Erich von Daniken



Pobieranie 1.1 Mb.
Strona4/20
Data28.04.2016
Rozmiar1.1 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20

cykl.

Zupełną sensacją natomiast są schody hieroglifów o 63 stopniach,



które kiedyś prowadziły do świątyni leżącej dziś w gruzach. Stopnie

o szerokości 10 m są zdobione reliefami. Wizerunki grup siedzących

ludzi przeplatają się z inskrypcjami kalendarzowymi i 2500 hieroglifami

-jest to najdłuższa inskrypcja Majów i większajej część wciąż czeka na

odcyfrowanie. Kiedy znaleźliśmy się u stóp piramidy schodkowej, Tony

zwrócił nam uwagę na kamień ofiarny, na którym przedstawiono

szesnastu kapłanów-astronomów, mających na głowach turbany i sie-

dzących w kucki na sposób wschodni, a zajętych dwustusześćdziesięcio-

dniowym kalendarzem rytualnym.

W odróżnieniu od Tikal Copan, leżące w trzynastokilometrowej

dolinie Motagua, wzniesiono bezpośrednio nad rzeką o tej samej

nazwie. Mimo to jednak Majowie zbudowali tu jeszcze kanały i zbior-

niki na wodę! System irygacyjny mający parę tysięcy kilometrów udało

się odkryć dopiero dzięki zastosowaniu nowoczesnej metody rozpoz-

nania radarowego.

Od dawna było wiadomo, że Majowie budowali kanały, nikt jednak

nie zadał sobie trudu dokładnego zbadania któregoś z nich. Dopiero

w 1975 roku amerykańscy naukowcy wpadli na pomysł zastosowania do

tego radaru. [3] Chcieli się dowiedzieć, czy pod nieprzeniknioną

roślinnością dżungli nie kryją się jeszcze inne miasta Majów. Patrick

Culbert i Richard E.W. Adams, archeolodzy z Uniwersytetu Stanowego

Arizona, poprosili o pomoc NASA. W 1977 r. dostali do dyspozycji

specjalny radar "Galilaeo II", skonstruowany do badania powierzchni

Wenuś.


"Galilaeo II" emitował fale radarowe z samolotu nie tylko pionowo

w dół wysyłał także sygnały i odbierał ich odbicia do 75o na prawo od

samolotu. W październiku 1977 r. w czasie dwuipółgodzinnego lotu

sporządzono radarową inwentaryzację kartografczną ponad 20 tys.

km2. W lalach 1979 i 1980 odbyły się kolejne loty z zastosowaniem

jeszcze nowocześniejszej techniki.

Badacze znaleźli to, czego szukali - skupiska kamieni i ruiny

- wszystkie charakterystyczne punkty były ze sobą połączone "delikat-

nymi" łukowatymi liniami. Można powiedzieć, że odkrycie sieci kana-

łów było produktem ubocznym właściwego przedsięwzięcia.

Lubię te nieuniknione pytania: Kto zlecił budowę? Kto sporządził

plany? Skąd przybyły całe masy ludzi, aby zbudować jednocześnie

pałace, świątynie, piramidy, drogi i kanały? Skąd wzięli się rolnicy,

żywiący armię robotników i ich rodziny? Kto uznaje to za oczywistość,

powinien się przynajmniej zdziwić osiągnięciami tego ludu epoki

kamiennej.

W jaskrawożółtym świetle wieczoru polecieliśmy z powrotem. Budo-

wle i drzewa rzucały wydłużone cienie, nawet ludzie nie mogli się ukryć

przed oślepiającym reflektorem nisko stojącego słońca.

Zdumiewające Xochicalco


Na mapie Meksyku, liczącego 2 mln km2 (Szwajcaria ma 41 tys. km2,

RFN - 356 km2), Xochicalco nie wygląda nawet jak ślad po szpilce, jest

jednak zdumiewające. Brakowało mi go do kolekcji.

Już sama podróż ze stolicy Meksyku na południe - przez piniowe

lasy, przez porośnięte ciernistymi krzewami stepy pełne kaktusów,

hibiskusów i bougainville'ów, wszystkie gatunki orchidei rosnące na

zboczach przy drodze, biegnącej przez 2800 km cały czas pod górę, jest

niczym sen o wspaniałościach naszego pięknego świata. O wąskiej,

subtropikalnej dolinie Cuernevaca, przez którąjechaliśmy, Meksykanie

mówią, że zawsze było tu niebo na ziemi - klimat łagodny, ziemia

urodzajna, ludzie zaś (właśnie dlatego) mili i spokojni. Cały czas można

jechać według drogowskazów, na których umieszczOno piktogramy

zachęcające do zwiedzenia wszelkich możliwych atrakcji: stalaktyto-

wych jaskiń w Cacahuamilpa, siedmiu jezior na zalesionym zboczu

Zempoala - ciągle widać też piktogramy kierujące do piramid

schodkowych.

Na wysokości 1500 m drogowskaz pokazuje, jak dojechać do piramid

w Xochicalco, leżącego w łańcuchu górskim Ajusco. Budowniczowie

obcięli szczyt góry i wyrównali go dla swoich celów. Nie wiadomo, kiedy

to się stało. Dokumenty mówią tylko, że w IX w. po Chr. istniała tu

najważniejsza twierdza Mezoameryki. Jest to informacja raczej skrom-

na, bo o stulecia wcześniej powstało tu astronomiczne centrum oraz

zadziwiające obserwatorium. Jak brzmiała pierwotna nazwa Xochical-

co? Kto to wie? W jezyku nahuatl xochicalco znaczy "miejsce domu

[Język z rodziny uto-azteckiej, używany w środkowym i południowym Meksyku.]

kwiatów". Określenie to ma rację bytu - w odróżnieniu od innych, dość

swobodnych nazw. Wystarczy rozejrzeć się po okolicy.

Dotychczasowe prace wykopaliskowe pozwoliły tylko na odsłonięcie

niewielkiej części kompleksu zabytków. Dominują w nim główna

piramida La Malinche, pałac oraz położony nieco niżej plac do rytualnej

gry w piłkę (69 x 9 m), nienagannie zniwelowany przez budowniczych.

Wszystkie odkopane dotąd obiekty znajdują się na terenie o wymiarach

1300 x 700 m2 i są zorientowane w kierunku północ-południe. Dwie

piramidy, które stoją naprzeciw siebie jak lustrzane odbicia, świad-

czą o tym, że w trakcie ich budowy korzystano z rad astronomów:

w dniu równonocy promienie słońca padają wzdłuż linii łączącej środki

piramid.

Na prawie kwadratowej powierzchni (18,6 x 21 m) stoi La Malinche

- piramida zorientowana według stron świata. Od zachodniej strony

czternastostopniowe schody o szerokości 9,6 m prowadzą na szczyt tego

monumentu o wysokości 16,6 m. Na ścianach znajdują się reliefy

przedstawiające jakoby wizerunki ośmiu uskrzydlonych węży. Jeśli

jednak przyjrzeć się dokładniej, okaże się, że przypominają one raczej

latające smoki, których ciała przylegają do ścian budowli. (Głowy tych

potworów można by równie dobrze wkomponować w dekoracje

świątyni Nieba w Pekinie!) Pośród węży-smoków widać siedzące

w stosownej odległości ludzkie postacie ze skrzyżowanymi nogami

i o spiętrzonych fryzurach. Postacie te są ubrane zbytkownie i ob-

wieszone kosztownościami. Oczywiście znajdują się tu całe cykle nie

odczytanych dotąd hieroglifów. Reliefy wyryto w płytach andezytu,

przyciętych i ułożonych tak dokładnie, że do budowy nie było trzeba

zaprawy murarskiej. Kiedyś piramida Iśniła wszystkimi barwami tęczy,

o czym świadczą znalezione na niej resztki farb.

Największa jednak atrakcja Xochicalco znajduje się pod ziemią.

W skałach wykuto chodniki - w ich sklepieniach są otwory skierowane

na gwiazdy. Tunele tworzą podziemne obserwatorium astronomiczne,

które ma tylko jedno miejsce do prowadzenia właściwych obserwacji.

Dziwne obserwatorium.

Jeden z chodników wykuto w skale na głębokości 8,5 m, pod nim zaś

Wydrążono pomieszczenie z bocznym wyjściem. W środku pomiesz-

czenia wykonano niewielki szyb. Szyb ten, w przekroju o kształcie

sześciokąta, biegnie odchylając się nieco od pionu ku powierzchni ziemi.

Kiedy w południe 21 czerwca słońce stanie nad szybem, w podziemnym

pomieszczeniu rozpoczyna się czarodziejskie widowisko. Ponieważ nie

udało mi się przybyć tego dnia do Xochicalco, przytoczę opis zjawiska

pióra meksykańskiego inżyniera Gerardo Leveta:

"Pomijając słaby poblask padający kolistą plamą na podłogę,

w skalnym pomieszczeniu jest ciemno choć oko wykol. Ze zbliżaniem

się południa do pomieszczenia wkraczają Indianie trzymający zapalo-

ne świece. Amulety i pojemniki z wodą, które przynieśli, stawiają

w środku w oczekiwaniu na boskie światło, które ma je przeniknąć.

Słońce wznosi się powoli, jego promienie z wolna wnikają przez szyb.

Wszystko zaczyna się dokładnie o 12:30. Jakby po omacku, jakby

szukając właściwej drogi, promienie prześlizgują się wzdłuż ścian

szybu, struga światła rozszerza się, a w końcu wypełnia szyb

i rozświetla oślepiającym blaskiem całe pomieszczenie. Kaskady

światła wystrzelają z podłogi na wszystkie strony niczym promienie

lasera. Nie wiem, nikt nie potrafi wytłumaczyć, na czym polega ten

efekt. Fascynujące widowisko trwa około 20 minut. Pomieszczenie

lśni przez ten czas niczym kryształ. Indianie patrzą w milczeniu ku

świetlnemu szybowi. Gdy blask słabnie, biorą amulety i pojemniki

z wodą i wynosząje bez słowa na zewnątrz. Potem zaczynają się śmiać

i tańczyć swawolnie, dziękując w ten sposób swojemu bogu."

Co to za cud? Kto wymyślił to niesamowite widowisko świetlne? Kto

wyliczył takie nachylenie szybu, aby promienie słońca wpadały weń

dokładnie 21 czerwca o 12:30? Kto sprawił, że zastosowano wszelkie

środki dla zrealizowania widowiska, które Majom - w zmodyfikowa-

nej formie - i tak byłó znane? Żyli oni przecież w ciemnych pomiesz-

czeniach z oknami przypominającymi otwory strzelnicze - tak czy i

owak mogli więc obserwować grę promieni słonecznych. Zamiast

udzielić odpowiedzi, można tylko spekulować. Czy kiedyś w podziem-

nym pomieszczeniu ukrywano figurę boską, dysponującą cudownym

lustrem? Czy astronomowie skonstruowali sześciokątny szyb jako

wskazówkę, że tęcza zawiera sześć barw widmowych? Czy na dole

obrabiano materiał widzialny tylko w świetle spolaryzowanym? Może

podczas prac archeologicznych usunięto nierozważnie jakiś kamień

o fluorescencyjnych własnościach, kamień, któremu starożytni przypi-

sywali cudowną moc?

John Stephens i Frederick Catherwood w drugim tomie swojego

słynnego dzieła opisują dziwne zdarzenie - sięgają przy tym do relacji

hiszpańskiego kronikarza Franciska Antonia de Fuentesa, powstałej

140 lat wcześniej, czyli około 1'700 roku. Fuentes opisuje swoją wizytę

w starożytnym mieście Majów, nazywanym Patinamit, ośrodku Indian

Cakchiquelów:

"Na zachodzie wznosi się nad miastem pagórek, na pagórku zaś

niewielka, okrągła budowla o wysokości około1I,8 m. W środku

budowli stoi cokół ze lśniącej substancji, wyglądającej jak szkło, nie

wiadomo jednak, czym jest naprawdę. Wokół budowli zasiadają

sędziowie i wydają wyroki, przy czym wyroki te są wykonywane

natychmiast. Zanim jednak wyrok zostanie wykonany, musi być

potwierdzony przez wyrocznię. W tym celu trzej sędziowie opuszczają

swoje miejsca i udają się w załom doliny. Tam znajduje się miejsce

wezwań z czarnym, przezroczystym kamieniem, na którego powierz-

chni pojawia się bóstwo i potwierdza wyrok. Jeśli zjawa się nie ukaże,

skazany jest natychmiast uwalniany. Ten sam kamień jest też

proszony o radę, gdy chodzi o rozpoczęcie wojny i zawarcie pokoju.

Później biskup Francisco Marroquin usłyszał o kamieniu i nakazał

rozbić go na kawałki. Z największego zrobiono płytę ołtarza kościoła

w Tepcan Guatimala. Kamień jest wspaniałością jedyną w swoim

rodzaju, długośćjego boku wynosi 1,35 metra." [4]

Kiedy Stephens i Catherwood zapragnęli w trakcie podróży badaw-

czych po dawnych terytoriach Majów obejrzeć kamień wyroczni, nie

było gojuż w kościele w Tepcan Guatimala. Miejscowy ksiądz twierdził,

że posiada tylko fragment świętego kamienia - w końcu wydobył

z czeluści jakiegoś worka kawałek zwykłego łupka!

Czy w trakcie opisywania kamienia wyroczni de Fuentesa poniosła

fantazja, czy może ksiądz wyciągnął z worka przypadkowy kamyk, bo

bał się pokazać prawdziwy... albo go już nie miał?

Pamiętając o zdolnościach inscenizacyjnych kapłanów, można sobie

wyobrazić, że włączyli oni świetlny "cud" z 21 czerwca do swoich

rytuałów. Byłoby to przynajmniej częściowe wyjaśnienie problemu, nie

wyjaśnia ono jednak do końca fenomenu podziemnego obserwatorium.

Jedno nie ulega wątpliwości: jest to dowód na ogrom wiedzy astro-

nomicznej budowniczych.

Czterej latający Indianie z El Tajin
Od dawna interesowali mnie voladores, latający Indianie, ale nigdy nie

udało mi się ich zobaczyć w E1 Tajin. Miałem wprawdzie podobną

okazję w Acapulco, lecz tam ludowy zwyczaj przeobraził się w widowis-

ko dla turystów. Teraz moje pragnienie miało się spełnić.

O czwartej po południu samolot towarzystwa "Mexicana", na

którego pokładzie znajdowali się: Ralf, zachodnioniemiecki dziennikarz

Helmut i ja, wylądował w Veracruz, pierwszej osadzie zbudowanej

w Meksyku przez Hiszpanów w 1519 roku, a dziś najważniejszym

mieście portowym tego kraju. Teraz już od trzech godzin jechaliśmy

samochodem przez plantacje bananów i owoców cytrusowych, ciągnące

się wzdłuż wybrzeży Zatoki Meksykańskiej - trzeba było wreszcie

poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.

Trafiliśmy do miasteczka Tecolutla. Obchodzono tu właśnie fiesta

mexicana. Ulicami przeciągały orkiestry. Muzyka była rytmiczna,

tańczono swawolnie, jak to w tych rejonach świata. Tłum tworzył mury

nie do przebycia. Wszystkie lepsze hotele były zapełnione, miejsce

znaleźliśmy w "Mar y Sol", czyli "Morze i Słońce", hotelu drugiej

kategorii, który czasy świetności miał już za sobą. Pokoje były duże,

nawet czyste, ale na tym koniec. Nie funkcjonowało nic. Odrętwiający

upał był nie do zniesienia. W końcu uciekliśmy do ogródka hotelowej

restauracji.

Po chwili do naszego stolika przysiadł się miły starszy pan. Za-

stanawiałem się, jak on to może wytrzymać, bo był nawet pod

krawatem. Prawdziwy dżentelmen. Zaczęliśmy rozmawiać, zapytaliś-

my, dlaczego hotel jest w tak opłakanym stanie, choć pewnie pamięta

lepsze czasy. Starszy pan się uśmiechnął:

- Mam sześćdziesiąt cztery lata, jestem Meksykaninem z krwi

i kości. Mogę więc powiedzieć panom z czystym sumieniem: w tym kraju

nic się nie zmienia, nieważne, kto nami rządzi. Wiąże się to zarówno

z naszą mentalnością, jak i z klimatem. Meksyk to cudowny kraj. Mamy

ropę naftową, złoto, srebro, kamienie szlachetne, do tego wieikie ilości

uranu. Jesteśmy bogaci. Mamy pustynie, dżungle i wysokie góry.

Można u nas przeżyć straszliwe upały i ujrzeć wieczne lody. To kraj,

którego nie da się porównać z żadnym innym. Ale ma jedną wadę:

mieszka tu za dużo Meksykanów!

Starszy pan mrugnął do nas i z rozwagą zaczął doprawiać swoją

tequillę, wódkę z agawy - do szklanki wsypał szczyptę soli i dorzucił

parę kawałków cytryny. My piliśmy bardzo dobre, wytrawne, tanie

miejscowe wino.

- Ale dlaczego tu nic nie działa? Lodówka w naszym pokoju nie

zepsuła się wczoraj, zagnieździły się w niej nawet pająki. To nie my

przepaliliśmy żarówkę w łazience, aja byłem chyba w sześciu drogeriacli

i w żadnej nie dostałem pasty do zębów...

Nasz rozmówca poprawił krawat i uśmiechnął się:

- Opowiem pewną historię, być może wówczas zrozumieją panowie

lepiej naszą mentalność: Pociąg kursujący na trasie Villahermo-

sa-Campeche spóźnia się zawsze, co dzień - nikomu to już nie

przeszkadza. Meksykanie, biali i Indianie siedzą cierpliwie na peronie,

gadają, palą, piją tequillg, po raz któryś żegnają się z rodzinami. Ale

pewnego dnia zdarzył się cud: pociąg przyjechał do Campeche o dwie

godziny za wcześnie. Wszyscy biegali zdenerwowani: gdzie moja żona,

gdzie moje dzieci, gdzie moje walizki? Potem okazało się, że to pociąg

wczorajszy!

Helmut, dziennikarz i fotograf, uparł się, żeby zdjęcia El Tajin zrobić

o wschodzie słońca, wyruszyliśmy więc w drogę jeszcze w nocy, o piątej

rano. Brzask rozświetlił niebo, gdy dotarliśmy do obszaru archeologicz-

nego El Tajin. Dumni, że udało nam się przybyć tak wcześnie, mieliśmy

już przemaszerować przez żelazną bramę, ale zatrzymał nas strażnik,

który z uporem maniaka twierdził, że zwiedzać można dopiero od

dziewiątej. Zawiodły wszelkie próby przemówienia mu do rozumu, nie

udała się nawet skuteczna zwykle próba przekupstwa. Cóż było robić?

Wciągnęliśmy strażnika w rozmowę, a Helmut prześliznął się za jego

plecami. El Tajin zostało sfotografowane tuż po wschodzie słońca. My

weszliśmy tam dopiero z wybiciem dziewiątej.

Nie znoszę stereotypów, nic jednak nie mogę poradzić, że znów nie

wiadomo, kto zbudował El Tajin. Na brak spekulacji nie można

narzekać, pewne jest jednak tylko to, że mieszkańcy El Tajin musieli

mieć kontakty z kulturą Majów i z kulturą Teotihuacan. Nazwa

miejscowości pochodzi od nazwy wielkiej piramidy niszowej, zwanej-

Tajin. Tak nazwali ją Totonakowie, indiański lud mieszkający nad

Zatoką Meksykańską i mówiący własnym językiem. Tajin znaczy tyle,

co "błyskawica", niekiedy przekłada się również jako "grzmot"

i "dym",

W El Tajin są dwa place do obrzędowej gry w piłkę, jeden luksusowy

- na otaczających go murach pełno wspaniałych reliefów. Ale najwięk-

szą atrakcją El Tajin jest niezwykła, siedmiostopniowa piramida

o wysokości 25 m i podstawie 35x35 m, mająca 365 nisz oraz strome

schody prowadzące na szczyt. Podobno każda nisza odpowiada jed-

nemu dniu roku, a każdy dzień jest poświęcony innemu bóstwu.

Piramidę wzniesiono na pozostałościach znacznie starszej, nieznanej

budowli. Świątynię na szczycie ozdobiono wizerunkami pierzastego

węża. Zależnie od położenia Słońca na niebie nisze wypełniają krótkie

bądź długie cienie, w południe lśnią musztardowo, wieczorem odbijają

czerwień zachodu.

Znamy dopiero jedną dziesiątą (!) hogactw El Tajin, ale już wiadomo,

że dżungla kryje jeszcze ponad sto budynków. Totonakowie, lud

mieszkający w tym rejonie do dziś, twierdzą, że El Tajin zbudowali ich

przodkowie. To błąd. El Tajin istniało, nim pojawili się Totonakowie.

Staliśmy na stopniach piramidy, gdy ten sam strażnik, który tak

surowo postąpił z nami dzisiejszego ranka, a któremu zdradziliśmy

później cel naszego przybycia, zawołał:

- Los voladores, seńores! - Po czym zaprowadził nas do latających

Indian.

W środku kręgu stał stalowy maszt o wysokości około 50 m. Po chwili



podeszło do niego pięciu Indian - mieli na sobie białe koszule

fantazyjne nakrycia głowy i czerwone spodnie wyszywane u dołu

w kolorowe wzory. Czterech przyłożyło do warg niewielkie flety

i zaintonowało monotonną melodię, której towarzyszyło rytmiezne

bicie w bębenek. To wznosząc, to spuszczając głowy wprowadzali się

tańcem w ekstazę - przytupywali do taktu, po chwili ich ruchy jakby

zesztywniały... instrumenty zamilkły, Indianie stanęli w kręgu i skłonili

się nisko.

Odprężeni podchodzili do masztu i wspinali się na samą górę, gdzie

była umocowana niewielka ażurowa platforma. Gdy dotarli do celu,

każdy przywiązał sobie do kostki prawej nogi linę. Potem na szczyt

wszedł piąty Indianin i znów zaczął wygrywać melodię na niewielkim

flecie, kołysząc się przy tym w tańcu - obracał się, przytupywał prawie

niepostrzeżenie do taktu melodii granej już na wstępie. Potem wziął ton,

który był chyba sygnałem do rozpoczęcia widowiska: czterej Indianie

rzucili się w dół. Było to jednak spadanie powolne, bo liny, które mieli

przywiązane do kostek, owinięto przedtem wokół masztu tak, że

odwijały się w trakcie opadania voladores. Z rękoma rozpostartymi

jakby do lotu wielkim łukiem okrążyli maszt 13 razy, co miało swoją

symbolikę. Każdy z czterech Indian okrążył maszt 13 razy, co w sumie

dawało 52 obroty - cykl kalendarza Majów zamyka się liczbą 52! Co 52

lata Indianie z lękiem oczekiwali powrotu bogów, co 52 lata obser-

wowali z uwagą cztery strony nieba. Czterej odważni Indianie zaś

uosabiali, symbolizowali niejako owo mityczne zdarzenie.

Majowie to dziwny lud. Kim byli naprawdę? Kim byli ich przod-

kowie? Kim ich bogowie? Cokolwiek powiedziano dotychczas na ich

temat, to i tak: "Nie ma prawd bezspornych, a gdyby nawet były, byłyby

nudne"- napisał Theodor Fontane (1819-1898).

II. Początek końca

Prawda jest niczym niebo,

a domniemanie jak chmury.
Joseph Joubert (1754-1824)

Zachodnia premiera tlachtli odbyła się w pewien słoneczny, upalny

jesienny dzień 1528 r. na hiszpańskim dworze w Granadzie.

Pomysłowy i triumfujący szczęściarz Hernan Cortes poza kosztow-

nościami przywiózł z Meksyku cesarzowi Karolowi V (1519-1556)

dla rozrywki drużynę azteckich graczy w piłkę. Miała ona teraz

zaprezentować dworskiemu towarzystwu swoje nadzwyczajne umiejęt-

ności. Gra toczyła się na otoczonym murem prostokątnym podwórcu

o wymiarach 40 x 15 m. Na górze zasiadły cesarskie wysokości wraz

z orszakiem. Wszyscy byli już nieco znudzeni codziennymi atrakcjami

dość pośledniej miary. Wkrótce jednak mężczyzni umilkli, damy zaś

złożyły na kolanach wachlarze z kości słoniowej. To, co działo się na

placu gry, zaparło wszystkim dech w piersi. Czegoś takiego nie widziano

jeszcze w Starym Świecie.

Doskonale wyćwiczeni Indianie grali pięciofuntową elastyczną kulą

zrobioną z dziwnego materiału, który nazywali gumą. Gra toczyła się

według surowych reguł: wielkiej piłki nie wolno było dotknąć ani głową,

ani stopami, nie mogła ona też upaść na ziemię - tym bardziej leżeć na

niej choćby przez chwilę. Piłkę utrzymywano w powietrzu szybkimi

i zręcznymi uderzeniami bioder, łokci i kolan. Indianie rzucali się ku niej

szczupakiem, podbijając ją dalej to biodrami, to barkami, to ramiona-

mi. Przegrywała drużyna, której nie udało się przeprowadzić piłki na

połowę przeciwnika. Punktem kulminacyjnym, a zarazem celem gry

było przerzucenie gumowej kuli przez kamienny pierścień umieszczony

na pewnej wysokości w murze znajdującym się w środku boiska. Była to

mordercza gra! Rozbijano sobie nosy, a kości pękały z tak nieprzyjem-

nym trzaskiem, że kilka wytwornych dam pobladłszy osunęło się

w ramiona służby. "Niektóryeh graczy znoszono z boiska martwych"

- napisałjeden z Hiszpanów, który był naocznym świadkiem widowis-

ka - "bądź też odnieśli oni w trakcie gry ciężkie rany kolan i ud". [1]

Tlachtli, którą zaprezentowano w Europie jako nowość, liczyła już

sobie tysiące lat - Aztekowie przejęli ją od Majów. Dla tych ostatnich

kula symbolizowała planety, wierzyli bowiem, że Wszechświat jest

świętym placem gry bogów, a planety piłkami. Również biskup Diego

de Landa, skrupulatny kronikarz owych czasów, pisał, że początkowo

graczami w tlachtli byli bogowie - dopiero gdy zniknęli, ich rolę przejęli

kapłani Majów. [2]

W świecie wyobrażeń Majów bogowie grali planetami! Wiedząc, że

taki właśnie był wzór, nie powinniśmy się dziwić, że w ziemskiej wersji

niebiańskiej gry walka toczyła się na śmierć i życie - kapitana

przegranej drużyny przeznaczano na ofiarę dla boga gry, Xolotla,

i żywcem wyrywano mu serce z piersi. Pozostali gracze, jeśli mieli

odrobinę szczęścia, zostawali niewolnikami, w zwyczaju było jednak, że

ich też składano w ofierze. Zwycięzców natomiast fetowano i czczono

w sposób nadzwyczaj uroczysty, obdarowując kosztownościami i dro-

gocennymi ubraniami. Z dawnych relacji wiadomo, że widzowie

obrzucali zwycięzców ziarnem kakaowym - można więc przypuszczać,

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna