauda w dzieciństwie się naoglądałem.

  1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna