Francis Fukuyama Koniec człowieka Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej



Pobieranie 1.41 Mb.
Strona5/24
Data28.04.2016
Rozmiar1.41 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24

Podejrzewam, że uczyniłoby tak bardzo wiele kobiet, włączając w to osoby, które dzisiaj są oburzone tym, co postrzegają jako dyskryminację gejów. Mogą one uważać homoseksualizm za coś podobnego do łysiny czy niskiego wzrostu - nie jest to stan moralnie naganny, lecz nie jest też optymalny, w związku z czym w zasadzie wolałoby się go dziecku oszczędzić (Jednym z powodów takiej decyzji jest też na przykład nasze pragnienie posiadania wnuków). Jak mogłoby to wpłynąć na pozycję społeczną gejów, szczególnie należących do tego pokolenia, w którym eliminowano by homoseksualizm? Czy ta forma prywatnej eugeniki nie uczyniłaby ich bardziej widocznymi i narażonymi na dyskryminację niż przedtem? Co ważniejsze: czy jest oczywiste, że rasa ludzka zyskałaby na eliminacji homoseksualizmu? A jeżeli nie jest to oczywiste, czy powinniśmy obojętnie odnosić się do wyborów eugenicznych, dopóki dokonują ich rodzice, nie zaś państwa totalitarne?

Rozdział 3

Neurofarmakologia i sterowanie zachowaniem
Cierpienie i nieufność uchodzą za rzeczy grzeszne: ostatni człowiek baczy troskliwie na siebie. Głupiec chyba tylko potyka się jeszcze o kamienie i o ludzi! Nieco trucizny kiedy niekiedy: to darzy słodkimi snami. A w końcu - dużo trucizny, aby mile zemrzeć.
F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, I. 5
Myślicielem, którego idee przeżyły być może najwyższy w XX wieku wzlot, potem zaś upadek, był twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. W połowie zeszłego wieku powszechnie poważano go jako naukowca, który odsłonił najgłębsze prawdy o ludzkich motywach i żądzach. Kompleks Edypa, podświadomość, zazdrość o penisa, pragnienie śmierci - chcący dowieść swojego wyrafinowania intelektualiści prześcigali się w przywoływaniu koncepcji Freuda na przyjęciach. Pod koniec wieku jednak większość naukowców zajmujących się medycyną postrzegała już Freuda jako zaledwie interesujący przyczynek do intelektualnej historii ludzkości, bardziej jako filozofa niż jako naukowca. Stało się tak dzięki postępowi w nauce o zdolnościach poznawczych mózgu i w nowo powstałej dziedzinie - neurofarmakologii.

Freudyzm opierał się na założeniu, że choroby psychiczne, w tym również te poważne, jak depresja maniakalna czy schizofrenia, mają przede wszystkim podłoże psychologiczne i są wynikiem zaburzeń umysłowych, które pojawiają się gdzieś ponad biologiczną materią mózgu. Pogląd ten został podważony przez przypadkowe odkrycie litu jako leku na depresję przez australijskiego psychiatrę Johna Cade’a, który zaczął w 1949 roku podawać go swoim pacjentom cierpiącym na depresję maniakalną76. Wielu spośród tych pacjentów zostało w cudowny sposób uleczonych, co zapoczątkowało proces odchodzenia od Freudowskiej terapii przez rozmowę na rzecz terapii lekowej, która w ciągu dwóch pokoleń niemal całkowicie zastąpiła psychoanalizę. Odkrycie litu było zaledwie początkiem okresu intensywnych badań i rozwoju neurofarmakologii, który pod koniec wieku zaowocował nową generacją leków, takich jak prozac czy ritalin; ich efekty społeczne zaczynamy dostrzegać dopiero teraz.

Wzrost znaczenia leków psychotropowych zbiegł się w czasie ze zjawiskiem, które otrzymało nazwę rewolucji neuroprzekaźników - gwałtownym przyrostem wiedzy naukowej dotyczącej biochemii mózgu i procesów umysłowych77. Freudyzm można porównać do teorii opracowanej przez grupę ludzi pierwotnych, którzy znaleźli działający samochód i próbowali wytłumaczyć jego funkcjonowanie, nie umiejąc zajrzeć pod maskę. Zaobserwowaliby oni silny związek między naciskaniem pedału gazu i poruszaniem się do przodu i wysunęliby teorię o istnieniu mechanizmu, który łączy te dwa zjawiska, zamieniając płyn w ruch kół - mogła to być duża wiewiórka uwięziona w klatce czy rodzaj homunkulusa. Nie dowiedzieliby się jednak niczego o węglowodorach, procesie spalania czy zaworach i tłokach, odpowiedzialnych za zamianę jednego rodzaju energii w drugi.

Nowoczesna neurologia zajrzała pod maskę i pozwoliła nam zerknąć, choć pobieżnie, na silnik. Aktywacją synaps nerwowych i przekazywaniem sygnałów między neuronami w mózgu steruje około tuzina neuroprzekaźników, takich jak serotonina, dopamina czy norepinefryna. Poziomy tych neuroprzekaźników i interakcje między nimi wpływają bezpośrednio na takie nasze subiektywne odczucia, jak samopoczucie, samoocena, strach i tym podobne. Ich normalne poziomy zależą od otoczenia i są silnie związane z tym, co określamy jako osobowość. Na długo zanim powstanie inżynieria genetyczna, znajomość procesów chemicznych zachodzących w mózgu i zdolność manipulowania nimi stanie się ważnym sposobem sterowania zachowaniem o poważnych skutkach politycznych. Znajdujemy się już pośrodku tej rewolucji i nie musimy pisać fantastycznonaukowych scenariuszy, by przewidzieć jej dalszy ciąg.

Weźmy chociażby pod uwagę antydepresyjny lek prozac, produkowany przez koncern Eli Lilly, oraz podobne lekarstwa, jak zoloft (firmy Pfizer) czy paxil (produkowany przez SmithKline Beecham). Prozac, czyli fluoksetyna, jest tak zwanym selektywnym inhibitorem wychwytu serotoniny, a więc jak sama nazwa wskazuje, blokuje on wchłanianie uwolnionej uprzednio przez synapsy nerwowe serotoniny, znacznie podwyższając poziom tego neuroprzekaźnika w mózgu. Serotonina jest kluczowym neuroprzekaźnikiem, którego niski poziom wiąże się zarówno u ludzi, jak i innych naczelnych ze słabą samokontrolą oraz niepohamowaną agresją skierowaną w niewłaściwym kierunku, u samych ludzi zaś dodatkowo z depresją, agresją i samobójstwem78.

Nie jest więc zaskoczeniem, że prozac i pokrewne mu leki stały się jednym z najważniejszych zjawisk kulturowych końca XX wieku. Książki Petera D. Kramera Listening to Prozac (Wsłuchując się w prozac) oraz Elizabeth Wurtzel Kraina prozaca opisują prozac jako cudowny lek, który powoduje niezwykłe zmiany w osobowości ludzkiej79. Kramer opisuje swoją pacjentkę Tess, która cierpiała na chroniczną depresję, była uwikłana w kolejne masochistyczne związki z żonatymi mężczyznami i nie wiodło jej się w pracy. W ciągu kilku tygodni od rozpoczęcia terapii prozakiem jej osobowość całkowicie się odmieniła: Tess uwolniła się z niszczącego ją związku, zaczęła spotykać się z innymi mężczyznami, zmieniła towarzystwo, w którym się obracała, w pracy zaś nabrała pewności siebie i zaczęła działać bardziej zdecydowanie80. Książka Kramera stała się bestsellerem i w wielkim stopniu przyczyniła się do wzrostu zużycia leku i jego akceptacji. Obecnie około 28 milionów Amerykanów, a więc 10 procent ludności USA, zażywa prozac i pokrewne środki81. Ponieważ kobiety częściej niż mężczyźni chorują na depresję i mają problemy z samooceną, lek ten stał się symbolem feminizmu: sukces Tess, która zerwała upokarzający związek, udało się powtórzyć wielu kobietom, którym przepisano inhibitory wychwytu serotoniny.

Nic dziwnego, że leki, którym przypisuje się takie działanie, wzbudzają wiele kontrowersji. Niektóre badania wskazują na to, że prozac nie jest tak skuteczny w działaniu, jak się twierdzi82, a pod adresem Kramera skierowano wiele krytyki za wyolbrzymienie efektów jego stosowania. Większość ataków na prozac to książki w rodzaju Talking Back to Prozac („Odpowiadając prozacowi”) Petera Breggina i Ginger Ross Breggin83 czy Prozac Backlash („Reakcja na prozac”) Josepha Glenmullena84. Ich autorzy twierdzą, że prozac ma mnóstwo niepożądanych działań ubocznych, które usiłuje ukryć jego producent. Utrzymują oni, że lek ten odpowiada za przyrost masy ciała, tiki nerwowe, utratę pamięci, problemy ze sprawnością seksualną, przypadki samobójstw oraz stosowania przemocy, jak również uszkodzenia mózgu.

Może się okazać, że z czasem prozac spotka to samo, co przeciwpsychotyczny środek torazynę - przestanie być postrzegany jako cudowny lek z powodu długoterminowych niepożądanych działań ubocznych, o których zbyt mało wiedziano w momencie wprowadzenia go na rynek. Jednak dużo trudniejszy problem moralny i polityczny powstanie, jeżeli okaże się, że prozac jest całkowicie bezpieczny i działa on - lub podobne leki, które jeszcze odkryjemy - dokładnie tak, jak jest to opisywane w reklamach. Problem ten wiąże się z tym, że prozac wpływa ponoć na najważniejsze z politycznego punktu widzenia odczucie - samoocenę, czyli poczucie własnej wartości.

Samoocena jest oczywiście modnym pojęciem z zakresu psychologii; to coś, czego podobno ciągle brakuje Amerykanom. Ma ona jednak związek z bardzo ważnym aspektem ludzkiej psychiki, wspólną wszystkim ludziom potrzebą uznania. Sokrates w Państwie Platona twierdzi, że dusza składa się z trzech części: zmysłowej, rozumnej oraz części, którą określa słowem thymos - co zazwyczaj tłumaczy się jako „impulsywność”. Thymos to dumna strona ludzkiej osobowości, jej część domagająca się uznania przez innych naszej wartości czy godności. Nie jest to pożądanie dóbr materialnych czy przedmiotów mających zaspokoić nasze potrzeby - pożądanie „użyteczności”, którą ekonomiści zazwyczaj uważają za źródło ludzkiej motywacji - lecz intersubiektywna potrzeba, aby inna istota ludzka uznała naszą pozycję społeczną. Ekonomista Robert Frank wskazuje, że większość działań, które postrzegamy jako motywowane interesem ekonomicznym, jest tak naprawdę spowodowana potrzebą pokazania swojej pozycji społecznej - posiadania tego, co nazywa on dobrami określającymi pozycję85. Chcemy więc posiadać jaguara nie dlatego, że kochamy piękne auta, lecz dlatego, że chcemy przyćmić bmw naszego sąsiada. Potrzeba ta nie musi być potrzebą osobistego uznania; można również żądać, aby inni ludzie uznali naszych bogów, pojęcie sacrum, narodu czy słusznej sprawy86.

Większość politologów dostrzega wagę uznania i to, że jest ono w polityce pojęciem kluczowym. Książę walczący z innym księciem nie potrzebuje ziemi czy pieniędzy - zazwyczaj i tego, i tamtego ma więcej, niż potrzebuje - chce natomiast uznania swojego panowania lub suwerenności i przyznania, że jest najwyższym władcą. Potrzeba uznania często spycha na dalszy plan interes ekonomiczny: nowym państwom, takim jak Ukraina czy Słowacja, być może lepiej by się wiodło jako częściom większych krajów, ale ich celem nie był dobrobyt gospodarczy, lecz własna flaga i miejsce na zgromadzeniach ONZ. Właśnie z tego powodu Hegel uważał, że siłą napędową historii jest walka o uznanie, rozpoczynająca się od pierwotnej „krwawej walki” między dwoma przeciwnikami o to, który z nich będzie panem, a który niewolnikiem, kończąca zaś w momencie powstania nowoczesnej demokracji, w której wszyscy obywatele są postrzegani jako wolni i w równym stopniu szanowani.

Hegel sądził, że walka o uznanie ma miejsce wyłącznie wśród ludzi - że jest to właściwie kluczowy element definiujący istotę ludzką. Mylił się jednak: ludzka żądza uznania ma biologiczne podłoże i jest to uczucie obecne również u innych gatunków zwierząt. Członkowie wielu gatunków budują hierarchie dominacji (termin „porządek dziobania” wywodzi się, rzecz jasna, od zachowania kur). Kiedy patrzymy na spokrewnione z człowiekiem naczelne, jak goryle czy (w szczególności) szympansy, ich walka o pozycję w hierarchii dominacji wydaje się bardzo podobna do ludzkiej. W swojej książce celnie zatytułowanej Chimpanzee Politics („Szympansia polityka”) badacz naczelnych Frans de Waal obszernie opisał walki o pozycję, mające miejsce w kolonii szympansów żyjących w niewoli w Holandii87. Samce szympansów tworzą koalicje, intrygują i wzajemnie się oszukują, przy czym wyraźnie odczuwają emocje bardzo podobne do dumy i gniewu, gdy ich ranga w kolonii jest lub nie jest uznawana przez współtowarzyszy.

Ludzka walka o uznanie jest oczywiście nieskończenie bardziej złożona niż zwierzęca. Ludzie ze swoją pamięcią, wiedzą i olbrzymimi zdolnościami abstrakcyjnego myślenia są w stanie przenieść walkę o uznanie na grunt ideologii, wiary religijnej, stanowiska na uczelni, Nagrody Nobla i tysięcy innych wyróżnień. Ważne jest tutaj jednak to, że żądza uznania ma podstawy biologiczne i jest związana z poziomem serotoniny w mózgu. Wykazano, że małpy na dolnych szczeblach hierarchii dominacji mają niski poziom serotoniny, z kolei świeżo upieczony samiec alfa odczuwa nagły przyrost jej poziomu88.

Z tego właśnie powodu istnienie leku takiego jak prozac może mieć poważne konsekwencje polityczne. Hegel twierdzi, nie bez podstaw, że cały proces historyczny napędzany jest przez ciągłą walkę o uznanie. Niemal cały postęp jest produktem ubocznym tego, że ludzie nigdy nie byli usatysfakcjonowani uznaniem, jakie osiągnęli; mogli zaś dążyć doń wyłącznie walką i pracą. Na status społeczny trzeba sobie zapracować - pracują nań zarówno królowie i książęta, jak i kuzyn Marek, który dochrapał się posady brygadzisty. Normalnym i moralnie akceptowalnym sposobem przezwyciężania niskiej samooceny jest walka z samym sobą i z innymi, ciężka praca, znoszenie bolesnych wyrzeczeń i w końcu sukces, który dostrzegą także inni. Problem z samooceną polega na tym, że w amerykańskiej psychologii popularnej uważa się ją za coś, co nam przysługuje, i każdy ma potrzebę posiadania wysokiej samooceny, niezależnie od tego, czy zasłużył sobie na nią, czy nie. Powoduje to dewaluację samooceny i czyni pogoń za nią próżnym wysiłkiem.

Teraz jednak z pomocą przychodzi amerykański przemysł farmaceutyczny, który produkując leki takie jak zoloft czy prozac, może dostarczyć nam samoocenę w pigułce podwyższającej poziom serotoniny w mózgu. Możliwość manipulacji osobowością w sposób, który opisuje Peter Kramer, prowokuje do pytań. Czy można byłoby uniknąć wszelkich wojen w historii ludzkości, gdyby ludzie mieli w mózgach więcej serotoniny? Czy Cezar lub Napoleon czuliby potrzebę podboju Europy, gdyby mogli od czasu do czasu zażyć tabletkę prozacu? Jeżeli tak, to jak wyglądałaby historia?

Na świecie są niewątpliwie miliony cierpiących na depresję kliniczną ludzi, których poczucie własnej wartości jest zdecydowanie zbyt ruskie. Dla nich prozac i pokrewne środki są darem niebios. Jednak niski poziom serotoniny nie musi oznaczać stanu patologicznego; istnienie prozacu otwiera drogę do tego, co Kramer nazwał kosmetyczną farmakologią: zażywania leku nie z powodu jego wartości terapeutycznej, lecz dlatego, że czujemy się po nim „lepiej niż dobrze”. Jeżeli wysoka samoocena jest tak ważna dla ludzkiego szczęścia, któż nie chciałby jej podwyższyć? Tak pojawia się lek, który pod pewnymi względami zaczyna niestety przypominać somę z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya.

O ile prozac wydaje się rodzajem pigułki szczęścia, o tyle ritalin zaczął odgrywać rolę jawnego instrumentu kontroli społecznej. Ritalin89 jest handlową nazwą metylfenidatu, psychostymulującego środka pokrewnego metamfetaminie, narkotykowi znanemu w latach sześćdziesiątych jako speed. Ritalin stosuje się dzisiaj w leczeniu syndromu zwanego zespołem nadpobudliwości ruchowej połączonej z deficytem uwagi (ADHD - Attention Deficit Hyperactivity Disorder), „choroby” często stwierdzanej u chłopców, którzy nie są w stanie spokojnie usiedzieć na lekcji.

Zespół deficytu uwagi (ADD) po raz pierwszy wymieniono jako chorobę w roku 1980 w podręczniku Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders („Diagnostyczny i statystyczny podręcznik chorób umysłowych”), wyroczni w zakresie oficjalnie uznawanych chorób umysłowych. Nazwę choroby zmieniono w kolejnym wydaniu podręcznika na „zespół nadpobudliwości ruchowej połączonej z deficytem uwagi”, wskazując jako dodatkową cechę tej choroby nadpobudliwość. Pojawienie się ADD, a potem ADHD w tym podręczniku było samo w sobie interesujące. Mimo prowadzonych od kilkudziesięciu lat poszukiwań nikt nie zdołał zidentyfikować przyczyny tych schorzeń. Są one rozpoznawane wyłącznie na podstawie objawów. Podręcznik wymienia listę kryteriów diagnostycznych pozwalających rozpoznać chorobę; są to m.in. problemy z koncentracją i nadmierne pobudzenie funkcji motorycznych. Lekarze dokonują bardzo subiektywnej diagnozy na podstawie występowania u pacjenta wystarczającej liczby wymienionych objawów, których rzeczywiste istnienie nie zawsze jest rzeczą pewną90.

Nie dziwi więc, że psychiatrzy Edward Hallowell i John Ratey twierdzą w swojej książce Driven to Distraction („Doprowadzeni do szału”), że „kiedy tylko zorientujecie się, na czym polega ten syndrom, dostrzeżecie go wszędzie”91. Według ich ocen, na którąś z form ADHD cierpi w sumie około 15 milionów Amerykanów. Jeżeli jest to prawda, Stany Zjednoczone dotknięte są epidemią niebywałych wprost rozmiarów.

Istnieje oczywiście prostsze wyjaśnienie, mówiące, że ADHD nie jest chorobą, lecz raczej końcową częścią krzywej rozkładu statystycznego opisującego całkiem normalne zachowania92. Młodzi ludzie, szczególnie zaś młodzi chłopcy, nie zostali zaprogramowani przez ewolucję, aby spokojnie siedzieć godzinami w ławkach, słuchając nauczyciela, lecz aby biegać, bawić się i przejawiać swoją aktywność fizyczną na wszelkie sposoby. To, że coraz częściej wymagamy od nich, aby siedzieli nieruchomo w klasie, oraz to, że rodzice i nauczyciele mają mniej czasu, aby zająć ich czymś interesującym, stwarza wrażenie, iż mamy do czynienia z rozprzestrzeniającą się chorobą. Cytując słowa Lawrence’a Dillera, lekarza i autora krytycznej książki o ritalinie:
Pozostaje możliwość, że ADD jest słowem-wytrychem, obejmującym całą gamę problemów z zachowaniem dzieci wynikających z różnych przyczyn, zarówno tych uwarunkowanych biologicznie, jak i psychospołecznych. Fakt zaś, że ritalin pomaga w tak wielu przypadkach, może zachęcać do rozszerzania definicji ADD93.
Ritalin jest lekiem stymulującym ośrodkowy układ nerwowy, spokrewnionym chemicznie z takimi substancjami (których stosowanie jest ściśle nadzorowane), jak metamfetamina czy kokaina. Jego efekty farmakologiczne są również bardzo podobne - wydłużenie czasu koncentracji, poczucie euforii, krótkotrwały przypływ energii i możliwość silniejszego skupienia uwagi. Zwierzęta doświadczalne, którym dano wybór między zażywaniem ritalinu a kokainy, nie wykazywały znaczących preferencji w jedną lub drugą stronę. Obydwie substancje podwyższają uwagę, koncentrację i poziom energii również u zupełnie zdrowych osób. Podobnie jak metamfetamina czy kokaina nadużywanie ritalinu powoduje niepożądane działania uboczne, takie jak bezsenność czy utrata wagi. Dlatego też lekarze, przepisując go dzieciom, zalecają okresowe „wakacje od leku”. W niskich dawkach, w jakich zazwyczaj podawany jest dzieciom, ritalin jest substancją nieporównywalnie mniej uzależniającą niż kokaina, lecz w przypadku wyższych dawek efekty są podobne. W związku z tym amerykańska Agencja ds. Walki z Narkotykami (DEA) zakwalifikowała ritalin jako środek klasy II, wymagając przepisywania go na potrójnych formularzach recept oraz narzucając ograniczenia skali jego produkcji94.

Pozytywne psychologiczne skutki zażywania ritalinu tłumaczą, dlaczego używa go - lub, zdaniem DEA, nadużywa - coraz więcej ludzi, u których nie stwierdzono ADHD. Według Dillera, „lek ten potencjalnie poprawia funkcjonowanie każdego - zarówno dziecka, jak i dorosłego, cierpiącego na ADD lub nie”95. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku niezwykle szybko wzrosło zużycie ritalinu w szkołach średnich i w kampusach uniwersyteckich, ponieważ uczniowie i studenci odkryli, że pomaga on w nauce do egzaminów i ułatwia koncentrowanie uwagi podczas zajęć. Lekarz z Uniwersytetu Wisconsin twierdzi, że „nasze sale wykładowe zamieniają się w apteki”96. Elisabeth Wurtzel, autorka znanej książki o prozacu, pisze, że rozgniatała i wdychała przez nos czterdzieści tabletek ritalinu dziennie, co doprowadziło do tego, iż trafiła do szpitala na ostry dyżur i przeszła terapię detoksykacyjną, w czasie której poznała matki podkradające dzieciom tabletki do własnego użytku97.

Polityczny aspekt stosowania ritalinu obnaża fakt, w jak schematycznych i ubogich kategoriach myślowych postrzegamy charakter i zachowanie. Daje on również przedsmak tego, co nadejdzie, gdy dostępna stanie się inżynieria genetyczna, dająca dużo większe możliwości sterowania zachowaniem. Ludzie, którzy uważają, że cierpią na ADHD, mają często bardzo silną potrzebę wiary w to, iż ich niezdolność do koncentracji czy sprawnego funkcjonowania w jakimś zakresie nie wynika, jak często im się mówi, z ich złego charakteru czy słabej woli, lecz jest efektem schorzenia neurologicznego. Podobnie jak geje, którzy wskazują na „gen homoseksualizmu” jako powód swoich zachowań, ludzie ci chcieliby uwolnić się od osobistej odpowiedzialności za swoje czyny. Cytując tytuł jednej z niedawno wydanych książek promujących ritalin: „to nie jest niczyja wina”98.

Niewątpliwie jest wielu ludzi, którzy są w takim stopniu nadpobudliwi czy niezdolni do koncentracji, że można uznać, iż ich zachowanie determinuje biologia. Co jednak z ludźmi, którzy znajdują się na przykład w okolicach piętnastego centyla rozkładu normalnego opisującego poziom uwagi? Ich stan ma pewne podłoże biologiczne, lecz niewątpliwie mogą oni podjąć działania, które wpłyną na ich stopień koncentracji uwagi czy nadpobudliwość. Ćwiczenia, charakter, determinacja i ogólnie pojęte środowisko odgrywają tutaj ważną rolę. Zaliczenie takich ludzi do grupy chorych jest zacieraniem granicy między terapią a kosmetyką. Jednak dokładnie tego żądają pomysłodawcy uznania ADHD za chorobę.

Wspierają ich w tym silne grupy interesu99. Pierwszą i najważniejszą taką grupą są rodzice i nauczyciele, którzy nie chcą tracić czasu i energii niezbędnych do utrzymania dyscypliny, zainteresowania, rozbawienia czy uczenia dzieci w tradycyjny sposób. Jest oczywiście zrozumiałe, że udręczeni rodzice i przepracowani nauczyciele chcą uprościć sobie życie, stosując medykamenty, lecz działania zrozumiałe to nie zawsze działania słuszne. Najważniejszym lobby reprezentującym interesy tej grupy w Stanach Zjednoczonych jest CHADD - Children and Adults with Attention-Deficit/Hyperactivity Disorder (Dzieci i Dorośli z Deficytem Uwagi/Nadpobudliwością), nie mające na celu osiągnięcia zysku stowarzyszenie samopomocy założone w 1987 roku, zrzeszające głównie rodziców, u których dzieci stwierdzono ADHD. CHADD stara się być grupą wsparcia i ośrodkiem informacyjnym dysponującym najświeższymi informacjami o ADHD i leczeniu tego syndromu, podejmuje też poważne wysiłki, aby doprowadzić do sklasyfikowania ADHD jako upośledzenia i zapewnić dzieciom, u których zdiagnozowano ten syndrom, specjalny tok nauczania zgodnie z ustawą o nauczaniu osób upośledzonych100. CHADD szczególnie obawia się napiętnowania ofiar ADHD przez społeczeństwo. W 1995 roku grupa ta uruchomiła wielką kampanię mającą na celu przeniesienie ritalinu do klasy III, co zniosłoby ograniczenia nałożone przez DEA na produkcję leku i znacząco złagodziło zasady przepisywania i nabywania tego specyfiku101.

Drugą ważną siłą domagającą się uznania ADHD za chorobę jest przemysł farmaceutyczny, szczególnie zaś te firmy - jak Novartis (dawniej Ciba-Geigy) - które produkują ritalin i leki mu pokrewne. Eli Lilly, producent prozacu, wydał olbrzymie sumy na odparcie zarzutów dotyczących niepożądanych działań ubocznych powodowanych przez jego bardzo dochodowy produkt, podobnie czyniła firma Novartis. Novartis uporczywie ubiegał się o przeniesienie ritalinu do klasy III oraz naciskał na szybkie podwyższanie limitów produkcji, rozpowszechniając na początku lat dziewięćdziesiątych informacje o niedoborach leku na rynku. W 1995 roku okazało się jednak, że firma przesadziła w swoich wysiłkach - przeniesienie leku do wyższej klasy nie powiodło się po tym, jak ujawniono, iż Novartis ukrył fakt przekazania CHADD darowizn w wysokości niemal 900 tysięcy dolarów.

Uznanie syndromu takiego jak ADHD za chorobę ma poważne konsekwencje prawne i polityczne. Według prawa amerykańskiego syndrom ten jest obecnie uważany za upośledzenie i w związku z tym osoby nim dotknięte mają zapewnioną ochronę na mocy dwóch różnych przepisów - artykułu 504 Ustawy o rehabilitacji zawodowej z 1973 roku oraz Ustawy o osobach upośledzonych z 1990 roku. Pierwszy z nich zabrania dyskryminowania ludzi upośledzonych, drugi zaś przewiduje dodatkowe fundusze na specjalny tok nauczania osób, u których stwierdzono ujęte na oficjalnej liście upośledzenia związane z procesem uczenia się. Dodanie ADHD do listy objętej tą ustawą było wynikiem długiej batalii politycznej między CHADD i innymi grupami nacisku po jednej stronie a ogólnokrajowym związkiem zawodowym nauczycieli (NEA - National Education Association) oraz Narodowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludzi Kolorowych (NAACP - National Association for the Advancement of Colored People) po drugiej. NEA miała obiekcje z powodu budżetowych konsekwencji rozszerzania listy upośledzeń, NAACP zaś kierowało się obawami, że czarnoskóre dzieci będą chętniej niż dzieci białe klasyfikowane jako upośledzone i poddawane terapii lekowej. Syndrom ADHD ostatecznie znalazł się na oficjalnej liście upośledzeń w 1991 roku po intensywnej kampanii wysyłania listów i lobbingu prowadzonym przez CHADD oraz inne grupy rodziców102.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna