Jerzemu Giedroyciowi twórcy I redaktorowi kultury anna Strońska dopóki milczy ukraina



Pobieranie 0.83 Mb.
Strona1/20
Data05.05.2016
Rozmiar0.83 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20
Jerzemu Giedroyciowi twórcy i redaktorowi KULTURY
Anna Strońska
DOPÓKI MILCZY UKRAINA

Wydawnictwo TRIO Warszawa 1998


Projekt okładki:
Wiktor Jędrzejec
Redaktor:
Kazimierz Bidakowski
Książka została wydana przy pomocy Funduszu Promocji Twórczości Ministerstwa Kultury i Sztuki
c Copyright by Anna Strońska, Warszawa 1998
ISBN 83-85660-71-2
Wydawnictwo TRIO Warszawa, ul. Nowy Świat 18/20
Wyd. I. Ark wyd. 12,6 Druk i oprawa: A-Z DRUK Raszyn
ul. Słowikowskiego 21c
Nad Smotrycz, za Zbrucz
Za ogromne pieniądze - sto osiemdziesiąt dolarów, tutaj to fortuna - wynajmuję ładę, która obwiezie mnie - na chybcika, ale jednak - po podolskich krzemieniach i kamieniach. Kierowca, pan Władziu, jako rasowy syn Lyczakowa czy Zamarstyno-wa prowincją w życiu się nie interesował, trasy nie zna, mapy nie posiada, więc udostępniam własną, prezent z konsulatu. Po alfabecie i koślawej transkrypcji sądząc, mapa jest adresowana do niemieckich turystów, na wyrost, bo Niemcy za delikatni na przejażdżki po kraju bez moteli i stacji benzynowych.
Najwygodniej i najnudniej podróżuje się po autostradach. W wypadku Ukrainy należałoby raczej mówić o drogach szybkiego ruchu, ale każda z nich przynajmniej pod tym jednym względem spełnia warunki autostrady: smuży się bezbarwnie, płynie po płaszczyźnie, omija miejscowości, a na domiar złego obrasta w "posadki", gęste, szczelne kordony drzew i krzewów odcinające asfalt od żywego świata. Oczywiście Polacy zaraz umyślili sobie, że to przez parszywą perfidię sowiecką, bo "Ruski" nie chciały, żeby się rozglądać... Bzdura. "Posadki" są od śniegów. Owszem, istniały trasy zakazane cudzoziemcom, sama
5
zostawiłam sobie na pamiątkę karteluszek z "Inturista", jeszcze w siedemdziesiątych latach przestrzegający: "Riga-Minsk tolko samolotom!" To znów w drodze z Kiszyniowa do Wilna między-lądowanie mieliśmy we Lwowie, dwie godziny postoju, wyszli wszyscy, a mnie nie pozwolono. "Przecież ja tylko do toalety" - molestowałam stewardessę. Usadziła mnie ostrym: "U was wizy niet. Inostrancom nie Izia".
Nie te czasy. Droga wolna. Zabrał się z nami dziennikarz z polskiej "Gazety Lwowskiej", Emil Legowicz, bezbłędny w trudnych sytuacjach. Wie, kiedy powoływać się na "Lwowską" a kiedy na "Wysokyj zamok". Respekt przed prasą, nam to już zupełnie przeszło, im jeszcze nie.
Władziu opiekuńczy: ta trzeba okno przymknąć, żeby nam Legowicza nie wyduło. I dodaje przede wszystkim sobie ducha na wybojach: no nic, szorujemy.
Z tym szorowaniem nie tak prosto, zakrętów niemało, a za każdym może czaić się milicjant. Dopóki drogowskazy wskazywały Briest i Kijew, na stukilometrowym odcinku spotkaliśmy aż cztery patrole: pierwszy zaraz za Lwowem. Milicjant z pierwszego tylko sprawdził papiery kierowcy, milicjant z drugiego domagał się mandatu za przekroczenie szybkości aż o dwanaście kilometrów, ale pomogła elokwencja Legowicza i nie musieliśmy zapłacić.
- Dawaj do przodu - sam siebie zachęca pan Władziu, i natychmiast monituje: cicho, cicho. Co oznacza: tylko bez nerwów. Bez szaleństw na strzeżonej drodze.
Brody, obok Gródka Jagiellońskiego, Zbaraża czy Trembowli - jedno z tych miasteczek, w których uchował się koloryt kresów, mimo wyburzeń i naporu monotonnych bloków. Ale wszędzie jest świeższy akcent do legendy o Rzeczypospolitej co najmniej dwóch kochających się narodów. We Lwowie obok kościoła św. Elżbiety stanie pomnik Bandery. W Brodach oglądam pierwszy i nieostatni na wybranej trasie obelisk "Ofiarom stalinowskich represji". Z tablicy wynika, że większość represjonowanych wojowała w UPA.
6
Zieleń i fiolet, to barwy Wołynia, migającego w nieczęstych przerwach między "posadkami". Odbijamy od autostrady. Nadal nic ciekawego. Płoty, wertepy, fasolowe grządki. I nieoczekiwany na tej przypodolskiej, ale jeszcze wołyńskiej, przestrzennej, stołowatej równinie Poczajów. Góra, dopiero gdy się patrzy z góry, wydaje się ogromna. W dole płaski, zma'ały Poczajów, poprzeszywany zielenią, rozwleczony po ogródkach. Tak wysoko, tak nisko... Zdumiewająca sklejka krajobrazów.
Wokół Ławry staruszki. W tym straszliwym upale siedzą albo i leżą na ławkach zakutane jak na ciężki mróz, w szalach, szubach, walonkach. Może tak bezpieczniej. Co na sobie - nie zginie. Modlą się, oszczędnie żują chleb, patrzą w przestrzeń -jak której pasuje. One wiekowe, i jakaś porażająca odwieczność sytuacji. Tak jest i pewnie zawsze tak tu było, bez względu na potrząsające światem huragany.
W Poczajowskiej śladu po folderach, osiągalny tylko jeden druczek, i to zajmujący się nie Ławrą, a świadkami Jehowy. Agitka nawet nie ukraińska, rosyjska - energicznie bierze się za przeciwnika. Jehowici już przywykli do łgarstwa i dobrocią z nimi nie poradzisz. Intencje tekstu wyartykułowane, powiedzieć można, szczerze i bez zahamowań. "Nienawiść świadków Jehowy do chrześcijaństwa tłumaczy się tym, że w założeniach swoich sekta opiera się na judaizmie..." No, tośmy w domu. Dalej wychodzi na to, iż przewrotni świadkowie lansują Antychrysta. Niby to wyczekując Mesjasza - spodziewają się "człowieka grzechu, syna ciemności".
Krzemieniec - długa ulicówka, miasteczko na osnowie wsi. Od tej głównej, równinnej - odpryski bocznych ulic, stromych, dla mnie, oczywiście po przemysku. Za długo tu nie zabawimy, gdyż Krzemieniec jest tematem dyżurnym, pisze o nim kto może, tylko bez efektu.
Przed nocą - i całe szczęście, bo to nie są strony na nocne podróże - dobijamy do Zbaraża. Mój portfel prawie pusty. Gdzie by tu przenocować omijając hotel? Legowicz zawsze coś wymyśli, tym razem też nie zawiódł: jedziemy do księdza.
Samotny lokator zrujnowanego klasztoru mieszka w pokoju bez pieca. Kancelaria (duże słowo) też nie ogrzewana. Na dworze upał, tu przeszywający chłód. Nawet w nieznośnie letni, przegrzany dzień majowy kamienna podłoga w refektarzu jakby świeżo myta: co tam myta, zlana wodą. Sadzawka w lecie, a ślizgawka w zimie. Ksiądz przystojniak, na oko - siłacz, rosły, umięśniony, już ma w wyroku bolesny żywot reumatyka. A wita nas pogodnie. Przedstawiwszy się: "ksiądz Żydowski jestem", dorzuca: "takie nieładne nazwisko noszę, co robić..." Faktycznie. Żeby to choć: Jewrejski...
To jego szósty rok na Ukrainie, przed Zbarażem - na głębokiej Ukrainie, bliżej Odessy. Powiada, że tam praca była lżejsza, a Polaków więcej. Radził sobie, choć trafił do parafii od siedemdziesięciu lat pozbawionej księdza. Zamieszkał - jak to pogodnie określa - w chatce na cmentarzu. W dawniejszej przechowalni zwłok. "Wstawiłem łóżko, stolik, krzesło... Więcej i tak by się nie zmieściło. Wodę to szanowałem jak złoto. Kościół tam kiedyś był, długo był, bo postawiony w 1662 roku. Po rewolucji zamknięty, najpierw zamienili go na skład nawozów sztucznych, potem w prezbiterium porobili mieszkania, druga część poszła na kino, trzecia na salę tańca. Z kościoła został tylko obraz. Jeden, tak. Ogromnie zniszczony".
W Zbarażu puste ściany, które jeszcze byłyby do odratowania. Nie gustuję w baroku, ale to uderzająco piękny kościół. Ksiądz nie przeoczył mojego zachwytu, wyczuł sojuszniczkę i agituje: "Gdyby nasze ministerstwo kultury i sztuki zainteresowało się, co z funduszami przysłanymi przez Kijów na kościół zbaraski, czemu one tu przepadły... na co poszły..."
Kościół, nieopodal cerkiew prawosławna, w pobliżu greko-katolickiej, niedaleko od kaplicy baptystów. Może został ślad po synagodze, ale jakoś mi nieporęcznie pytać księdza Żydowskiego. Niech najpierw Legowicz załatwi coś do spania. Udaje się nadspodziewanie łatwo. Mili, usłużni ci tutejsi księża, co sobie później potwierdzę i w Kamieńcu Podolskim, i w Moś-
8
ciskach. Ta ich ufność, gotowość do pomocy, to aż zaskoczenie, to jak z zamierzchłej bajki. Myśmy w kraju dawno już odwykli... Poza tym, cóż on o nas wiedział? Jestem z Polski, mówię, wysiadając z wozu z ukraińską rejestracją, i my Polacy, dołączają się dwaj moi towarzysze, których akcent już nie daje gwarancji. A gdyby nawet? Przecież w Zbarażu (ksiądz się o tym nie zająknął, inni powiedzieli) już były z rodakami różne złe doświadczenia. "Mam oko" powie ksiądz, któremu - ale dopiero nazajutrz, wyspani, wykąpani - wytykamy nieostrożność. "Mam oko, ja rozpoznam człowieka". Tak się mówi, ale...
Otóż to. Córka Piechowej była mniejszą optymistką, rano zajrzała, czy ksiądz się nie pomylił i czy matka żyje.
Piechowa to Polka, matka Ukrainki, babka Ukraińca i Polaka. Dostaliśmy się jej na przenocowanie. Ksiądz rekomendował: kobieta poważna, starszawa, nie ubliży gościom, może i ucieszy się, zwłaszcza że dom do pochwały. Sami zobaczymy.
Parafia księdza Żydowskiego liczy piętnaście tysięcy Polaków (nie powie: wiernych. Na jedno wychodzi. Pielęgnowany kanon kresowy: wiara równa narodowości). Tak, będzie z piętnaście tysięcy, choć wielu już zniszczonych. Mimo to: wiernych? Różnie. Ksiądz żyje "w bardzo dobrej zgodzie" ze swiasz-czennikiem grekokatolickim, ale podejrzewam, że trochę taka to zażyłość jak prokuratora z adwokatem: nawet prywatni przyjaciele jednak wojują na sądowej sali. Toga obliguje, sutanna też. U Piechowej od pierwszych chwil czujemy się po domowemu, bo i wino znalazło się domowe, nam wesoło, a ksiądz nie zasypia gruszek w popiele, pracuje nad Haliną. Zachęca, by zamiast do cerkwi chodziła do kościoła, lecz to twarda sztuka. Poznać, że nie ustąpi. Spierają się dyplomatycznie, ostrożnie, bez przeciągania struny. Ksiądz niby to półżartem: "U nas ładniej..." Halina, już zniecierpliwiona: "Mnie wystarczy tamto".
Ani się nie dogadają, ani nie pokłócą.
Z tą chwilą rozmowa już zdecydowanie świecka. Ksiądz namawia Piechowa na poprawę zdrowia i urody. "Czemu sobie
9
zębów nie wstawisz?" Władziu z Legowiczem też są za tym. I wcześniej dużo ludzi było, przyznaje Piechowa, a znowuż inni odradzali: "Nie wstawiaj, lepiej chodzić pusto".
Nie wstawi.
W nocy długo nie śpimy: ja pewnie ze zmęczenia, Piechowa ze strachu, czy jej nie poderżniemy gardła, bo to ksiądz księdzem, paszport paszportem, a obcy obcym, jednak. Wobec czego rozmowa. Właśnie o strachu, ale tym tutejszym, mulistym, złym jak bagno, sączącym się na sowiecką Ukrainę przez dziesiątki lat. Piechowa oponuje. "Strachu nie było - powiada. - Strach był za Stalina, a potem to już nie".
Cichutko smuży się rozmowa. O rodowodach. "Ja z domu Omawka, poślubiłam Piecha. Mąż był Ukrainiec, ale syn Polaka. On chodził do cerkwi, ja szłam do kościoła. Ludzie zaraz ciekawi:
a czego wy się rozłączacie? To mówię: my się w niebie złączymy".
Od córki Haliny Piechowa ma wnuków. Starszy w dwa wieczory polskiego ojcze nasz wyuczył się, młodszy woli cerkiew. "Ja choczu słuchały po ukraińsku". Babka nie oponuje. "Chcesz iść - idź do cerkwi. Tam choć ciepło".
W czterdziestych latach Omawkowie chcieli uciekać przed banderowcami, powstrzymali ich ukraińscy sąsiedzi: "Zostańcie, nie damy krzywdy zrobić".
Piechowa unika określenia "banderowcy" i uchyla się od komentarzy. Dosyć typowe dla tutejszych: widać jeszcze dzisiaj bezpieczniej jest zmilczeć, czy nie mówić wprost. Są takie niedobre tematy. Lepiej od nich z daleka. "Była wojna, była. Przyszedł Żyd Brojda: panie Omawka, daj pan choć gorącej wody, żebym nie zmarzł na lód. Panie Brojda, idź pan stąd, bo będzie nieszczęście. Panie Omawka, niech ja choć przy krowach w stajni ogrzeję się, no przez godzinkę. I co z nim było robić? Tak się jakoś przechował: trochę tu, trochę tam. Po wojnie przychodził dziękować..."
Tu było dużo Żydów, zgadza się Piechowa. A gdzie są? Powyjeżdżali. Czyżby? A dokąd? "Nie wiem. Pewno do siebie".
10
Ryzykuję pytanie, czy "Brojda" też wyjechał. O dziwo, tak. Piechowa ożywiła się, przez moment znowu jest na twardym gruncie. Uratował się, przed wyjazdem przychodził, kilka razy zaszedł i dziękował... Panie Brojda, mówi jemu ojciec, tylko Boże broń, żeby pan list przysłał. No to obiecał, że nie, i na tym się skończyło.
Poplątane byłyby korzenie i chromy pień drzewka tej sprawiedliwości.
Smuży się noc, kołysze się rozmowa. Zza ściany miarowe, zasłużone pochrapywanie Władzia. Wyczerpały go całodzienne dyrektywy. Więc co się stało z Żydami ze Zbaraża? Wyjechali, odpowiada Emilka. Ci ze Lwowa - z wcześniejszej opowieści Adamskiej - też powyjeżdżali. Porażająca jednomyślność. Zupełnie jakby nie było obozów śmierci i nikt nawet nie słyszał o rozstrzeliwanych nad pierwszym z brzegu jarem, wybitych, spalonych. Nie ma, to nie ma. Nikt ich nie szantażował, nie wydawał, nie likwidował niekiedy nawet bez udziału Niemców, rękami ukraińskiej policji.
O tym się milczy, to jest skażona strefa. Powyjeżdżali -łagodnie, poczciwie zapewnia mnie Piechowa. Wszyscy? No, dużo wyjechało. - Nie zabijali ich? - dociskam. Piechowa: Niemcy trochę wybili. Ja: Tylko Niemcy? Piechowa: Dlaczego? Dużo wyjechało. No, któryś mógł i przepaść.
Z wojny pamięta partyzantów. Przychodzili po nocy, tłukli w drzwi: chaziain, otkrywaj. Hospodar, widkryj. Raz Ruscy, a raz Ukraińcy. Jak im tam pasowało. A miejscowym co za różnica, kogo karmią: dawaj, choć sam nie dojesz, spróbowałbyś odmówić.
Tak to zeszło. Ojciec robił w polu, kiedy nadbiegła kobieta i rozkrzyczała się, że już koniec wojny. Piechowa, wtedy jeszcze Omawka, lat może trzynaście, pamięta mokrą od szczęśliwych łez twarz tamtej: "Tato nawet na chwileńkę zaniechał roboty i pyta się: a kto wygrał, Niemiec czy Ruski?" Emilka koniecznie chciała na paradę zwycięstwa, ale się nie dało, robota nie puś-
11
ciła. "Tato mówi: zasiałem jęczmień, a to musisz poskradlić końmi wszystko..."
Smuży się noc. Nie śpimy. Piechowa tylko wzdycha, gdy w sąsiednim pokoju zatrzeszczy łóżko (wstają? znaczy - po niej). Nawet mi się nie chce śmiać, bo w końcu tylko my troje wierny, że wyżyje. Do zainteresowanej ta radosna pewność dotrze, kiedy jutro łada wytoczy się z podwórka. A noc długa. Cóż można robić w tych warunkach? Opowiedzieć życie. Piechowa tutejsza, mąż był spawaczem, ona telefonistką. Najgorzej nie mieli, pobudowali się tak między 1956 a 1957 rokiem. "Wszystko my dwoje. Sami. Z tych dziesięć palców". Sowieckie czasy? Manna z nieba nie leciała, ale można było się dorobić, można było żyć. "Nie bałeś się siwizny. Nie aż tak".
Bieda przyszła z wolnością. Emerytka Piechowa pobiera cztery miliony papierków, na pieniądze licząc - dwadzieścia dolarów w miesiącu. "Pani, ja pracowała od 1943 i co: mam na pół rachunku za gaz i na pół za światło, a jeszcze trzeba jeść". Emerytura w dwóch ratach, rozumie się z opóźnieniami. Dobrze Piech przeczuwał! "Mąż zawsze prosił Boga, żeby on zmarł pierwszy, żeby to ja jego pochowała. U nas grabarzy nie ma, sami jamę kopiemy".
I znów ta niepokojąca, szczera konstatacja: bieda przyszła z wolnością. "Pani, a przedtem cóż my takiego niedobrego mieli?" Strach - podpowiadam. A spokojny głos z ciemności szemrze: "Nie, pani. Jego już nie było. Strach był za Stalina".
Rano odjazd. Po obejrzeniu rozbudowanego, odmienionego wielopiętrowcami - rzeczywiście sporo ich. Część już z "ukraińskich" czasów - Tarnopola wreszcie odbijamy od głównej ulicy. Co za ulga! Oczywiście nie dla łady, która trzęsie się i charczy, ale sunie jak czołg, pokonując pagóry wiejskiej drogi. Władziu aż się skurczył, ale milczy, wszak sto osiemdziesiąt dolarów piechotą nie chodzi, a ja nareszcie mam swój pejzaż, wielkie po-dole ciszy, jak je nazwał w wierszu poeta Olbromski, na co dzień kierownik wojewódzkiego wydziału kultury w Przemyślu. Coraz
12
piękniej wspina się ta droga, zbacza, podrywa się i zniża, bokami - na wysokich skarpach - płoty i kolorowe futryny. Wieś ukraińska przynajmniej z wyglądu nie jest taka nędzna, jak sugeruje się w korespondencjach. Domy raczej zadbane, sporo nowych, nie brzydszych niż w Polsce. Jesteśmy pośrodku Iwa-nowki, na kałużastym majdanie, którego jedyną ozdobę stanowi sklepik z żółtym szyldem, kiedy Legowicz podrywa się z siedzenia i wrzeszczy.
- Wracamy! Ale już!
- Ta co ty, zdumiał? - upewnia się pan Władziu. A tamten swoje:
- Zawracaj! Zaraz zawracaj! Słyszysz, Władek? Aż wypieków dostał. Ki diabli, jak mawiali w mojej Galicji? Pan Władziu już nie protestuje, nawet mnie zatkało, choć to wielka rzadkość. Legowicz zdenerwowany, czerwony z przejęcia, dyryguje, pogania: dopiero na tamopolskiej szosie wyjaśni się, że jego zdaniem nadłożyliśmy sześćdziesiąt kilometrów. No, może trzydzieści. Pożałował Władzia (benzyna!) i tym sposobem znowu zażywam autostrady. Z której i tak trzeba będzie zboczyć do Kamieńca. Droga z legowiczowego wyboru okazuje się równie kiepska, jak ta przez Iwanowkę, i już nieciekawa. Bajeczny pejzaż zostawiliśmy przy tamtych grudach i wybojach. Legowicz skruszony: nie chciał źle, samo tak wypadło. Co samo, jakie samo? Brnę w pracowitą pyskówkę, ale to bez sensu, przecież już słyszałam, że nie chciał źle, ta skąd...
Przed ostatnią wojną Kamieniec już nie był nasz, odpłynął w historię. Ależ tu wysoko! Gdzie to ja udawałam przed samą sobą, że nie mam lęku przestrzeni? W Bristolu. Tamten most nie był wyżej zawieszony od kamienieckiego, a widoki podobne. Tyle że w Bristolu nie ma rynku krzywego, jak z rysunku Schul-za, i kamieniczek nieomal mniejszych od swych ciemnych bram, w których mieściły się kopiaste furmanki. Chcę zajrzeć na któreś podwórze, ale wyrasta przede mną młodzieniec z papieros-kiem w kącie ust, i drugi, też w kaszkiecie. Nic nie mówią, patrzą. Zupełnie jak na Pradze.
13
To gdzieś tutaj mieszkał rabi Gutman, który w 1918 zarządził modły za pomyślność atamana, ale ze złym wynikiem. Pan Bóg czemuś nie chciał pośredniczyć między Gutmanem a Pet-lurą. Kurenie śmierci wymordowały prawie sto tysięcy Żydów.
W aktorze musi być tajemnica, jak mawiała Ryszarda Hanin. A w domach to nie? Choć slumsy były okropne, miały wyraz. Blokowiska nie mają. W sowieckiej Europie budowano dużo, tylko smutno. Przeraźliwe wrażenie wywarł na mnie Leningrad, miasto wtedy już chyba siedmiomilionowe, wyolbrzymione serią dzielnic - składanek z dokładnie takich samych pięter, rozpoznawalnych jedynie po nazwach ulic i numerów domów: co najmniej przez godzinę miałam je po bokach samochodu, wydostającego się z blokowisk na rogatki. Koszmarne, wielopiętrowe, za wysokie, żeby je nazywać kamienicami, za niskie, żeby mówić o drapaczach chmur. Mrowiska. Dzień eksponuje ich brzydotę, a noc grozę. To też byłaby sceneria na "Staikera".
Jestem ze wschodniej Galicji, zawsze mnie intrygowały podoła, pokucia, zadniestrza, zadnieprza, zakarpacia. Przecież i tych sto osiemdziesiąt dolarów lekką ręką dałam na sprawdzenie, czy się gdzie nie znajdzie prowincja Rotha, Babla, Pruszyńskiego... Chyłkiem, bokiem coś się zawsze uchowa na wertepach świata. Bułgarzy wożą gości do Bałcziku, w którym minarecik biały jak koszula na niedzielę zadaje egzotyki w miasteczku głuchym i niedbałym, drewnianymi czeluściami sieni otwartym na niebrukowany rynek. "Jak w Berdyczowie albo w Żydaczowie" - wykrzyknęłam z ogniem. Kijowianin Jura przytaknął mechanicznie, po czym zdumiał się: "To byłaś?" Nie byłam, wtedy jeszcze nie.
W Kamieńcu wypada rzucić okiem, gdzie nam zginął pan Wołodyjowski... Swoją drogą ciekawe, co zostałoby do dzisiaj z zamku, gdybyśmy mieli słabsze poczucie honoru.
Nie za przyjemne wrażenie robią rozległe mury, sterczące nad urwiskiem jak białe kikuty. Między nimi snuje się wycieczka. Zatrzymuje mnie kobieta, której wieku nie umiałabym określić,
14
dziwna osoba, jakaś nieprawdziwa w tym swoim, chciałoby się powiedzieć, przebraniu za proletariuszkę. Ręce zmacerowane pracą, twarz rasowej inteligentki. Zaczynamy rozmawiać. Jej polszczyzna jest słaba, co jeszcze nie przesądza o narodowości.
- Pani tutejsza? - nic oryginalniejszego nie przychodzi mi do głowy.
- Gdzieś się trzeba było urodzić.
- Polka?
Uśmiecha się. Nie odpowiada. Ja, znowu swoje:
- Skąd pani pochodzi?
- A, już sama nie wiem.
Śmieje się. Widzi, że nie wierzę. I po chwili:
- W Polsce już jest dobrze, prawda?
- No, rozmaicie.
- Ale da się żyć, proszę pani?
- To z pewnością.
- Aha... czyli macie dobrze. Chwała Bogu, chwała Bogu. Przynajmniej żyjecie.
- A tutaj?
- Tutaj: co? - udaje, że nie zrozumiała.
- Jakie pani miała życie?
- Nudne było.
- Czyżby?
- No tak. Za długie.
Uśmieszek. I pobłażliwy rozbawiony wzrok osoby, która dobrze wie, że nie dzieli się doświadczeń. Nie wytrzymałam, naciskam:
- Nic mi pani o sobie nie opowie?
Zachmurzyła się. Od razu obca, nieprzyjemna.
- A idź, ty...
Gwałtownie wstaje, odchodzi potrącając mnie niby to nie naumyślnie.
15
Malowniczy, ale wściekle stromy ten Kamieniec. Zadyszana wracam z resztek posienkiewiczowskiej twierdzy. Chyba nikomu od nas inaczej tu się nie pomyśli. Ruiny nawet zadbane, lecz na to rady nie ma, że więcej z Kamieńca Podolskiego zachowało się w trylogii niż w kamieniu.
W ładzie cisza. Coś zaszło - naradzili się pod moją nieobecność? Bo zatroskany Emil wychodzi mi naprzeciw i komunikuje, że Władziu źle obliczał, tyle tych kilometrów narobiło się, a droga jaka szkodliwa dla maszyny... Ja, chłodno: o drogach Władziu wiedział, mapę dostał, źle nie płacę. Emil: źle to nie, tylko mało. Władziu czeka w ładzie, uroczysty, tragiczny. Nie odzywa się. I nagle: proszę bardzo, on może nie wziąć pieniędzy nawet za benzynę, on w ogóle nic nie musi, tak źle jeszcze nie jest... Podkłócamy się coraz mniej zobowiązujące, już tylko dla przyzwoitości. Konflikt zażegnany. - Fajno, zaiwaniamy - cieszy się Legowicz. Teraz on za szofera. Poklepuje kierownicę, jak strudzonego konia. Jedziemy. Władziu smutny, chyba przestraszył się, że wezmę serio jego pochopną deklarację w kwestii niepłacenia.
Im bardziej Podole, tym więcej pogórza. Podole... Przewrotna nazwa. Kulminacja pejzażu jeszcze ze trzysta kilometrów stąd, na Bukowinie, w Mołdawii, przypominającej Walię, ale piękniejszej, niemniej wyszłam na swoje, bo za Kamieńcem wyraźnie już ta ziemia, którą dobry Pan Bóg rozkołysał, rozhuśtał i zatrzymał w pół ruchu. Gdybyśmy nie zrezygnowali z Iwa-nowki... Legowicz pokomiutki, boży się, że on tylko mapy posłuchał, że chciał dobrze dla mnie. Mapa nas zmyliła. Nas!
Żal mi tamtej dzikiej, wspinającej się jarami drogi. Wyżej rozlewisko zbóż, przestrzeń, po horyzont olbrzymie strome łąki. Podole: ziemia jak znieruchomiałe morze. Z rzadka chutory, przykryte ręcznikami sadów. Całych dwadzieścia lat temu byłam na znacznie głębszym Podolu i coś niecoś wiem o wspaniałej urodzie Ukrainy. Z Mohylewa Podolskiego do Kiszyniowa po drogach pięknie, ale bezskutecznie anonsowanych kierowcom
16
jako "hordę", harde, dawno temu wiózł mnie do Kiszyniowa pan Sienkiewicz. Zawijał autobusem jak bryczką na weselu. Od razu przy wyjeździe były z nim kłopoty. My już w autobusie, on jeszcze u dyżurnego. - Zachoditie, Sienkiewicz - niecierpliwił się kontroler. Wreszcie wsiadł, duży, tłusty, w przepoconej gimnastior-ce. Jechaliśmy wzdłuż Dniestru. Wracałam z Jampola. Coś mi się jednak nie wydaje, żeby ten Sienkiewicz czytał Sienkiewicza.
Ależ to piękny kraj. I nieszczęśliwy, od zawsze. W kajdaniar-skim "związku republik swobodnych" zamorzony niechlujną fa-brycznością, struty radiacją, wytrzebiony z czamoziemu. Ukraina: mocny przykład, ile potrafi przeciw sobie zdziałać człowiek. W potencjalnym spichrzu Europy zrujnowano rolnictwo. Podobno tę świetną ziemię, o której powiadało się: urodzi, byle nie przeszkadzać, nawet mniej zniszczył priorytet przemysłu, sobiepana depczącego wszystko co na drodze, niż orka, tak jest, traktorowa orka na głębokość morderczą dla lessowych gleb.
Tamtą odległą, pierwszą moją Ukrainę dzielę na kolory. Jasnopopielaty, biały na mglistej podszewce: Odessa. Do jaskrawości biały, wyelegantowany, z cerkiewną pozłotką: Kijów. Martwa wapienna schludność świątyń i zieleń grubym cieniem po cichoczamej Desnie: Czemihów. Ta wielka i wyglądająca na ospałą rzeka ma swoje ciemne drogi, maskuje ją widowiskowy bór. Półpolesie, północ Ukrainy. Zieleń nad Desną jest mroczna i puszysta, trochę boeklinowska. Zachwycała Dowżenkę, porównywanego z Eisensteinem, chociaż kto dzisiaj pamięta o Dow-żence?
A w stronę Dniestru zupełnie inne lasy, klarowne, podszyte czystym światłem zagony płowych dębów.
Pobyć tutaj, nacieszyć się wielkim pięknem tej ziemi. Bo co my wiemy o Ukrainie? Z obszaru - dwie Polski, z ludności prawie że półtora. I tyle, tyle lat wspólnoty w nienawiści. Do poduszki Ogniem i mieczem, do zamyślenia się - Zarudzie.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna