Granice brudnej wspólnoty Wprowadzenie Niniejszy artykuł poświęcony jest analizie pojęcia „brudnej wspólnoty”



Pobieranie 114.99 Kb.
Strona1/2
Data07.05.2016
Rozmiar114.99 Kb.
  1   2
Anna Kiersztyn, IS UW

Granice brudnej wspólnoty
Wprowadzenie
Niniejszy artykuł poświęcony jest analizie pojęcia „brudnej wspólnoty”, ukutym swojego czasu przez Adama Podgóreckiego. W swoich rozważaniach skupiam się w szczególności na granicach tego pojęcia: jakie typy powiązań można określić mianem brudnej wspólnoty, a jakie już nie zasługują na taką nazwę?
Istnieją dwa powody, dla których warto poświęcić nieco czasu na doprecyzowanie, o co właściwie chodzi, gdy mówi się o „zjawisku brudnej wspólnoty”. Pierwszy, najbardziej oczywisty powód to niesłabnąca popularność, jaką cieszy się to określenie. W ostatnich latach coraz częściej możemy usłyszeć o rozmaitych „brudnych wspólnotach” z ust polityków, socjologów, dziennikarzy, a także zwykłych ludzi. Trudno się temu zresztą dziwić – od kilku lat w Polsce obserwuje się bowiem szczególne zainteresowanie problematyką korupcji, która przez opinię publiczną uznawana jest za jeden z kluczowych problemów społecznych1. Wszelkiego rodzaju próby poszukiwania i piętnowania „brudnych wspólnot” doskonale wpisują się w modny i politycznie nośny dyskurs o wszechobecności korupcji, niesprawiedliwościach, jakie powoduje, oraz konieczności walki z nią (niekiedy przy zastosowaniu nadzwyczajnych środków). W tym kontekście hasło „brudna wspólnota” może stanowić skuteczny oręż retoryczny, gdyż łatwo zapada w pamięć, działa na wyobraźnię, jego sens wydaje się oczywisty i jednoznacznie negatywny. Nie trzeba dogłębnie studiować pism Adama Podgóreckiego, by odgadnąć, w czym rzecz: „wspólnoty” - czyli powiązania międzyludzkie, „brudne” - czyli złe, nieuczciwe, chcące pozostać w ukryciu, i szkodliwe społecznie (w myśl skojarzenia, że to, co „brudne”, może też „brudzić”). Czy rzeczywiście to samo miał na myśli Podgórecki, pisząc o brudnych wspólnotach, czy może chodziło o coś więcej?
Drugi powód to znaczenie, jakie w debatach publicznych i polityce społecznej ostatnich lat przywiązuje się do kwestii kapitału społecznego. „Kapitał społeczny” jest znaczeniowo dość zbliżony do „brudnej wspólnoty”, jednak w odróżnieniu od tej ostatniej, posiada na ogół pozytywną konotację – definiowany jest jako zasób, w który jednostki i społeczeństwa powinny „inwestować”. Należałoby zatem uważnie przyjrzeć się relacjom między tymi dwoma pojęciami.
Podstawowa teza niniejszego artykułu mówi, że granica między brudną wspólnotą (zgodnie z tym, jak zdawał się pojmować ją Adam Podgórecki) a „dobrym” kapitałem społecznym jest – wbrew temu, co się potocznie przyjmuje – często bardzo płynna. Jednoznaczne rozróżnianie powiązań „czystych”, godnych uznania, i „brudnych”, godnych potępienia, z jakim niejednokrotnie mamy do czynienia w debacie publicznej, wydaje się znacznym spłyceniem oryginalnej idei Podgóreckiego. W pierwszej części artykułu dokładniejszej analizie poddaję potoczne rozumienie „brudnej wspólnoty”, zestawiając je ze sposobem, w jaki powiązania te opisywał autor tego pojęcia, oraz z najczęściej stosowaną definicją kapitału społecznego. W drugiej części zastanawiam się nad granicami między kapitałem społecznym a brudną wspólnotą – na przykładzie trzech rodzajów powiązań traktowanych w debacie publicznej i literaturze przedmiotu jako przykłady „dobrego” kapitału społecznego. Kontynuując te rozważania, w ostatniej części artykułu poddaję analizie krytycznej pomysł, by za kryterium różnicujące brudne wspólnoty i „dobry” kapitał społeczny przyjąć zgodność z prawem intuicyjnym.
Od „Układu” do kapitału społecznego
W polskim (i nie tylko) dyskursie naukowym pojęcie brudnej wspólnoty najczęściej pojawia się w kontekście rozważań nad korupcją i traktowane jest niemalże jako synonim korupcji2. W podobny sposób pojęcie to funkcjonuje w języku potocznym. Wskazuje na to już pobieżna analiza pierwszych z brzegu wypowiedzi polityków, dziennikarzy oraz internautów, zabierających głos na rozmaitych forach dyskusyjnych. Gdy do internetowej wyszukiwarki wpisze się hasło „brudna wspólnota”3, można się przekonać, iż osoby posługujące się tym sformułowaniem rozumieją je bardzo jednoznacznie i niemal zawsze wartościują negatywnie. O brudnych wspólnotach na ogół mowa jest w kontekście społecznej krytyki, która przybiera postać krytyki konkretnych grup, z reguły postrzeganych jako uprzywilejowane pod jakimś względem. Mogą to być np.: sędziowie, bankowcy, politycy, czy też dawni funkcjonariusze i współpracownicy PRL-owskiej „bezpieki”.
Brudne wspólnoty to przede wszystkim powiązania oparte na wspólnocie interesu. Samo słowo „interes” posiada negatywną konotację: w rozmaitych wypowiedziach uwypukla się fakt, iż członkowie danej grupy realizują go zazwyczaj cudzym kosztem i nie oglądając się na dobro innych ludzi, względy etyczne, sprawiedliwość czy nawet prawo. „Przy zaniku poczucia religijnego i narodowego, jedyną tożsamością zbiorową staje się grupa wspólnego interesu – twierdzi autor tekstu zatytułowanego „Archipelag brudnych wspólnot” - (...) należałoby ją chyba porównać do drużyny wczesnośredniowiecznych kupców, którzy przy nadarzającej się okazji przemieniali się w rozbójników4. O podporządkowywaniu sfery publicznej prywatnym interesom członków brudnej wspólnoty (w tym przypadku: „dzielących łupy” pozornie opozycyjnych partii politycznych) mowa była także w Sejmie, w kontekście debaty nad propozycją wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych: „Pełnienie służby wobec państwa, narodu zamienione zostało na służbę wobec gremiów partyjnych i szefostw partii (...). Bo partie opozycyjne są tylko dla telewizji i dla maluczkich, a faktycznie idą ręka w rękę i dzielą łupy5. Są internauci, którzy idą jeszcze dalej, mówiąc nie tylko o braku poszanowania dla zasad etycznych wśród członków brudnej wspólnoty, lecz przyrównując ją do organizacji przestępczych: „To są więzy charakterystyczne dla trwałości organizacji przestępczych, mafijnych. (...) zasady: lojalności, podległości, wspólnoty interesów...6 (cyt. 3) . Czynnikiem generującym i umacniającym owe więzy jest wspólny udział w działalności przestępczej, jako że: „wszyscy czy prawie wszyscy gracze mają coś na sumieniu i właśnie to daje im poczucie bezkarności...7.
Kolejna rzecz, jaka rzuca się w oczy, gdy analizuje się internetowe wypowiedzi, w których pojawia się hasło „brudna wspólnota”, to ich fatalistyczny ton. Negatywna ocena zachowania brudnych wspólnot przekłada się na negatywną ocenę funkcjonowania polskiego społeczeństwa, które jest „przeżarte” przez wszechobecne „układy” (bądź „Układ” pisany z wielkiej litery). Ogólnie rzecz biorąc, „Polska postkomunistyczna to w dużej mierze właśnie archipelag takich 'brudnych wspólnot'8. Odnaleźć tu można oddziałujące na wyobraźnię przedstawienia brudnej wspólnoty jako poważnej choroby, na którą cierpi nasz kraj (rak, gangrena, pasożyt), np: „Polskę toczy gangrena prywaty i partyjniactwa...9. Wskazuje się także (często implicite) na nieskuteczność wszelkich prób walki z tą „chorobą” – choć o korupcji wiele się w Polsce ostatnio mówi, to niewiele z tego wynika, skoro „Brudne wspólnoty istnieją i mają się dobrze w: sądownictwie, prokuraturze, służbach, administracji. Kupowanie wyroków jest w Polsce powszechne10. Taka skrajnie negatywna wizja sposobu działania podstawowych instytucji stojących na straży polskiego prawa powoduje, iż gotowość do udziału w rozmaitych „przekrętach” jest niekiedy postrzegana jako coś zrozumiałego i w pewnym sensie usprawiedliwionego: „Brudna wspólnota bankowa broni swoich ludzi - to zrozumiałe. Bez solidarnosci nie ma wspólnoty. (...) Tak wiec krytykując bankowców pamiętajcie, że żyjecie w kraju totalnego bezprawia i bezhołowia11.
Funkcjonujący w potocznej świadomości obraz brudnej wspólnoty, jaki wyłania się z analizy wypowiedzi internetowych, jest w wielu punktach zbliżony do sposobu, w jaki zjawisko to charakteryzował Adam Podgórecki. Jest tak pomimo faktu, iż pojęcie brudnej wspólnoty powstało w zupełnie innym kontekście gospodarczym i politycznym, i początkowo służyć miało przede wszystkim do analizy społeczeństwa PRL-u czy, szerzej, społeczeństw krajów komunistycznych12. Za specyficzne dla tych społeczeństw i kluczowe dla zrozumienia procesów w nich zachodzących Podgórecki uważał sieci wzajemnych powiązań, opartych na lojalnościach, które są „cementowane za pomocą więzów rodzinnych, wzajemnie świadczonych usług, wspólnictwa w dokonywaniu rozmaitych (...) naruszeń prawa, świadomości rozmaitych postępków nagannych, partycypacji we wzajemnie korzystnych nieformalnościach, możliwości wzajemnego szantażu...”13. Zarówno w pierwotnej charakterystyce brudnej wspólnoty, jak i w obecnym, potocznym ujęciu, mowa jest zatem o wymianie, wspólnocie interesów, nadużywaniu stanowiska dla osobistej korzyści, jak również o lojalności nakazującej ukrywanie nieetycznych lub niezgodnych z prawem zachowań (w myśl zasady „ręka rękę myje”). Podobieństwa widać jeszcze wyraźniej, gdy spojrzy się na listę przykładów, którymi Podgórecki zilustrował swój wywód: „...wykładowca przyjmuje do akademii medycznej czyjąś córkę w zamian za możliwość kupienia zazwyczaj nieosiągalnego cementu na budowę domu; za przywilej natychmiastowego zakupu samochodu czyjaś starsza ciotka trafia do dobrze wyposażonego, specjalistycznego szpitala; możliwość wyjazdu na wczasy nad morzem otrzymuje się w zamian za pozytywną recenzję pracy doktorskiej”14.
Istnieje jednak kilka godnych uwagi różnic między potocznym pojmowaniem brudnej wspólnoty a sposobem, w jaki określał ją Podgórecki. W obu przypadkach możemy mówić o innym rozłożeniu akcentów. W wypowiedziach dziennikarzy i internautów koncentrowano się przede wszystkim na opisie nadużyć dokonywanych przez osoby i grupy będące częścią systemu nieformalnych powiązań, zaś samo istnienie takich powiązań traktowano jako coś oczywistego, nie wymagającego szczególnych wyjaśnień. Podgórecki w swoich analizach zwracał natomiast uwagę również na kontekst społeczny sprzyjający pojawianiu się i trwaniu brudnej wspólnoty, traktując ją jako uwarunkowaną kulturowo formę społecznego przystosowania. W PRL-owskim społeczeństwie, o silnej etyce indywidualistycznej i silnych więzach rodzinnych, w którym prawo oficjalne było niezgodne z intuicyjnym, nieformalne powiązania i wszechobecne „kombinowanie” umożliwiały radzenie sobie w sytuacji ciągłego niedoboru, czyniąc życie odrobinę znośniejszym. Brudna wspólnota spełniała także zdaniem Podgóreckiego ważną funkcję ukrytą: nieformalne wymiany wspomagają gospodarkę krajów komunistycznych w bardzo znaczny sposób”, „neutralizują ich wrodzoną niewydolność15. To ostatnie zresztą sprawiało, iż władze do pewnego stopnia „przymykały oko” na funkcjonowanie gospodarki drugiego obiegu. Widać tu zatem, że w charakterystyce twórcy tego pojęcia, brudna wspólnota nie jest traktowana jednoznacznie negatywnie. Świadczy o tym także fakt, iż opisana przez Podgóreckiego nieformalna współpraca nie zawsze musiała wiązać się z naruszeniem prawa bądź zasad etyki: wymiana mogła dotyczyć także legalnych dóbr i usług i być przejawem zwykłej ludzkiej zaradności. Warto tu także podkreślić, iż tak rozumiane brudne wspólnoty nie występowały jedynie w grupach uprzywilejowanych czy na wysokich szczeblach władzy16 - inaczej niż w potocznym rozumieniu tego pojęcia.
Stwierdzenie, iż brudną wspólnotę traktować można nie tylko jako patologię, lecz również jako przejaw indywidualnej i grupowej zaradności, zbliża to pojęcie do szeroko dyskutowanej w ostatnich latach koncepcji kapitału społecznego. Kapitał społeczny traktowany jest przez ekonomistów i socjologów jako jeden z istotnych zasobów (obok kapitału ekonomicznego, ludzkiego, czy – u Bourdieu – symbolicznego) ułatwiających działanie. Na ów „zasób” składają się – wedle najczęściej przyjmowanej definicji17 – sieci społecznych powiązań, normy wzajemności i zaufanie, ułatwiające współpracę. Podstawową i zarazem dość oczywistą ideę, jaka przyświeca postulatom budowania kapitału społecznego, streścić można za pomocą prostego stwierdzenia: dobrze jest mieć kontakty. Stwierdzenie to równie dobrze mogłoby się odnosić do brudnej wspólnoty, jednak w przeciwieństwie do tej ostatniej, kapitał społeczny to pojęcie o zdecydowanie pozytywnej konotacji: kontakty najczęściej (choć nie zawsze) są źródłem rozmaitych korzyści nie tylko dla osób bezpośrednio zaangażowanych w sieć wymian, lecz również dla całego społeczeństwa. Do hipotetycznych pozytywnych efektów zewnętrznych kapitału społecznego (mówiąc językiem ekonomistów), należą m.in.: wzrost gospodarczy, lepsze funkcjonowanie demokracji, niższa przestępczość, większa efektywność instytucji. Na stronach internetowych Banku Światowego można przeczytać, że „istnieje coraz więcej dowodów na to, że solidarność spoleczna jest kluczowym warunkiem dobrobytu i trwałego wzrostu gospodarczego”18. Możliwość wykorzystania kontaktów społecznych dla poprawy sytuacji jednostek i całych społeczności uznawana jest za na tyle obiecującą, że kilka lat temu BŚ uruchomił inicjatywę na rzecz kapitału społecznego (Social Capital Initiative), w ramach której prowadzone są badania diagnozujące stan tego zasobu w różnych krajach oraz jego skuteczność w rozwiązywaniu wszelkiego rodzaju problemów społecznych19.
W literaturze przedmiotu zwraca się uwagę na to, iż kapitał społeczny posiada również swoją mroczną stronę. Istnieją takie powiązania międzyludzkie, które przyczyniają się do pogłębiania nierówności i konfliktów społecznych. Mogą to być zarówno wąskie, zamknięte grupy dbające wyłącznie o interes swych członków, dążące do zmonopolizowania dostępu do określonych dóbr i wykluczenia innych z podziału, jak i grupy krzewiące nienawiść i nietolerancję. Wśród przykładów negatywnego kapitału społecznego najczęściej wymienia się siatki terrorystów, zorganizowane grupy przestępcze oraz powiązania korupcyjne20. „Mroczny kapitał społeczny” wydaje się zatem znaczeniowo najbliższy potocznemu pojmowaniu brudnej wspólnoty.
Zasadnicze pytanie, jakie stawiam w niniejszym artykule, dotyczy granic oddzielających dobroczynny kapitał społeczny od jego mrocznej strony. Jakie rodzaje powiązań można opatrzyć etykietką „brudnej wspólnoty”, a jakie zasługują na zaszczytne miano „kapitału społecznego”? Czy istnieją jakieś konkretne kryteria, pozwalające oddzielić wspólnoty „czyste” od „brudnych”? Dokładniejsza analiza tego zagadnienia wydaje mi się szczególnie ważna zarówno z teoretycznego, jak i praktycznego punktu widzenia. Po pierwsze dlatego, iż w tekstach i debatach wokół kapitału społecznego, poza samym wskazaniem, że może on być nie tylko pozytywny, ale również negatywny, nie podejmuje się na ogół systematycznych prób precyzyjnego rozróżnienia obu tych zjawisk21. Autorzy licznych wypowiedzi wymieniających różnorodne dobrodziejstwa, jakich jednostkom i całym społecznościom przysparzają sieci powiązań międzyludzkich opartych na zasadzie wzajemności, na ogół poprzestają na ogólnym stwierdzeniu, że czasem (a w domyśle: raczej rzadko) bywa też tak, że pewne rodzaje kapitału społecznego okazują się dla społeczeństwa niekorzystne22. Po drugie, pomimo powyższego zastrzeżenia, ogólna konkluzja, jaka płynie z ich rozważań, jest najczęściej taka, że w kapitał społeczny tak czy inaczej społeczeństwa powinny inwestować, ponieważ „wiadomo, że im jest go więcej, tym lepiej23. Tymczasem brak odpowiedzi na pytanie, w jakich sytuacjach i na jaką skalę kapitał społeczny może nabrać cech brudnej wspólnoty, sprawia, że inwestowanie w jego budowę staje się przedsięwzięciem podobnym do kupna przysłowiowego „kota w worku”.
Zwykła zaradność czy już korupcja?
Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o granice między „dobrym” kapitałem społecznym a brudną wspólnotą warto zacząć od bliższego przyjrzenia się przykładom powiązań międzyludzkich, które w literaturze przedmiotu powszechnie uznawane są za korzystne w skutkach. Należą do nich:

  • formalne i nieformalne stowarzyszenia, uważane za podstawę społeczeństwa obywatelskiego

  • prywatne sieci bliższych i dalszych znajomych pomocne np. w znalezieniu zatrudnienia

  • powiązania biznesowe, obniżające koszty transakcyjne24


Istnieje wiele prac wskazujących indywidualne i społeczne pożytki płynące z gęstej sieci formalnych i nieformalnych stowarzyszeń. Do najbardziej znanych należy „Demokracja w działaniu” Roberta Putnama, według którego obecność stowarzyszeń i organizacji pozarządowych jest jedną z podstawowych zmiennych wyjaśniających lepsze funkcjonowanie gospodarki i instytucji publicznych w północnych Włoszech, w porównaniu z południowymi. Putnam za de Tocquevillem pisze: „Oddziałując wewnętrznie, stowarzyszenia zaszczepiają swoim członkom nawyk współpracy, solidarności i myślenia o sprawach społecznych (...) członkowie stowarzyszeń wykazują większą polityczną orientację, społeczną odpowiedzialność, polityczną aktywność i 'podmiotową obywatelską kompetencję”25. Tego typu założenie, choć nie zawsze wyrażone explicite, często leży u podstaw postulatów wspierania trzeciego sektora czy pobudzania obywatelskiej partycypacji.
W Polsce dążenie do rozwijania współpracy między sektorem publicznym i organizacjami pozarządowymi znalazło wyraz w Ustawie z 24 kwietnia 2003 o Działalności Pożytku Publicznego i Wolontariacie26. Artykuł 11 tej ustawy stanowi, że Organy administracji publicznej wspierają (...) realizację zadań publicznych przez organizacje pozarządowe (...) prowadzące działalność statutową w danej dziedzinie”. Od momentu jej wejścia w życie stowarzyszenia mogą ponadto ubiegać się o szczególny status organizacji pożytku publicznego. Status ten daje liczne przywileje, takie jak: prawo do otrzymywania jednego procenta podatku dochodowego od osób fizycznych (Art. 27), prawo do użykowania nieruchomości będących własnością Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego na szczególnych warunkach, zwolnienie od podatku dochodowego od osób prawnych, podatku od nieruchomości, podatku od czynności cywilnoprawnych, opłaty skarbowej oraz opłat sądowych (Art. 24)27, a także możliwość nieodpłatnego informowania o swojej działalności w publicznym radiu bądź telewizji (Art. 26). Jednym z ustawowo określonych warunków uzyskania takiego statusu jest prowadzenie szeroko pojętej działalności „społecznie użytecznej”, mogącej obejmować m.in.: pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej, działalność charytatywną, podtrzymywanie tradycji narodowej, działalność na rzecz ochrony i promocji zdrowia, praw kobiet czy swobód obywatelskich, wspomaganie rozwoju gospodarczego, upowszechnianie kultury fizycznej i sportu czy ochronę zwierząt28.
Nie od dziś wiadomo zarazem, że obok organizacji pozarządowych działających na rzecz społeczeństwa można odnaleźć i takie, których działalność niewiele ma wspólnego z pomocą potrzebującym czy krzewieniem tolerancji. W Polsce przykładem takiej budzącej kontrowersje organizacji jest Młodzież Wszechpolska, która okryła się wątpliwą sławą wskutek medialnych doniesień o rozmaitych ekscesach i skandalach z udziałem jej działaczy29. Nie przeszkodziło jej to jednak w wystąpieniu w kwietniu zeszłego roku o przyznanie statusu organizacji pożytku publicznego. Mimo iż owe starania nie zakończyły się sukcesem, osoby chcące przekazać jeden procent swojego podatku na wsparcie inicjatyw Wszechpolaków mogą spać spokojne. Od lutego 2006 roku status organizacji pożytku publicznego ma bowiem związane z MW stowarzyszenie edukacyjne „Akademia Orła”, którego oficjalną misją jest stworzenie instytucji kształcącej i wychowującej młodzież do udziału w życiu publicznym w duchu wartości katolickich i patriotycznych30. Warto nadmienić, iż w zeszłym roku „Akademia Orła” sama była tematem artykułu prasowego opisującego nadużycia, do jakich miało dojść przy wykorzystaniu pieniędzy publicznych oraz składek posłów LPR przeznaczonych na sfinansowanie jej działalności31.
Ktoś mógłby zauważyć, iż wskazanie na nagłośnione przez media przykłady nadużyć ze strony działaczy pojedynczych stowarzyszeń nie czyni organizacji pozarządowych mniej społecznie wartościowymi i nie umniejsza zasług zdecydowanej większości organizacji pożytku publicznego. Młodzież Wszechpolska nie jest jednak jedyną organizacją, której działalność może być postrzegana jako kontrowersyjna – choć z pewnością jest jedną z najbardziej znanych. Innego przykładu dostarczają przeprowadzone parę lat temu studia przypadku niewielkich miast powiatowych. Część pytań, zadawanych w trakcie wywiadów z lokalnymi informatorami32, dotyczyło działalności lokalnych organizacji pozarządowych. Uderzający był dystans, z jakim mieszkańcy jednego z badanych miast odnieśli się do stowarzyszenia na rzecz rozwoju lokalnego, powołanego z inicjatywy samorządu i zrzeszającego głównie lokalnych przedsiębiorców. Jak określił to jeden spośród respondentów: na forum samorządowym mamy tych samych biznesmenów, dla których najcenniejszy jest własny biznes lokalny (...) ten szary obywatel, szary człowiek, to (...) on będzie im potrzebny do wyborów33. Ponieważ wypowiedź dotyczyła organizacji, którą uznać można za dość typową w polskich gminach (podobne organizacje były swojego czasu chętnie zakładane przez władze samorządowe, gdyż ułatwiało to dostęp do funduszy na realizację programów rozwoju lokalnego), można przypuszczać, że podobnych przypadków jest w naszym kraju więcej.
Oczywiście powyższy przykład nie dowodzi, iż organizacje pozarządowe to nic innego, jak brudne wspólnoty, lecz raczej pokazują, że granica między działalnością pożytku publicznego a dbaniem o własny interes często może okazać się bardzo cienka. Różne osoby różnie będą tę granicę definiować: biznesmen udzielający się w stowarzyszeniu na rzecz rozwoju lokalnego, zabiegający o gospodarczy sukces swojej firmy i krytykowany przez członków społeczności za to, że skupia się na realizowaniu swojego interesu, sam może być święcie przekonany, że działa na rzecz społeczności (ponieważ np. tworzy miejsca pracy). Co więcej, badania dowodzą, iż wiele lokalnych stowarzyszeń w Polsce to grupy samopomocowe, służące przede wszystkim poprawie sytuacji własnych członków lub zrzeszające ludzi o wspólnych zainteresowaniach34. Choć w zasadzie nie ma nic złego w takich działaniach, warto zdawać sobie sprawę z tego, iż grupy tego typu w którymś momencie mogą zacząć być postrzegane jako analogiczne do brudnych wspólnot. O ile np. pomoc w sfinansowaniu zakupu wózka inwalidzkiego dla członka stowarzyszenia zrzeszającego osoby niepełnosprawne raczej nie wywołuje sprzeciwu, o tyle załatwienie tej samej osobie dobrze płatnej pracy przez zaprzyjaźnionego członka stowarzyszenia może budzić skojarzenia z nepotyzmem.
To ostatnie stwierdzenie prowadzi nas do analizy kolejnego przykładu kapitału społecznego, czyli nieformalnych kontaktów, ułatwiających załatwienie różnego rodzaju spraw, w szczególności znalezienie zatrudnienia. To, iż proces szukania pracy można „przyspieszyć wykorzystując sieć swoich znajomych – różnego rodzaju rekomendacje ustne mają często dużo większe znaczenie niż olśniewające CV35, wydaje się stwierdzeniem dość oczywistym i podzielanym przez zdecydowaną większość Polaków. Świadczy o tym fakt, iż aż 93% badanych w 2003 przez CBOS za skuteczny sposób na znalezienie pracy uważa wykorzystanie znajomości i stosunków rodzinnych. W pytaniu otwartym o „znajomościach” jako czynniku ułatwiającym poszukiwania spontanicznie wspomniało aż 58% badanych. Dla porównania – o cechach osobowości, takich jak np. pracowitość czy punktualność – jedynie 24%36. Za słowami idą w tym przypadku czyny: w badaniach z 2008 roku aż 84% respondentów poszukujących pracy zadeklarowało, iż czyni to poprzez prywatne kontakty (znajomych lub rodzinę). Była to zdecydowanie najbardziej popularna strategia, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro badania z ostatnich lat sugerują, że mniej więcej co trzeci pracujący znalazł obecną pracę dzięki znajomościom i kontaktom rodzinnym (przy czym największe znaczenie zdają się mieć te ostatnie)37. Co więcej, z tych samych badań wynika, że znaczenie protekcji w skutecznym poszukiwaniu pracy w ostatnich latach zdecydowanie wzrosło: „dzięki znajomościom i stosunkom rodzinnym pracę dostało 16% tych [osób – przyp. A.K.], które w obecnym miejscu zostały zatrudnione jeszcze w czasach PRL, 30% rozpoczynających pracę 10-13 lat temu, 40% zatrudnionych 6-9 lat temu, niemal połowa (49%) – 3-5 lat temu oraz 52% pracowników, którzy znaleźli zatrudnienie w ostatnich dwóch latach38. W świetle powyższych danych przestaje zaskakiwać przytaczana w mediach niedawna wypowiedź posła PSL Eugeniusza Kłopotka, który broniąc oskarżonego o nepotyzm dyrektora Agencji Rynku Rolnego w Bydgoszczy stwierdził, że sam często załatwiał znajomym posady, „bo jego dewiza to: pomagać39.
Przykład posła Kłopotka pokazuje, iż niezależnie od popularności, jaką cieszy się szukanie pracy „po znajomości”, jest to metoda często uznawana za moralnie naganną i kojarzona ze zjawiskiem brudnej wspólnoty. Z podsumowania przywoływanego raportu z badań CBOS wynika na przykład, iż sami autorzy widzą w tym przejaw nepotyzmu. Na istnienie tego typu skojarzeń wskazuje także treść spontanicznych odpowiedzi respondentów na pytanie o skuteczne sposoby poszukiwania pracy w badaniach z 2003 roku. Obok określeń neutralnych, takich jak: znajomości, powiązania, koligacje, wstawiennictwo, poparcie osób wpływowych, znajomości z ludźmi, którzy „coś mogą”, kontakty osobiste, przyjaźnie, koneksje partyjne, znajomość „dojść”, itp. pojawiały się też hasła o bardziej negatywnym zabarwieniu: układy, kumoterstwo, protekcja, „plecy”, nepotyzm. Zarazem trudno jednoznacznie ustalić granicę między nepotyzmem a korzystaniem z kapitału społecznego w celu znalezienia dobrego pracownika, które z kolei może być odbierane jako przejaw zaradności. Oczywiście za naganne prędzej zostaną uznane sytuacje, w których „po znajomości” posadę (zwłaszcza dobrze płatną) w sektorze publicznym uzyskuje kandydat nie mający ku temu odpowiednich kwalifikacji. Ale czy skłonni bylibyśmy za skorumpowaną uznać osobę, który wykorzystuje sieć swoich kontaktów, by znaleźć kompetentnego pracownika? Jak powiada Piotr Palikowski, szef Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami, na Zachodzie taki system, zwany networkingiem, to jeden z najczęstszych sposobów zatrudniania pracowników. W wielu firmach istnieją nawet systemy premiowe – za polecenie zatrudnionego potem pracownika można dostać równowartość jednej lub dwóch pensji. Pracodawców przecież nie stać na błędy rekrutacyjne, często proszą pracowników o polecenie kogoś kompetentnego do pracy”. Jego zdaniem także w Polsce „networking” powinien stać się coraz bardziej powszechny, i to nie tylko w biznesie, ale także w administracji publicznej, ponieważ „jeśli buduje się jakiś zespół, to aby był on skuteczny, jego członkowie muszą mieć nie tylko kompetencje, ale też wzajemne zaufanie. A to podstawa powodzenia zarówno w biznesie, jak i w polityce40. Wszystko to wygląda pięknie, pamiętajmy jednak, że przyjmowanie do pracy znajomych, nawet kompetentnych, oznacza, że kandydaci o identycznych, bądź wyższych kwalifikacjach zostaną odrzuceni tylko dlatego, że nie mają odpowiednich kontaktów.
Problem rozmytych granic między kapitałem społecznym w postaci nieformalnych powiązań a brudną wspólnotą nie dotyczy wyłącznie kwestii poszukiwania pracy „po znajomości”, lecz pojawia się również w próbach definiowania korupcji. Świadczą o tym np. formułowane w literaturze przedmiotu propozycje podziału korupcji na drobną i bardziej poważną (petty, routine albo white corruption oraz aggravated, grand albo black corruption). Jedynie tą ostatnią, w przypadku której z reguły w grę wchodzą duże pieniądze, opinia publiczna niemal zgodnie uznaje za godną potępienia i surowej kary. Z kolei zachowania zaliczane do kategorii drobnej korupcji, takie jak wręczanie „upominków” za załatwienie sprawy lub wykorzystanie w tym celu koneksji, spotykają się ze relatywnie niewielkim potępieniem społecznym, a niekiedy wręcz bywają wartościowane pozytywnie41. Tego typu rozróżnienia rozumieć można jako próbę uwzględnienia w dyskursie naukowym faktu, iż społeczeństwo niejednokrotnie ma wysoce ambiwalentny stosunek względem wielu zachowań podpadających pod szeroką kategorię „korupcji”.
Dobrą ilustrację tego faktu stanowią opublikowane niedawno wyniki analizy danych sondażowych z Rumunii. Wykazały one, że: „we współczesnej Rumunii ludzie postrzegają koneksje i łapówki jako część rutyny radzenia sobie w życiu codziennym. Na ogół nie potępiają swoich współobywateli za stosowanie takich ułatwień (...) Nawet jeśli zdają sobie sprawę, że łapówki są niesprawiedliwe (...) nie widzą w nich wielkiego problemu...”42. Co więcej, okazuje się, iż świadomość „drobnej” korupcji, w odróżnieniu od ogólnego poczucia, że różne elitarne grupy (politycy, lekarze, sędziowie itp.) „są skorumpowane”, nie ma większego wpływu na takie kwestie, jak stosunek do transformacji ustrojowej, zaufanie społeczne, czy postrzegane nierówności społeczne (wyjątek stanowiły jedynie łapówki wręczane w sądach lub na policji). O ile bowiem przeświadczenie, że gdzieś na szczytach władzy przedstawiciele zepsutych elit bezkarnie i na wielką skalę okradają „zwykłych ludzi” było źródłem poczucia niesprawiedliwości, o tyle obserwowane z bliska i na codzień wręczanie drobnych upominków lub wykorzystywanie znajomości dla załatwienia sprawy postrzegane było jako proceder relatywnie nieszkodliwy, nie będący źródłem „prawdziwego bogactwa”. Przejawy tego typu korupcji traktowane były jako powszechnie występujące i nieuniknione (zgodnie z założeniem, że bez łapówki nie da się nic załatwić), a zatem w pewnym sensie usprawiedliwione43.
Nie są mi znane polskie badania zróżnicowania społecznej oceny korupcji w zależności od jej rodzaju. Hipoteza, że analogiczne różnice występują również w naszym kraju, wydaje się jednak całkiem prawdopodobna w świetle niespójnych opinii dotyczących łapówek uzyskanych w ogólnopolskim sondażu CBOS z 1999 roku. Zdecydowana większość badanych generalnie je potępiła, twierdząc, że „łapówka w każdej dziedzinie życia, wszędzie i zawsze jest niemoralna” (83%), „na potępienie zasługują zarówno ci, co biorą, jak i ci, co dają łapówki” (73%), „ci, co biorą łapówki, to ludzie z gruntu nieuczciwi” (64%). Zarazem jednak niemal połowa respondentów zgodziła się z twierdzeniem, że dawanie łapówek w pewnych sytuacjach jest usprawiedliwione (46%, przeciwnego zdania było 43%). Niewykluczone, że na powyższe oceny – podobnie jak to miało miejsce w Rumunii – wpłynęło dość rozpowszechnione przekonanie, że „obecna sytuacja zmusza do dawania łapówek” (63%). Co więcej, jedynie 36% badanych zadeklarowało, że nie dałoby łapówki nawet wówczas, gdyby zmuszała ich do tego sytuacja, zaś odsetek respondentów, którzy dopuszczają możliwość wręczenia łapówki, wyniósł aż 41%44.
Ostatni spośród analizowanych przykładów dotyczy sieci powiązań w biznesie. W literaturze przedmiotu powiązania tego typu uznaje się za jeden z przykładów na pozytywne oddziaływanie kapitału społecznego na gospodarkę. Gęste sieci relacji, stwarzające możliwości swobodnego przepływu informacji o kontrahentach, umożliwiają długoterminową współpracę opartą na zaufaniu i zasadzie wzajemności – bez konieczności uciekania się do (znacznie bardziej kosztownych) formalnoprawnych środków kontroli. Bodajże najczęściej przytaczanym przykładem ilustrującym sposób, w jaki grupowanie przedsiębiorców w jednym miejscu obniża koszty transakcyjne, jest Dolina Krzemowa. W społecznościach tego typu każdy z uczestników wymiany doskonale wie, że oszustwo nie popłaca – gdyż jeśli nie wywiąże się z umowy, szybko straci wiarygodność, a jego klienci zaczną korzystać z usług konkurencji. Jego partnerzy również o tym wiedzą, co jest podstawą wzajemnego zaufania45. Zdarzają się także sytuacje, w których relacje kontrahentów bywają bardziej ekskluzywne. Taką sytuację opisał swojego czasu Edward Lorentz, w swojej analizie mechanizmów zapewniania wiarygodności długoterminowych kontraktów wśród francuskich przedsiębiorców. Specyfiką badanej gałęzi przemysłu było silne wzajemne uzależnienie stron w wyniku daleko posuniętej specjalizacji: producent mógł używać wyłącznie odpowiednich części, wytwarzanych przez jednego, maksymalnie dwóch podwykonawców, zaś podwykonawcy nastawieni byli wyłącznie na jednego producenta. Obie strony musiały dużo zainwestować we współpracę, zatem nieuczciwy partner niósł ze sobą ryzyko ogromnych strat. Zarazem korzystanie z dobrodziejstw sieci powiązań w celu zapewnienia wiarygodności transakcji było w tych warunkach niemożliwe z uwagi na wspomniane uzależnienie od pojedynczego kontrahenta. Dlatego dążąc do minimalizacji ryzyka, badani przedsiębiorcy budowali między sobą relacje zaufania stopniowo, przez dłuższy czas. Ważną rolę odgrywał przy tym osobisty kontakt między partnerami w interesach46.
Wydaje się, iż nie ma nic złego w budowaniu tego rodzaju relacji, traktowanych jako swego rodzaju zabezpieczenie przed ryzykiem trafienia na nieuczciwego kontrahenta. Analogiczne postępowanie może jednak być źródłem kontrowersji wówczas, gdy w grę wchodzą pieniądze podatników, czyli gdy jedną ze stron wymiany jest instytucja publiczna. O tym, że taka sytuacja nie należy do rzadkości, świadczyć może przytoczony przez Ernesta House'a w książce „Schools for sale”47 opis kontraktowania ewaluacji przez amerykańską agencję federalną (National Science Foundation – NSF). Odpowiadając na pytanie, dlaczego przetargi wygrywały wciąż te same cztery firmy, w dodatku niekoniecznie oferujące najtańsze usługi, zwrócił uwagę na wzajemną zależność stron kontraktu analogiczną do tej opisanej przez Lorentza. „W miarę upływu czasu firmy ewaluacyjne stają się coraz bardziej wyspecjalizowane. Te, które odnoszą sukcesy, mogą sobie pozwolić na długoterminowe zatrudnienie pracowników, nawet jeśli w danym momencie nie realizują rządowego kontraktu”. Nie bez znaczenia okazało się tu również wzajemne zaufanie budowane na dotychczasowej współpracy i wzmacniane osobistymi kontaktami. „Firmy mają do czynienia z tymi samymi urzędnikami publicznymi. Przy okazji nawiązują znajomości z pracownikami NSF odpowiedzialnymi za ewaluacje i za wdrażanie programów. (...) Zawierają zawodowe i osobiste przyjaźnie, biorąc udział we wspólnych zebraniach. W niektórych przypadkach pracownicy firm ewaluacyjnych i agencji spotykają się na gruncie towarzyskim (...) Ze swojej strony, pracownicy NSF ustalają na kim można polegać...”48. Oceniając tego typu relacje, moglibyśmy powiedzieć, iż stanowią one pozytywny przykład wykorzystania kapitału społecznego po to, by skuteczniej kontrolować cele, na które wydawane są publiczne pieniądze. Patrząc jednak z innej strony, można by również mówić w tym przypadku o finansowaniu „po znajomości”. W zależności od tego, jak bardzo skłonni bylibyśmy uwierzyć w uczciwość oraz dobre intencje urzędników rządowych, opisaną sytuację zinterpretujemy albo jako dążenie do ograniczenia ewentualnych nadużyć przy wydawaniu pieniędzy podatników, albo jako typowy przykład takiego właśnie nadużycia49.
  1   2


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna