Innowacja społeczna i trwały rozwój Ladislau Dowbor 14 maja 2007 r. Nieco realizmu



Pobieranie 142.75 Kb.
Strona1/2
Data04.05.2016
Rozmiar142.75 Kb.
  1   2


Innowacja społeczna i trwały rozwój
Ladislau Dowbor

14 maja 2007 r.


Nieco realizmu

Dziś już nie sposób negować rozmachu wyzwań, wobec których stoimy. Jednym z pośrednich rezultatów wprowadzania technologii informacji i komunikacji, w powiązaniu z badaniami na wszystkich poziomach, jest wyraźna widoczność rozmachu impasów. Nie chodzi o dyskursy akademickie ani o gadaninę polityczną. Chodzi o surowe i już dość wiarygodne dane o procesach, które dosięgają nas wszystkich. Czytanie w gazecie o nieszczęściach tego świata i wzdychanie na myśl o smutnych, ale odległych sprawach stopniowo zastępuje świadomość, że tu chodzi o nas samych, o nasze dzieci, że każdy z nas ponosi za to odpowiedzialność. Sprawa jest jasna w świetle garści faktów zaczerpniętych z najnowszych raportów międzynarodowych.


Zmiana klimatyczna

Na porządku dziennym stoi ocieplenie globalne. Nie ulega wątpliwości, że media często zawłaszczają informacje naukowe, aby szerzyć alarmistyczne wieści, które bardziej służą sprzedaży wiadomości i reklamie niż informowaniu obywateli. Jeśli jednak odwołamy się bezpośrednio do źródeł, okaże się, że zgodnie z IV Raportem Międzyrządowego Panelu ONZ do spraw Zmian Klimatycznych „ocieplenie systemu klimatycznego jest jednoznaczne, co obecnie stało się oczywiste na podstawie obserwacji wzrostu średnich temperatur globalnych powietrza i oceanów, powszechnego topnienia śniegów i lodowców i globalnego podnoszenia się średniego poziomu mórz.”1

Nie będziemy tu wchodzić w szczegóły techniczne. Zwłaszcza dzięki szerokiemu rozpowszechnieniu filmu Niewygodna prawda Ala Gore’a globalne ocieplenie po raz pierwszy uświadomiła sobie względnie poinformowana część ludności. Dane naukowe stopniowo wydostają się z laboratoriów, przenikają do środowisk opiniotwórczych i powoli docierają na szczebel podejmowania decyzji w rządach i wielkich firmach. Na tym poziomie narasta napięcie między tymi, którzy uświadamiają sobie wyzwania, a tymi, którzy po prostu robią business as usual, czyli zachowują się tak, jakby nigdy nic.

Rachunek globalnego ocieplenia

Powolna zmiana zachowań na szczeblu struktur władzy ma swoje koszty. Rząd Blaira polecił przeprowadzenie kalkulacji Nicholasowi Sternowi, byłemu naczelnemu ekonomiście Banku Światowego, a więc osobnikowi nie skłonnemu do ekstremizmów ekologicznych. W raporcie Sterna opierają się one na najbardziej godnych zaufania danych klimatycznych, których używa się do oceny skutków ściśle ekonomicznych: tego, co się stanie z kosztami, jeśli potwierdzą się już względnie pewne projekcje klimatyczne, przy czym skalkulowano najbardziej prawdopodobne skutki, nie ignorując nieuchronnego stopnia niepewności. Jest to pierwsza wszechstronna ocena „rachunku klimatycznego”.

Na świecie raport zrobił duże wrażenia, bo właśnie u osób, które zachowują zdrowy rozsądek, ale nie są specjalistami, zaspokaja on wielką potrzebę zrozumienia, jaka jest istota tego zagadnienia. Zdaniem Sterna, analiza danych „prowadzi do prostego wniosku: korzyści płynące ze zdecydowanego i wczesnego działania znacznie przewyższają koszty. W najbliższych dziesięcioleciach nasze działania mogą zagrozić rozkładem działalności gospodarczej i społecznej na szeroką skalę, ale pod koniec bieżącego stulecia i w przyszłym stuleciu na skalę podobną do tej, która kojarzy się w wielkimi wojnami i depresją gospodarczą z pierwszej połowy XX w. Zmiany te trudno odwrócić lub będzie to niemożliwe.”

Mechanizmy rynkowe po prostu nie wystarczają, ponieważ w kategoriach rynkowych taniej jest używać ropy naftowej, która leży pod ziemią, palić trzcinę na polu i zapełniać nasze miasta samochodami. Trzej główni poszkodowani tego procesu – przyroda, przyszłe pokolenia i oczywiście biedota tego świata, dwie trzecie ludzkości, które nie mają głosu – są milczącymi rozmówcami. Konieczne jest spojrzenie systemowe i długofalowe, a ono wymaga mechanizmów podejmowania decyzji i zarządzania, które wychodziłyby poza ramy bieżącego interesu mikroekonomicznego. Pod tym względem Stern nie owija rzeczy w bawełnę: „Zmiana klimatyczna stanowi jedyne w swoim rodzaju wyzwanie dla nauk ekonomicznych: świadczy ona o największym i najbardziej wszechstronnym bankructwie rynku, jakie kiedykolwiek widziano.”2 To mocna deklaracja, która wskazuje na ogólną ewolucję poglądów specjalistów przynależnych do systemu, a nie zewnętrznych krytyków, o naszych procesach decyzyjnych.


Nierówność sferze dochodów

Inna oś dramatycznych przeobrażeń leży w realiach społecznych, w których żyjemy. W dziesięć lat po „Social Summit” w Kopenhadze Organizacja Narodów Zjednoczonych dokonała bilansu sytuacji na naszej planecie. Wyszła w nim daleko poza pojęcie ubóstwa, szeroko uwzględniając jego „wskaźniki nieekonomiczne”.3

W dziedzinie nierówności ekonomicznej rezultat jest taki, że „analizy wzorów nierówności sugerują, iż w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat nierówność w sferze dochodów i spożycia między krajami pozostaje względnie stabilna”, co samo w sobie jest niezmiernie znamienne ze względu na to, że w tym okresie ogromnie rozwinęły się środki techniczne. Niewątpliwie nastąpiła poprawa sytuacji najuboższej części ludności. Tymczasem, „gdy pogłębia się analizę, obraz nie okazuje się tak dodatni. Po pierwsze, poprawę dystrybucji dochodu na świecie głównie można wyjaśnić szybkim wzrostem gospodarczym Chin i w mniejszym stopniu Indii, przy czym zmiana ta w dużej mierze odzwierciedla poprawę położenia najuboższych segmentów ludności tych dwóch krajów kosztem grup o średnich dochodach. Po drugie, udział najbogatszych 10 procent ludności świata w dochodach całego świata wzrósł z 51,6 do 53,4 procent. Po trzecie, gdy z analizy wyłączymy Chiny i Indie, okaże się, że dostępne dane wykazują wzrost nierówności w sferze dochodów ze względu na kombinowany efekt najwyższych nierówności w sferze dochodów w poszczególnych krajach i niepomyślnego dla dystrybucji dochodów szybszego przyrostu ludności w krajach najbiedniejszych. Po czwarte, w ostatnich dziesięcioleciach wzrosła luka dochodowa między krajami najbogatszymi i najbiedniejszymi.”4

W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wewnątrzkrajowa nierówność w sferze dochodów zmniejszała się w większości gospodarek rozwiniętych, rozwijających się i centralnie planowanych. Natomiast od lat osiemdziesiątych zmniejsza się ona wolniej lub się stabilizuje, a w wielu krajach nawet na nowo wzrasta. Nowością jest również wzrost nierówności w krajach rozwiniętych. „Ogólnie rzecz biorąc, studium ewolucji nierówności gospodarczej w dziewięciu krajach ODCE potwierdza, że – może z wyjątkiem Kanady – we wszystkich analizowanych krajach doszło do znacznego przesunięcia w podziale dochodu.”5

Pod tym względem dobrze reprezentowana jest nadal Ameryka Łacińska. „Cechą odróżniającą wzór nierówności wewnętrznej w Ameryce Łacińskiej od innych regionów jest udział 10 procent najbogatszych rodzin w całym dochodzie. (…) Najgłębsza przepaść występuje w Brazylii, gdzie dochód na osobę najbogatszych 10 procent ludności jest 32 razy wyższy niż dochód najbiedniejszych 40 procent. Najniższe poziomy nierówności w sferze dochodów w tym regionie spotyka się w Urugwaju i Kostaryce, gdzie dochody na osobę najbogatszych 10 procent są 8,8 i 12,6 razy wyższe niż dochody najuboższych 40 procent.”6

Tam, gdzie stwierdzono postępy, nastąpiło to na skutek wdrożenia programów walki z ubóstwem. „W ostatnich dwóch dziesięcioleciach na poziomie globalnym poczyniono znaczny postęp w dziedzinie redukcji ubóstwa, w dużej mierze w wyniku realizacji bardziej ześrodkowanych programów i polityk walki z ubóstwem. (...) Postępy osiągnięte w Chinach i Indiach istotnie przyczyniły się do uzyskania dodatniego obrazu w skali globalnej. Ponieważ na te dwa kraje przypada 38 procent ludności świata, szybka ekspansja ich gospodarek doprowadziła do znacznego zmniejszenia liczby osób żyjących na świecie w absolutnym ubóstwie; w latach 1990-2000 liczba ta zmalała z 1,2 do 1,1 miliarda. W Chinach w latach 1981-2001 proporcja osób żyjących za niespełna dwa dolary dziennie zmalała z 88 do 47 procent, a liczba osób żyjących za niespełna jednego dolara dziennie zmalała z 634 do 212 milionów. W Indiach proporcja osób żyjących za niespełna dwa dolary dziennie zmalała z 90 do 80 procent, a liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie zmalała z 382 do 359 milionów.”7 Tak więc, główny wpływ dodatni wyraźnie zawdzięczamy Chinom, a ogólnie rzecz biorąc dramat trwa.

Tu nie interesują nas głównie liczby i dramaty, które one obrazują, lecz to, że wyraźnie świadczą one o potrzebie pozytywnych, zorganizowanych interwencji pozwalających stawić czoło ubóstwu. Ponieważ zaś, obok niszczenia środowiska, nierówność stanowi dziś główny problem, trzeba skupić dużo większe wysiłki na wypracowaniu aktywnych polityk walki z ubóstwem i trwałego rozwoju.

Drugi punkt brzmi tak: nie wystarczy polegać na mechanizmach ekonomicznych, bo nierówność stanowi znacznie rozleglejszy problem. „Być może od narastających poziomów ubóstwa jeszcze ważniejsze jest pojawienie się w wielu krajach i inkrustacja (entrenchment) nowych wzorów ubóstwa. Do godnych uwagi zmian należy narastająca tendencja do rotacji osób wewnątrz i na zewnątrz sfery ubóstwa, wzrost ubóstwa miejskiego i stagnacja ubóstwa wiejskiego oraz wzrost proporcji pracowników nieformalnych wśród biedoty miejskiej i liczby niezatrudnionych osób ubogich. (…) Spośród wszystkich nierówności występujących zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i między krajami, najdalej idące skutki być może ma niezdolność wzrastającej części światowej populacji poszukującej pracy do jej znalezienia.”8

Nie tylko należy przyglądać się dynamikom społecznym w szerszej perspektywie, ale trzeba również nadać zasadnicze znaczenie organizacji partycypacyjnych procesów decyzyjnych. „Agenda przyzwoitej pracy stawia czoło wielu wyzwaniom, które wywołuje globalizacja, w tym utracie pracy, nierównomiernemu podziałowi korzyści i dezorganizacji spowodowanej w życiu tak wielu osób. Sprostanie tym wyzwaniom będzie wymagało uczestnictwa aktorów na wszystkich poziomach.”9

Tak więc, agenda ta skłania nas do wypracowania proaktywnych propozycji politycznych i zorganizowanej interwencji różnych segmentów społecznych, tak, aby można było stawić czoło dwóm głównym makrotendencjom systemu: niszczeniu środowiska i nierówności, które są zresztą ze sobą silnie powiązane.


Do kogo należy planeta?

Światowy Instytut Badań nad Ekonomiką Rozwojową (WIDER) Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych wskazuje na inny dramat, którym jest koncentracja nagromadzonego bogactwa. W rzeczywistości obie metodologie są ze sobą związane, ponieważ większy dochód pozwala najbogatszym gromadzić więcej własności i lokat finansowych, gdy tymczasem ubodzy pogrążają się w stagnacji. Tak więc, nagromadzone bogactwo (net worth: the value of physical and financial assets less debts”, co w raporcie odpowiada „a comprehensive concept of household wealth”), czyli zakumulowany majątek rodzinny, ma skłonność do jeszcze większej polaryzacji społeczeństwa, a w szczególności prowadzi do tworzenia gigantycznych fortun, które niewiele mają wspólnego z wkładem tych osób czy rodzin w wytwarzanie bogactwa społecznego.10

Akumulacja bogactwa w obrębie poszczególnych krajów naturalnie wzmacnia tę tendencję, gdyż najbogatsze rodziny mogą gromadzić większy majątek. Przepaść dzieląca te kraje od wewnątrz się pogłębia. „Na najbogatsze 10 procent przypada od 40 procent w Chinach do ponad 70 procent w Stanach Zjednoczonych i niektórych innych krajach. (…) Nasze wyniki wykazują, że w 2000 r. najwyższy decyl najbogatszych posiadał 85 procent globalnego bogactwa. 2 procent najbogatszych na świecie osób dorosłych posiadało ponad połowę globalnego bogactwa, a 1 procent posiadał 40 procent całego bogactwa rodzinnego. Natomiast niższa połowa dorosłej populacji świata posiadała tylko 1 procent globalnego bogactwa. Wartość Gini dla bogactwa globalnego oceniono na 0,89, przy czym tę samą wartość Gini uzyskano by, gdyby 100 dolarów podzielono między sto osób tak, że jedna osoba otrzymałaby 90 dolarów, a pozostałych 99 otrzymałoby po 10 centów.”

Nagromadzone bogactwo rodzinne szacowano w 2000 r. na 125 bilionów dolarów, co równało się 144 tysiącom dolarów na osobę w Stanach Zjednoczonych, 181 tysiącom dolarów w Japonii, 1100 dolarom w Indiach, 1400 w Indonezji i daje wyobrażenie o tym innym rodzaju polaryzacji.

Ciekawe, że gdy mówi się o dystrybucji dochodu, podatku od fortuny, podatku od spadku, w mediach mówi się o populizmie i demagogii. Nie widzieć dramatów piętrzących się na skutek obecnych dynamik to być niebezpiecznie ślepym.
Pozostawieni przez globalizację na łasce losu

Międzynarodowa Korporacja Finansowa (IFC) Banku Światowego analizuje koncentrację dochodu i bogactwa przez pryzmat potencjału przedsiębiorczego. Tradycyjnie Bank Światowy przedstawia dane, które odnoszą się do ubogich i szacują wymiar dramatu. Są to dane, które na przykład mówią nam, że na przełomie stuleci było 2,8 miliarda osób, które miały poniżej 2 dolarów dziennie na życie, z czego 1,2 miliarda poniżej 1 dolara. W obecnym studium szacuje się ogromną masę „źle uplasowanych” w rozwoju gospodarczym planety i szuka się sposobu na stwarzanie szans. Chodzi o 4 miliardy osób, których dochód na osobę jest niższy niż 3 tysiące dolarów rocznie i które stanowią rynek 5 bilionów dolarów. Nie mówi się już o tragedii społecznej – mówi się o szansach ekonomicznych.11

„4 miliardy osób u podstaw piramidy gospodarczej (Base Of the Pyramid – BOP), te wszystkie osoby, których dochód jest niższy niż 3 tysiące dolarów w lokalnej sile nabywczej, żyją we względnym ubóstwie. W bieżących dolarach amerykańskich ich dochód jest niższy niż 3,35 dolara dziennie w Brazylii, niższy niż 2,11 dolara w Chinach, 1,89 w Ghanie i 1,56 w Indiach. Razem posiadają one jednak znaczna siłę nabywczą: podstawa piramidy stanowi rynek konsumpcyjny na 5 bilionów dolarów.”

Takie podejście wzbudziło już przejściowy entuzjazm wraz ze studiami Hernando de Soto o kapitalizacji biedoty poprzez rozdanie jej tytułów własności i dziś nawiguje w wizjach C.K. Prahalada, w których robi się z niej jeśli nie przedsiębiorców, to co najmniej konsumentów.

Tymczasem dla nas, którzy szukamy inkluzji produkcyjnej tej ogromnej masy ludności świata, przedstawione dane, przy sile oddziaływania opinii Banku, nie przestają być interesujące, ponieważ pozwalają wyraźnie stwierdzić, że ogromna większość ludności świata znajduje się poza tak zwanym postępem. W rzeczywistości świat korporacyjny stwarza coś znacznie większego niż ubóstwo – zmniejsza zdolność tej ludności do zawłaszczenia swojego rozwoju. Chodzi o wykluczenie gospodarcze prawie dwóch trzecich ludności świata. Zgodnie z raportem, „the BOP population segments for the most part are not integrated into the global market economy and do not benefit from it” (segmenty ludności znajdujące się u podstaw piramidy w większości nie są objęte globalną gospodarką rynkową i z niej nie korzystają). Jak się wydaje, uwadze autorów raportu umknęła ironia faktu, że 4 miliardy osób określa się mianem „segmentów ludności”.12

Studium to potwierdza również, że narasta świadomość potrzeby tworzenia atmosfery sprzyjającej inkluzji produkcyjnej „od dołu” gospodarki: „There is growing recognition of the importance of removing barriers to small and medium-size businesses and a growing toolbox for moving firms into the formal economy and creating more efficient markets” (coraz bardziej uznaje się znaczenie usuwania barier dla małej i średniej przedsiębiorczości oraz jest coraz więcej narzędzi służących przenoszeniu firm do gospodarki formalnej i tworzeniu bardziej efektywnych rynków.)

Filozofia polega tu więc na tworzeniu „bottom-up market approach”, czyli kapitalizmu oddolnego. Tak naprawdę jest oczywiste, że „kapitalizm odgórny” generuje odwrotne tendencje. Plantacja soi zatrudnia 1 pracownika na 200 hektarów upraw, oceaniczne rybołówstwo przemysłowe wtrąca w nędzę 300 milionów osób, które widzą, jak ryba znika w regionach nadbrzeżnych, w których utrzymywało się tradycyjne rybołówstwo, spekulacja finansowa dekapitalizuje społeczności, nadużywanie rejestru patentów do rejestrowania wszystkiego, co przyjdzie do głowy (97 procent patentów należy do krajów bogatych) coraz bardziej blokuje lokalne inicjatywy tworzenia wartości. W Indiach Coca-Cola wylansowała małe butelki, których cena równa się wartości drobnej monety: wymianę ostatnich monet przez ubogich na Coca-Colę zaprezentowano jako „inkluzje handlową”. Jesteśmy bardzo daleko od mądrości i efektywności Grameen Bank Muhammada Junusa.

Jednak to ważny dokument, ponieważ pośrednio pokazuje stopień napięć, które na planecie generuje system, i potrzebę procesów alternatywnych. Myśl, że „inny świat jest możliwy”, nie opiera się jedynie na bardziej ludzkiej wizji i na ideach społecznych: w coraz większym stopniu chodzi o konieczny warunek naszej efektywności ekonomicznej.



Zbieżne dynamiki

Ostatnim podejściem wartym przytoczenia w tej naszej chłodnej i realistycznej ocenie trudności, z którymi się borykamy, jest analiza powiązań dramatów ekologicznych i społecznych. Kanadyjski politolog Thomas Homer-Dixon organizuje rozmaite wycinkowe raporty i prezentuje całościową, bardzo dobrze udokumentowaną wizję. Myśl przewodnia, którą autor jasno przedstawia, brzmi tak: wielkie zagrożenia strukturalne zbiegają się ze sobą i stają się synergiczne.13

Sztuczny rozkwit i drapieżna konsumpcja, które na bogatym biegunie planety umożliwia koncentracja dochodu i bogactwa rodzinnego, stwarzają presję na podobną konsumpcję i podobny styl życia. Homer-Dixon krzyżuje dane o polaryzacjach ekonomicznych z danymi o ewolucji presji demograficznej. Dziś na świecie żyje 6,4 miliona osób, których liczba przyrasta w tempie około 75 milionów rocznie przy coraz bardziej surrealistycznym profilu konsumpcji na obu biegunach – niedostatku i nadmiaru, niedożywienia i otyłości. Około dwóch trzecich przyrostu ludności odnotowuje się w strefie nędzy. Nie żyjemy już w epoce ubogich i izolowanych populacji. Planeta jest jedna, kurczy się coraz bardziej, a ubodzy wiedzą, że są ubodzy.

Model konsumpcji na planecie jest modelem bogatych. Dlaczego również wszyscy Chińczycy i Hindusi nie mieliby mieć prawa do posiadania własnego samochodu? Presja zbiorowa, która z tego wynika, jest katastrofalna, po prostu dlatego, że bogacze przyjęli profil konsumpcji, którego upowszechnienie jest niemożliwe. Taka polityka przekłada się na presję wobec zasobów nieodnawialnych, której planeta nie może wytrzymać. Dane o zanikaniu życia w morzach, erozji gleb, redukcji rezerw słodkiej wody w warstwach wodonośnych, przyspieszonym niszczeniu bioróżnorodności, deforestacji i innych procesach są dziś znane w szczegółach, co dowodzi istnienia niezwykłego zjawiska, które można nazwać zdolnością techniczną i bezsilnością polityczną. Wszyscy widzimy, co się dzieje, i biernie się temu przyglądamy, gdyż nie ma zgodności między mechanizmami politycznymi a realiami, którym musimy sprostać, między rozmachem wyzwań a mechanizmami zarządzania.

Obecne dynamiki mogą przejściowo przetrwać dlatego, że opierają się na matrycy energetycznej, o której wiemy, że jest nietrwała. Oto nasz mały statek kosmiczny Ziemia ze zbiornikami paliwa – ropą naftową, która nagromadziła się przez miliony lat, a którą zużywamy w ciągu niespełna dwustu lat. Uważamy za normalne, że wsiadamy do dwutonowego samochodu, aby podwieźć nasze siedemdziesięciokilowe ciało na pocztę i wysłać dwudziestogramowy list. W naszych nowoczesnych miastach homo economicus XXI w. codziennie wyrzuca na śmieci około kilograma produktów i jeszcze płaci za ich wywóz. Nie zdajemy sobie sprawy z marnotrawstwa. Wszyscy wiemy, że żyjemy w systemie, który na dłuższą metę jest nietrwały, znamy rozmach impasów i czekamy tylko na to, że w ostatniej chwili pojawią się cudowne technologie, które nas uratują. Jaka alternatywa pozostaje obywatelowi? Gdyby nie miał samochodu, jak by przeżył w tak zwanych nowoczesnych dynamikach? Czy ktoś wybrałby polityka, o którym byłoby wiadomo, że podniesie cenę paliwa? Taka sama logika stosuje się do rezerw słodkiej wody, życia w morzach itd.

Pesymizm? Nie, tylko zdrowy rozsądek i zorganizowana informacja. Główne wyzwania na planecie nie polegają na wynalezieniu najszybszego chipu czy najskuteczniejszej broni: polegają na wyposażeniu się w taką organizację społeczną, jaka pozwoliłaby obywatelom mieć wpływ na to, co naprawdę jest ważne, generować bardziej racjonalne procesy. Wraz z globalizacją sytuacja się pogorszyła. Decyzje strategiczne w sprawie tego, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo, przypadają odległym od nas instancjom. Spotkania tych, którzy rządzą, w Davos przypominają spotkania błyskotliwych i nieświadomych książąt w Wiedniu w XIX w. ONZ dźwiga na swoich barkach surrealistyczne dziedzictwo, które sprawia, że byle wysepka na Oceanie Spokojnym ma jeden głos, tak samo, jak Indie, które zamieszkuje jedna szósta ludności świata. Wielkie przedsiębiorstwa ponadnarodowe podejmują decyzje finansowe, dokonują wyborów technologicznych lub wywołują dynamiki konsumpcyjne, które obciążają ludzkość, ale na które nikt nie ma wpływu. Demokracja ekonomiczna to jeszcze odległe pojęcie. Jesteśmy obywatelami, lecz rzeczywistość nam się wymyka.



Gospodarka marnotrawstwa
Bilans sytuacji, który przedstawiliśmy powyżej, jest ważny. Jest jasne, że istnieje potrzeba innowacji i że owoce zbiorą te instytucje, które w tej dziedzinie wysuną się na czoło, wykazując się odwagą i zdolnością do przemyślenia na nowo procesów decyzyjnych i dynamik instytucjonalnych,. Nie chodzi o ogólne dane odległe od naszych realiów. Oba dramaty, społeczny i ekologiczny, decydują właśnie o tym, jakich innowacji społecznych powinniśmy dokonać, toteż trzeba pracować i działać mając je na względzie.

Wyjść od analizy marnotrawstwa czy rozrzutności i niepełnego wykorzystania czynników, jak to sugeruje Ignacy Sachs, to nie tylko spojrzeć krytycznie, ale również wskazać konieczne czynniki równoważące.


Marnotrawstwo zdolności do pracy

Siła robocza stanowi pierwszy oczywisty czynnik ulegający marnotrawstwu. Przyjmując za podstawę dane z 2004 r., Brazylia ma 180 milionów mieszkańców. Zgodnie z kryteriami międzynarodowymi, z tego 121 milionów jest w wieku zawodowo czynnym – ma od 15 do 64 lat. Ludność zawodowo czynną stanowią 93 miliony osób, co już wskazuje na poważne niewykorzystanie siły roboczej. Z kolei ze statystyk zatrudnienia wynika, że w tym samym roku tylko 27 milionów osób było formalnie zatrudnionych w sektorze prywatnym i posiadało ważną książeczkę pracy. Do tego dochodzi 7 milionów pracowników sfery publicznej, co razem daje 34 miliony. A co z resztą? Niewątpliwie mamy masę przedsiębiorców nazywanych „niezależnymi pracownikami”, około 15 milionów bezrobotnych i rozległą masę sklasyfikowaną pod mętną nazwą „pracowników nieformalnych”, których Instytut Stosowanych Badań Ekonomicznych (IPEA) ocenia na 51 procent ludności zawodowo czynnej. W studium podkreśla się, że „istnienia tej cząstki pracowników na marginesie systemu pod żadnym względem nie można uważać za rozwiązanie dla rynku” (IPEA, s. 346). Ta „cząstka” to połowa kraju.14

Dla nas podstawowym faktem jest to, że obecny model nie w pełni wykorzystuje połowę mocy produkcyjnych kraju. Nie jest realistyczne mniemanie, że wzrost skoncentrowany na przedsiębiorstwach ponadnarodowych, na wielkich plantacjach soi (na których, jak powiedzieliśmy, potrzeba 200 hektarów upraw, aby stworzyć jedno miejsce pracy) czy na hipotetycznej ekspansji zatrudnienia w sferze publicznej pozwoli wchłonąć tę siłę roboczą. Po prostu koniecznością staje się ewolucja ku alternatywnym formom organizacji.15

Tak więc, dramat nierówności, który przedstawiliśmy powyżej, nie jest tylko problemem sprawiedliwszej dystrybucji i bogactwa: obejmuje przyzwoitą inkluzję produkcyjną większości populacji bezrobotnej, nie w pełni zatrudnionej czy zmuszonej do prowadzenia rozmaitych rodzajów nieformalnej działalności gospodarczej.


Marnotrawstwo zasobów finansowych

Wiele osób mówi, że nie ma zasobów, które pozwoliłyby zatrudnić tych ludzi. Oto praktyczny przykład – z szacunków zarówno Międzynarodowej Organizacji Zdrowia, jak i brazylijskiego Jednolitego Systemu Zdrowia, wynika, że ze względu na swoje skutki prewencyjne wydatek 1 reala na podstawową ochronę zdrowia pozwala zmniejszyć wydatki na zdrowie od 4 do 5 reali. Innymi słowy, jest to działalność, która nie pochłania zasobów, lecz przeciwnie – uwalnia je i mnoży. Mówi się, że nie ma pieniędzy na działania, które oszczędzają pieniądze, ale to absurd. Pomost między tymi dwoma momentami przerzuca się za pośrednictwem kredytu, mobilizując do celów produkcyjnych oszczędności tych, którzy mają nadwyżki, na korzyść tych, którzy mają do sfinansowania inicjatywy.

W Brazylii Krajowe Stowarzyszenie Menedżerów Finansów, Administracji i Księgowości (ANEFAC) okresowo bada stopy procentowe. Stopy te nie są sprawą tylko dla specjalistów. Wystarczy porównać, jak instytucje pośrednictwa finansowego wynagradzają nasze oszczędności i ile sobie liczą, gdy bierzemy kredyt. Studium tego stowarzyszenia sporządziły osoby powściągliwe, lecz dane, które w nim znajdujemy, wcale nie są powściągliwe.16

W lutym 2007 r. średnia ogólna stopa procentowa dla osoby fizycznej wynosiła 7,38 procenta w skali miesięcznej, a więc 135,1 procenta w skali rocznej. W tym samym okresie średnia ogólna stopa procentowa dla osoby prawnej wynosiła 4,19 procenta w skali miesięcznej, a więc 63,65 procenta w skali rocznej. W studium przypomina się, że podstawową stopę procentową bnaku centralnego (Selic) zmniejszono z 19,75 procenta we wrześniu 2005 r. do 13 procent w lutym 2007 r. W tym samym okresie średnia stopa procentowa dla osób fizycznych zmniejszyła się o 6,11 procenta (ze 141,12 procenta w skali rocznej we wrześniu 2005 r. do 135,01 procenta w lutym 2007 r.). Dla osób prawnych redukcja wyniosła 4,58 procenta (z 68,23 procent w skali rocznej we wrześniu 2005 r. do 63,65 procenta w lutym 2007 r.).

Jeszcze kilka danych. W lutym 2007 r. w handlu stopa procentowa wynosiła 6,02 procenta w skali miesięcznej (101,68 procenta w skali rocznej). Oprocentowanie kart kredytowych wynosiło 10,25 procent w skali miesięcznej (222,51 procent w skali rocznej), a czeków specjalnych 7,88 w skali miesięcznej (148,48 w skali rocznej). Oprocentowanie pożyczek osobistych w bankach wynosiło 88,40 procent w skali rocznej, a w instytucjach finansowych 265,67 procent.

Dokument ANEFAC jest starannie opracowany, szczegółowo przedstawia zastosowaną metodologię, różne rodzaje procentów, rodzaje instytucji pośrednictwa finansowego, rodzaje pożyczkobiorców itd. Nastąpiła bardzo znaczna obniżka stopy podstawowej ustalanej przez rząd (Selic), ale wariacje oprocentowań dla pożyczko- i kredytobiorców finalnych są groteskowe. Mimo to rozmiary kredytu się zwiększają, ale koszty ponoszone przez kredytobiorców są absolutnie nieprzyzwoite.17

W studium tym przypomina się jeszcze, że „stopy procentowe są wolne i ustala je sama instytucja finansowa, a więc nie istnieje żadna kontrola cen czy pułapów pobieranych wartości”18. W studium zaleca się, aby kredyto- i pożyczkobiorcy badali stopy procentowe i „pozostałe opłaty”, ponieważ istnieją „wyraziste wariacje” między różnymi instytucjami finansowymi. W rzeczywistości „wyraziste wariacje” odnoszą się do groteskowych różnic między stopami procentowymi, które też okazują się groteskowe, gdy porównuje się je ze stopami stosowanymi gdzie indziej na świecie. Nie sposób nie mieć poczucia, że wraz z kartelizacją tego sektora nie mamy wyboru. Gdy zaś nie ma wyboru, nie ma się już do czynienia z pośrednikami finansowymi, lecz z paserami.

W zaleceniach dochodzi do głosu realna sytuacja. „Jeśli to możliwe, lepiej odłożyć zakupy, zgromadzić pieniądze i kupić to samo za gotówkę, unikając oprocentowań.” Zakończenie jest filozoficzne i reasumuje to, z czym się borykamy: „Kredyt stworzono po to, aby mogły spełnić się twoje marzenia, a nie po to, aby spędzać ci sen z powiek.” Doprawdy, fakt, że zawodowcy z branży zalecają, aby nie korzystać z kredytu, to ironia losu, ponieważ pośrednicy finansowi operują pieniędzmi klienteli i dlatego muszą posiadać certyfikat Banku Centralnego. Upowszechnianie się figury kontrybucji finansowej drastycznie redukuje zdolność wszystkich innych czynników do dynamizowania działalności gospodarczej, stwarzając kolejny obszar niewykorzystania czynników na ogromną skalę.

Innymi słowy, nierówność nie jest tylko dziedzictwem, lecz również bieżącym procesem, w którym system pośrednictwa finansowego pozwala na dekapitalizację przedsiębiorstw, społeczności i rodzin, przynosząc absolutnie nieprzyzwoite zyski elitarnemu klubowi pośredników finansowych i wielkich spekulantów i wzmacniając nierówności, które musimy skorygować.19
Marnotrawstwo wiedzy technologicznej

Trzecia oś niedostatecznego wykorzystania czynników jest związana z technologią. Wiemy, że żyjemy w dobie rewolucji technologicznej, że kiełkuje gospodarka wiedzy, toteż dostęp do informacji i technologii nabrał zasadniczego znaczenia dla rozwoju jakiejkolwiek nowoczesnej działalności.

Joseph Stiglitz to kolejny specjalista, którego nie można podejrzewać o żaden ekstremizm. Lecz w obliczu histerycznego wyścigu, w którym chodzi o zaryglowanie wszelkiej wiedzy za pomocą patentów, praw autorskich, regulacji wynikających z Porozumienia w sprawie Handlowych Aspektów Praw Własności Intelektualnej (TRIPS) i w ogóle ochrony praw własności intelektualnej, stwierdza on, że utrudniamy dostęp do informacji, które są przeznaczone do ogólnego użytku. Waga stanowiska zajętego przez Stiglitza wynika z jego pozycji byłego naczelnego ekonomisty Białego Domu i Banku Światowego, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii oraz widoczności jego poglądów w tej debacie. W czasach, które cechuje centralna rola wiedzy w procesach ekonomicznych, mamy patenty, które unieruchamiają całe obszary na 20 lat, czy prawa autorskie, które obowiązują 70 lat, co przy tempie innowacji sprawia, że stanowią one prawdziwe monopole i stwarzają inny rodzaj kontrybucji.

„Innowacja”, pisze Stiglitz, „jest kluczem do sukcesu nowoczesnej gospodarki. Problem polega na tym, jak najlepiej ją promować. Świat rozwinięty starannie wypracował prawa, które dają innowatorom wyłączne prawo do ich innowacji i płynących z nich zysków. Lecz za jaką cenę? Narasta poczucie, że coś jest nie tak z systemem rządzącym własnością intelektualną. Istnieje obawa, że w krajach rozwijających się skupianie się na zyskach bogatych spółek równa się wyrokowi śmierci dla bardzo biednych.”20

Na przykład, wyjaśnia Stiglitz, „tak jest zwłaszcza wtedy, gdy patentami obejmuje się coś, co dotychczas było domeną publiczną, i się je «prywatyzuje», co prawnicy specjalizujący się we własności intelektualnej nazwali nowym «enclosure movement». Dobre przykłady to patenty na ryż basmati (który Hindusi – tak im się zdawało – znają od setek lat) czy na właściwości lecznicze szafranu indyjskiego.”

Według autora, „kraje rozwijające się są uboższe nie tylko dlatego, że mają mniej zasobów, ale również dlatego, że między nimi a krajami rozwiniętymi istnieje rozziew w sferze wiedzy. Dlatego tak ważny jest dostęp do wiedzy. Lecz reguły własności intelektualnej (zwane TRIPS) zapisane w porozumieniu urugwajskim, umacniając kontrolę (stranglehold) nad tą własnością, ograniczają dostęp krajów rozwijających się do wiedzy. TRIPS narzucają system, którego nie zaprojektowano optymalnie dla rozwiniętego kraju przemysłowego i który jest jeszcze mniej adekwatny dla kraju biednego. Byłem członkiem Rady Ekonomicznej prezydenta Clintona w czasach, gdy dobiegały końca rokowania Rundy Urugwajskiej. W Biurze Polityki Naukowej i Technologicznej sprzeciwialiśmy się TRIPS. Uważaliśmy, że są one katastrofalne dla nauki amerykańskiej, katastrofalne dla świata nauki, katastrofalne dla krajów rozwijających się.”

To ważna wypowiedź w epoce, w której w dobrym tonie jest respektowanie własności intelektualnej, a w istocie respektowanie jej monopolizacji. Potrzebujemy elastyczniejszych i inteligentniejszych reguł, a przede wszystkim skrócenia absurdalnych, kilkudziesięcioletnich terminów, które radykalnie ekstrapolują czas konieczny do odzyskania przez przedsiębiorstwo środków zainwestowanych w nowe technologie. Jeśli chodzi o opatentowywanie dóbr naturalnych krajów ubogich, aby pobierać opłaty za tradycyjną produkcję, to mamy już do czynienia ze zwykłym piractwem. W tym przypadku piratami są spółki, które pretendują do miana szacownych.

Praktyczny rezultat jest taki, że tracimy zdolność do wykorzystania ogromnych postępów wiedzy, na które pozwalają nowe technologie, bo choć na ogół postępy te są dziełem procesu społecznego, gdy jakieś wielkie przedsiębiorstwo wykupi do nich prawa, z dostępu do tych osiągnięć ściąga się zbędne, kaskadowo narastające kontrybucje. Jest to jeszcze jeden czynnik koncentracji dochodu i bogactwa oraz reprodukcji dynamik bezpośrednio związanych z problematyką ekologiczną: ludzie na przykład zapominają, że z powodu braku innych zasobów prawie połowa ludności świata gotuje na drewnie. Na krótką metę kontrybucje ściągane z dostępu do wiedzy tworzą zyski dla wielkich przedsiębiorstw. Tymczasem na dłuższą metę wszyscy będziemy mieli kłopoty.21


Marnotrawstwo spowodowane złym zarządzaniem

Inny poziom niepełnego wykorzystania czynników przejawia się w formie marnotrawstwa organizacyjnego. Międzynarodowy Fundusz Walutowy publikuje studium, w którym w sprawach finansowania służby zdrowia „popada w realizm”, co dla naszej argumentacji stanowi dobry przykład. Czasami warto zaglądać do publikacji MFW, ponieważ nie można podejrzewać go o żadną postępową wizję.22

Dane są przykre. Po pierwsze, w studium tym przypomina się, że już 25 milionów osób zmarło na AIDS. Ponieważ nieustannie umierają, nie mówi się o tym na pierwszych stronach gazet. Tymczasem straty siły roboczej, czy to po prostu z powodu spadku liczby ludności czynnej zawodowo, czy też z powodu dodatkowych kosztów leczenia i hospitalizacji, są olbrzymie. Tak oto, nierównowaga między postępami produkcji handlowej a opóźnieniami w politykach społecznych powoduje wysokie koszty dla społeczeństwa jako całości.23

W studium przypomina się również, że „w skali globalnej 5 tysięcy osób umiera codziennie na gruźlicę, choć można ją wyleczyć i jej zapobiec. (…) W rzeczywistości kraje rozwijające się nadal stawiają czoło 90 procentom globalnego obciążenia chorobowego, ale na ochronę zdrowia wydają tylko 12 procent tego, co w tym celu wydaje się w skali globalnej”, przy czym „w krajach o niskich dochodach łączny wydatek na osobę wynosi 22 dolary, a w krajach o wysokich dochodach ponad 3 tysiące dolarów.” Obraz jest niezwykły:




Kraje o dochodzie

PKB na osobę

(w dolarach)

Wydatki zdrowotne na osobę (w dol.)

Wydatki zdrowotne jako część PKB

Udział wydatków publicznych

Niskim

481

22

4,6%

31,2%

Niskim średnim

1.659

97

5,6%

43,6%

Wysokim średnim

5.596

341

6,4%

55.6%

Wysokim

30.811

3.466

10,7%

64,8%

Średnia światowa

5.989

602

6,0%

42,9%

Źródło: Tabela 1 w cytowanym wyżej artykule
Kilka komentarzy. Na dziś obecne 5989 dolarów w wytworzonych dobrach i usługach na osobę w zupełności wystarczyłoby do komfortowego i godnego życia dla wszystkich na świecie. Wyraźnie niektórzy są godniejsi od innych. Światowa dystrybucja, która widzimy w pierwszej kolumnie, jest katastrofalna. W drugiej kolumnie widać, że występuje odwrotnie proporcjonalna korelacja między tymi, którzy najbardziej potrzebują ochrony zdrowia, bo ich zdrowie jest najbardziej narażone, a tymi, którzy najwięcej wydają na jego ochronę. Trzecia kolumna pokazuje, jak ogromną część PKB pochłaniają wydatki na ochronę zdrowia (chodzi o wydatki łączne, prywatne i publiczne) – średnio 6 procent w skali światowej i prawie 11 procent w krajach bogatych.

Ostatnia kolumna jest szczególnie interesująca: im bogatszy kraj, tym większy udział sektora publicznego w łącznych wydatkach na ochronę zdrowia. Progresja z bliska towarzyszy wzrostowi dochodu. Zalecenie, które z tego wynika, jest praktyczne: „Countries should also build up their ability to raise money through taxes” (kraje powinny wyrabiać w sobie umiejętność zbierania pieniędzy za pośrednictwem podatków). Przytoczyłem tę myśl w oryginalnym brzmieniu, bo nie codziennie czytamy coś takiego w publikacjach MFW. Jest ona słuszna: tak, trzeba rozwijać sektor publiczny i walczyć o większą efektywność wydatków, modernizując i demokratyzując zarządzanie.

Poniższa tabela jest również interesująca, bo pokazuje właśnie, że im biedniejszy kraj, tym słabsza jego publiczna baza finansowa: w krajach o niskim dochodzie część PKB przypadająca centralnej władzy państwowej wynosi 17,7 procent i wzrasta zgodnie z regularną progresją w miarę jak dochodzimy do krajów o wysokim dochodzie. Kraje bogate też źle mówią o swoich rządach, ale nie są głupie (proszę zauważyć, że chodzi jedynie o wydatki centralnych władz państwowych, bo łączne wydatki publiczne są znacznie większe).


Kraje o dochodzie

Władza centralna, procent PKB, początek lat 2000

Niskim

17,7%

Niższym średnim

21,4%

Wyższym średnim

26,9%

Wysokim

31,9%

Źródło: Tabela 2 w cytowanym wyżej artykule
W studium przypomina się o dwóch ważnych sprawach. Po pierwsze, bezpośrednie wydatki na ochronę zdrowia, czyli najbardziej prywatna forma, w której obywatel bezpośrednio ponosi wydatki w systemie „out-of-pocket” (dosłownie: wyciągania pieniędzy z kieszeni), stanowią „jedno z najbardziej regresywnych i nieefektywnych źródeł finansowania służby zdrowia dla ubogich, gdyż pozbawiają ich korzyści płynących z redystrybucji dochodu, podziału ryzyka i osłony finansowej”. Tymczasem w krajach o niskim dochodzie 60 procent łącznych wydatków na ochronę zdrowia to takie właśnie wydatki, a w krajach bogatych tylko 20 procent. Po drugie, różne prywatne plany firmowe i inne są nieefektywne w krajach, w których wielkie są rzesze pracowników nieformalnych.

Aby funkcjonować, sfery społeczne – nie tylko służba zdrowia – wymagają publicznych mechanizmów, które byłyby poddane wzrastającej kontroli społeczności i w których one coraz bardziej by uczestniczyły. Robienie pieniędzy na ochronie zdrowia równa się czemuś, co znamy jako przemysł chorobowy, który nigdzie nie jest efektywny, jeśli nie liczyć mniejszości o wysokich dochodach. Robienie pieniędzy na edukacji, po linii przemysłowej produkcji dyplomów, też nic nie rozwiązuje. W sferach społecznych trzeba odzyskać zdolność do prowadzenia kompetentnych polityk publicznych z silnym poparciem organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Polityki społeczne prowadzone w celach lukratywnych funkcjonują tylko dla tych, którzy mają odpowiednią siłę nabywczą, toteż rezultatem jest olbrzymie marnotrawstwo zasobów i pogłębienie nierówności.


W tym punkcie rozpatrzyliśmy cztery formy marnotrawstwa społecznego: niewykorzystanie gigantycznych rezerw siły roboczej, które zamiast być mobilizowane dla podniesienia poziomu i poprawy jakości rozwoju, stają się problemem i kosztem; marnotrawstwo naszych oszczędności, które są przedmiotem spekulacji zamiast służyć finansowaniu inkluzji produkcyjnej i trwałego rozwoju; tworzenie systemu kontrybucji ściąganych z dostępu do wiedzy technologicznej i utrudniających dostęp do wiedzy populacjom najbardziej potrzebujących wsparcia, gdy tymczasem powinniśmy sprzyjać jej zawłaszczaniu; i nierównowagę między gospodarką handlową a politykami społecznymi, która stwarza ogromne strukturalne koszty nadzwyczajne. Prostackie głupstwa, sprowadzające innowację społeczną do jak najmniejszego państwa i gospodarki działającej w myśl zasady „wszystkie chwyty dozwolone”, uczenie nazywanej „rynkiem”, nie prowadzą do racjonalnego systemu podejmowania decyzji, którego wymaga trwały i zrównoważony rozwój. Trzeba wyjść poza ten ramy.

Procesy decyzyjne: kurs na racjonalność
Na szczęście coraz mniej osób ufa zarówno akademickim, jak i ideologicznym uproszczeniom. Istnieje silna skłonność do poszukiwania wartości, zdrowego rozsądku i pragmatyzmu nastawionego na efektywne rezultaty w sferze jakości życia osób i trwałości procesu. Stopniowo zajmuje przestrzeń stosunkowo nowa wartość: przekonanie, że postęp jednych kosztem innych nic nie rozwiązuje. Fala unosi wszystkie statki. Ewoluujemy od paradygmatu konkurencji do paradygmatu współpracy, od idiotycznej wojny wszystkich ze wszystkimi do inteligentnych polityk. Trudno nie przypomnieć, że faza największego rozkwitu kapitalizmu przypadła na „trzydzieści złotych lat” po drugiej wojnie światowej, gdy prowadzono polityki redystrybucji dochodu i powszechnego wsparcia socjalnego ludności. Dobrobyt gospodarczy i społeczny wszystkim wychodzi na dobre – nie tylko ubogim. Od bogatych coraz bardziej wymaga się nie dobroci, lecz inteligencji.

W pierwszej części tego małego studium pokazaliśmy, że wyraźnie szerzą się dwa wielkie dramaty planetarne: degradacja środowiska i nierówność. W drugiej części zidentyfikowaliśmy gigantyczne marnotrawstwa zasobów siły roboczej, zasobów finansowych, technologicznych, administracyjnych i stwierdziliśmy, że wskazują one na ogromne korzyści, które można odnieść stosując inteligentniejsze formy zarządzania, bardziej nastawione na współpracę. W trzeciej części wskażemy niektóre rozwiązania alternatywne. Chodzi o mobilizację nie w pełni wykorzystanych zasobów pod kątem dwóch głównych celów: ekologicznego i społecznego.



Mierzyć realne rezultaty

Wróćmy do cytowanego wyżej studium MFW i zastanówmy się, do jakiego stopnia postęp o wiele bardziej zależy od form organizacyjnych niż od wielkich inwestycji. „W ciągu minionych pięćdziesięciu lat świat rozwijający się dokonał znacznych redukcji śmiertelności niemowląt. Te osiągnięcia głównie wynikają z lepszego odżywienia, interwencji publicznej służby zdrowia związanych z uzdatnianiem i oczyszczaniem wody oraz takich postępów medycznych, jak zastosowanie szczepień i antybiotyków.” Tak więc, wielkie postępy stwierdzone w tej sferze zasadniczo wynikają z takich tanich interwencji prewencyjnych, jak dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej, zrównoważonego odżywienia, czystej wody, szczepień. Może z wyjątkiem antybiotyków, nic z tego nie wymaga wielkich, kompleksowych innowacji technologicznych czy wyszukanych sprzętów, ale wymaga większej gęstości organizacyjnej u podstaw społeczeństwa.

Tego rodzaju medycyna prewencyjna, przełożona na rachunek ekonomiczny po linii tradycyjnej metodologii mierzenia Produktu Krajowego Brutto (PKB), jest kiepska: tanie zapobieganie chorobom nie zwiększa PKB. Jeśli mamy wielu chorych, zabiegi chirurgiczne, zakupy wielu leków, wtedy, owszem, wzrasta PKB, który kalkuluje się na podstawie wartości handlowej sprzedanych produktów. Dla prywatnego przedsiębiorstwa świadczącego usługi w zakresie ochrony zdrowia pozbawienie go chorych to koniec końców pozbawienie go klientów.

Po prostu znaczy to, że w formie, w której oceniamy powodzenie naszych wysiłków ekonomicznych, księgujemy wydatkowane środki i nazywamy to „produktem”. W rzeczywistości produkt, który nas interesuje, to nie zwiększenie wydatków na leki i szpitale, lecz sytuacja, w której nie chorujemy. Innymi słowy, kierujemy się środkami, a nie celami. Kalkulujemy wartość handlową dóbr i usług (output), a nie rezultaty z punktu widzenia jakości życia (outcome).

Absurdalność tej formy księgowości jest coraz bardziej oczywista i dotyczy również innych obszarów. Likwidacja życia w morzach (tak zwany overfishing, czyli przełowienie) figuruje jako wzrost PKB, gdyż księguje się tylko to, co się łowi, a nie księguje się planetarnej dekapitalizacji, która z niej wynika. Wycinamy nasze lasy, niszczymy warstwę organiczną gleby, likwidujemy rezerwy ropy naftowej, wyczerpujemy warstwy wodonośne i nic z tego nie podlega zaksięgowaniu poza pozytywną wartością w sprzedanym produkcie, bez odliczenia kosztów ekologicznych. Z punktu widzenia rachunkowości błędnie obliczamy PKB. Przecież w żadnej firmie czy administracji publicznej nie zaaprobowano by rachunków, gdyby nie uwzględniały one zmniejszenia się zapasów.

Dla Patricka Vivereta symboliczny jest paradoksalny przypadek zatonięcia tankowca „Erika”, które wymagało ogromnych wysiłków na rzecz oczyszczenia środowiska, a te wysiłki przyczyniły się do wzrostu PKB. Czysta plaża nie przyczynia się do wzrostu PKB, także dlatego, że bezpłatny wypoczynek uważa się za bezwartościowy z ekonomicznego punktu widzenia, natomiast zanieczyszczona plaża generuje wielkie kontrakty, a tym samym cenne punkty procentowe PKB, które polityk należycie eksploatuje jako sukces jego rządów.24

Jak można osiągnąć postęp, gdy nasza busola, która pozwala zorientować się i okreslić, dokąd zmierzamy, wskazuje niewłaściwy kierunek? Dziś, gdy istnieje wskaźnik rozwoju społecznego Narodów Zjednoczonych, gdy istnieją wskaźniki jakości życia Calverta-Hendersona i gdy zmienia się orientacja samego Banku Światowego, który dawniej księgował eksploatację ropy naftowej jako produkt, a obecnie księguje jako dekapitalizację25, do głosu zaczyna dochodzić zdrowy rozsądek.

PKB nie jest miarą dobrobytu. To stwierdzenie Jeana Gadreya i Florence Jany-Catrice, autorów znakomitego studium o najnowocześniejszych osiągnięciach w dziedzinie wskaźników bogactwa, jest dziś bardzo ważne. W rzeczywistości PKB mierzy wartość dóbr i usług handlowych wytworzonych w ciągu roku. Nic nie mówi o bogactwie nagromadzonym w społeczeństwie ani o tym, czy wysoki PKB osiąga się kosztem sprzedaży kapitału naturalnego (na przykład ropy naftowej w krajach, które ją produkują), ani o skardze gospodyni domowej, która stwierdza, że ten, kto zasadził i zebrał główkę sałaty, przyczynił się do wzrostu PKB, natomiast ona, która ją kupiła, pokroiła i podała na stół, wcale się do tego nie przyczyniła. PKB interesuje się tylko ekwiwalentem pieniężnym wąskiej grupy rodzajów działalności.26

Problem niekoniecznie polega na tym, aby odrzucić pojęcia używane w obliczeniach PKB (na ten temat istnieje ogromna bibliografia), lecz na tym, aby po określeniu wąskiej grupy rodzajów działalności, którą metodologia ta księguje, szukać bardziej adekwatnych i kompletnych metodologii. Gadrey i Jany-Catrice wykonali znakomitą pracę – dokonali przeglądu różnych metodologii, którymi dysponujemy, typów wskaźników, potencjału; służy ona tym, którzy nie tylko chcą wiedzieć, czy wzrósł PKB, ale również, czy nam lepiej się żyje.

Znajdujemy tam uporządkowane wskaźniki obiektywne i subiektywne, szczegółowe bilanse i wskaźniki syntetyczne, szacunki przełożone na wartości pieniężne i takie, które wyrażają się w wolumenach fizycznych, wskaźniki produkcji (outputs) i rezultatów (outcomes), zróżnicowanie danych na takie, które wskazują, „co” wzrosło w gospodarce, i na takie, które wskazują, „kto” skorzystał na tym procesie.

Retrospektywnie zmiany są ogromne. W latach osiemdziesiątych, z Reaganem w USA i Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, czynnik społeczny znikł z mapy – wszystko skupiało się na rezultatach ekonomicznych i finansowych. W latach dziewięćdziesiątych, wraz z pojawieniem się wskaźnika rozwoju społecznego Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), byliśmy świadkami piruetu – pojawienia się poglądu, zgodnie z którym gospodarka powinna służyć dobrobytowi ludzkiemu, a nie na odwrót. Odtąd rozwijają się metodologie, które oszacowują pracę społeczną, nie opłacaną pracę w gospodarstwie domowym, zniszczenie czy ochronę środowiska, poczucie braku bezpieczeństwa, które stwarzają procesy produkcyjne, trwonienie zasobów nieodnawialnych (nawet w przypadku Banku Światowego – patrz World Development Indicators 2003). Wachlarz metodologii, ich wyszukany charakter i wiarygodność robią duże wrażenie. Po raz pierwszy zaczynamy dysponować instrumentami, które pozwalają obywatelowi dowiedzieć się, czy to, co się dzieje, jest zgodne z jego opcjami ekonomicznymi, społecznymi i ekologicznymi.

Autorzy dokonują przeglądu „Barometru nierówności i ubóstwa” we Francji, „Index of Economic Well-being”, „Index of Sustainable Economic Welfare”, „Genuine Progress Indicator”, „Personal Security Index”, „Index of Social Health” i innych (oczywiście obok wskaźnika rozwoju społecznego Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju). Czynią to w sposób zorganizowany – tak, że widzimy wyraźnie, jak miary zysku przedsiębiorstwa (PKB) przeobrażają się w miary służące oszacowaniu praktycznych rezultatów pod kątem dobrobytu ludności. Tak więc, po raz pierwszy rzeczywiście mierzymy użyteczność społeczną naszej działalności. Jest rzeczą oczywistą, że społeczeństwo, w którym gospodarka ma się dobrze, ale lud ma się źle i trwoni się planetę, zmierza donikąd.

W rzeczywistości tworzenie instrumentów, które pozwalają ludności oszacować „prawdziwy postęp” i jakość jej życia – to, co Gadrey nazywa „performance sociale” – zmierza do zrównoważenia kryteriów podejmowania decyzji w społeczeństwie. Populacja poinformowana może stać się populacją obywatelską. Populacja dezinformowana czy źle informowana, jak ta, która dziś mamy, z łatwością staje się populacją zalęknioną.27

Dlatego stworzenie instrumentów pomiarowych, które pozwalają nam wiedzieć, dokąd idziemy, stanowi ważny krok naprzód; pod pewnym względem jest światłem, które oświetla proces decyzyjny, gdyż definiuje cele. Na innym poziomie warto jednak rzucić okiem na dyskusję o formach organizacyjnych.


Zdemokratyzować rząd

Przyjęcie miar, które pozwalają nam towarzyszyć rzeczywistemu postępowi społeczeństwa i planety, jest konieczne, ale nie wystarcza. Trzeba, aby społeczeństwo miało większą możliwość uzyskiwania rezultatów. Na ogół krytyka rozmiarów sektora publicznego to głupota. Jak powiedział pewien dyrektor Krajowej Szkoły Administracji – słynnej francuskiej ENA – poprawa wydajności sektora publicznego stanowi najlepszy sposób na poprawę systemowej wydajności całego społeczeństwa. W Światowym Raporcie Narodów Zjednoczonych o Sektorze Publicznym z 2005 r. pokazuje się ewolucję, którą przeszliśmy, od tradycyjnego poglądu o „administracji publicznej” opartej na posłuszeństwie, ścisłych kontrolach i pojęciu „władzy”, poprzez fazę poszukiwań bardziej przedsiębiorczego zarządzania po linii „public management”, w którym na przykład burmistrza zastąpiono „zarządcą miasta”, do nowocześniejszej wizji, nazwanej w raporcie „responsive governance”. „Governance” bardzo trudno przetłumaczyć w sposób zadowalający na język polski; termin ten oznacza, że w przestrzeni publicznej dobre zarządzanie osiąga się za pośrednictwem inteligentnego i zrównoważonego powiązania ogółu aktorów zainteresowanych w rozwoju – tak zwanych „stakeholders”. Przymiotnik „responsive” jest jeszcze bardziej skomplikowany, ponieważ oznacza wrażliwe zarządzanie w szerokim znaczeniu tego terminu – takie, które potrafi „reagować” na interesy różnych grup lub „koresponduje” z tymi interesami i zakłada szerokie systemy partycypacyjne, a w każdym razie systemy bardziej demokratyczne. Jest to zarządzanie, w którym burmistrz nie dyktuje miastu swojego programu, lecz pomaga obywatelom rozwijać programy, których oni sobie życzą. Można to nazwać „governance partycypacyjną”.

Rezultat to interesująca tabela.





Public administration

New public management

Responsive governance

Citizen-state relationship

Obedience

Entitlement

Empowerment

Accountability of senior officials

Politicians

Customers

Citizens, stakeholders

Guiding principles

Compliance with rules and regulations

Efficiency and results

Accountability, transparency and participation

Criteria for success

Output

Outcome

Process

Key attribute

Impartiality

Professionalism

Responsiveness

(United Nations, World Public Sector Report 2005, s. 7.)
Uznałem, że lepiej przytoczyć tę tabelę w oryginale – w języku angielskim. Występujące w niej terminy nie zawsze mają odpowiedniki w języku polskim, ale łatwo zrozumieć, o co chodzi. Mamy więc do czynienia z trzema modelami. Ewolucja od tradycyjnej Public Administration do New Public Management opierała się na prywatystycznej koncepcji zarządzania: chodziło w niej o to, aby administracje były skuteczniejsze. Niedawna ewolucja ku responsive governance opiera się na bardziej publicznej koncepcji, w której administracje bardziej słuchają obywatela i za pośrednictwem bardziej demokratycznych procesów partycypacja obywatelska sprawia, że administratorzy są skuteczniejsi, bo bardziej spełniają oczekiwania obywateli. Jest to różnica między odgórną skutecznością autorytarną a oddolną skutecznością demokratyczną. Skuteczność mierzy się nie tylko na podstawie rezultatu, ale również na podstawie procesu.

„Model governance (…) kładzie nacisk na rząd otwarty i korespondujący ze społeczeństwem obywatelskim, bardziej odpowiedzialny oraz lepiej regulowany przez zewnętrzne czynniki nadzoru i kontroli i prawo. Proponuje się, aby za pośrednictwem organizacji pozarządowych i uczestnictwa społeczności duża rola przypadała społeczeństwu obywatelskiemu – aby miało ono «głos» i było «partnerem». Model governance ma więc tendencję do skupiania się bardziej na inkorporacji i inkluzji obywateli we wszystkich ich rolach stakeholders niż na zwykłym zadowalaniu konsumentów – w wątku tym odbija się echem pojęcie «tworzenia wartości publicznej». (…) Teoria governance wychodzi poza ramy reformy zarządzania i służb, wskazując na nowe rodzaje powiązań między państwem a społeczeństwem, na bardziej wielowarstwowe i rozśrodkowane formy rządzenia. (…) Tak więc, cechą tego wyłaniającego się modelu są otwartość i przejrzystość.”28

Nowy, kształtujący się model zasadniczo polega na bardziej demokratycznej koncepcji – bezpośredniej partycypacji zainteresowanych aktorów, większej przejrzystości, szerokim otwarciu na nowe technologie informacji i komunikacji oraz rozwiązaniach organizacyjnych zapewniających interaktywność między rządem a obywatelami. Koncepcja ta obejmuje „system zarządzania nawet najbardziej wyszukaną wiedzą”, przy czym – jak już powiedzieliśmy – ważna rola przypada wykorzystaniu nowych technologii informacji i komunikacji.

Dla naszych dyskusji w Brazylii te punkty są bardzo ważne. Ich zaleta polega na tym, że wychodzą one poza nostalgiczne koncepcje autorytarne, a także poza pseudomodernizację, która stawiała menedżera tam, gdzie dawniej mieliśmy polityka, czego rezultatem była odgórna zmiana kosmetyczna. Jest to ewolucja, która zmierza do uzyskania realnej zdolności rozwiązywania problemów poprzez konieczne paktowanie z realnie istniejącym społeczeństwem. Taka systematyzacja tendencji światowych sprawia, że zamiast zamiany jednego rozwiązania autorytarnego na inne, bardziej wiarygodna staje się walka o zawładnięcie politykami przez ogół obywateli u podstaw społeczeństwa.


Zdemokratyzować korporacje

Oczywiście, przeobrażenia nie ograniczają się do sektora publicznego. Stopniowo zakorzenia się ogólna myśl, że żadna spółka nie może ograniczać się do maksymalizacji zysków, że każda inicjatywa, która wywiera wpływ na społeczeństwo i środowisko, powinna w pewien sposób odpowiadać interesom ogółu społeczeństwa. Innymi słowy, społeczne i ekologiczne wymiary działalności przedsiębiorstw przestaje się uważać za „koszty zewnętrzne”, które społeczeństwo ma pokrywać z podatków i dzięki sektorowi publicznemu. Koszty stają się nieodłącznym czynnikiem działalności gospodarczej. Obserwujemy wyraźne postępy w tej dziedzinie, a punktem wyjścia jest metodologia Instytutu Etosu Odpowiedzialnej Przedsiębiorczości. Nie wchodzimy tu w szczegóły tych zmian, o których narasta ogromna literatura. Dla nas istotne znaczenie ma tu stwierdzenie, że do poprawy wizerunku przedsiębiorstwa nie wystarczy, aby prowadziło ono jakąś działalność społeczną: w sposób odpowiedzialny należy prowadzić sam „core business”, „interesy” przedsiębiorstwa. Ze względu na dzisiejszą wagę polityczną korporacji sprawą zasadniczą staje się to, aby wychodziły one poza systemy lobbies, które starają się naciągać reguły gry z korzyścią dla interesów sektorowych, i przyczyniały się do budowy rusztowania prawnego, ułatwiającego zarządzanie całym społeczeństwem.29

Można mieć wątpliwości, czy interesy sektorowe mogą być zbieżne z szerszymi celami społeczeństwa. Tendencja wydaje nam się jednak nieunikniona, ponieważ korzyści systemowe płynące z takiego zainteresowania są wielkie, a obecnych polityk nie sposób utrzymać. Z praktycznego punktu widzenia musimy ewoluować w kierunku systemowej oceny wydajności terytorium w każdej gminie czy w każdym mikroregionie. Trzeba również przezwyciężyć tę inną, niepełną rachunkowość, pozwalającą przedsiębiorstwu księgować zyski i nie ponosić odpowiedzialności za koszty ekologiczne i społeczne, które pociąga za sobą działalność przynosząca zyski, a wizja systemowa, która ogarnia terytorium, pozwala na taką racjonalną ocenę.30

Tak oto, dążymy do lepiej poinformowanego społeczeństwa – takiego, które mogłoby uczestniczyć, wyposażonego w bardziej zaktualizowane metodologie, inne od zwykłych statystyk PKB. Trzeba jednak również pracować na rzecz bardziej zdecentralizowanych i przejrzystszych instytucji państwowych, otwartych na mechanizmy partycypacyjne społeczeństwa obywatelskiego. Świat przedsiębiorców powinien wziąć na siebie część odpowiedzialności i przyczynić się w sposób zrównoważony do rozwoju gospodarczego, społecznego i ekologicznego, wychodząc poza markową „kosmetykę” i dążąc do rzeczywiście odpowiedzialnego zachowania.


Umocnić społeczeństwo obywatelskie

Jak w tych ramach odnajduje się społeczeństwo obywatelskie? Rzeczywistość jest taka, że w Brazylii mamy odgórne społeczeństwo obywatelskie, które się organizuje, wspiera organizacje pozarządowe, protestuje za pośrednictwem Instytutu Obrony Konsumenta (IDEC), dzwoni do Programu Orientacji i Ochrony Konsumenta (PROCON), pisze listy do gazet itd. W sumie uczestniczy, choć często brak racjonalnych systemów informacji sprawia, że jego uczestnictwo jest bezcelowe. Szybko czynimy postępy na tym polu, co otwiera nas na bardziej demokratyczne procesy. Czynimy jednak również postępy oddolne w społeczeństwie obywatelskim, wśród tych, którzy widziani z góry stanowią 51 procent osób zatrudnionych w gospodarce nieformalnej, wśród ofiar koncentracji dochodu, ludzi zagubionych pośród nocy ogromnych peryferii miejskich, obozujących na poboczach dróg, pozbawionych ziemi, dachu nad głową, Internetu, efektywnego uczestnictwa.

Oni niewątpliwie torują sobie drogę i ktoś, kto towarzyszy ich realiom, jest pod wrażeniem tego, jak z kamienia potrafią wyciskać mleko. Dla tej masy, która w Brazylii stanowi podstawę liczącą około 100 milionów osób, bardzo niewiele się robi. Obserwuje się niewątpliwe postępy – program „torba rodzinna”, podwyżka płacy minimalnej, zwiększenie pomocy finansowej w ramach Narodowego Programu Wzmocnienia Rolnictwa Rodzinnego (PRONAF), rozprzestrzenianie się mikrokredytu, otwarcie uniwersytetów i inne inicjatywy, niezwykle ważne dla kraju, który w rzeczywistości nigdy nie spoglądał w dół.

Trzeba jednak pójść dalej. Jest to wyzwanie i na tym polu są liczne propozycje, ale nie dość się robi. Ta problematyka to inny rozdział, którego tu nie poruszamy. W latach 2005-2006 w ramach Instituto Cidadania przeprowadziliśmy szerokie badania wśród ludności i instytucji, które wdrażają programy wspierające. Rezultaty zsyntetyzowano w dokumencie pt. „Narodowa polityka wsparcia dla rozwoju terenowego”, w którym przedstawiliśmy dziesiątki propozycji praktycznych, wychodzących poza polityki dystrybucyjne i zmierzających do upowszechnienia inkluzji produkcyjnej.31

W rzeczywistości poczyniliśmy duże postępy odgórne, w dziedzinie polityki dla klas wyższej i średniej, uczestnictwa świata przedsiębiorczości, stabilizacji makroekonomicznej. Żaden jednak kraj nie stabilizuje się, jeśli pozostawia na łasce losu olbrzymią masę ubogich i trwoni swoje zasoby. To jest wyzwaniem chwili. Odnotowaliśmy tu niektóre kierunki zmiany organizacyjnej. Bez wątpienia inny świat jest możliwy, ponieważ ten, który dotychczas stworzyliśmy, nie jest godny polecenia. Czas pokazać, że można zarządzać inaczej.


Bibliografia
ANEFAC – Pesquisa de juros fevereiro de 2007 – Associação Nacional de Executivos de Finanças, Administração e Contabilidade – luty 2007 r., 15 s., dostępne na www.anefac.com.br pod „Pesquisa de Juros”.

Davies, James; Susana Sandström, Anthony Shorrocks, and Edward N. Wolff - The Global Distribution of Household Wealth - 2006, II www.Wider.unu.edu/bewsletter/newsletter.


  1   2


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna