Francis Fukuyama Koniec człowieka Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej



Pobieranie 1.41 Mb.
Strona10/24
Data28.04.2016
Rozmiar1.41 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   24

Istnieją powody, by sądzić, że przyszłe terapie genetyczne, szczególnie te oparte na modyfikacji komórek linii płciowej, będą stawiać dużo wyższe wymagania wobec urzędów regulujących ich stosowanie niż obecne terapie oparte na lekach konwencjonalnych. Wynika to z tego, że kiedy przejdziemy od stosunkowo prostych schorzeń wywołanych przez pojedyncze geny do cech zachowania warunkowanych przez wiele genów, interakcje między tymi genami staną się bardzo złożone i trudne do przewidzenia (patrz rozdział 5, strona 70). Przypomnijmy sobie mysz, której inteligencję podwyższył w wyniku manipulacji genetycznych neurobiolog Joe Tsien - w ich wyniku stała się ona również bardziej wrażliwa na ból. Zważywszy na fakt, że wiele genów uaktywnia się na różnych etapach życia, miną lata, zanim dowiemy się o wszystkich konsekwencjach danej zmiany genetycznej.

Według teoretyków ekonomii, społeczne szkody mogą się pojawić tylko wtedy, jeżeli indywidualne wybory prowadzą do tak zwanych kosztów zewnętrznych - kosztów ponoszonych przez strony, które nie biorą udziału w transakcji. Na przykład, firma może zwiększyć swoje zyski, odprowadzając toksyczne odpady do miejscowej rzeki, lecz zaszkodzi to innym członkom społeczności. Podobny zarzut postawiono kukurydzy Bt: wytwarza ona toksynę, która zabija szkodnika - omacnicę prosówkę, lecz może również zabijać motyle z gatunku monarcha (jak się okazuje, zarzut ten jest bezpodstawny)176. Problem brzmi: czy istnieją okoliczności, w których indywidualne wybory dotyczące biotechnologii mogą spowodować koszty zewnętrzne i w związku z tym zaszkodzić społeczeństwu jako całości177?

Najłatwiej zauważalną potencjalnie poszkodowaną stroną są dzieci poddawane genetycznej modyfikacji, oczywiście bez swojej zgody. Współczesne prawo rodzinne zakłada wspólnotę interesów rodziców i dzieci, dając tym samym rodzicom dużą swobodę w wychowywaniu oraz kształceniu swojego potomstwa. Libertarianie twierdzą, że ponieważ olbrzymia większość rodziców chce dla swoich dzieci jak najlepiej, należy założyć rodzaj domniemanej zgody ze strony dzieci, które będą odnosić korzyści z większej inteligencji, lepszego wyglądu lub innych pożądanych cech zakodowanych w genach. Można jednak wyobrazić sobie bardzo wiele przypadków, w których pewne wybory związane z posiadaniem potomstwa mogą wydawać się rodzicom korzystne, a jednak okażą się szkodliwe dla ich dzieci.

Poprawność polityczna

Wiele cech, które rodzic mógłby chcieć przekazać dziecku, wiąże się z subtelnymi aspektami osobowości, a korzyści z nimi związane nie są tak oczywiste jak w przypadku wyglądu czy inteligencji. Rodzice mogą działać pod wpływem chwilowej mody, stereotypów kulturalnych czy po prostu poprawności politycznej: pewne pokolenie może woleć bardzo szczupłe dziewczęta, grzecznych chłopców lub dzieci z rudymi włosami, takie preferencje zaś mogą wyjść z mody wraz z nadejściem następnego pokolenia. Można stwierdzić, że rodzice już mają możliwość popełnienia podobnych błędów w wychowaniu dzieci i wciąż je popełniają, źle kształcąc swoje potomstwo czy wpajając mu swoje idiosynkratyczne wartości. Jednak dziecko wychowywane w pewien sposób przez swoich rodziców może się później zbuntować. Modyfikacja genetyczna to jakby naznaczenie dziecka tatuażem, którego nie może ono później usunąć i będzie musiało go przekazać nie tylko swoim dzieciom, lecz wszystkim potomkom w następnych pokoleniach178.

Jak wspomniano w rozdziale 3, już teraz używamy leków psychotropowych w celu ujednolicenia cech płciowych naszych dzieci, podając prozac dziewczętom w depresji, a ritalin nadpobudliwym chłopcom. Następne pokolenie może, z jakichkolwiek powodów, woleć supermęskich chłopców i niezwykle kobiece dziewczęta. Podawanie leków dzieciom można jednak przerwać, jeżeli nie podobają nam się skutki leczenia. Z kolei inżynieria genetyczna oznacza wbudowanie preferencji społecznych jednego pokolenia w następne.

Rodzice mogą łatwo zbłądzić w swoich decyzjach podejmowanych dla dobra dziecka, ponieważ polegają na zaleceniach naukowców i lekarzy, którzy mają własne cele. Bardzo powszechna jest niestety chęć podporządkowania sobie ludzkiej natury - ze względów ambicjonalnych lub ideologicznych założeń dotyczących tego, jacy powinni być ludzie.

W swojej książce As Nature Made Him („Taki, jakim uczyniła go natura”) dziennikarz John Colapinto opowiada rozdzierającą serce historię Davida Reimera, chłopca, który miał podwójnego pecha - jego członek został przypadkowo ciężko poparzony podczas nieudanego zabiegu obrzezania, później zaś David dostał się pod opiekę znanego seksuologa z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, Johna Moneya. Money był zwolennikiem skrajnego poglądu w sporze o wpływ natury i wychowania - twierdził mianowicie w ciągu całej swojej kariery, że tożsamość płciowa nie jest rzeczą wrodzoną, lecz nabytą po urodzeniu. David Reimer dostarczył Moneyowi sposobności do przetestowania jego teorii, ponieważ był jednym z bliźniąt jednojajowych, w związku z czym istniała możliwość porównywania jego zachowań z identycznym genetycznie bratem. Po wypadku podczas obrzezania Money zalecił kastrację chłopca i nadzorował wychowywanie Davida jako dziewczynki, której dano na imię Brenda.

Życie Brendy stało się piekłem, wiedziała bowiem, że mimo tego, co mówią jej rodzice i Money, jest chłopcem, a nie dziewczynką. Od dzieciństwa upierała się oddawać mocz na stojąco zamiast na siedząco. Później zaś:
Po zapisaniu jej do harcerek Brenda czuła się fatalnie. „Pamiętam, jak plotłem wianuszki i myślałem: jeżeli to jest najciekawsze zajęcie, jakie proponuje się harcerkom, to mam to w nosie” - mówi David. - „Cały czas myślałem o świetnych rzeczach, które mój brat robi jako harcerz”. Gdy na Boże Narodzenie czy urodziny dawano jej lalki, Brenda po prostu nie chciała się nimi bawić. „Co można robić z lalkami?” - mówi dzisiaj David głosem przepełnionym dawną frustracją. - „Można na nie patrzeć. Można je ubierać. Można je rozbierać. Można je czesać. Co za nuda! Samochód to co innego, można nim jeździć w różne miejsca. Zawsze chciałem bawić się samochodami”179.
Próba stworzenia nowej tożsamości płciowej wywołała tak wiele szkód emocjonalnych, że w okresie dorastania Brenda uwolniła się spod kurateli Moneya i doprowadziła do odwrócenia skutków operacji zmiany płci poprzez rekonstrukcję członka. Dziś David Reimer jest ponoć szczęśliwie żonaty.

Obecnie rozumiemy dużo lepiej, że zróżnicowanie płciowe zaczyna się jeszcze przed urodzeniem, a mózg osobników męskich (również w przypadku zwierząt) podlega procesowi „maskulinizacji” w łonie matki, otrzymując dawki testosteronu. W powyższej historii warte odnotowania jest to, że Money przez prawie piętnaście łat twierdził w artykułach naukowych, iż udało mu się zmienić tożsamość płciową Brendy, podczas gdy było wręcz przeciwnie. Badania Moneya były szeroko nagłaśniane. Feministka Kate Millet z triumfem ogłosiła jego oszukańcze wyniki w swojej książce Sexual Politics („Polityka płci”), opisywano je w magazynie „Time” oraz w „New York Timesie”, zostały również włączone do wielu podręczników; w jednym z nich powoływano się na nie jako na dowód na to, że „dzieci można łatwo wychować na osobników przeciwnej płci” oraz że niewielkie wrodzone różnice płciowe między ludźmi „nie są wyraźne i można je przezwyciężyć metodami kulturowymi”180.

Przypadek Davida Reimera jest ważnym ostrzeżeniem, jaki użytek może zostać w przyszłości zrobiony z biotechnologii. Jego rodzice kierowali się miłością do swojego dziecka i byli zrozpaczeni z powodu nieszczęścia, jakie go spotkało, zgodzili się więc na okropną terapię i w późniejszych latach dręczyło ich z tego powodu wielkie poczucie winy. Johnem Moneyem kierowało połączenie naukowej próżności, ambicji oraz pragnienia, aby dowieść słuszności wyznawanej przez siebie ideologii, które kazało mu zignorować dowody świadczące przeciw jego teorii i działać wbrew interesom swojego pacjenta.

Również normy kulturowe mogą skłaniać rodziców do decyzji, które szkodzą ich dzieciom. O takim przykładzie wspomniano wcześniej - w Azji używa się ultrasonografii oraz dokonuje aborcji ze względu na płeć potomstwa. W wielu kulturach azjatyckich posiadanie syna daje rodzicom wyraźne korzyści, jeżeli chodzi o ich prestiż społeczny oraz bezpieczeństwo na starość. Szkodzi to jednak w oczywisty sposób dziewczętom, które nie mają szansy się narodzić. Nierównowaga między płciami szkodzi również mężczyznom jako grupie, jest im bowiem trudniej znaleźć właściwe partnerki i ich pozycja wobec kobiet na rynku małżeńskim pogarsza się. Jeżeli niepozostający w związkach mężczyźni będą częściej dopuszczać się przemocy i innego rodzaju przestępstw, ucierpi całe społeczeństwo.

Kiedy od technik rozrodu przechodzimy do innych aspektów biomedycyny, pojawiają się dodatkowe rodzaje kosztów zewnętrznych, które mogą zostać spowodowane przez racjonalne decyzje jednostek. Jednym z przykładów jest tutaj starzenie się i perspektywy przedłużenia życia w przyszłości. Mając wybór między śmiercią a przedłużeniem sobie życia dzięki terapii, większość jednostek wybierze to drugie, nawet jeżeli ich zadowolenie z życia ma się w pewnym stopniu zmniejszyć w wyniku tej terapii. Jeżeli wielu ludzi zdecyduje się wydłużyć sobie życie o kolejne dziesięć lat kosztem na przykład trzydziestoprocentowego spadku swoich zdolności, całe społeczeństwo będzie musiało zapłacić rachunek za utrzymanie ich przy życiu. Coś takiego zaczęło się już dziać w krajach takich jak Japonia, Włochy czy Niemcy, gdzie populacja szybko się starzeje. Można wyobrazić sobie o wiele gorsze scenariusze, w których procent ludzi niedołężnych staje się krańcowo wysoki, co doprowadza do wyraźnego spadku przeciętnego poziomu życia.

Dyskusja o przedłużaniu życia w rozdziale 4 sugeruje istnienie kosztów zewnętrznych wykraczających poza prostą ekonomię. To, że starsi ludzie nie będą zwalniać miejsca młodszym, będzie szkodziło tym ostatnim, chcącym piąć się w górę opartej na wieku hierarchii. Chociaż każda jednostka będzie chciała odsunąć śmierć jak najdalej, ludzie jako grupa mogą nie być zadowoleni z życia w społeczeństwie, gdzie mediana wieku wynosi 80 czy 90 lat, seks i prokreacja są udziałem zdecydowanej mniejszości, a naturalny cykl narodzin, dorastania, dojrzałości i śmierci został przerwany. W skrajnym przypadku odsuwanie śmierci w nieskończoność wymusi na społeczeństwach wprowadzenie ostrych ograniczeń liczby urodzeń. Już obecnie opieka nad starszymi rodzicami zajmuje wielu ludziom więcej czasu niż opieka nad dziećmi. W przyszłości mogą się oni poczuć niewolnikami dwóch, trzech lub większej liczby pokoleń zależnych od nich przodków.

Inny ważny rodzaj kosztów zewnętrznych wiąże się z konkurencyjnym charakterem wielu ludzkich działań i cech - w tej grze muszą być zwycięzcy i przegrani. Wzrost daje wiele korzyści tym jednostkom, które są powyżej średniej - są one atrakcyjniejsze seksualnie, osiągają wyższy status społeczny, mogą zrobić karierę sportową i tak dalej. Te korzyści są jednak względne - jeżeli wielu rodziców chciałoby mieć dzieci o wzroście koszykarzy, doprowadziłoby to do „wyścigu zbrojeń”, który nie przyniósłby żadnych korzyści jego uczestnikom.

To samo odnosi się nawet do takiej cechy jak inteligencja, którą często określa się jako jeden z pierwszych i najbardziej oczywistych celów poprawiania genotypu. Społeczeństwo o wyższej średniej inteligencji może być bogatsze, jeżeli przyjmiemy, że produktywność jest związana z inteligencją. Jednak korzyści, które wielu rodziców chciałoby zapewnić swoim dzieciom, mogą być pozorne, ponieważ zalety wyższej inteligencji są względne, nie zaś bezwzględne181. Ludzie chcą mieć mądrzejsze dzieci, które będą na przykład studiować na prestiżowej uczelni, lecz współzawodnictwo o miejsce oznacza, że niektórzy muszą przegrać: jeżeli dzięki terapii genetycznej moje dziecko jest inteligentniejsze i dostaje się na uczelnię, zajmuje ono po prostu miejsce czyjegoś dziecka. Moja decyzja o posiadaniu dziecka na zamówienie powoduje koszty dla innych ludzi (a raczej dzieci innych ludzi) i w sumie nie jest jasne, czy ktoś na tym korzysta. Ten rodzaj genetycznego „wyścigu zbrojeń” będzie szczególnie wiele kosztować ludzi, którzy z powodów religijnych czy jakichkolwiek innych nie chcą zmieniać genów swoich dzieci - jeżeli wszyscy inni będą to robić, im samym będzie dużo trudniej się przed tym powstrzymać, ponieważ nie będą chcieli odbierać szans swojemu potomstwu.

Pokora wobec natury

Istnieje wiele powodów, aby z pokorą odnosić się do naturalnego porządku świata i nie żywić złudzeń, że ludzie mogą go z łatwością poprawić swoimi interwencjami. Okazało się to już prawdą w odniesieniu do środowiska - ekosystemy są pełnymi wewnętrznych powiązań mechanizmami, których złożoności często nie rozumiemy; budowa tamy lub wprowadzenie na jakimś terenie monokultury roślin zaburza niewidoczne dla nas związki i w zupełnie nieprzewidziany sposób niszczy równowagę systemu.

To samo dotyczy natury ludzkiej. Sądzimy, że rozumiemy wiele aspektów ludzkiej natury i część z nich chcielibyśmy zmienić, gdy tylko nadarzy się sposobność. Poprawianie natury nie zawsze jednak jest łatwe: ewolucja może być ślepa, lecz przestrzega zasad bezlitosnej logiki przystosowawczej, która dopasowuje organizmy do ich środowiska.

Obecnie poprawne politycznie jest załamywanie rąk nad ludzką skłonnością do przemocy i agresji oraz potępianie krwiożerczych instynktów, które w przeszłości prowadziły do podbojów, pojedynków i tym podobnych rzeczy. Takie skłonności mają jednak mocne ewolucyjne podstawy. Zrozumienie dobrych i złych stron natury ludzkiej jest dużo trudniejsze, niż można byłoby sądzić, są one bowiem ściśle ze sobą splecione. W ciągu swojej ewolucji ludzie nauczyli się - jak to ujął biolog Richard Alexander - współpracować, aby ze sobą rywalizować182. Olbrzymia gama ludzkich zdolności poznawczych i cech emocjonalnych, które pozwalają nam osiągnąć zaawansowany stopień organizacji społecznej, nie powstała wskutek naszych zmagań ze środowiskiem, lecz wskutek tego, że różne grupy ludzi walczyły ze sobą. Doprowadziło to z czasem do wyścigu zbrojeń, w którym rosnąca współpraca społeczna w ramach jednej grupy zmuszała inne grupy do podobnej współpracy - i tak bez końca. Symbioza między rywalizacją i współpracą ma miejsce nie tylko na przestrzeni całej historii naszej ewolucji, lecz również w ramach społeczności ludzkich i wewnątrz samych jednostek. Mamy nadzieję, że ludzie nauczą się żyć w pokoju również w sytuacjach, w których dzisiaj tak nie jest, lecz jeśli zbyt daleko odejdziemy od zachowań agresywnych i nacechowanych przemocą, osłabnie również nacisk selekcyjny działający na rzecz współpracy. Społeczeństwa nie rywalizujące i pozbawione agresji stoją w miejscu i nie tworzą niczego nowego; jednostki, które są zbyt ufne i chętne do współpracy, narażone są na ciosy bardziej krwiożerczych osobników.

To samo sprawdza się w odniesieniu do rodziny. Od czasów Platona filozofowie rozumieją, że rodzina jest podstawową przeszkodą na drodze do sprawiedliwości społecznej. Ludzie, zgodnie z tym, co mówią teorie, kochają swoje rodziny i krewnych dużo bardziej, niż ci na to zasługują. Kiedy powstaje konflikt między zobowiązaniem wobec członka rodziny a zobowiązaniem wobec bezosobowej władzy publicznej, rodzina wygrywa. Dlatego Sokrates w V księdze Państwa twierdzi, że aby stworzyć prawdziwie sprawiedliwe miasto, niezbędna jest komuna kobiet i dzieci, tak aby rodzice nie znali swojego biologicznego potomstwa i nie mogli go faworyzować183. Z tego również powodu wszystkie nowoczesne państwa prawa muszą wprowadzać tysiące przepisów zabraniających nepotyzmu i protekcji w służbie publicznej.

Naturalna skłonność do irracjonalnego hołubienia swojego potomstwa jest jednak oparta na twardej logice przetrwania: jeżeli matka nie kochałaby swoich dzieci w ten sposób, któż inny podjąłby cały emocjonalny i materialny wysiłek niezbędny do wychowania dziecka na dorosłego? Inne instytucje - wspólnoty czy pomoc społeczna - działają znacznie gorzej, ponieważ nie opierają się na naturalnych emocjach. Naturalny proces jest zresztą niezwykle sprawiedliwy, ponieważ gwarantuje, że nawet brzydkie czy nieutalentowane dzieci będą miały rodzica, który będzie je kochał mimo ich wad.

Niektórzy twierdzą, że nawet jeżeli mielibyśmy techniczną możliwość zmiany ludzkiej osobowości w fundamentalny sposób, nigdy nie chcielibyśmy tego zrobić, ponieważ ludzka natura w pewnym sensie gwarantuje własną ciągłość. Uważam, że taki pogląd wynika z niedoceniania ludzkiej ambicji i niedostrzegania radykalnych sposobów, do których ludzie uciekali się w przeszłości, aby przezwyciężyć swoją naturę. To właśnie z powodu irracjonalności życia rodzinnego rodzina stała się potencjalnym wrogiem państwa pod rządami wszystkich reżimów komunistycznych. W Związku Radzieckim czczono małego potwora imieniem Pawka Morozow, który w latach trzydziestych zadenuncjował swoich rodziców przed stalinowskimi organami bezpieczeństwa, właśnie w ten sposób próbując doprowadzić do zerwania więzów lojalności między członkami rodziny. W maoistowskich Chinach długo walczono z konfucjanizmem, który kładł nacisk na szacunek dla rodziców, i podjudzano dzieci przeciw nim w czasie „rewolucji kulturalnej” w latach sześćdziesiątych XX wieku.

W tej chwili nie da się stwierdzić, jak przekonywające okażą się przedstawione powyżej utylitarystyczne argumenty przeciw pewnym kierunkom rozwoju biotechnologii. Wiele będzie zależeć od tego, jak rozwiną się konkretne techniki: czy nowe metody przedłużania życia zagwarantują jego wysoką jakość i czy opracowane terapie genetyczne nie przyniosą strasznych skutków, które objawią się dopiero po dwudziestu latach od momentu rozpoczęcia ich stosowania.

Ważna jest rzecz następująca: powinniśmy sceptycznie odnosić się do libertariańskich twierdzeń, że o ile wybory eugeniczne będą podejmowane przez jednostki, nie zaś przez państwa, nie powinniśmy martwić się o ich potencjalne negatywne skutki. Wolny rynek zazwyczaj działa dobrze, lecz zdarzają się sytuacje awaryjne, które wymagają interwencji państwa. Koszty zewnętrzne nie znikają same z siebie. Nie wiemy obecnie, czy będą one duże, czy nie, lecz dogmatyczne przywiązanie do rynku i wolnego wyboru jednostek nie powinno skłaniać nas do przekonania, że w ogóle ich nie będzie.

Ograniczenia utylitaryzmu

Chociaż wygodnie jest opowiadać się za czymś lub przeciw czemuś na gruncie utylitaryzmu, wszelkie argumenty opierające się na tej koncepcji mają jedno poważne ograniczenie, które czasem okazuje się wadą nie do przezwyciężenia. Dobre i złe skutki, które utylitaryści sumują w swoich księgach przychodów i rozchodów, są zazwyczaj stosunkowo namacalne i oczywiste - dają się zwykle zredukować do sum pieniężnych lub łatwego do określenia uszczerbku fizycznego. Utylitaryści rzadko biorą pod uwagę subtelniejsze korzyści lub szkody, których nie da się łatwo zmierzyć lub które mają związek z duszą, nie zaś z ciałem. Łatwo jest atakować taką substancję jak nikotyna, której długoterminowe skutki dla zdrowia bez trudu można określić: rak lub rozedma płuc, trudniej natomiast znaleźć argumenty przeciw prozacowi lub ritalinowi, które wpływają na osobowość czy charakter człowieka.

Podejście utylitarystyczne napotyka szczególny problem, jeżeli chodzi o uwzględnienie imperatywów moralnych, które jego zwolennicy uważają za rodzaj preferencji. Gary Becker, ekonomista z Uniwersytetu Chicago, twierdzi na przykład, że przestępstwo jest wynikiem racjonalnej kalkulacji na gruncie utylitaryzmu: jeżeli korzyści z jego popełnienia przewyższają koszty, dana osoba popełni to przestępstwo184. Chociaż tego typu rachunek jest niewątpliwie tym, co motywuje postępowanie wielu przestępców, w skrajnej formie takie podejście implikuje, że ludzie byliby na przykład skłonni zabić swoje dzieci, jeżeli ktoś zaoferowałby im odpowiednią sumę pieniędzy i byliby pewni bezkarności. Fakt, że olbrzymia większość ludzi nawet nie zastanawiałaby się nad taką propozycją, sugeruje, iż życie ich dzieci ma dla nich nieskończoną wartość lub że obowiązek działania dla dobra swoich dzieci nie daje się porównać z innymi wartościami ekonomicznymi. Innymi słowy, istnieją rzeczy, które ludzie uważają za moralnie złe niezależnie od utylitarystycznych korzyści, jakie mogłyby im one przynieść.

Tak samo jest z biotechnologią. O ile jest sens martwić się z powodu niezamierzonych skutków czy nieprzewidzianych kosztów, o tyle najgłębsza obawa wyrażana przez ludzi w związku z jej rozwojem nie ma charakteru utylitarystycznego. Jest to bowiem obawa, że biotechnologia w końcu w jakiś sposób odbierze nam człowieczeństwo - pewną nieodłączną cechę, która zawsze, mimo wszystkich zewnętrznych zmian w ludzkiej kondycji na przestrzeni dziejów, była podstawą naszego poczucia, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Co gorsza, możemy doprowadzić do takiej zmiany, nie zauważając, że straciliśmy coś o wielkiej wartości. Możemy znaleźć się po drugiej stronie przepaści między historią człowieka a historią poczłowieczą i nawet nie dostrzec, że już przekroczyliśmy granicę, ponieważ zapomnieliśmy, czym była ta nieodłączna cecha.

Czym więc jest ta esencja człowieczeństwa, której utrata może nam zagrażać? Dla osoby religijnej może mieć ona związek z boskim darem lub iskrą, z którą rodzą się wszyscy ludzie. Z perspektywy świeckiej może ona być związana z naturą ludzką, z cechami typowymi dla gatunku, wspólnymi wszystkim ludziom - właśnie dlatego, że są ludźmi. To właśnie temu zagraża rewolucja biotechnologiczna.

Istnieje bliski związek między naturą ludzką a ludzkimi pojęciami praw, sprawiedliwości i moralności. Taki pogląd wyznawali między innymi sygnatariusze Deklaracji Niepodległości. Wierzyli oni w istnienie praw naturalnych, czyli praw, które zostały nam dane przez naturę.

Związek między prawami człowieka a naturą ludzką nie jest jednak oczywisty i nowoczesna filozofia często zaprzeczała jego istnieniu, twierdząc, że natura ludzka nie istnieje, a nawet gdyby istniała, pojęcia dobra i zła nie miałyby z nią nic wspólnego. Od czasu podpisania Deklaracji Niepodległości pojęcie praw naturalnych wyszło z mody i zastąpiono je bardziej ogólnym terminem „prawa człowieka” - ich pochodzenie nie zależy od wyznawanej teorii natury.

Moim zdaniem, ten odwrót od pojęcia praw opartych na naturze ludzkiej jest poważnym błędem, zarówno z powodów filozoficznych, jak i związanych z codzienną moralnością. To natura ludzka daje nam zmysł moralny, obdarza nas umiejętnościami koniecznymi do życia w społeczeństwie i jest podstawą bardziej wyrafinowanych dyskusji filozoficznych o prawach, sprawiedliwości oraz moralności. Ostateczną stawką sporu o biotechnologię nie jest utylitarystyczny rachunek zysków i kosztów związanych z przyszłymi technikami medycznymi, lecz sama podstawa ludzkiego zmysłu moralnego, która pozostaje stała od czasu pojawienia się istot ludzkich. Być może prawdą jest to, co powiedział Nietzsche, że naszym przeznaczeniem jest wyjście poza ten zmysł moralny Jeżeli jednak tak ma być, musimy jasno zaakceptować konsekwencje porzucenia naturalnych norm dobra i zła oraz tak jak Nietzsche pogodzić się z faktem, że może nas to zaprowadzić w obszary, gdzie wielu z nas nie chciałoby się zapuszczać.

Aby przyjrzeć się tej ziemi nieznanej, musimy jednak zrozumieć nowoczesne teorie praw oraz poznać rolę, jaką natura ludzka odgrywa w naszym porządku politycznym.

Część II

Człowieczeństwo

Rozdział 7

Prawa człowieka


Takie słowa jak „świętość” nasuwają mi na myśl prawa zwierząt. Kto przyznał prawa psu? Słowo „prawo” staje się bardzo niebezpieczne. Mamy prawa kobiet, prawa dzieci - i tak bez końca. A później pojawiają się prawa salamander i prawa żab. Posuwamy się do absurdu.
Chciałbym, abyśmy przestali mówić o „prawach” czy „świętości”. Mówmy zamiast tego, że ludzie mają potrzeby, i powinniśmy, jako gatunek społeczny, reagować na istnienie tych potrzeb - takich jak pożywienie, szkoła czy opieka zdrowotna - tak właśnie powinniśmy działać. Nadawanie tej sprawie mistycznego wymiaru i większego znaczenia, niż na to zasługuje, pozostawiam Stevenowi Spielbergowi czy komuś takiemu. To po prostu urojenia, znaki na niebie - czyli bzdety.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   24


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna