Erich von Daniken



Pobieranie 1.1 Mb.
Strona5/20
Data28.04.2016
Rozmiar1.1 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20

że owoce te były znane z tropikalnych rejonów Ameryki oraz że były

towarem poszukiwanym. W każdym razie reguły tlachtli były równie

brutalne jak gry bogów planetami we Wszechświecie.

Cóż to jednak był za lud ci Majowie - budowali wspaniałe miasta,

piramidy i obserwatoria astronomiczne, lecz mimo tak wysokiego

poziomu kultury składali w trakcie gry ofiary z ludzi. Kim byli ich

bogowie, których planetarnego pingponga miała naśladować brutalna

tlachtli?

Nieszczęśliwe odkrycie


O mały włos genueński kapitan Cristóbal Colón, który przeszedł do

historii jako Krzysztof Kolumb (1451-1506), zostałby pierwszym

Europejczykiem, jaki nawiązał kontakt z Majami. W trakcie czwartej

ekspedycji, gdy latem 1502 roku żeglował wzdłuż północnych wybrzeży

dzisiejszego Hondurasu, jego ludzie zauważyli nieoczekiwanie w oddali

wielką łódź z indiańskimi kupcami. Wprawdzie Hiszpanów zdumiało

wyposażenie statku i jaskrawe stroje ciemnoskórej załogi, lecz Kolumb

nie pozwolił zmienić kursu dla dokładniejszego obejrzenia łodzi i po-

płynął dalej na wschód, na znane już sobie wody Karaibów. Majom

udało się uniknąć odkrycia.

Ale dziewięć lat później, w 1511 roku, nadszedł już na to czas. Kapitan

Pedro de Valdivia pożeglował z rozkazu Najjaśniejszego Pana od

Wybrzeży Panamy w kierunku Santo Domingo, żeby tamtejszemu

gubernatorowi przekazać tajny raport o intrygach Panamy oraz dar dla

króla - dwadzieścia tysięcy dukatów w złocie.

De Valdivia dowodził karawelą, typem statku, który sprawdził się

w ekspedycjach tego rodzaju. Karawela miała szeroki dziób, dość niską

wolną burtę i wysoki nawis rufowy. Na wysokości Jamajki karawela

Valdivii rostrzaskała się na rafe koralowej. Wśród 20 ludzi, którym

udało się dostać do łodzi ratunkowej, maleńkiej jak skorupka orzecha,

znajdował się też kapitan. Bez jedzenia i wody, z podartym żaglem

i połamanym sterem rozbitkowie zdryfowali do wschodnich wybrzeży

Jukatanu. W trakcie niezamierzonej podróży zmarło ośmiu ludzi,

których ciała rzucono rekinom na pożarcie. Na brzeg wyszło dwanaście

ludzkich szkieletów. O tym, co było potem, pisze biskup Diego de

Landa:


"Ci nieszczęśliwcy wpadli w ręce złego kacyka (wodza), który złożył

swoim bożkom w ofierze Valdivię oraz jego czterech ludzi, z ich ciał

zaś zgotował ucztę dla swego ludu. Przy życiu zachował Aguilara oraz

Guerrera (księdza i marynarza) oraz pięciu czy sześciu innych.

Zamierzał ich utuczyć. Rozhili oni jednak więzienie i udało im się

uciec do wodza innego plemienia, który był wrogiem pierwszego

wodza, do tego był bardziej miłosierny. Wprawdzie uczynił z nich

niewolników, lecz traktował bardzo przyjaźnie. Niestety wkrótce

zabrała ich choroba, tak że przy życiu pozostali jedynie Gerónimo de

Aguilar i Gonzalo Guerrero. Aguilar był dobrym chrześcijaninem

i miał przy sobie brewiarz, nie zapominał więc o dniach świąt [...]." [2]

Gerónimo de Aguilar, ksiądz, i Gonzalo Guerrero, marynarz, żyli na

wsshodnich wybrzeżach Jukatanu wśród Majów w pobliżu Tulńm,

w którym znajdowało się wiele pałaców i fortyfikacji. Hiszpanie

nauczyli się wkrótcejęzyka Majów, zdobyli ich zaufanie, wyniesiono ich

nawet do godności doradców miejscowego władcy.

Minęło osiem lat. Do portu na wyspie Cozumel zawinęło wiosną 1519

roku 10 statków pod dowództwem zdobywcy Meksyku, Hernana

Cortesa (1485-1547). Zaledwie Cortes znalazł się na wyspie, przyjaźnie

nastawieni łndianie poinformowali go, że na stałym lądzie więzieni są

dwaj brodaci hiszpańscy mężczyźni. Energiczny Cortes natychmiast

zaplanował ekspedycję zbrojną dla uwolnienia obu ziomków, później

jednak przychylił się do rady kapitanów swoich statków, którzy

uważali, że nieznane wody pełne raf i podwodnych skał są zbyt

niebezpieczne, żeby przeprowadzać na nich bez przygotowania takie

operacje.

Cortes napisał więc po hiszpańsku listy, w których prosił władców

o uwolnienie rodaków, miał bowiem zamiar włączyć ich do swojego

oddziału. Nie skłaniał go do tego altruizm: doskonale zdawał sobie

sprawę, jak przydatni dla jego podbojów byliby Hiszpanie, znający nie

tylko język, lecz również zwyczaje mieszkańców tych ziem, obce

hiszpańskiej kulturze.

Listy miał doręczyć pewien indiański szlachcic, którego szalupą

zawieziono na stały ląd i dano bezwartościowe szklane paciorki na

wykupienie Hiszpanów.

Ksiądz Gerónimo de Aguilar przybył na wezwanie i z oddaniem służył

Cortesowi jako tłumacz oraz informator.

Ale marynarz Gonzalo Guerrero już dawno przestał być niewol-

nikiem i przeniósł się do leżącego w pobliżu Tulńm miasta Chetumal.

Przyjął go tam gościnnie miejscowy książę, który oddał mu swoją córkę

za żonę.

Gonzalo zdecydowanie odrzucił ofertę Cortesa, bo już od dawna

myślał i czuł jak Majowie. Po za tym wiedział aż za dobrze, czego

naprawdę mogą się spodziewać jego nowi przyjaciele, kiedy Hiszpanie

rozpoczną już podbój pod znakiem krzyża. Odpisał więc bez zwłoki

Cortesowi:

"Jestem żonaty, mam troje dzieci, uczyniono mnie dowódcą wojsk.

Moją twarz pokrywa tatuaż, wargi mam poprzebijane na wylot,

w uszach noszę kolczyki. Cóż powiedzą Hiszpanie, gdy znajdę się

pośród nich..." [3]

Gonzalo Guerrero stał się najzacieklejszym wrogiem Hiszpanów.

Wezwał Majów do stawienia oporu, z rozpaczą próbował wyjaśnić

dobrodusznym Indianom prawdziwe zamiary białych intruzów. Przez

17 lat Gonzalo stawiał opór swoim rodakom, był pierwszym bojow-

nikiem ruchu oporu, pierwszym guerrillo w Ameryce Srodkowej.

Dopiero w 1536 roku na terenie dzisiejszego zachodniego Hondurasu

Hiszpanie zabili białego, brodatego mężczyznę, który jak szalony

walczył po stronie Majów. Ów biały człowiek był nagi, nosił kolczyki

oraz inne indiańskie ozdoby, jego ciało pokrywał tatuaż - był to

Gonzalo Guerrero.

Krzyż pretekstem, złoto celem
Dwa lata przed Cortesem, w lutym 1517 roku, admirał Francisco

Hernandez de Cordoba wyruszył z Santiago de Cuba dla zdobycia

niewolników - na pokładzie trzech statków było 110 marynarzy. Po

trzytygodniowej żegludze Hiszpanie spostrzegli miasto Ecab. Byli

wprawdzie pod wrażeniem wspaniałych świątyń i piramid, ale piękno

budowli Majów nie powstrzymało ich przed splądrowaniem i zruj-

nowaniem miasta na oczach osłupiałych mieszkańców pociskami swojej

potężnej broni - był to element hiszpańskiej strategu stosowanej

w trakcie "odkrywania" Ameryki Środkowej.

Po brutalnym zwycięstwie nad Ecab admirał Cordoba rozkazał

położyć statki na kurs do zachodnich wybrzeży zatoki Campeche.

Zebrały się tam tłumy Majów, którzy obcych przybyszy powitali

serdecznie jak dzieci i ugościli czym chata bogata.

Pobyt Hiszpanów był o tyle istotny, że szpiedzy admirała donieśli

prawie od razu, iż nieco dalej na południe leży na wybrzeżu wielkie

i bogate miasto Champotón. Champotón było ważnym centrum

Majów-Itza, książęcego rodu pozostającego pod wpływem kultury

tolteckiej, plemię to - podobnie jak Aztekowie - przywędrowało do

prekolumbijskiego Meksyku z północy.

Rezydent Champotónjednak był albo bardziej przebiegły od swojego

kolegi, burmistrza Ecab, albo podejrzliwy z natury... albo ostrzeżono go

przed Hiszpanami. Stutysięcznej armii Majów rozkazał przybyć do

portu i otoczyć przybyszy. O rzezi, jaka potem nastąpiła opowiada

biskup Diego de Landa:

"Aby nie wyjść na tchórza, Francisco Hernandez de Cordoba ustawił

swoich ludzi w szyku bojowym i kazał wypalić z dział okrętowych. Ale

mimo że Indianie nie znali huku, dymu i ognia wystrzałów, nie

przestali z wielkim wrzaskiem atakować Hiszpanów. Ci zaś w obronie

zadawali Indianom straszliwe rany i wielu zabili. Mimo to wódz nadal

zagrzewał Indian do walki tak, że wkrótce odparli oni atak Hisz-

panów, zabijając dwudziestu, raniąc pięćdziesięciu i biorąc dwóch do

niewoli. Francisco Hernandez de Cordoba odniósł trzydzieści trzy

rany i pobity zawrócił na Kubę [...]." [2]

W parę dni później admirał Cordoba zmarł z odniesionych ran

w swojej posiadłości na tropikalnej wyspie. Na łożu śmierci pokazał

przyjacielowi, gubernatorowi Kuby Diego Velazquezowi, posążek ze

złota oraz kilka przedmiotów kultowych przywiezionych z wyprawy

okupionej tak dotkliwymi stratami. Velazquez miał nosa typowego dla

hiszpańskich zdobywców - od razu podjął złoty trop.

Już wiosną 1518 roku wyposażył swojego bratanka, Juana de

Grijalvę, w ciężkozbrojny korpus ekspedycyjny. De Grijalva miał

w imieniu korony hiszpańskiej objąć w posiadanie obszary odkryte

przez zmarłego niedawno Cordobę.

Sterując nieco bardziej na południe de Grijalva dotarł 5 maja 1518

- w rok po wizycie Cordoby - do wyspy Cozumel. Ojcowie duchowni,

którzy zawsze towarzyszyli wyprawom, marzyli o tym, żeby szczęś-

liwych dotąd i przyjaźnie usposobionych Indian ochrzcić w imieniu

Jezusa Chrystusa. Ci jednak natychmiast umknęli przed okazywaną im

łaską na kontynent. Hiszpanie zaczęli podejrzewać, że tubylcy wycofali

się do któregoś z legendarnych złotych miast. Wytropienie uciekinierów

oznaczałoby odnalezienie złota. Żeglując wzdłuż wybrzeży Jukatanu de

Grijalva ijego ludzie ujrzeli ze zdumieniem miasto o białych świątyniach

i wieżach, równie potężnychjak budowle w ich rodzinnej Sewilli. Było to

Tulńm, wznoszący się na wysokiej nadmorskiej skale jeden z ośrodków

Majów, w którego sąsiedztwie mieszkali przez osiem lat de Aguilar

i Guerrero. Hiszpanie nie odważyli się zaatakować miasta. Potężne

fortyfkacje zdawały się nie do zdobycia.

Tulum było jednym z niewielu siedlisk Majów otoczonych z trzech

stron murami. Pozostałe miasta były otwarte - nie miały ani for-

tyfkacji, ani obwałowań. Tulńm było ośrodkiem szczególnym, zbudo-

wanym według planu: główne ulice przebiegały równolegle do siebie

z północy na południe. Swiątynie i inne budowle kultowe wznosiły się,

a często miały po kilka pięter, niczym białożółte latarnie morskie nad

błękitnymi wodami Morza Karaibskiego. Największą świętością była

świątynia uskrzydlonego boga zstępującego z nieba, boga, którego

nowoczesna archeologia zdegradowała do roli boga pszczół, zwanego

Ah Muzen Cab. Artystyczne wizerunki domniemanego boga pszczół,

znajdujące się na wielu budynkach, wcale nie ukazują pracowitego

zbieracza miodu - przedstawiają istotę o ludzkiej twarzy sfruwającą

z nieba. Istota ta, jak się zdaje, szybuje w dół. Ręce ma zgięte w łokciach

prawie pod kątem prostym - jakby trzymała wolant lub drążek

sterowy. Obute nogi opierają się na czymś podobnym do opierzo-

nych szczudeł opatrzonych pedałami. To, że ów tajemniczy boski

zbieracz miodu ma na sobie jakby dres a na głowie kask, dopełnia

zagadki.

Tulum, na którego widok de Grijalva skapitulował bez walki znaczy

podobno "twierdza", a za czasów Majów nazywało się jakoby Tzama

- Miasto Jutrzenki. Z Tulum wielokilometrowe drogi prowadzą do tak

znamienitych ośrodków kultury Majów jak Coba, Yaxuna i Chi-

chen-Itza.

Admirał Juan de Grijalva zląkł się miasta o tysiącletniej historu. To

pewne, bo na stelach oraz w świątyni Fresków odczytano hieroglify

kalendarzowe, świadczące o wieku Tulńm. De Grijalva powinien był

obejrzeć wspaniałe miasto - zwiedzić je, nie zdobywać.

Tymczasem pożeglował dalej na południe, przekonany, że Jukatan

jest wielką wyspą i że za jakiś czas wróci do punktu wyjścia. Skierował

flotę do zatoki, a że był właśnie dzień Wniebowstąpienia, nazwał ją

Ascensión - Zatoką Wniebowstąpienia! Nazywa się ona tak po dziś

dzień.

Nazwa Jukatan natomiast jest typowym przykładem nieporozumie-



nia językowego. Kiedy hiszpańscy łowcy niewolników za pomocą

gestów, min i hiszpańskich słów próbowali dowiedzieć się od indiańs-

kich rybaków, jak nazywa się ląd, na którym stanęli, Majowie

odpowiadali uprzejmie: "Ci-uthan!", co znaczyło: "Nie rozumiemy.

Co mówicie?" Hiszpanie zaś uznali pytanie za nazwę kraju. W ten

sposób Jukatan trafił do atlasów. Na szczęście ta nazwa jest nieco mniej

skomplikowana od rdzennego określenia półwyspu: Ulumil cuz yetel ceh

- Kraj Jeleni i Indyków. Zostańmy lepiej przy Jukatanie...

W końcu de Grijalva wydał flocie rozkaz okrążenia północnego cypla

Jukatanu i wylądował - jak rok przed nim Cordoba - w okolicach

Champotón. Poprzednio księciu rządzącemu miastem, który podjął

ofensywną walkę z Hiszpanami, udało się odeprzeć oddziały pod

dowództwem Cordoby. Teraz nie wiedział, że ludzie de Grijalvy

dysponują znacznie większą ilością jeszcze potężniejszej broni. Mimo

ciężkich strat Hiszpanie zajęli miasto. De Grijalva bawił tu krótko.

Przemożne pragnienie wcielenia do Królestwa Hiszpanii jakiejś wyspy

gnało go dalej na północ - bo wedle ówczesnej wiedzy wybrzeże miało

w końcu zakręcać na południe. Tak jednak nie było.

Na wysokości dzisiejszego Veracruz, w pobliżu płaskich wybrzeży

Zatoki Meksykańskiej de Grijalva rozkazał zawrócić. W okolicach

Pontochan marynarzom pozwolono odpocząć na lądzie. Tu Hiszpanie

spotkali tak przyjaźnie nastawionych i pogodnych Majów z plemienia

Chontal że nawet rębajły tak skore do bitki jak Grijalva nie potrafiły

znaleźć pretekstu do rozpoczęcia walki.

A jednak! Właśnie w okolicach Pontochan, w tej sielskiej okolicy,

rozpoczęła się przerażająca eksterminacja ludności imperiów Majów

i Azteków.

Apokalipsa


Nawet w odległym królestwie Azteków Montezuma II (ok.

1466-1520), najwyższy kapłan i wszechmocny władca dowiedział się,

że obce statki z białymi ludźmi przybyły "stamtąd, gdzie wschodzi

słońce. Montezuma i kapłani przypuszczali, że obcy są wysłannikami

boga Quetzalcoatla. Bardzo stare podanie Azteków i Majów mówiło, że

bóg wiatru, bóg księżyca i Gwiazdy Zarannej, bóg nauk, w pradawnych"

niepamiętnych czasach zniknął "na Wschodzie" "w Gwieździe Zaran-

nej" - powróci jednak stamtąd pewnego odległego dnia. Nastanie

wówczas szczęśliwa epoka. Czując bliską radość z obiecanego powrotu

boga, Montezuma posłał hiszpańskiemu admirałowi de Grijalvie kosz-

towne dary: perły, kamienie szlachetne, wspaniałe tkaniny - oraz złoto!

De Grijalva był równie uszczęśliwiony, co zdumiony. Nic dotychczas nie

słyszał o bogatym władcy Montezumie II. Hiszpanie nie domyślali się

nawet istnienia ogromnego królestwa Azteków. Majowie-Chontal

opowiadali z zachwytem o wielkim kraju na północy, gdzie znajdują się

góry złota. Przedstawiając tak barwnie królestwo Azteków, zauważyli

od razu, że Hiszpanie nastawiają ucha słysząc o bogactwach. Majowie

zwietrzyli w tym dla siebie szansę - mieli nadzieję wyjść z opresji cało.

Poza tym zazdrościli sąsiadom bogactwa.

Ich spekulacje wydały w końcu plony. De Grijalva kazał postawić

żagle, aby jak najszybciej przekazać do kwatery głównej gubernatora

Kuby, Diego de Velazqueza, pomyślną nowinę - złoto! W tym czasie ;

na Kubie przebywał Hernan Cortes.

Cortes pochodził ze szlachty, był synem oficera piechoty, wychował

się w Medelli w hiszpańskiej prowincji Estremandura. Na uniwersytecie

w Salamance studiował prawo - znajomość tej nauki nie przeszkadzała

mu jednak w czynieniu niesprawiedliwości. Już wówczas najważniejsze

było dlań zdanie zjezuickiej teologii moralne XVII wieku: "Cel uświęca

środki". Ponieważ dekrety królewskie bł gosławiły cel, Cortes nie

wahał się ani przez chwilę przed stosowaniem najbardziej barbarzyńs-

kich środków.

W trakcie awanturniczych wypraw do Nowego Świata, kiedy u boku

Diego Velazqueza brał udział w zdobywaniu Kuby, Cortes skończył

dwadzieścia sześć lat. Za męstwo okazane w walce - cokolwiek byśmy

przez to rozumieli - otrzymał wysokie odznaczenie.

Ambicja oraz prywata doprowadziły jednak do zerwania z Velaz-

quezem. Cortes znalazł się w więzieniu, ale w końcu udało mu się

poślubić nawet córkę gubernatora. W cieniu teścia czekał na swój wielki

dzień. Jako wysoki urzędnik, hodowca bydła (sprowadził na Kubę

europejskie rasy), właściciel wielkich posiadłości i kopalń złota zbijał

gorliwie majątek, marzył jednak o czymś znacznie większym - o swojej

wielkiej szansie.

Szansa trafła mu się, gdy de Grijalva zawinął na Kubę po odbyciu

podróży wokół Jukatanu i opowiedział o złotym bogactwie władcy

Azteków. Siostrzeniec (de Grijalva) i zięć (Cortes) zaczęli rywalizować

o łaski Velazqueza. Obu marzyło się złoto i sława. Obaj mieli nadzieję na

zdobycie legendarnego skarbu. Dla obu pretekstem było niesienie

krzyża chrześcijaństwa do "dzikich".

Zwyciężył Cortes. Dla sfinansowania tego niezwykle obiecującego

przedsięwzięcia był gotów sprzedać wszystkie swoje posiadłości, zaryzy-

kować całym majątkiem. Po parę groszy dorzucili również przyjaciele

- cisi wspólnicy bądź akcjonariusze. Wobec takiego kapitału star-

towego de Grijalva spasował.

Velazquez mianował Cortesa dowódcą nowej floty.

Tak więc 10 lutego 1511 roku od brzegów Kuby odbiło 11 żaglowców.

Na statkach znalazło się 110 marynarzy, 508 żołnierzy, 32 kuszników,

13 kanonierów oraz 10 ciężkich i 4 lekkie działa. W klatkach rżało 16

koni. Dumna armada!

Tego lutowego dnia Cortes nie przypuszczał, że ludy Majów i Az-

teków liczą miliony ludzi. Nie wiedział również, że on sam przejdzie do

historii jako wandal i niszczyciel najwspaniaszych kultur - nie

mających sobie równych na całej kuli ziemskiej. Gdyby nawet wiedział,

jak historia oceni jego uczynki, to i tak by się tym nie przejął.

Proch
Wyspę Cozumel, którą Cordoba i de Grijalva zostawili w spokoju,

Cortes zajął od jednego natarcia, ochrzcił Indian i uznał ich za

poddanych korony hiszpańskiej.

Potem pożeglował śladem swoich poprzedników wzdłuż wybrzeży

Jukatanu na zachód, kierując się nadal błędnym poglądem, że okrąża

ţ'yspę. W końcu dla zdobycia prowiantu wylądował w okolicach

Pontochan. O ile de Grijalvę przyjęto tu przyjaźnie, o tyle Cortes stanął

oko w oko z armią Majów liczącą 40 tysięcy wojowników.

Dzięki armatom i konnym kusznikom zwyciężył, zamieniając

bitwę w rzeź. Odważnym, lecz naiwnym Indianom dwugłowe mon-

stra składające się z koni przystrojonych bogato w kolorowe barwy

i jeźdźców w błyszczących zbrojach wydały się demonicznymi

potworami - koń i jeździec bowiem stanowili w ich oczach jedną ca-

łość.

Majowie nie znali prochu. Armaty plujące ogniem i tworzące



w szeregach indiańskich wojowników wielkie wyrwy, odebrały Majom

wszelką chęć do walki. Stali patrząc na żelazne kule, które ciągnęły za

sobą ogniste smugi. Czyż nie była to tlachtli, boska gra, którą oni

opanowali tylko dlatego, aby zgodnie z pragnieniem i wolą bogów

składać życie w ofierze?

Hernan Cortes zrozumiał, jakiemu szczęśliwemu zbiegowi okoliczno-

ści jego armia zawdzięcza zwycięstwo. 10 lipca 1519 roku napisał do

cesarza Karola V i jego małżonki Juan :

"Niechże więc Ich Królewskie Wysokości będą pewne, że w walce tej

zwycięstwo zawdzięczamy bardziej woli boskiej niźli naszej sile, bo

jakąż ochroną wobec czterdziestu tysięcy wojowników jest czterystu,

a tyluż liczył nasz oddział." [4]

Choć Cortesowi zaczynało powoli świtać, że na czele tych mężnych

i dobrze zorganizowanych oddziałów, na które się wszędzie natykał,

musi stać naczelny wódz, nie zrezygnował z szaleńczego przedsięwzięcia

- szedł nadal w 500 żołnierzy przeciwko milionom! Na jego czarnym

sztandarze haftowanym złotem widniał krzyż w kardynalskiej purpurze,

pod nim zaś hasło: In hoc signo vinces" - "Pod tym znakiem

zwyciężysz! Było to motto rzymskiego cesarza Konstantyna Wielkiego

(286 - 337) któr chrześcijaństwo wyniósł do godności religii państ-

wowej. [5] Sloganem "Pod tym znakiem zwycigżymy!" demagogiczny

Cortes kończył wszystkie przemowy do swoich ludzi, których zagrzewał

do walki obietnicami - a nie był drobiazgowy - dotyczącymi zarówno

życia doczesnego, jak i wiecznego: złoto na ziemi, wieczna zapłata

w niebie.

Zawadiaka i misjonarz w jednej osobie oparł się Cortes wszelkim

przeciwnościom klimatu, uprzykrzonym moskitom i chorobom szaleją-

cym w dżungli.

Stał się założycielem pierwszego hiszpańskiego miasta w Meksyku,

które w trakcie całego okresu kolonizacji stanowiło punkt wyjścia dla

srebrnych flotylli. Było to Veracruz (co znaczy "Prawdziwy Krzyż").

Jego zdziesiątkowani żołnierze musieli w końcu zrozumieć, że nie ma dla

nich odwrotu, że już nic im nie pozostało. Na ich oczach kazał spalić

okręty. [6] Nic więc dziwnego, że Hiszpanie poczuli niewyobrażalny

przypływ sił, że nie wahali się przed żadnym okrucieństwem. Gdy Cortes

maszerował ze swoim oddziałem gnany nieludzką wolą zwycięstwa,

w szeregach Majów i Azteków rosła jego sława jako niezwyciężonego

dowódcy. Poza tym Cortes w sposób niezwykle wyrachowany wygrywał

antagonizmy dzielące indiańskie plemiona i zdobywał nowych sprzy-

mierzeńców, którym wmawiał, że jego sprawa jest również ich sprawą.


Jak bóg Quetzalcoatl przyczynił się do zniszczenia

metropolii Azteków


Obeznany z wszelakimi kruczkami dowódca Hiszpanów zauważył, że

Tlaxcalanie - Indianie z Wyżyny Meksykańskiej - starają się

zachować niezawisłość wobec Azteków, a dla ich podbicia są nawet

skłonni sprzymierzyć się z Hiszpanami. Kiedy więc Cortes ruszał do

ataku na metropolię Azteków, Tenochtitlan, u jego boku gotowało się

do wymarszu również sześć tysięcy Tlaxcalan.

Mimo to Montezuma za wszelką cenę starał się usposobić przychylnie

wojowniczego Hiszpana. Jego poselstwa wciąż przekazywały Cortesowi

kosztowne prezenty i prosiły o niewkraczanie do miasta. Podarunki

i uprzejmości miały niestety odwrotny skutek: 15 listopada 1519 roku

oddział pod dowództwem Cortesa stanął pod Tenochtitlan.

W środku srebrnej laguny, w promieniach porannego słońca widać

było w całej okazałości miasto ze starymi, tajemniczymi świątyniami,

pałacami świadczącymi o ogromnym bogactwie, wielkimi placami

otoczonymi murami i kolumnami, siedemdziesięcioma tysiącami do-

mów mieszkalnych - nad wszystkim zaś wznosiły się lśniące szczyty

piramid.

Ubrany w przepyszny mundur admiralski Cortes stał niewzţruszenie

na czele swojego oddziału. Armię Tlaxcalan zostawił jednak w obozie.

Konni kusznicy - na lancach powiewały im barwne chorągwie

i proporczyki - ochraniali z obu stron zwycięski oddział wkraczający

triumfalnie szeroką awenidą do Tenochtitlan.

Na powitanie obcych Montezumę wyniesiono w lektyce obwieszonej

klejnotami i ociekającej złotem, a dźwiganej przez niewolników, którzy

na miejscu spotkania rozpostarli na ziemi bawełniany dywan. Cortes

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna