Francis Fukuyama Koniec człowieka Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej



Pobieranie 1.41 Mb.
Strona2/24
Data28.04.2016
Rozmiar1.41 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24

Tworzenie nowych instytucji nadzorujących jest zadaniem, które musi być podejmowane w sposób odpowiedzialny, wiemy bowiem z doświadczenia, że próby regulacji nader często bywają nieskuteczne. W ostatnich trzydziestu latach na całym świecie zaznaczył się godny pochwały trend w stronę deregulacji pokaźnych sektorów gospodarki, od linii lotniczych po dostawców usług telekomunikacyjnych, będący odzwierciedleniem szerszej tendencji do zmniejszania rozmiaru i wpływów aparatu państwowego. Powstała w wyniku tych zmian globalna gospodarka dużo skuteczniej wytwarza bogactwo i postęp techniczny. Pamięć o wszechobecnej regulacji w przeszłości powoduje jednak u wielu osób instynktowną wrogość wobec wszelkich form interwencji państwowej i właśnie ta odruchowa niechęć do prób regulowania czegokolwiek może okazać się podstawową przeszkodą do narzucenia politycznej kontroli nad biotechnologią.

Ważna jest jednak umiejętność rozróżnienia: to, co dobrze zadziałało w jednym sektorze gospodarki, nie musi zadziałać w innym. Informatyka, na przykład, przynosi wiele korzyści społecznych i stosunkowo mało szkód, w związku z czym w tej dziedzinie słuszne było ograniczenie regulacji ze strony rządu do minimum. Z kolei gospodarka materiałami rozszczepialnymi i trującymi odpadami podlega ścisłej kontroli państwowej i międzynarodowej, ponieważ nieuregulowany handel nimi byłby w oczywisty sposób niebezpieczny.

Jedną z największych przeszkód do uregulowania biotechnologii jest powszechny pogląd, że nawet jeżeli zatrzymanie postępu technicznego byłoby pożądane, nie jest niemożliwe. Jeżeli Stany Zjednoczone lub inny kraj spróbują zakazać klonowania ludzi, manipulacji genetycznych na komórkach linii płciowej czy też jakiejkolwiek innej procedury, osoby chcące podejmować takie działania po prostu przeniosą się tam, gdzie pozwoli na to łagodniejsze prawo. Globalizacja i międzynarodowa konkurencja w badaniach biomedycznych spowodują, że kraje hamujące postęp techniczny przez narzucanie etycznych ograniczeń środowiskom naukowym czy przemysłowi biotechnologicznemu poniosą negatywne konsekwencje tych działań.

Pogląd, że niemożliwe jest powstrzymanie lub kontrolowanie postępu technicznego, jest z gruntu błędny z przyczyn, które będą dokładniej omawiane w rozdziale 10. W rzeczywistości już teraz kontrolujemy bardzo wiele obszarów techniki oraz dziedzin badań naukowych: nie wolno prowadzić badań nad rozwojem nowych rodzajów broni biologicznej ani przeprowadzać eksperymentów na ludziach bez ich świadomej zgody. Fakt, że są jednostki i organizacje, które łamią powyższe zasady, czy też że istnieją kraje, w których ograniczenia te nie są zapisane w prawie lub ich przestrzeganie nie jest sprawnie egzekwowane, nie stanowi argumentu przeciwko istnieniu takich uregulowań. Sprawcy rozbojów i zabójstw też nie zawsze ponoszą karę, lecz nie jest to powód, by zalegalizować kradzież czy morderstwo.

Musimy za wszelką cenę unikać defetystycznego podejścia do techniki, sprowadzającego się do stwierdzenia, że ponieważ nie jesteśmy w stanie zrobić niczego, aby powstrzymać czy zmienić te jej aspekty, które nam nie odpowiadają, nie powinniśmy nawet próbować tego czynić. Stworzenie systemu regulacji, który pozwoli społeczeństwom kontrolować biotechnologię, nie będzie proste - będzie to wymagało od prawodawców we wszystkich krajach świata zmierzenia się z zadaniem oraz podjęcia trudnych decyzji dotyczących złożonych problemów naukowych. Kształt i forma instytucji, które mają być powołane do wprowadzenia w życie nowych zasad, pozostają sprawą otwartą - poważnym wyzwaniem będzie zaprojektowanie ich tak, by w jak najmniejszym stopniu hamowały pożądany postęp, a jednocześnie miały duże uprawnienia w egzekwowaniu swojej władzy. Jeszcze trudniejsze będzie stworzenie wspólnych zasad w skali międzynarodowej oraz osiągnięcie porozumienia między krajami reprezentującymi rozmaite kultury i poglądy na związane z tym problemem kwestie etyczne. Zamysły polityczne o porównywalnej skali złożoności bywały jednak w przeszłości uwieńczone sukcesem.

Biotechnologia i ponowny początek historii

W wielu dzisiejszych debatach dotyczących biotechnologii - na takie tematy, jak klonowanie, badania nad komórkami macierzystymi czy manipulacje genetyczne na komórkach linii płciowej - ujawniają się dwa przeciwstawne obozy: środowisko naukowe oraz osoby zaangażowane religijnie. Uważam, że taka polaryzacja dyskusji jest zjawiskiem szkodliwym, ponieważ prowadzi ona wielu ludzi do przekonania, że religia jest jedynym możliwym powodem sprzeciwu wobec pewnych aspektów postępu biotechnologicznego. Sprawa biotechnologii, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, została włączona w spór o aborcję i duża grupa badaczy uważa, że wiele wartościowych dróg postępu naukowego jest blokowanych przez wzgląd na grupkę fanatyków sprzeciwiających się przerywaniu ciąży.

Moim zdaniem, pewne nowości w zakresie biotechnologii należy traktować nieufnie z powodów nie mających nic wspólnego z religią. Moją postawę w tej kwestii można byłoby nazwać arystotelesowską, nie dlatego, że odwołuję się do autorytetu Arystotelesa jako filozofa, lecz dlatego, że przyjmuję jego metodę racjonalnej filozoficznej argumentacji na tematy polityczne i przyrodnicze jako model tego, czego mam nadzieję dokonać.

Arystoteles twierdził, że ludzkie pojęcia dobra i zła - to, co dzisiaj nazywamy prawami człowieka - mają ostateczne oparcie w naturze ludzkiej. Znaczy to, że bez zrozumienia, jak wrodzone pragnienia, cele, cechy i zachowania składają się na ludzką całość, nie możemy pojąć ludzkich celów ani wydawać sądów na temat dobra i zła czy sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Podobnie jak później wielu utylitarystów, Arystoteles uważał, że pojęcie dobra jest określane przez to, czego pragną ludzie; o ile jednak utylitaryści usiłowali sprowadzić ludzkie cele do wspólnego mianownika, takiego jak ulga w cierpieniu czy maksymalna użyteczność, Arystoteles dostrzegał pewne niuanse i subtelności, obstając przy poglądzie, że cele te cechują się z natury różnorodnością i mnogością. Celem jego filozofii była próba oddzielenia tego, co wrodzone od tego, co konwencjonalne, oraz racjonalnego uszeregowania rodzajów dobra.

Arystoteles wraz ze swymi bezpośrednimi poprzednikami Sokratesem i Platonem zainicjował dyskusję o naturze ludzkiej, która trwała w obrębie zachodniej tradycji filozoficznej aż do początku czasów nowożytnych, kiedy to narodziła się demokracja liberalna. Chociaż dochodziło do poważnych sporów dotyczących tego, czym jest natura ludzka, nikt nie kwestionował jej roli jako podstawy praw i wymiaru sprawiedliwości. Wśród wyznawców idei prawa naturalnego znajdowali się amerykańscy Ojcowie Założyciele, którzy oparli na niej swoją rewolucję przeciw Koronie Brytyjskiej. Od wieku czy dwóch pojęcie to znajduje się jednak w niełasce u akademickich filozofów i intelektualistów.

Jak zobaczymy w części II tej książki, uważam, że podejście takie jest błędem, jakakolwiek zaś definicja praw, aby miała sens, musi opierać się na pewnych sądach o naturze ludzkiej. O ile współczesna biologia wypełnia wreszcie empiryczną zawartością pojęcie natury ludzkiej, o tyle rewolucja biotechnologiczna może nam naszą naturę odebrać.

Niezależnie od tego, co o pojęciu natury ludzkiej myślą akademiccy filozofowie czy socjolodzy, fakt, że pozostawała ona taka sama na przestrzeni historii rodzaju ludzkiego, miał wielkie konsekwencje polityczne. Zarówno Arystoteles, jak i każdy inny poważny teoretyk natury ludzkiej rozumiał, iż ludzie są z natury istotami kulturalnymi, co oznacza, że uczą się poprzez doświadczenie oraz środkami pozagenetycznymi przekazują tę wiedzę swoim potomkom. Stąd natura ludzka nie zawęża zakresu ludzkich zachowań, lecz prowadzi do wielkiej różnorodności w sposobie wychowywania dzieci, sprawowania rządów, tworzenia bogactwa i tak dalej. To właśnie nieustanne wysiłki ludzkości zmierzające do zmiany jej samej dały początek historii oraz ciągłemu wzrostowi złożoności i wyrafinowania naszych instytucji.

Zjawiska postępu i ewolucji kulturalnej leżą u podstaw poglądu wielu nowożytnych myślicieli, że istoty ludzkie są niemal nieskończenie plastyczne - co znaczy, że mogą być tak kształtowane przez otoczenie społeczne, aby zachowywały się na nieskończoną liczbę sposobów. Właśnie tutaj tkwią korzenie współczesnego przesądu sprzeciwiającego się pojęciu natury ludzkiej. Wielu z tych, którzy wierzyli w społeczne uwarunkowania ludzkich zachowań, miało ważny, ukryty motyw: chcieli oni użyć inżynierii społecznej do stworzenia społeczeństw mających sprawiedliwy ustrój, zgodny z abstrakcyjnymi zasadami różnych ideologii. Od czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej światem wstrząsają kolejne utopijne ruchy polityczne, które usiłują stworzyć raj na ziemi poprzez radykalną przebudowę większości podstawowych instytucji społecznych - od rodziny poprzez własność prywatną do samego państwa. Natężenie tych ruchów sięgnęło zenitu w XX wieku wraz z socjalistycznymi rewolucjami w Rosji, Chinach, Kambodży, na Kubie i w wielu innych miejscach.

Niemal wszystkie te eksperymenty zakończyły się fiaskiem przed końcem zeszłego wieku i zostały zastąpione wysiłkami na rzecz stworzenia lub odtworzenia równie nowoczesnych, lecz mniej radykalnych politycznie demokracji liberalnych. Jedna z ważnych przyczyn tego światowego dążenia do demokracji liberalnej wiązała się ze stałością natury ludzkiej. Chociaż zachowania ludzi są plastyczne i zmienne, ta plastyczność i zmienność także mają swoje granice - w pewnym momencie ponownie dają o sobie znać głęboko zakorzenione naturalne instynkty oraz wzorce zachowań, które niweczą starannie obmyślone plany inżynierów. W wielu formach ustroju socjalistycznego zniesiono własność prywatną, osłabiono pozycję rodziny oraz żądano od ludzi altruizmu wobec ogółu ludzkości, nie zaś wobec rodziny i przyjaciół. Ewolucja jednak ukształtowała człowieka inaczej. Jednostki w społeczeństwach socjalistycznych stawiały ciągły opór nowym instytucjom, gdy zaś w 1989 roku wraz z Murem Berlińskim upadł socjalizm, wszędzie powróciły starsze, dobrze znane wzorce zachowań.

Instytucje polityczne, które stawiają sobie za cel całkowite wyplenienie wpływów dziedzicznych czy środowiskowych, nie mogą odnieść sukcesu. Kształt historii dwudziestego wieku określiły dwa koszmary - reżim nazistowski, twierdzący, że biologia jest wszystkim, oraz komunizm, utrzymujący, że nie ma ona praktycznie żadnego znaczenia. Jedynym działającym i posiadającym legitymizację społeczną ustrojem politycznym dla nowoczesnych społeczeństw okazała się demokracja liberalna - unika ona bowiem obydwu powyższych skrajności, w swej polityce jest zgodna z historycznymi normami sprawiedliwości oraz nie ingeruje zanadto w naturalne wzorce zachowań.

Na kierunek historii wpłynęło wiele innych czynników, które opisałem w książce Koniec historii i ostatni człowiek9. Jednym z podstawowych motorów napędowych historii ludzkości jest rozwój nauki i techniki, który określa granicę możliwości produkcyjnych i w związku z tym w dużej mierze decyduje o strukturze społeczeństwa. Rozwój techniki pod koniec dwudziestego wieku bardzo przysłużył się demokracji liberalnej. Nie wynika to z tego, że technika jako taka promuje wolność polityczną i równość - wcale tak nie jest - lecz z tego, że obszary techniki rozwijane pod koniec dwudziestego wieku (szczególnie te związane z informacją) należały, zgodnie z nazewnictwem politologa Ithiela de Sola Poola, do technologii wolności10.

Nie ma jednak gwarancji, że rozwój techniki zawsze będzie prowadził do tak korzystnych wyników politycznych. Wiele przeszłych wynalazków technicznych doprowadziło do ograniczenia ludzkiej wolności11. Rozwój rolnictwa, na przykład, spowodował pojawienie się dużych hierarchicznych społeczeństw i dał impuls do rozwoju niewolnictwa, czyniąc je bardziej efektywnym niż w czasach myśliwych i zbieraczy. W mniej odległych czasach wynalazek Eli Whitneya mechanizujący odziarnianie bawełny przekształcił na początku XIX wieku uprawę tej rośliny na południu Stanów Zjednoczonych w dochodowe przedsięwzięcie i doprowadził do odrodzenia się tam niewolnictwa.

Jak wytknęli mi co bardziej spostrzegawczy krytycy stwierdzenia o „końcu historii”, historia nie może się skończyć, dopóki nie ustanie postęp w naukach przyrodniczych i technice12. Obecnie nie stoimy w obliczu końca nauki i techniki, wręcz przeciwnie, wydaje się, że otwiera się przed nami jeden z najbardziej przełomowych okresów rozwoju technicznego w historii. Osiągnięcia biotechnologii oraz lepsze zrozumienie mechanizmów działania ludzkiego mózgu przez naukę mogą mieć niezwykle ważne skutki polityczne. Wraz z nimi ponownie otwiera się dziedzina inżynierii społecznej, z której stosowania zrezygnowały społeczeństwa posiadające dwudziestowieczne zaplecze techniczne.

Z perspektywy czasu narzędzia zeszłowiecznych inżynierów społecznych i planistów utopii wydają nam się niewiarygodnie prymitywne i nienaukowe. Propaganda, obozy pracy, reedukacja, freudyzm, warunkowanie we wczesnym dzieciństwie, behawioryzm - wszystkie te techniki miały służyć wbijaniu kwadratowego kołka natury ludzkiej w okrągły otwór planowania społeczeństw. Żadna z nich nie opierała się na znajomości struktury neurologicznej mózgu czy zachodzących w nim procesów biochemicznych ani nie dysponowała wiedzą o genetycznych źródłach zachowań, a jeśli nawet było inaczej, żadna nie mogła na nie wpłynąć.

Wszystko to może ulec zmianie w ciągu jednego czy dwóch pokoleń. Nie wymaga to wcale powrotu do sponsorowanej przez państwo eugeniki czy rozpowszechnienia inżynierii genetycznej. Neurofarmakologia zdążyła już stworzyć nie tylko antydepresyjny prozac, lecz również ritalin, mający służyć kontrolowaniu zachowania niesfornych dzieci. W miarę poznawania nie tylko korelacji, lecz również konkretnych molekularnych ścieżek prowadzących od genów do cech, takich jak inteligencja, agresja, tożsamość seksualna czy skłonność do przestępczości lub alkoholizmu, ludzie z pewnością wpadną na pomysł wykorzystania tej wiedzy do kształtowania społeczeństw. Postawi to rodziców w obliczu wielu dylematów etycznych, jak również stanie się przedmiotem debat, które być może pewnego dnia zdominują politykę. Jeżeli przed zamożnymi rodzicami otworzy się nagle możliwość zwiększania inteligencji swoich dzieci, jak i wszystkich dalszych potomków, zapoczątkuje to nie tylko pytania natury moralnej, lecz przede wszystkim totalną wojnę klasową.

Książka ta dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich opisuje możliwe drogi w przyszłość i przedstawia ich bezpośrednie konsekwencje, od natychmiastowych i bardzo prawdopodobnych do odległych i niepewnych. Cztery przedstawione tutaj etapy to:




  • postępy wiedzy o mózgu i biologicznych źródłach ludzkiego zachowania;

  • neurofarmakologia oraz manipulacja emocjami i zachowaniem;

  • przedłużenie życia;

  • inżynieria genetyczna.

Część II zajmuje się problemami filozoficznymi wynikającymi ze zdolności manipulacji naturą ludzką. Są w niej przedstawione argumenty za kluczową rolą natury ludzkiej dla naszego rozumienia dobra i zła - czyli praw człowieka - oraz dyskusja o tym, jak możemy stworzyć pojęcie godności ludzkiej niezależnej od przekonań religijnych dotyczących powstania naszego gatunku. Ci Czytelnicy, którzy nie są zainteresowani teoretycznymi wywodami na tematy polityczne, mogą pominąć niektóre rozdziały tej części.

Ostatnia część książki ma charakter bardziej praktyczny: dowodzi ona, że jeśli niepokoją nas niektóre długoterminowe konsekwencje rozwoju biotechnologii, możemy sobie z tym poradzić, tworząc ramy dla jej regulacji, które umożliwią rozróżnienie dobrego i złego użytku czynionego z tej techniki. Ta część może w porównaniu z częścią II popadać w drugi rodzaj skrajności, wchodząc w szczegóły działania różnych instytucji oraz uregulowań prawnych w Stanach Zjednoczonych i innych krajach, są jednak ku temu powody. Postęp techniczny jest obecnie tak szybki, że musimy niezwłocznie przystąpić do analizy, jakie instytucje są potrzebne, by go uregulować.

Postępy biotechnologii, między innymi ukończenie sekwencjonowania ludzkiego genomu, doprowadziły już do nagłośnienia wielu zagadnień, takich jak potencjalna dyskryminacja z powodów genetycznych czy ochrona informacji dotyczących genów. Książka ta nie skupia się na tych kwestiach, po pierwsze dlatego, że były one już roztrząsane przez innych autorów, po drugie zaś dlatego, iż największe wyzwania związane z biotechnologią nie znajdują się jeszcze na horyzoncie, lecz dzieli nas od nich dziesięć lub więcej lat. Ważne jest zrozumienie, że wyzwania te nie będą miały wyłącznie natury etycznej, lecz również polityczną. To bowiem polityczne decyzje dotyczące naszego stosunku do opisywanych technik, jakie podejmiemy w następnych łatach, zdecydują, czy wejdziemy w erę poczłowieczej przyszłości i w moralny mrok, który przyszłość ta może przed nami otworzyć.

Rozdział 2

Nauka o mózgu


Jak prawdopodobne jest, że rewolucja biotechnologiczna, oprócz tego, że wpłynie na życie konkretnych dzieci i ich rodziców, będzie miała konsekwencje polityczne? Jakie nowe możliwości zmiany ludzkiego zachowania czy sterowania nim pojawią się, w szczególności zaś - jakie jest prawdopodobieństwo, że któregoś dnia uzyskamy możność świadomej zmiany natury ludzkiej?

Niektóre z osób promujących Projekt Poznania Ludzkiego Genomu, jak William Haseltine, szef firmy Human Genome Science, wygłaszały śmiałe opinie na temat przyszłych osiągnięć współczesnej biologii molekularnej, twierdząc, że „gdy zrozumiemy procesy naprawcze zachodzące w organizmie na poziomie genów (...) będziemy w stanie utrzymywać normalne funkcjonowanie naszych ciał, być może wiecznie”13. Większość naukowców specjalizujących się w tej dziedzinie ma jednak dużo skromniejszą ocenę tego, co robią i co mogą kiedyś osiągnąć. Wielu twierdzi, że po prostu szuka lekarstwa na pewne choroby o podłożu genetycznym, takie jak rak piersi czy mukowiscydoza, oraz że na drodze do klonowania ludzi i poprawiania ich genotypu stoją wielkie przeszkody, zmienianie natury ludzkiej zaś należy do repertuaru literatury fantastycznonaukowej i nie leży w zasięgu naszych możliwości technicznych.

Prognozy dotyczące techniki są niezwykle trudne i ryzykowne, szczególnie kiedy dotyczą wydarzeń odległych o kilkadziesiąt lat. Należy jednak stworzyć możliwe scenariusze na przyszłość i rozważyć ich potencjalne skutki, z których niektóre są wysoce prawdopodobne i już zaczynają się materializować, inne zaś mogą się nigdy nie ziścić. Jak się przekonamy, nowoczesna biotechnologia już dokonała rzeczy, które w ciągu następnego pokolenia będą miały konsekwencje dla polityki światowej, nawet jeżeli do tego czasu inżynierii genetycznej nie uda się wyprodukować choćby jednego dziecka na zamówienie.

Kiedy mówimy o rewolucji biotechnologicznej, ważne jest, by zdawać sobie sprawę, że chodzi o coś o wiele szerszego niż inżynieria genetyczna. To, czego świadkami jesteśmy dzisiaj, nie jest po prostu rewolucją techniczną dotyczącą naszej zdolności odczytywania i manipulacji DNA, lecz zjawiskiem o dużo większym zasięgu, obejmującym wszystkie nauki biologiczne. Ta rewolucja naukowa korzysta z odkryć i postępu w wielu powiązanych ze sobą dziedzinach - oprócz biologii molekularnej są to nauka o zdolnościach poznawczych mózgu, genetyka populacyjna, genetyka behawioralna, psychologia, antropologia, biologia ewolucyjna oraz neurofarmakologia. Postęp naukowy w każdym z tych obszarów ma potencjalne skutki polityczne, ponieważ powiększa on naszą wiedzę o mózgu, źródle wszelkich ludzkich zachowań, a więc i naszą zdolność do manipulowania nim.

Jak się przekonamy, w nadchodzących dziesięcioleciach świat może się bardzo zmienić, i nie ma tu nawet konieczności snucia śmiałych przypuszczeń co do możliwości inżynierii genetycznej. Dzisiaj i w nieodległej przyszłości czekają nas wybory etyczne dotyczące ochrony prywatności informacji genetycznej, właściwego zastosowania leków, badań na zarodkach ludzkich oraz klonowania ludzi. Wkrótce jednak staniemy wobec problemu selekcji zarodków i pytania o to, w jakim stopniu technik medycznych można używać w celu poprawiania natury, nie zaś terapii.

Rewolucja w nauce o zdolnościach poznawczych

Pierwsza z dróg w przyszłość nie wiąże się z techniką, lecz po prostu z gromadzeniem wiedzy o genach i zachowaniu. Wiele spośród przewidywanych obecnie korzyści z Projektu Poznania Ludzkiego Genomu nie ma związku z potencjalnymi osiągnięciami inżynierii genetycznej, lecz z genomiką, to jest zrozumieniem podstawowych funkcji genów. Genomika pozwoli na przykład dopasowywać leki do poszczególnych pacjentów, tak aby zminimalizować możliwość wystąpienia niepożądanych działań ubocznych, da również hodowcom roślin o wiele dokładniejsze informacje, pomocne przy tworzeniu nowych gatunków14.

Próby powiązania genów z zachowaniem rozpoczęły się jednak już wiele lat przed Projektem Poznania Ludzkiego Genomu i spowodowały liczne zacięte walki polityczne.

Co najmniej od czasów starożytnych Greków ludzie sprzeczali się o to, w jakim stopniu natura i wychowanie wpływają na ludzkie zachowanie. Przez przeważającą część XX wieku nauki przyrodnicze, a w jeszcze większym stopniu społeczne kładły nacisk na kulturowe uwarunkowania zachowania, postponując czynniki naturalne. W ostatnich latach szala zaczęła się jednak przechylać z powrotem - niektórzy twierdzą, że zbyt silnie - na korzyść uwarunkowań genetycznych15. Ta zmiana poglądów naukowych znajduje odbicie w prasie, gdzie dyskutuje się o „genach wszystkiego” - inteligencji, otyłości czy agresji.

Dyskusja o roli dziedziczenia i kultury w kształtowaniu jednostek ludzkich była od początku bardzo upolityczniona - konserwatyści skłaniali się ku wyjaśnieniom premiującym naturę, lewica zaś kładła nacisk na rolę wychowania. Argumenty o dziedziczności były bardzo nadużywane przez różnej maści rasistów i fanatyków religijnych na początku XX wieku, kiedy usiłowano za ich pomocą wyjaśniać, dlaczego niektóre rasy, kultury i społeczeństwa są gorsze od innych. Hitler był najbardziej znanym, lecz nie jedynym prawicowym miłośnikiem genetyki. Przed wejściem w życie w 1924 roku restrykcyjnych praw imigracyjnych przeciwnicy imigracji w Stanach Zjednoczonych twierdzili, tak jak Madison Grant w wydanej w 1921 roku książce The Passing of the Great Race („Przemijanie wielkiej rasy”)16, że zwiększenie się napływu imigrantów z południa Europy, zmniejszenie zaś ich napływu z północy oznacza pogorszenie cech rasowych Amerykanów17.

Podejrzane pochodzenie argumentów o dziedziczności rzucało cień na większość dyskusji o genetyce w drugiej połowie XX wieku. Szczególnie postępowi intelektualiści byli uczuleni na argumenty o wpływie natury. Nie wynikało to jedynie z tego, że istnienie naturalnych różnic między grupami ludzi implikowało hierarchię społeczną, lecz również z tego, iż cechy wrodzone, nawet jeżeli były wspólne dla wszystkich, oznaczały istnienie granic elastyczności natury ludzkiej, a więc też granic ludzkich nadziei i aspiracji. Wszelkim sugestiom, że różnice między płciami wynikają z genów, nie zaś z uwarunkowań społecznych, szczególnie silnie sprzeciwiały się feministki18.

Skrajne poglądy, tak te skłaniające się ku wpływom społecznym, jak i te dostrzegające jedynie rolę dziedziczności, są jednak równie niewiarygodne w świetle dostępnych obecnie dowodów natury empirycznej. Gdy w czasie pierwszej wojny światowej mobilizowano żołnierzy, w armii amerykańskiej zaczęto na dużą skalę przeprowadzać testy inteligencji wśród rekrutów, co po raz pierwszy dostarczyło danych o zdolnościach poznawczych różnych ras i grup etnicznych19. Dane te posłużyły przeciwnikom imigracji jako dowód na umysłową niższość między innymi Żydów i Murzynów. Jedną z pierwszych porażek „naukowego rasizmu” było wykazanie przez antropologa Franza Boasa na podstawie starannie przeprowadzonych badań, że kiedy dzieci imigrantów przestawiano na amerykańską dietę, wymiary ich głowy i inteligencja zbliżały się do wartości przeciętnych u dzieci urodzonych w Stanach. Inni badacze ujawnili kulturowe stereotypy tkwiące w wojskowych testach (dzieci miały rozpoznać między innymi korty tenisowe, których większość małych imigrantów nigdy nie widziała na oczy).

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna