Erich von Daniken



Pobieranie 1.1 Mb.
Strona12/20
Data28.04.2016
Rozmiar1.1 Mb.
1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   20

i podniósłszy się w dolinach rzek i w wąwozach usadowiły się na

szczycie gór i wszystkie skierowały wzrok tam, gdzie wschodzi

słońce."

Podanie przedstawia koniec długiej nocy pełnej lęku: puma i jaguar,

które ukryły się na widok śmierci bogów, zaryczały znowu, milczące

dotychczas ptaki zaczęły ćwierkać, orły i sępy wzniosły się w powietrze

ze swoich wysokich skalnych gniazd. Wracało życie.

Opis ten komentuje się zwykle tak: Jest to wyłącznie opiewanie

nadejścia nowego dnia lub - z mitologicznego punktu widzenia

- odtworzenie pierwszego dnia ludzkości: "I stała się światłość."

Jestem innego zdania.

Słońce świeciło już od stuleci, od tysiącleci, od dawna żyły stworzenia

wszelkiego rodzaju - niemal całe zoo z arki Noego. Miasta Majów

- jak ich legendarną stolicę Tulę - zbudowano na długo przed

kataklizmem. Kiedy nadeszła katastrofa, nie było widać nie tylko

Słońca - nie świecił również Księżyc i gwiazdy. Zapanowała całkowita

ciemność. Powierzchnię Ziemi zaczęły pokrywać jałowe bagna. Ci,

którym udało się przeżyć, cieszyli się więc, kiedy po odejściu nocy,

zdawałaby się nieskończonej, nastąpił dzień. Ale to, co powtarza się

z naturalną regularnością 365 razy do roku, nie wywołałoby takich łez

radości. W Popol Tiuh [7] zapisano, że trudno było wytrzymać palące

promienie nowego słońca: "Jego żar był nie do zniesienia", to zaś, co

"dziś" - czyli właśnie w okresie, w którym powstawała kronika

- można było ujrzeć na niebie, było tylko "jak lustrzane odbicie"

prasłońca.

Opis bardzo prawdopodobny! Podczas nie kończącej się nocy

atmosfera ziemska uległa znacznemu ochłodzeniu, burze i katastrofalne

opady deszczu oczyściły powietrze. Prawdopodobne jest również to, że

wybuch planety rozerwał dwa radiacyjne pasy (pasy Van Allena)

znajdujące się w magnetosferze Ziemi -jeden na wysokości ok. 5 tys.,

drugi 16 tys. km - tworzące ochronny pierścień wokół naszego głobu.

Bardzo możliwe wydaje się też częściowe zniszczenie ozonosfery na

wysokości 10-60 km.

Po zadziałaniu takiej "klimatyzacji" zrozumiały byłby szok wywoła-

ny u Indian - nadal okropnie zmarzniętych - powtórnym pojawie-

niem się Słońca. Wrażenie, że nowe słońce jest kopią poprzedniego,

można wyjaśnić złudzeniem optycznym: jego blask wydawał się znacz-

nie silniejszy, bo przechodził przez atmosferę "umytą" - wrażenie to

nie jest obce nikomu, kto patrzył nad morzem na słońce lub księżyc

o wschodzie czy zachodzie.

Ten sam koniec świata, wiążący się ze wszystkimi opisywanymi

poprzednio zjawiskami, utrwalono też w azteckiej legendzie Historia

królestw Colhuacan i Meksyku:

"W tych czasach ginęli ludzie, w tym czasie dogorywali. I wówczas

zginęło słobce." [12]

Ludzie byli "porywani przez wiatr. Ich domy, ich drzewa, wszystko

było porywane przez wiatr". Cztery rodzaje zniszczenia - które

amerykaniści określają również mianem czterech epok - można

poprzeć dowodami. Po katastrofie przyszedł ogień z nieba:

"I tak ginęli: zalewał ich deszcz ognisty... Przez cały jeden dzień

z nieba padał deszcz ognia."

Po ognistym deszczu nastąpił potop pochłaniający nawet góry:

"I tak ginęli: zalewała ich woda, zamieniali się w ryby. Niebo runęło,

zginęli jednego jedynego dnia... A czas trwania wody wynosił

pięćdziesiąt dwa lata."

Takie określenie czasu jak pięćdziesiąt dwa lata jest bez sensu.

Kronikarze wyrażali czas stosując cykle obowiązujące w ich epoce. Jest

to nie tylko moje zdanie - choć najchętniej uznałbym, że kolejne fazy

zniszczenia następowały po sobie w krótkich odstępach czasowych, nie

tworząc żadnych "epok"! - nieprzydatność tych określeń czasu

potwierdzają nawet tak kompetentni tłumacze tekstu oryginalnego, jak

profesor Walter Lehmann:

"Jestem zdania, że lat, które miały określać tę epokę, nie przekazano

w sposób prawidłowy." [12]

A wody wzbierały nad ziemią
Przenieśmy się teraz z Ameryki Środkowej na Bliski Wschód, gdzie

biblijny Noe po szczęśliwym przetrwaniu potopu opuścił arkę, zbudo-

wał ołtarz i złożył na nim całopalną ofiarę: "I poczuł Pan miłą woń"

(I Mojż. 8, 21). Tak samo - lokalny cud! - zachowali się nasi azteccy

przyjaciele rozpalając w dżungli ogień ofiarny:

"I spojrzeli bogowie - ta z gwiezdną szatą, ten bogaty w gwiazdy.

I rzekli: 'O bogowie! Któż to coś tam pali? Któż niebo okadza?'

A potem zstąpił z nieba On, którego poddanymi jesteśmy, Tezcat-

lipóca."

Po potopie potężny bóg zstępuje z nieba do swoich poddanych! Taki

sam motyw możemy znaleźć również w legendach Indian kolumbijs-

kiego plemienia Kagaba:

"Tak zginęli wszyscy źli, a kapłani, starsi bracia, wszyscy zstąpili

z nieba..." [13] !

Słynną starobabilońską królewską listę WB 444 - na której znajdują

się też imiona bogów uznawanych za nauczycieli - od ryto w 1932

roku, w pobliżu miasta Mosul w dolinie Tygrysu w horsabadzie

w Iraku [14]. Na liście są imiona dziesięciu prakrólów z okresu 456 tys.

lat od stworzenia Ziemi aż do potopu, następnie ldrólestwo kon-

tynuowało dynastię:

"Gdy potop przeminął, królestwo na powrót zstąpńo z nieba."

Gilgamesz żył ok. 2600 r. prz. Chr. i był władcą sumeryjskiego miasta

Uruk. Wedle słów eposu, którego Gilgamesz jest bohaterem tytuło-

wym, Utanapisztim, przodek Gilgamesza, przetrwał potop na wyspie

leżącej po drugiej stronie morza. Po opadnięciu wód przygotowuje

ofiarę:


"Na szczycie góry ofiarne sypię ziarna, cedrowe drzewo spopielam

i palę mirt. Zwąchali zapach bogowie. Zaprawdę mile łechce nozdrza

bogów żertwienna woń. Więc jako muchy się zlecą, jak muchy

obsiędą ofiarniczy stos." [15]

Nie dysponuję wprawdzie umiejętnościami dawnych indiańskich

proroków, ale już teraz mogę powiedzieć, że zaraz podejmie się próbę

znalezienia dziury w tej spójnej konstrukcji myślowej. Powie się, że

Historia królestw Colhuacan i Meksyku, z której przytoczyłem cytaty,

wykazuje wpływy chrześcijaństwa, że to Hiszpanie podpowiedzieli

Aztekom historię o Noem, jego arce i ofierze. Możliwe. Ale w takim

razie dopraszam się o przekonujące - nie tylko uczone - wyjaśnienie,

dlaczego o wiele, wiele starsza Popol liuh, która istniała na długo przed

najazdem Hiszpanów, opowiada o takim samym zdarzeniu! Chciałbym

się też dowiedzieć, czy przebiegli misjonarze mogli znać epos o Gil-

gameszu! Nie mogli, bo legenda ta - utrwalona około 2000 r. prz. Chr.

pismem klinowym na dwunastu glinianych tabliczkach - została

odnaleziona dopiero w połowie XIX w. podczas prac wykopaliskowych

w Niniwie, prastarym mieście na lewym brzegu Tygrysu. A co zrobić

z legendami Indian Kagaba, które zarejestrowano dopiero na początku

XX wieku?

Moim zdaniem stoimy przed następującą alternatywą:

- Zarówno katastrofa, jak i palna ofiara złożona przez ludzi, którzy

przetrwali, zdarzyły się gdzieś na świecie jako zdarzenie lokalne.

Ci, którym udało się przeżyć, rozeszli się po wszystkich kontynen-

tach unosząc stosowne dokumenty i kroniki, ich potomkowie zaś

z biegiem tysiącleci dorobili do zdarzenia różne warianty.

- Katastrofa miała charakter globalny, w tym samym czasie zostało

nią dotkniętych wiele ludów, które ucierpiały jej skutkiem,

a następnie zrelacjonowały jej przebieg.

Myślę, że tu chodzi nie o wybór jednej z dwóch możliwości, lecz raczej

o to, że można zaakceptować obie, poniewaz bogowie - którym

wciąż depczę po piętach - byli wtedy wszechobecni. Ze starych tekstów

zaś można co najwyżej wysnuć wniosek, że katastrofa tak czy owak

musiała się zdarzyć bardzo dawno.

Dlaczego?

Rozważania na temat daty


Archeolodzy przyznają, że zarówno Toltekowie - Indianie, którzy

do prekolumbijskiego Meksyku przywędrowali z północy - jak

i Aztekowie istnieli w okresie między 900 a 1500 r. po Chr. Lekko licząc

imperium Majów trwało w latach I 500 prz. Chr. - 800 po Chr. W tym

okresie nie zdarzył się żaden globalny kataklizm. Z dość dobrze

udokumentowanego okresu istnienia starożytnego Egiptu i Babilonii

nie zachowała się żadna informacja o potopie pustoszącym te kraje. Tak

legendy, jak mity opowiadają wyłącznie o straszliwych zdarzeniach,

które miały miejsce w bardzo zamierzchłej przeszłości. Od narodzin

Chrystusa Słońce ani razu nie zgasło, niebo ani razu nie zapłonęło, ani

jeden straszliwy potop nie spustoszył Ziemi, nic też nie wiadomo o tym,

żeby z nieba zstępowali "bogowie". Starożytni Rzymianie i Grecy

wiedzieliby o czymś takim i na pewno zapisaliby wszystko skrupulatnie

w swoich obszernych kronikach.

A może trzeba wyjść z założenia, że Indianie Ameryki Środkowej

przekazują nam w swoich kronikach informacje o wydarzeniach

mających miejsce na długo przed czasami, w których żyli - chyba że

wszystkie stwierdzone i radośnie objawione prawdy maistyki są błędne,

a pojawienie się Majów oraz ich przodków należy przesunąć w niepo-

równywalnie odleglejszą przeszłość. Czy początki tego narodu przypa-

dają w takim razie na tajemniczy początek kalendarza Majów-

na 11 sierpnia 3114 roku prz. Chr. ?

Naukowców ogarnia strach na samą myśl o wyciągnięciu takich

wniosków. To, czego nie da się datować w miarę dokładnie, klasyfikuje

sięjako towar pośledniejszej jakości, jako coś niejasnego, choć znalezis-

ka - narzędzia i niewielkie statuetki - z tego tajemniczego okresu są

chętnie przywoływane na pomoc, jeżeli tylko można na ich podstawie

wysnuć wnioski pasujące do obowiązujących teorii. A w tej dziedzinie

zdarzają się naprawdę kuglarskie sztuczki: kiedy znaleziono obsydiano-

we noże i kamienne siekiery z preklasycznego okresu historii Majów

sięgającego do 1500 roku prz. Chr., wówczas na ich podstawie

wyciągnięto wniosek, że tereny te musiały być niegdyś zamieszkane

przez prymitywnych myśliwych. Zgoda. Z cylindra prestidigitatora

- można się w tym pogubić, jeśli człowiek nie dość uważa - jak

błyskawica wylatuje argumentacja: jeżeli stosowano tak prymitywne

narzędzia, to nie mogli istnieć "bogowie" działający realnie, bo przecież

obdarowaliby oni prymitywnych myśliwych nowoczesnymi urządzenia-

mi. Równanie naciągane: jeśli gdzieś znaleziono prymitywne narzędzia,

to znaczy, że nie mogły się tam pojawiać istoty pozaziemskie! Ostatnio

popłynąłem sobie na spacer po Jeziorze Lemańskim starym, swojskim

parowcem i usłyszałem przez radio informację o starcie amerykańskiego

promu kosmicznego. Czy będzie więc słuszne zdanie: jeśli pływamy

statkami parowymi, to znaczy, że nie jesteśmy w stanie podejmować

podróży kosmicznych? "Nie rezygnujmy z silnika tylko dlatego, że

prorok Mahomet jeździł kiedyś na wielbłądzie" - powiedział premier

Malezji Datuk Husein Onn. Naukowcom należałoby wpisać tę mądrą

sentencję do pamiętnika.

Rezultaty etnograficznych studiów porównawczych pewnie niewiele

zmienią w dotychczasowym obrazie życia codziennego ludów indiańs-

kich, za to nowa interpretacja ich legend przyniesie rzeczy rewolucyjne

dla nauki.

Kto bez uprzedzeń wczyta się w zachowane kroniki Majów, ten nawet

nie korzystając z mojej fantazji - przyznaję, może nieco stronniczej

- stwierdzi, że ich autorzy podziwiali nieznane pojazdy, odczuwali

strach przed rodzajami nigdy nie widzianych broni, głosy wzmocnione

przez megafony brali za głosy bogów, a pojazdy niebiańskie opisywali

jako latające smoki. Ulrich Dopatka z Biblioteki Uniwersyteckiej

w Zurychu udowodnił na podstawie wielu przykładów, że ludy "prymi-

tywne" konfrontowane z wytworami nowoczesnej cywilizacji po dziś

dzień zachowują się zawsze tak samo.[16] W odniesieniu do indiańskich

plemion Ameryki Srodkowej Irene Nicholson, która przez siedemnaście

lat mieszkała i prowadziła prace badawcze w Meksyku, twierdzi:

"Bardzo powierzchowne jest również mniemanie, że mity Azteków

i Majów stworzył lud prymitywny, którego pragnienia ograniczały się

do chęci uzyskiwania lepszych zbiorów, opadów deszczu o właściwej

porze roku i słonecznej pogody powodującej dojrzewanie kukury-

dzy." [17]

Niestety to powierzchowne mniemanie stało się bardzo popularne

w literaturze fachowej. Jego przedstawiciele sami się w istocie otumania ;

ją twierdząc, że dla wszystkiego istnieje tylko jedno oczywiste

rozwiązanie. Ponieważ nie cierpią zagadek, więcje negują. Nie zwracają

uwagi na podobieństwa w legendach ludów, które żyły - lub żyją

- w bardzo odległych zakątkach kuli ziemskiej. Specjaliści wiedzą

o tych powiązaniach, zwlekają jednak z wyciągnięciem narzucających

się wniosków. Wprawdzie bogom Majów tak samo jak bogom z eposu

o Gilgameszu zakręcił w nosie miły zapach ognia ofiarnego, ale nasi

eksperci mają chroniczny katar - nie czują pisma nosem. W sytuacjach

podbramkowych do udzielenia pierwszej pomocy wzywa się psycho-

logów. Ci wiedzą, jak wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji: plotą trzy po

trzy. Efektem jest obowiązujący stan akademickiej wiedzy. Basta.

Z wizytą u Białego Niedźwiedzia, Indianina

z prastarego rodu Majów


Na szczęście żyją jeszcze Indianie, którzy zachowali tradycje swojego

ludu. Można ich zapytać, jak należy rozumieć legendy ich przodków.

Piętnaście lat temu odwiedziłem Białego Niedźwiedzia, jednego

z najważniejszych Indian Hopi, którzy mieszkają w rezerwacie w stanie

Arizona. Pojechał tam również mój przyjaciel, Joseph F. Blumrich,

wówczas jeszcze kierownik Wydziału Konstrukcji NASA w Huntsville.

Nasz pierwszy, tygodniowy pobyt w rezerwacie skłonił Blumricha do

podjęcia dziesięcioletnich studiów, których rezultaty przedstawił w

książce Kasskara i siedem światów [18] - praca ta powinna stać się

obowiązkową lekturą badaczy zajmujących się problematyką mitów.

Biały Niedźwiedź to mądry, osiemdziesięcioletni starzec, należący do

szczepu Kojotów i będący członkiem sądu plemiennego Indian Hopi.

Zaprowadził nas wtedy do kotliny - chronionej przez Indian przed

ciekawością białych - i pokazał rysunki oraz ryty naskalne, które

dokumentują historię jego ludu, liczącą wiele tysięcy lat. Biały Nie-

dźwiedź mówi wyważonymi zdaniami, lekka nieufność daje się słyszeć

w jego głosie tylko wówczas, gdy zadaje mu się pytania. Wyraźna jest

również gorycz wobec białych, którzy sprowadzili tak wiele nieszczęść

na jego lud. Przez wiele lat Blumrich zdobywał nieograniczone zaufanie

Indianina. Czerwonoskóry i Blada Twarz zasiadali przed mikrofonem,

taśma utrwalała opowieść Białego Niedźwiedzia o historii jego ludu,

która należy do prehistorii Majów. Po fragmentach ze starożytnych

kronik będziemy mieć teraz do czynienia z "żywym" przekazem

o niezwykłej wartości.

Przed rozpoczęciem relacji Biały Niedźwiedź zapewnił, że nadszedł

czas opowiedzieć, kim są Indianie Hopi i dlaczego osiedlili się tu, gdzie

żyją po dziś dzień:

"Kiedy będę ci opowiadał naszą historię, musisz pomyśleć o tym, że

czas nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia. Dziś czas jest czymś ważnym,

czas wszystko komplikuje, czas staje się przeszkodą. Ale w historii

mojego ludu czas nie był istotny, był równie mało ważny jak dla

samych stwórców. "

Podobnie jak podania Majów i Azteków, także historia Indian Hopi

wymienia cztery epoki. Czasy, w jakich żyjemy obecnie, to epoka

czwarta. Przed tysiącami lat przodkowie Indian Hopi mieszkali na

kontynencie w rejonie Oceanu Spokojnego, kontynent ów zwał się

Kasskara. Potem wybuchła międzykontynentalna wojna. W tej epoce

Kasskara zaczęła pogrążać się w oceanie, nie był to jednak - tak jak

w Biblii - czterdziestodniowy potop, lecz zapadanie się kontynentu.

W końcu nad wodę wystawały tylko najwyżej położone części lądu

- dziś jest to kilka wysp mórz południowych. Indianie Hopi zostali

zmuszeni do odwrotu. W ucieczce pomagali im Kaczynowie. Biały

Niedźwiedź wyjaśnia, że słowo "Kaczynowie" znaczy tyle co "dostojni

i poważani wtajemniczeni", elita, z którąjego lud miał zawsze kontakt.

Kaczynowie, którzy co pewien czas odwiedzali Ziemię, byli istotami

cielesnymi, pochodzącymi z planety Toonaotekha oddalonej od Układu

Słonecznego.

Kaczynowie znali trzy kategorie wtajemniczonych - byli to twórcy,

nauczyciele i strażnicy praw.

Już w przypadku pierwszej grupy widać zgodność z innymi legen-

dami. Hopi twierdzą, że także Kaczynowie-twórcy produkowali w ta-

jemniczy sposób różnych ludzi.

Mistyka takich narodzin jest dla Białego Niedźwiedzia jasna: "Choć

zabrzmi to dziwnie. nigdy nie dochodziło do obcowania, nie było

stosunków płcivwych, lecz wybrane kobiety zachodziły w ciążę." To

samo stwierdzenie znajdujemy w Popol Vuh [7]. Pierwsi ludzie zostali

poczęci "bez udziału ojca. [...] Jedynie mocą nadprzyrodzoną, za sprawą

czarów zostali stworzeni i utworzeni [..]". W Popol Vuh możemy

również znaleźć informację, że pośród stworzonych byli mężowie,

których mądrość była wielka. Biały Niedźwiedź nie czytał wprawdzie

Popo! Vuh, ale wie z legend Indian Hopi: "Istnieli cudowni, potężni

mężowie, gotowi zawsze do niesienia pomocy, nigdy zaś do niszczenia".

Aztecka legenda [17] podaje - niemal w formie protokołu z doświad-

czenia laboratoryjnego - że książę-kapłan Quetzalcoatl był produk-

tem sztucznego zapłodnienia: Kiedy bogini Coatlicue, "ta z wężową

spódnicą", czyściła podłogę, została trafiona małą puchową piłką, którą

następnie ukryła pod spódnicą. Potemjej szukała, lecz piłeczka zniknęła

- jeszcze później bogini poczuła, że jest w ciąży. Synem, którego

zrodziła "ta w wężowej spódnicy", był właśnie Quetzalcoatl, "pierzasty

wąż". Inna legenda opowiadająca o tym zdarzeniu twierdzi, że boginu

zaszła w ciążę za sprawą ptasiego piórka, jeszcze inna, że za sprawą

kamienia szlachetnego - w akcie tym jednak na pewno nie brał udziału

mężczyzna. Szczególny przypadek emancypacji totalnej.

Powietrzna emigracja


Biały Niedźwiedź opowiada, jak Kaczynowie pomagali jego ludowi

w exodusie. Zastosowano trzy metody ewakuacji. Na "latających

tarczach", czyli niebiańskich pojazdach bogów, wywieziono z niebez-

piecznej strefy elity społeczne, które miały przygotować nowy kraj

- Amerykę Południową - na przyjęcie kolejnych fal emigrantów. Do

transportu masowego używano "wielkich ptaków" oraz statków, łodzi

i kanu najróżniejszej wielkości.

Biał Niedźwiedź nie potrafi niestety na podstawie legend opisać, jak

z techycznego punktu widzenia wyglądały "latające tarcze", twierdzi

tylko, że kształtem przypominały podobno połówkę dyni. Niepojęte

pojazdy niebieskie, o których mówi legenda, było widać - świadczą

o tym rysunki naskalne w Oraibi, najstarszej osadzie Indian Hopi

w Arizonie. Jeden z nich ukazuje kobietę siedzącą w środku tarczy,

której brzegi są wygięte ku górze - pod spodem wyryto pierzastą

strzałę. Biały Niedźwiedź tłumaczy, że strzała symbolizuje "latanie"

i "prędkość". Przypomnijmy sobie, że w starożytnym Egipcie też można

podziwiać bardzo podobne rysunki "latających tarcz" - tam jednak

określa się je mianem "niebiańskich barek". Na tak zwanym astro-

nomicznym stropie komory grobowej architekta Senenmuta w Deir

el-Bahari, w świątyni grobowej Ramzesa II w Tabach Zachodnich

(dzisiejszy Luksor) i na astronomicznym fryzie świątyni w Edfu [19]

turyści mogą zobaczyć całe eskadry niebiańskich statków.

Mity stosują określenia zrozumiałe dla danej epoki i rejonu geo-

graficznego. Biały Niedźwiedź mówi o połówce dyni, przekazy [20]

z archipelagu Wysp Towarzystwa na Oceanie Spokojnym używają

natomiast nazwy "muszle" - w muszlach bogowie przylecieli z "czerni

Wszechświata". Według legend z Kiribati [21], grupy wysp Mikronezji,

prabóg Nareau lata w łupinie orzecha kokasowego, a Makemake, "bóg

mieszkańców przestworzy" [4], na Wyspę Wielkanocną, najbardziej

wschodnią część Polinezji, przybył w skorupiejaja. Biały Niedźwiedź nie

różni się więc od innych, gdy twierdzi, że przedmiot latający w powietrzu

miał kształt połówki dyni.

Biały Niedźwiedź opowiada, że kolejną grupę mieszkańców Kasskary

ewakuowano "na grzbietach wielkich ptaków". I ta alegoria ma swoje

odpowiedniki - najbardziej plastyczne znajdziemy w mitologii indyjs-

kiej, wedle której po niebie pędzi Garuda. "Garuda" znaczy skrzydło.

Garuda jest księciem ptaków, a zarazem wierzchowcem boga Wisznu,

co z kolei znaczy "ten, który przenika". Temu dziwnemu ptakowi,

którego przedstawiano jako istotę o ciele człowieka a skrzydłach orła,

przypisuje się szczególne zdolności - podobno był nadzwyczaj in-

teligentny, potrafił działać samodzielnie, prowadził wojny, zwyciężał

w bitwach. Ciało miał barwy czerwonej, twarz białej, jego skrzydła zaś

lśniły złoto na tle nieba. Drżała ziemia, gdy książę ptaków zamaehał

skrzydłami.

Trzecia, najliczniejsza grupa uciekinierów z Kasskary dotarła do

Ameryki Południowej na statkach i niewielkich łodziach. I w tej

masowej ewakuacji brali udział bogowie. Kaczynowie, prowadzili

konwój statków i łodzi od wyspy do wyspy, nie pozwalając mu zboczyć

z kursu. W tamtych czasach nie dysponowano przypuszczalnie radara-

mi, a zatem wszelkie wskazówki dotyczące kursu podawano z punktów

obserwacyjnych znajdujących się zapewne w przestworzach. Informacji

tej nie uda się nam wprawdzie znaleźć w legendach Białego Nie-

dźwiedzia, ale podpowiada mi ją zdrowy rozsądek.

Osiedlanie się Indian Hopi


Po przybyciu osiedleńców na miejsce rozpoczął się dla nich kolejny

etap historii. Indianie mnożyli się, rozwijali interesy plemienne, dzielili

się na szczepy. Niektóre grupy w trakcie wędrówki trwającej kilka

tysięcy lat przeszły z południa na północ. Wśród nich znalazły się

również szczepy Niedźwiedzi i Kojotów. Do tych ostatnich należy Biały

Niedźwiedź. Czy więc Indianie Hopi mogą się powoływać na to, że są

ogniwem łączącym teraźniejszość z przeszłością, liczącą sobie wiele

tysięcy lat? Biały Niedźwiedź zakreśla granice takich możliwości:

"Nie wszyscy ludzie, którzy przybyli do czwartego świata i zamiesz-

kali w Taotoóma, byli Indianami Hopi. Powiedzmy raczej, że wśród

tych ludzi znajdowali się nasi przodkowie. Spośród wielu, którzy

przybyli do Ameryki Południowej, mianem Hopi określano tylko

tych, którzy dotarli w końcu do Oraibi, a mianem tym określono ich

dopiero, kiedy zostali tam przyjęci."

W łonie wielkiego ludu Hopi powstawały nowe plemiona, które się

potem dzieliły. Plemiona te osiedlały się w wysokich górach i w pusz-

czach, wśród nich znaleźli się przodkowie Majów, Inków i Azteków.

Świadczy o tym niezbicie fakt, że z tymi legendami pokrywają się

w treści inne przekazy, na przykład staroindiańskie rysunki naskalne.

1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna