Erich von Daniken



Pobieranie 1.1 Mb.
Strona10/20
Data28.04.2016
Rozmiar1.1 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   20

sie opłacałoby się zrobić sobie bazę na jednej z planetoid.

Także kolejna hipoteza uznaje za możliwe, że na miejsce lądowania

wybrano planetoidy. Obce istoty, które dotarły do Układu Słonecznego,

nie wiedziały, czy gdzieś w pobliżu nie mieszkają istoty obdarzone

inteligencją. Nadlatując zbadali, która z planet ma warunki pozwalające

na przeżycie. Nie mogła na niej panować temperatura ani za wysoka

(Mars), ani za niska (Jowisz). Najkorzystniejsze warunki oferowała im

Ziemia. Wkrótce obce istoty odkryły, że nasza planetajest potencjalnym

nosicielem cywilizacji, nie wiedziały jednak, na jakim stopniu rozwoju

znajduje się ta cywilizacja - czy przedstawiciele ziemskiej inteligencji

mieszkają jeszcze w jaskiniach, czy dysponują już działami laserowymi

i bombami wodorowymi - i czy przyjmą ich z całą serdecznością, czy

może ogniem artyleryjskim. Aby się tego dowiedzieć, istoty pozaziems-

kie musiały w miarę niepostrzeżenie zbliżyć się do Ziemi. Gdzie jednak

ukryły macierzysty statek kosmiczny i niewielką flotę lądowników?

Wśród planetoid! Gdyby statek kosmiczny zakotwiczył po niewidocznej

stronie którejś z nich, to nie byłoby go widać z Ziemi - nawet przez

teleskopy - a niewielkie lądowniki byłyby wśród tysięcy małych ciał

niebieskich nie do odkrycia.

Kiedy zorientowano się, że mieszkańcy Ziemi są nieszkodliwi (z takiej

perspektywy?) można już było spokojnie przystąpić do wydobywania

surowców naturalnych. Pozyskawszy niezbędne zapasy nośników ener-

gii, istoty pozaziemskie były teraz gotowe pomóc w rozwoju mieszkań-

com Ziemi - właśnie tak, jak zdarzyło się w zamierzchłych czasach.

Mity z czcią sławią to zdumiewające wydarzenie. Profesor Papagiannis

zakończył swój wykład apelem:

"Przyszłe pokolenia uznają nas za głupich,jeśli cywilizacji pozaziems-

kich będziemy nadal poszukiwać wśród odległych gwiazd, gdy

odpowiedź można znaleźć tu, w Układzie Słonecznym." [14]

Nie milknące pytania
Czy poszukiwanie świadectw wizyt istot pozaziemskich ma jakikol-

wiek sens? Dlaczego pozaziemskie cywilizacje na wysokim stopniu

rozwoju miałyby w ogóle podróżować po Kosmosie? Oto kilka

prawdopodobnych powodów - prawdopodobnych, bo mogą one stać

się kiedyś naszymi problemami:

Eksploracja Kosmosu - Kolonizacja Kosmosu - Opanowanie

Kosmosu przez istoty inteligentne - Ucieczka przed kosmiczną

katastrofą - Walki na ojczystej planecie, które zmusiły pewną grupę

jej mieszkańców do ucieczki w Kosmos - Przeludnienie planety

- Poszukiwanie boga i początku stworzenia - Odkrywanie rzadkich

surowców naturalnych - Żądza przygód.

Wiadomo, że wiele takich pomysłów spełzło na niczym, bo niemoż-

liwe było podjęcie podróży międzygwiezdnych.

Profesor M. Taube pracuje w Wyższej Szkole Technicznej w Zurychu

- w trakcie jego wykładów audytorium zapełnia się do ostatniego

miejsca. Profesor poddaje pod dyskusję interesujący model hipotetycz-

ny [16]:

- statek kosmiczny leci z prędkością równąjednej dziesiątej prędko-

ści światła, czyli 30 tys. km/s;

- po dotarciu do pierwszej planety dającej się skolonizować potom-

kowie astronautów mają 500 lat na uzupełnienie zapasów i przy-

gotowanie nowego statku kosmicznego;

- proces ten odpowiada prędkości ekspansji równej 0,016 % pręd-

kości światła;

- Droga Mleczna ma średnicę około 100 tys. lat świetlnych

i obejmuje około 100 mld planet możliwych do zamieszkania

(moim zdaniem jest to ocena bardzo optymistyczna!);

- dla skolonizowania całej Galaktyki byłby więc potrzebny czas:


100000 lat świetlnych

------------------------- = 5 x 166 lat;

0,016 prędkości światła
- już po 5 mld lat wszystkie 100 mld planet byłoby zamieszkane.

Profesor Taube uważa swoje wyliczenie za czysty model matematycz-

ny pozbawiony wartości praktycznej, ponieważ nie widzi realnych

możliwości zbudowania statków kosmicznych mogących poruszać się

w przestrzeni międzygwiezdnej z prędkością równą jednej dziesiątej

prędkości światła. Jestem innego zdania. Zbyt często w historii ludzko-

ści najśmielsza fantazja zamieniała się w rzeczywistość, nawet jeżeli

opierała się na założeniach czysto teoretycznych, jakie stosuje w swoich

wyliczeniach profesor Taube. "W sprawach tego świata nie wolno

opierać się wyłącznie na teraźniejszości. To, co jest, znaczy bardzo

niewiele - to, co będzie, często bardzo wiele" - powtarzam z nadzieją

za Talleyrandem.

We wszystkich krajach i we wszystkich językach pytano mnie, jakie

korzyści przyniesie nam potwierdzenie słuszności moich teorii. Co nam

to da, jeżeli się udowodni, że istoty pozaziemskie odwiedziły Ziemię

przed tysiącami lat? Czy wiedza ta zmieni nasze codzienne problemy?

Czy staniemy się od tego mądrzejsi? Czy dzięki temu będzie można

nakarmić głodujących w krajach biednych? Czy ta wiedza zapewni

ludzkości wieczny pokój? Czy w ogóle warto wiedzieć, że między

orbitami Marsa a Jowisza krążyła kiedyś wokół Słońca Planeta X,

zniszczona potem przez eksplozję? Kogo obćhodzi, czy Majowie

wymyślili swój kalendarz sami, czy przekazały go im istoty pozaziems-

kie? Czy naprawdę nie mamy na Ziemi problemów ważniejszych niż

sięganie do gwiazd?

"Czym jest człowiek?" - pytał astronom Wilhelm Rabe

(1893-1958) i dawał odpowiedź: "W każdym razie nie tym, za co się

uważa - koroną stworzenia". Wysiłku badaczy jest przecież warte

już samo przeprowadzenie dowodu, że człowiek nie jest jedyną

inteligentną formą życia we Wszechświecie - pozbawiłoby to może

wreszcie podstaw jego nieposkromioną dumę, zrelatywizowałoby

jego wartość we własnych oczach. Poza tym ludziom nigdy w prze-

szłości nie udało się rozwiązać starych problemów, zanim nie za-

częli prowadzić nowych badań na danym polu, bo tylko dzięki

efektom nowych badań można się było wreszcie uporać ze starymi

problemami.

Dopiero odkrycie i udoskonalenie skutecznych lekarstw uwolniło

ludzkość od epidemii i chorób - takich jak ospa, cholera, żółta febra,

malaria i gruźlica. Dopiero fizyka i nowoczesna technika obdarzyły nas

energią elektryczną, bez której wprawdzie ludność świata zwiększałaby

się tak samo gwałtownie jak teraz, ale znacznie więcej ludzi umierałoby

z głodu. Na Ziemi kończą się znane złoża surowców, lecz satelity

badawcze już wyroiły się na niebie i przekazują informacje o nie

odkrytych dotąd pradawnych bogactwach naturalnych w nie zamiesz-

kanych rejonach kuli ziemskiej. "Każde pokolenie ma do pokonania

swój dzienny odcinek drogi postępu. Pokolenie, które na zdobytym już

terenie zaczyna się cofać, podwaja dystans, jaki będą musieli pokonać

jego potomkowie" - powiadał David Lloyd George (1863-1945).

Cóż nam da udowodnienie faktu, że "bogowie" z Wszechświata

przebywali kiedyś na Ziemi?

Czy więcej niż odkrycie życia w niezmierzonych otchłaniach Galak-

tyki ? Bo dopiero kiedy się dowiemy - nie tylko będziemy w to wierzyć

- że nie jesteśmy sami we Wszechświecie, otworzą się przed nami

zupełnie nowe światy fascynujących możliwości badawczych. Ewolucja

i flozofia, technika i religia zyskają nowe wymiary - wszystkie zaś

dziedziny sztuki będą poddane nowym impulsom. Przed piętnastu laty

napisałem we Wspomnieniach z przyszlości:

"Skoro tylko stojąca do dyspozycji władza, siła i inteligencja włączo-

ne zostaną do badań przestrzeni kosmicznej, bezsens wojen na ziemi

stanie się przekonywająco zrozumiały. Gdy ludzie wszystkich ras,

narodów i państw połączą się w celu realizacji technicznie już

możliwych do przeprowadzenia lotów do odległych planet, wtedy

Ziemia wraz ze wszystkimi swoimi mini-problemami znajdzie się

w takiej skali, jakajest prawidłowa w stosunku do zjawisk w Kosmo-

sie. [...] Sprzedawany znakomicie przez tysiące lat nonsens nie będzie

przedstawiał żadnych wartości. A gdy wszechświat otworzy nam

swoje bramy, udamy się w drogę lepszej przyszłości." [17]

Nadal reprezentuję ten pogląd, ale chciałbym uzupełnić swoje

oświadczenie:

Badania prowadzone przez paleoastronautykę, poszukiwanie dowo-

dów na pobyt "bogów" na Ziemi, co robięjakojeden z wielu, wywierają

ustawiczny wpływ na nasz sposób myślenia - jest to wpływ o wiele

silniejszy niż naukowe przypuszczenia, że gdzieś we Wszechświecie

może istnieć "życie". My stosujemy dowód nie wprost: Jeżeli udowod-

nimy, że "oni" tu byli, to bezsprzeczne będzie również, że istoty

pozaziemskie istnieją. Nasuwają się jednak kolejne pytania: Jakie ślady

pozostawili po sobie przybysze z Kosmosu? Czy kiedyś powrócą? Jeśli

tak, to kiedy? Czy jesteśmy do tego odpowiednio przygotowani? Jakie

wnioski moglibyśmy wyciągnąć z tych faktów?

Z ankiety przeprowadzonej w kwietniu 1983 roku w angielskich

szkołach podstawowych wynikało, że "duża liczba" dziewcząt i chłop-

ców jest pod wrażeniem naszych, moich pytań. Nie podzielam przy tym

bynajmniej zdania niektórych dzieci, że Jezus był astronautą, wypowie-

dzi te jednak świadczą o tym, że młodzież nie chce już zgadzać się

bezwarunkowo, "ślepo", z dotychczasową formą wyobrażeń religij-

nych. [18]

Temat mojego życia, paleoastronautyka, nie ma nic wspólnego

z religią. Nie jestem ani guru, ani prorokiem, niczego nie obiecuję: ani

szczęśliwości w życiu pozagrobowym, ani odpuszczenia grzechów

w życiu doczesnym. Reprezentuję i bronię tylko hipotezy, o której

słuszności jestem przekonany.

Angielskie czasopismo "New Scientist" zaszczyciło mnie atakiem

drukując artykuł "Stulecie (i nie tylko) pseudonauki" [19]. Autor wzywa

naukowców, żeby przestali milczeć i wyzwali pana von Danikena na

ring. Cieszę się już na samą myśl o takim pojedynku. Na razie jednak

odpowiem autorowi sentencją jednego z jego wielkich rodaków, Wins-

tona Churchilla: "Jednym z najmilszych doświadczeń w życiu jest być

celem nie będąc trafionym."

V. Kiedy ogień spadł z nieba

Najniebezpieczniejszy światopogląd

mają ludzie, którzy nigdy

nie przyglądali się światu.
Aleksander von Humboldt (1769-1859)

Profesor astrofizyki Heinz Haber, wydawca pisma "Bild der Wissens-

chaft", powiedział mi kiedyś w rozmowie: "Nie potrzeba nam pańskich

bogów!"


Tak zwanej nauce empirycznej rzeczywiście udało się bogów skaso-

wać wtłaczając ich razem z wielkimi, świętymi legendami do okultys-

tycznego lamusa, gdzie mogą się nimi bawić psychiatrzy i psycho-

analitycy. Z naukowości tego rodzaju zadrwił Erwin Chargaff, profesor

biochemii i dyrektor Instytutu Biochemii Uniwersytu Columbia:

"Poza tym naukowcy dostarczają nam wprawdzie mnóstwa infor-

macji, lecz bardzo mało prawdy. [...] Tymczasem coraz powszechniej-

sze stało się przekonanie, że jedyną rzeczą, jakiej uczy nas historia, jest

to, że na jej podstawie nie można się niczego nauczyć (ale by to

powiedzieć, trzeba było tysięcy stron)." [1]

Od chwili, gdy na podstawie poszlak podjąłem pierwsze próby

ugruntowania mojej teorii, a było to przeszło 25 lat temu, wiem, jak

bardzo potrzebni są nam - a nawet nauce - bogowie: żeby odnaleźć

nieznane dotychczas missing link, brakujące ogniwo w rozwoju ludzko-

ści. Stało się to dla mnie zupełnie jasne dopiero ostatnio, kiedy dla

potrzeb tej książki przedzierałem się przez papierową górę prac

naukowych o rękopisach Majów i Azteków, przez zachowane kodeksy

i wspaniałe odkrycia archeologiczne i etnograficzne czcigodnych amery-

kanistów. Nie muszę chyba mówić, co o tym wszystkim sądzę - zacytu-

ję tylkojeszcze raz profesora Chargaffa: "Piszą wyłącznie dla takich jak

oni, a na takich jak oni nikt nie zwraca już uwagi. Tak więc człowiekowi

pozostaje tylko własna głowa, choćby nie wiem jak słaba." [1]

Nauka wyspecjalizowała się do tego stopnia, a jej przedstawiciele stali

się tak elitarną grupą, że świętokradztwem jest - lub działa to jak

dynamit - wspominanie w dyskusji dawnych bogów. Oczywiście

brakuje w tej dziedzinie specjalistów, "bogologów", ci zaś, którzy

mogliby i musieliby zająć się tą hipotezą - czyli archeolodzy i etnog-

rafowie - wolą trwać zamknięci w swoim kręgu. Tam, w wypróbowa-

nym gronie, mogą wzajemnie potwierdzać swoje "prawdy", powoływać

się na siebie nawzajem w przypisach - przemieszczając się ruchem

konika szachowego z jednego psychologicznego wyjaśnienia w drugie,

a wykręcając co chwila sałto mortale wątpliwej logiki mogą pleść

wspaniałe wieńce z wawrzynu i kłaść je sobie na myślących czółkach.

Obywatelskim obowiązkiemjest wedrzeć się w tenjałowy krwioobieg,

otworzyć okna, przewietrzyć zatęchłą atmosferę!

W trakcie tych wiosennych porządków i wprowadzania nowego

sposobu myślenia nie chodzi o dezawuowanie informacji gromadzo-

nych przez fachowców od ponad stu lat bądź o pomniejszanie ogrom-

nych osiągnięć archeologii, czy bagatelizowanie trudu wybitnych uczo-

nych zajmujących się odczytywaniem rękopisów Majów. Nie chodzi też

o to, aby napisać na nowo historię ludów Ameryki Środkowej - lecz

o to, aby przy niektórych wnioskach, jakie wyciągnięto opierając się na

tysiącach informacji, postawić znaki zapytania.

Nieporozumienia w dochodzeniu do prawdy


Podania Azteków i Majów - najpotężniejszych kiedyś ludów

Meksyku - mówią niedwuznacznie o bogach ich przodków, o bogach,

którzy po przybyciu na Ziemię działali jako nauczyciele. Podania te

opisują, że z nieba spadł ogień i że wielki potop o mały włos nie

unicestwił rodzaju ludzkiego.

Najistotniejsze z tych przekazów przetrwały żądzę niszczenia, jaką

pałali chrześcijańscy misjonarze, powstały bowiem albo w trakcie, albo

po hiszpańskich podbojach. Są to:

- Popol Vuh, święta księga Majów-Quiche. Spisana około roku

1530 w języku Majów-Quiche grafą łacińską.

- Ksiggi Chilam Balam zawierające mity i kroniki historyczne.

Spisane w XVI wieku w języku Majów grafią łacińską.

- Staroamerykańskie rękopisy obrazkowe.

- Dokumenty kronikarzy hiszpańskich, którzy byli naocznymi

świadkami podboju Majów i Azteków.

Źródła te liczą sobie w najlepszym razie 450 lat. Trzeba więc zadać

pytanie, czy tak "młode" księgi mogą zawierać informacje na temat

wizyt istot pozaziemskich na naszym globie, które - jeśli w ogóle!

- przybyły tu przed tysiącami lat, nie zaś w XVI wieku?

Znam muzułmanów, którzy potrafią wyrecytować z pamięci, sura po

surze, cały Koran. Spotkałem również chrześcijan, którzy mają w głowie

cały Nowy Testament, oraz żydów, którzy na zawołanie wywołują

z pamięci Pentateuch, czyli pięć pierwszych ksiąg Starego Testamentu.

Nawet jeśli nie na pamięć, nie słowo w słowo, to przecież wielu wiernych

zna podstawowe treści wyznawanej przez siebie religii. Gdyby w trakcie

jakiejś straszliwej wojny wszystkie egzemplarze Biblu na świecie zamie-

niły się w popiół, to zapewne przeżyłoby paru kapłanów, misjonarzy

i ludzi pobożnych - Pismo Święte zmartwychwstałoby wówczas

i zostało spisane wprost z ich pamięci, powstałyby nowe-stare Biblie

- podobnie jak to się działo od dwóch tysięcy lat z kopiami

pierwotnych tekstów, z których żaden niejestjuż dziś tekstem naprawdę

pierwotnym. To samo zdarzyło się w XVI wieku w Ameryce Środkowej.

Kapłani i wodzowie plemion gromadzili podania i legendy z czasów,

kiedy ich lud odwiedzili bogowie. Nowy był tylko papier, na którym

pisano - same informacje jednak mogły liczyć tysiące lat.

Indianie nawracali się na wiarę chrześcijańską tylko z pozoru, bo

obawiali się o własne życie. Jeszcze przez wiele pokoleń byli przywiązani

do dawnych wierzeń. Opowiadanie legend ułatwiało im egzystencję

i uspokajało sumienie. Jeszcze po dziś dzień ich myśli i serce należą do

dawnej wiary. Pisze o tym Wolfgang Cordan, specjalista w dziedzinie

maistyki i tłumacz Popol liuh:

"Do dziś nie zostali zhispanizowani. Uparcie zachowywali własne

stroje, organizację plemienną, język. Ich katolicyzm nie jest wart

złamanego szeląga. W leżącym w górzystych rejonach Gwatemali

mieście Chichicastenango kościoły przeobrazili na powrót w miejsca

pogańskich obrządków, a w każdą niedzielę Majowie-Quiche urzą-

dzają na pobliskim wzgórzu ofarę całopalną ku czci boga płodności

Alx'Ik." [2]

Opisy hiszpańskich naocznych świadków w bardzo niewielkim stop-

niu pozwalają zrozumieć mitologię i świat wierzeń podbitych ludów, są

to bowiem przede wszystkim "dokumenty sporządzane dla publiczności

hiszpańskiej" [3] - przykładem takich relacji mogą być cztery długie

cartas (listy), jakie napisał Cortes między rokiem 1519 a 1525 do cesarza

Karola V. [4] W listach tych przedstawiał wszystko z własnego punktu

widzenia, i mało obchodziło go "pogaństwo dzikich". Treść ksiąg

indiańskich jest bardziej miarodajna.

Pisma z okresu jutrzenki ludzkości
Leżą przede mną trzy przekłady Popol Vuh. Najstarszy wyszedł

w 1861 r. spod pióra abbe Brasseura de Bourbourg [5], kolejna wersja

ukazała się w roku 1944 [6], trzecia zaś w 1962 [7]. Popol liuh zawiera

najstarsze legendy Majów-Quiche - można powiedzieć, żejest tojakby

Stary Testament tego plemienia. Wersja oryginalna przepadła bez śladu.

Profesor Schultze-Jena napisał:

"Można tylko przypuszczać, że jakiś utalentowany Indianin z Cuma-

rcaah-Utatlan, ochrzczony imieniem Diego Reynoso i wyuczony

w czytaniu i w pisaniu przez późniejszego biskupa Marroquina,

owładnięty głęboko zakorzenioną i z dawien dawna pielęgnowaną

skłonnością swojej rasy do zachowywania spuścizny ojców, około

1530 roku jako pierwszy przeniósł w swoim języku ojczystym [...] na

papier legendy Majów-Quiche." [6]

Rękopis ten, przechowywany trwożliwie w ukryciu, odnalazł domini-

kanin Francisco Ximenez dopiero z początkiem XVIII wieku u Indian

z Chichicastenango, którzy -jak twierdzi Wolfgang Cordan - do dziś

hołdują starym pogańskim zwyczajom. Legendę Majów-Quiche, prze-

tłumaczoną na hiszpański przez Ximeneza, wyszperał przebiegły abbe

Brasseur w Bibliotece Uniwersyteckiej w Madrycie.

Na najstarsza wersję Popol Iiuh składa się 56 stron formatu 16 x 26

cm. Strony zostały zapisane dwustronnie - po lewej znajduje się tekst

oryginalny, po prawej hiszpańskie tłumaczenie. To jest właśnie utwór,

o którym Cordan mówi: "Ksigga Rady - Popol liuh należy do

najwspanialszych zabytków piśmiennictwa z okresu jutrzenki ludzko-

ści". [7]

Tłumaczenia Popol Vuh różnią się między sobą, zależnie od akcentów,

jakie kładli w tekście kolejni tłumacze - zależało to zarówno od czasów,

wjakich żyli, jak i od ich wykształcenia. Jeżeli na przykład w tekście była

mowa o krzyżu, zakonnicy rozumieli to oczywiście jako Chrystusowy

Krzyż na Golgocie - choć dla Majów krzyż był symbolem Wszech-

świata. Jeżeli w tekście pojawiają się młodżieńcy zdążający ku Plejadom,

to dzisieisi etnografowie od razu robią z tego fragmentu kawałek

mitologii. I wcale im nie przeszkadza, że pojęcie mitu stanowiło dla

Majów chińszczyznę! Księgi te były dla nich przecież tak samo

prawdziwe i szczere we wszystkim, co przekazywały, jak Ewangelia dla

chrześcijan.

Teraz musimy dźwigać ten krzyż: każdy przekład nosi piętno nadane

mu - oczywiście w najlepszej wierze - przez tłumacza interpretującego

pojęcia stosowane przez Majów zgodnie z duchem swojej epoki.

Popol Vuh zaczyna się następującym stwierdzeniem:

[Wszystkie cytaty z Popo! Vuh zaczerpnięto z: Popol Vuh. Księga Rady narodu

Quiche, przełożyli Halina Czarnocka i Carlos Marrodan Casas, opracowała

i wstępem opatrzyła Elżbieta Siarkiewicz, Warszawa 1980.]

"Oto początek starodawnych dziejów miejsca zwanego Quiche. Tu

opiszemy i rozpoczniemy starodawne opowieści, początek i po-

chodzenie wszystkiego, co dokonane zostało w mieście Quiche przez

plemiona narodu Quiche. I tu ukażemy, ogłosimy i opowiemy to, co

było ukryte, a co odkryli Tzacol, Bitol, Alom, Quaholom, którzy zwą

się Hunahpu-Vuh, Hunalpń-Utiu, Zaqui-Nima-Tziis, Tepeu Gucu-

matz, U Qux Cho, U Qux Paló, Ah Raxa Lac, Ah Raxa Tzei, tak

nazywani. I przytoczymy też słowa, wspólną opowieść o Babce

i Dziadku, których imiona brzmią Ixpiyacoc i Ixmucane [...]."

Nieco dalej nieznany indiański autor nadmienia, że tekst spisano

dopiero za czasów chrześcijaństwa - można więc odnieść wrażenie, iż

autor układał historię swojego ludu w ukryciu, obawiając się zdemas-

kowania i dlatego zabezpieczał swoje teksty - o ile było to w ogóle

możliwe wobec tak odmiennego sposobu myślenia Hiszpanów - do-

stosowującje w miarę możliwości do nauk chrześcijaństwz. Mimo tych

ustępstw potwierdza jednak, że jego wersja Popol Iiuh wywodzi się

z pradawnego, tajemnego dzieła:

"Istniała kiedyś pierwsza księga, napisana w dawnych czasach, ale

obliczejej zakrytejest przed badaczem i myślicielem. Wspaniały był to

opis i opowieść o tym, jak zakończyło się tworzenie całego nieba

i ziemi [...]"

Poetyckim zdaniem, że najpierw "wszystko znajdowało się w zawie-

szeniu, w spokoju, w ciszy", autor nawiązuje do genezy, do historii

powstania swojego ludu. Mówi, że nie było wówczas ani ludzi, ani

zwierząt, ani roślin, ani skał - "jedno tylko niebo istniało", a wszystko

było pogrążone "w ciemnościach, w nocy", bo nie świeeiło wówczas

jeszcze słońce.

Abbe Brasseur, który, jak wiemy, nauczył się języka Majów, roz-

mawiał z Indianami owej epoki i miał dostęp do jeszcze starszej wersji

Popol Vuh, niezwykle precyzyjnie opisuje, w jaki sposób bogowie

wyłonili się z ciemności:

"Obserwowano ich przybycie, ale nie rozumiano, skąd przychodzą.

Można powiedzieć, że w tajemniczy sposób wyłonili się z morza albo,

podobni bogom z mitów greckich, zstąpili z nieba." [5]

Tego, co dodaje w formie wyjaśnienia, często w przypisach, dowie-

dział się Brasseur od samych Majów - są to więc komentarze do

pierwotnego źródła Otrzymane z pierwszej ręki. Jeżeli po lekturze

przekładu człowiek odniesie wrażenie, że według Majów życie wyszło

z morza - to będzie to niejako antycypacja najnowszych hipotez

dotyczących powstania życia - Brasseur potrafi to skomentować

opierając się na informacjach, które sam zdobył:

"Nie było jeszcze człowieka ni zwierzęcia, ptaków, ryb, krabów,

drzew, kamieni, pieczar, wąwozów, ziół ani lasów - jedno tylko

niebo istniało. Nie pokazało się jeszcze oblicze ziemi."

Czy pod pojęciem morze rozumiano ów prabulion czy prazupę,

w której pod wpływem sił pozaziemskich powstało życie? Byłoby to

zgodne ze współczesnymi nam poglądami, lecz w takim razie wszystkich

interpretatorów mitów trzeba by odesłać po naukę do teoretyków

ewolucji! Coraz więcej wybitnych przyrodoznawców - na czele z sir

1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna