Jestem w Doha, na lotnisku przesiadkowym. Więcej tu białych niż Azjatów, a Polaków całkiem sporo. Teraz jest sezon wyjazdowy do Azji południowej, a Qatar Airlines rośnie na wielkiego przewoźnika



Pobieranie 435.46 Kb.
Strona1/13
Data03.05.2016
Rozmiar435.46 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13
Jestem w Doha, na lotnisku przesiadkowym. Więcej tu białych niż Azjatów, a Polaków całkiem sporo. Teraz jest sezon wyjazdowy do Azji południowej, a Qatar Airlines rośnie na wielkiego przewoźnika. Niedawno uruchomiono bezpośrednie loty z Warszawy i to całkiem tanio.

Jak wielu oczekujących, włączyłem komputer. Powolny internet jest za darmo. Podniosłem ekran i otworzyło się okno na świat. Drugi ja, ten bezpiecznie zamknięty w plastykowym pudełku zabija poczucie osamotnienia i braku bezpieczeństwa. Tak rozpoczynam trzeci etap podróży dookoła świata. Minęły cztery lata od skończenia drugiego, dość dramatycznego etapu. Wyruszyliśmy z Tomkiem motocyklami, na etapową podróż dookoła świata, w październiku 2008 roku z Polski. Niecały rok później kontynuowaliśmy podróż motocyklami po Himalajach indyjskich i Nepalu. Tam mój motocykl pozostał z dość poważnie uszkodzonym silnikiem. Dwa lata później, będąc w tamtej okolicy świata, próbowałem go reanimować, ale nie zabrałem odpowiedniej ilości części zamiennych, ponadto stacjonowanie pod wiatą, w tropikalnym klimacie dało się we znaki wszelkim podzespołom. Pieniędzy ciągle brakowało na kontynuowanie etapowej podróży dookoła świata, więc porzuciłem motocykl w Nepalu. Jego sprowadzenie do Polski, albo naprawienie w Nepalu, wydawało się pozbawione ekonomicznego sensu. Po kolejnych dwóch latach uzbierałem dziwnym sposobem środki na dalszą podróż, ale bez motocykla. Stać mnie na podróż plecakową, z wynajmowaniem lokalnie motocykli lub skuterów. Wychodząc z założenia, że najważniejsza jest podróż a nie jej styl, lecę oto teraz do Bangkoku, gdzie stacjonuje motocykl Tomka. Tomek odwiedza go co roku i jeździ nim po Tajlandii. Papiery celne dawno straciły ważność, więc motocykl pewnie musi już zostać w tym kraju.

Lotnisko w Doha zbudowano na końcu cypla, cały półwysep to państwo Katar. Katarczycy pracują tu tylko na stanowiskach kierowniczych. Reszta personelu to głównie Indyjczycy. Ropa sprzedawana na Zachód dała Arabom możliwość bycia lepszym od reszty krajów Azjatyckich. Są obywatelami pierwszej kategorii. Dużo dobitniej zaznaczają swoją wyższość i odrębność wobec imigrantów zarobkowych, aniżeli robią to biali w Europie. Kultura osobista, wolność myśli i przekonań jednostki, wiara we własną, indywidualną odrębność od społeczeństwa, to wszystko na półwyspie Arabskim jest jeszcze obiema nogami w dawnych wiekach. Pod względem mentalności nie różnią się zbytnio od robotników, przyjeżdżających tu z biednych i przeludnionych krajów. Są za to nowocześni stylem i zachowaniem. Na wzór zachodni.

Lotnisko było budowane przez ludzi przyjezdnych i przez nich jest obsługiwane. To widać. Toalety są brudne i zaniedbane, chociaż w o wiele lepszym standardzie niż te w Indiach. Zdjęcia w folderach reklamowych pokazują Dohę jako panoramę wieżowców, na wzór Nowego Jorku. Chaotycznie poustawiane, w niewielkim stopniu powiązane stylem wieżowce wyglądają na nocnych zdjęciach jak wysokie szklanki z kolorowymi drinkami, na lśniącym szynkwasie baru. A w dzień jak poustawiane na niebieskim stole termosy z gorącą herbatą. Lotnisko jednak nie naśladuje stylem tych zachodnich. Nie jest duże ani nowatorsko zaprojektowane. Taki prosty w formie dworzec przesiadkowy.

Jeszcze kilka godzin temu byłem w Warszawie, a rano obudziłem się w Poznaniu. Myjąc twarz nad zlewem patrzyłem we własne oczy. Trochę techniki zaprojektowanej dla mas i już tego samego wieczora jestem w innej rzeczywistości. Po drodze obejrzałem dwa filmy science-fiction. Na cztery godziny uciekłem z własnego życia w przygody wymyślonych bohaterów. Pamiętam miejsce, w którym dziś nocowałem, pamiętam urojony krajobraz kosmosu z filmów i patrzę na bezosobowy, obcy tłum przepływający od jednej bramki bezpieczeństwa do drugiej. Na pewno jest w tym magia, ukryty podtekst, a ja jestem tego częścią.

Dziewięć godzin później wchodziłem na pokład samolotu lecącego do Bangkoku. Tym razem samolot był duży i pełen turystów. Luty to środek sezonu w poludniowo-wschodniej Azji. Polski język był słyszalny na drugim miejscu, po angielskim. Ludzie wymieniali się cenami hoteli, ofert last-minute, nazwami najlepszych plaż do leżakowania. Łatwo mogłem poczuć się kimś lepszym, bo innym. Nie jadę paść brzucha przy barach all-inclusive, ale będę jadł nieregularnie i kończył efektowną sraczką. Nie jadę chwytać brąz na całym ciele, ale na przedramionach i karku. Nie będę odpoczywał od polskiej rzeczywistości, ale trudził się w zbijającym z nóg, lepiej niż Kliczko, upale. Nie będę zamykał się w hotelowej, nowobogackiej realności, ale poszukiwał prawdziwej, pradawnej, albo chociaż tak wyglądającej rdzennej kultury. Nie będę spał w czystej pościeli, ale będę sprawdzał pod siennikiem czy nie biegają pluskwy. I cóż takiego, lepszego będę robił? Podróże wykreowane przez media stały się celem nie dla wszystkich realnym. Poznawanie prawdziwego świata. Od lat powstają ośrodki, biura turystyczne, sposoby na przyciągnięcie klientów na wycieczki fakultatywne, spędzenie ulotnych chwil w dzikim parku przyrody tropikalnej, pośród niezmiennych od stuleci plemion górskich, zażycia prawdziwej przygody na grzbiecie wielbłąda, w kapoku na pontonie, byle nie za długo i nie za daleko. Tak w sam raz aby poczuć się na chwilę podróżnikiem z Discovery Channel. Mogę się więc czuć lepszy bo jestem taki na co dzień, a nie od święta, naprawdę i swoim sposobem, a nie będąc częścią biznes-ukladanki biura podróży. Widząc mniej, ale prawdziwie. Tak... na siłę można czuć się lepszym. Nic tak nie poprawia mi humoru, jak być lepszym od innych. Koślawe samozadowolenie podparte krytyką innych, może urosnąć do rangi samoakceptacji. Zwłaszcza po dwóch wyśmienitych white wine, serwowanych przez muzułmańskie stewardessy na pokładzie Qatar Airlines.

Lądowanie było twarde. Tylko raz lądowałem miękko w Amritsarze, lecąc zwykłymi liniami indyjskimi. Myślę, że gdybym siedział w kokpicie pilota, to podobało by mi się nawet zrobić beczkę tym Airbusem, ale siedząc w środkowym rzędzie, jak szczur w rurze kanalizacyjnej, to każde pierdnięcie pana domu w sedes, wydaje się zapowiedzią katastrofy.

Po uporaniu się z papierami i bagażem, wpakowałem się prosto na kolegę Macieja, co tu siedzi już od września, a dziś akurat przedwcześnie wraca do tej (...) Polski. Jak się dwóch Polaków na obczyźnie spotyka, to padają sobie w ramiona, a potem bez flaszki birmańskiej berbeluchy się nie obejdzie. Wtrząchnęliśmy to świństwo w strefie ochronnej dla palaczy, bo Maciej zaczął kurzyć jak parowóz. Flaszka poszła do kosza i milo dźwięknęła, bo widać nie była pierwsza. Zrobiło się przed północą. Maciej jeszcze nie wiedział czy poleci, bo biletu nie miał, a ja nie wiedziałem gdzie zanocuję. Coś tam Maciej namawiał na swój hotel bo opłacony, ale kiepski dojazd z lotniska, że kask motocyklowy mi zostawił i wszystko za free... Przeliczywszy koszta, oczy mi błysnęły w dwa znaczki $. Zaczęły się poszukiwania autobusu co powiezie mą szanowną osobę na ulicę Khao Sun. Wreszcie objęcia na pożegnanie i jadę... ale niedaleko, na jakiś dworzec autobusowy. Tam długo próbuję odgadnąć jak dalej. Ponoć autobusem 555 do centrum. Ale przez pół godziny takowy nie podjechał, a północ wybiła. Myślę sobie – „koziołeczku nie dla ciebie ta przygoda, wracaj lepiej ty...” na lotnisko. Wróciwszy wziąłem taxi za 45zł pod sam hotel. Nie można było tak od razu, jak człowiek. Po co się szarpać z tajskim systemem autobusowym jak podróżnicza, nadęta małpa!

No i ląduję w sam środek tajskiej, turystycznej fiesty. Dziwki, disco, żarcie na ulicy, piwo w kuflach, dragi w kieszeni za grosze, biały człowiek dokazuje ile wejdzie. W opór ładuje co tylko krew wzburzy, emocje podrajcuje, da iluzję oderwania od własnej rzeczywistości, bycia tu i teraz, na własnych warunkach. Taj kasuje, Taj z tego dostatnio żyje, Taj nigdy się nie obrazi, Taj ma dystans, Taj zawsze na swoje wyjdzie. Spojrzy na ten burdel dla białych z wysokości swojej starszej kultury, dystansu do spraw uwięzionych umysłem, a wolnych ciałem białych, uśmiechnie się z wyższością myśląc o zyskach, wykorzysta ziomali i ziomałki aby dali dupy dosłownie i w przenośni, bo interes jednostki ponad chrześcijańskie współczucie dla cudzej krzywdy. Biały i tak nie zrozumie, biały się nie postara, biały przyjechał tu po inne wrażenia.

Ano walę ja ci z tym workiem i plecakiem do New Joe Hotel, rozpytuję o drogę, obijam się o zadżumionych Niemioszków i wytatuowane w sam środek tłustego cielska Amerykanki, a pot rosi me czoło, bo wredny sobie Taj klimat wybrał na swą siedzibę. W hotelu wentyla się włączyło i jakoś wróciła świadomość. Trzeba pójść kupić wodę, bo pić się chce a nie ma co. Potem wreszcie sen, po 43 godzinach pełnej świadomości. Ostatni raz kiedy chciałem jechać samochodem po 46 godzinach w samolotach, obudziłem się na latarni.

Ale tego ranka obudził mnie spokój tej samej dzielnicy, w której do trzeciej zabawie nie było końca. Poszedłem wymienić pieniądze, gotówkę wyłuskałem ze schowka na jajach i pobrałem Batty. Ulica tak pełna życia w nocy, w dzień była jakby zmęczona zabawą ale już obudzona kacem i obowiązkiem pracy. Trzeba posprzątać, przygotować nową noc. Budowlańcy mają czas na konstruowanie nowych disco-barów, śmieciarze wynoszą odpadki, dziwki patrzą w lustro, kalkulując ile jeszcze można, kelnerki masują łydki, bossowie portfele. Turysta wymienia pieniądze, spożywa śniadanie i zastanawia się – „w co się bawić, gdy możliwości wyczerpiemy wszystkie ciurkiem”. A podróżnik bieży drogim taksikiem do wymarzonego motocykla, który schowanen na czwartym etażu parkingu, w zupełnie innej dzielnicy. Trzeba to to odpalić i zmusić po rocznej labie do wzięcia sobie garba na plecy. Po drodze widzę w centrum miasta, na skrzyżowaniu długiego na ponad dwa metry legwana, czy coś takiego, co stoi i nie chce zejść z asfaltu. Ludziska go omijają, a on stoi. Widać dla niego stanie jest iluzją bezpieczeństwa. Potem walka z motocyklem. W sumie łatwo poszło. Z czoła kapało, noga od kopania kick-startera bolała, w głowie szumiało od myśli złych, ale odpalił. Kolega Tomek użycza mi, na czas bliżej nie określony, swojego, udupionego w Tajlandii motobike, bo mój własny, poległ w Nepalu i ruszać go nie mam zamiaru. Tak się kończą marzenia o podróży dookoła świata etapami. Człowiek wszystko zniesie, ale sprzęt i papiery na niego, już nie.

Spotykam Niemca. Znam go z opowieści Tomka. Mieszka tu od czterech lat. Ma jakąś wizę stałego pobytu, predestynowaną dla emerytów. Ma mieszkanie w super apartamentowcu, pewnie za małe pieniądze. Apartamentowiec prawie pusty, budują jak w Hiszpanii, nie wiadomo po co. Niemioszek, nie przedstawił się, ma fioła na punkcie starych motocykli BMW. Całkiem sympatyczny gość. W mieszkaniu ma warsztat mechaniki pojazdowej. Przerobił schludny apartament na kształt szopy na narzędzia, garażu na motocykle, zawalonej brudnymi skarpetkami garsoniery, takiego męskiego raju. I jak gościa nie lubić? Od razu poczułem bratnią duszę. Szkoda, że to Niemiec, flaszki w toaście – za wstrieciu – nie obalimy. Ale pomógł zreanimować hydrauliczne sprzęgło, takie gówno zaprojektował KTM. Potem poopowiadał gdzie warto jechać i pożalił się na swoje dychawiczne czterdziestolatki – BMW. Popchnąłem go aby odpalił swoje R80 i pojechał do dziewczyny. Jeśli zastanawiasz się jaka przepaść dzieli cię od tego Niemca, nie będącego curiosum, to podpowiem, że tylko mentalna. 45 lat komuny zakończonej sukcesem przy współudziale wszetecznego obyczajowo kleru i myślisz jak myślisz - że on na emeryturze to może wszystko, a Polak nic.

Jeszcze tego samego wieczora poszedłem na Sukhumit Road. Taka wersja Khao Sun ale dla starszych gości, na oko niektórzy to jeszcze odwiedzali te strony za czasów tragicznie skończonej kadencji prezydenta Kennediego. Trochę inny styl zabawy, bardziej konkretny, mniej szumu i pozerstwa, więcej sprytu i determinacji. Dziwki ładniejsze, bo depilują swoje sumienie za większe pieniądze. Porobiłem kilka zdjęć swoim aparatem... Nikon, podpowiem że teraz w Polsce mówi się ‘najkon’. Szukałem prażonych na węglach pasikoników w rozmiarze Filipa z wieczorynki „Pszczółka Maja”, ale nie było. Serduszek ptasich na rożnie także. Więc w chwili rozpaczy, zjadłem swój pierwszy posiłek tego dnia o 20-stej w pizzeri. Podobno śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Więc nie oszczędzałem, wydałem 28zł na średniej wielkości, ale dobrą pizzę. Na deser poszła flaszka Hong Thong z Pepsi. W głowie się zakręciło i mimo klimatyzacji w pokoju bez okien, zrobiło się jakoś duszno od dalekosiężnych planów, emocji, nowych marzeń, skrupulatnych wizualizacji. Podobno, miedzy innymi, według metody Silvy, szczegółowa wizualizacja to początek sukcesu. Gdyby tak było, to bym przyjechał do Bangkoku własnym Unimogiem. Zwizualizowałem sobie każdą jego śrubkę i każdy metr jego drogi w podróży. Widać jakaś silniejsza energia blokuje wybrany przeze mnie rozwój wypadków. Na los nie ma rady.

Następnego dnia, tak gdzieś koło 14-stej cudem uniknąłem wypadku. Dziki kraj to dziki i nigdy się nie zmieni. Żółtek skręcił prosto pod moje koła. A jechałem coś koło 80km/h w podkoszulku i kasku ze skutera. Takie sytuacje mnie nakręcają. Dodałem gazu i zrobiłem unik. Sam zawsze się zastanawiam dlaczego nie hamuję. Chyba jakieś wyrobione odruchy bezwarunkowe z lat śmigania na sportach z bezsensownymi prędkościami. KTM przysiadł na dupę i wywinął się gładkim testem łosia. Problem w tym, że od dłuższego czasu jechał za mną Taj na skuterze. Pewnie za punkt honoru obrał sobie odczytanie mojej, dziwnej rejestracji. Skutery nie hamują, Taj nie ma wprawy w jeździe agresywniej, zagapił się. Zobaczyłem w lusterkach jego nogi powyżej dachu pick-upa. Skuter poszedł do rowu, a klapek z prawej stopy pacnął w ciężarówkę z boku. Gość chyba wpadł na pakę od pick-upa. Bez kasku i ubrania marnie go widzę. Takie sytuacje mnie nakręcają, powtarzam się, teraz poszło lepiej, niżej 90km/h nie schodziłem. Na los nie mamy wpływu. Gdyby nie sytuacja rodzinna to Tomek by jechał za mną na swoim KTMie i być może to on by fiknął do pick-upa. W sumie to nie jest źle. Gość załadowany i można od razu walić do szpitala, albo kostnicy. On się tam w Polsce wije z zazdrości, że ja jadę a on nie i nawet nie przypuszcza, że trzecie dzieciątko w zagrodzie, uratowało mu życie.

A zacząłem tego dnia około 9-tej. Wyjazd z Bangkoku to minimum 20km korka. Wentylator chłodzi silnik i wali gorącym powietrzem prosto w stopy, w sandałach. Teraz wiem dlaczego zawsze na KTMie było mi gorąco w obute, w enduro buty, stopy. Mam wrażenie, że gorący olej, albo płyn chłodzący znalazł dziurę w sparciałych rurkach i chce wyjść na świat, no i kapie mi na stopy. Spoglądam z niedowierzaniem, ale nic prócz czerwonej skóry nie widzę. Przeciskam się jak mogę, ale Taja na skuterze nie zatrzymasz, ani nie dogonisz. W Bangkoku mieszka oficjalnie prawie 7 milionów ludzi i jest jednym z najgorętszych miast świata. Jeszcze 70 lat temu mieszkało to dziesięć razy mniej ludzi, a dwa wieki temu nazywano tą osadę Wsią Drzewek Oliwnych. No i gdzie, teraz, w Tajlandii są gaje oliwne? Przez to, że Bangkok nie posiada centralnej części, spełniającej takie funkcje jak rynek i okolice w naszych miastach, potworzyło się tu kilka zagęszczeń, spełniających różne, kompletujące się nawzajem, funkcje miejskie. Ciekawy jest też skład narodowościowy mieszkańców: 250 tysięcy to Chińczycy i ich język łatwo można usłyszeń, zwłaszcza w China Town; mieszka tutaj też 35 tysięcy Sikhów, podobna ilość co Japończyków; ale już Europejczyków jest 45 tysięcy, a Amerykanów tylko 6. Ale Bangkok to przede wszystkim miasto rozpusty, oblicza się, że pracuje tu kilkanaście tysięcy prostytutek. Jest więc w czym wybierać.

Tylni hamulec się blokuje. Trzeba mu spuścić juchę, znaczy trochę płynu, aby wypuścił ze swych chciwych objęć gorącą tarczę. Robię to na przystanku autobusowym pod jakimś centrum handlowym, w samym środku Bangkoku. Całe szczęście Tajowie są zupełnie nie zainteresowani takimi obrazkami. Myślę sobie, że wstydzą się, albo boją zapytać, skąd ja tutaj się wziąłem. Reszta, nieżóltej Azji taka jest. Ale to nie wstyd, ani poczucie wyższości. Oni się po prostu nie interesują, tak z obojętności. Nie pozwolą mi poczuć się tym jedynym w tłumie innych. Ale dziś nawet nie mam na to ochoty. Nienawidzę gorąca. Marzę o Syberii w puchowej kurtce. Wolę zimno i deszcz. Las świerkowy, bagna, meszki i komary. Pustkę i ciszę. A jestem w przeciwnej rzeczywistości. Niech tylko podejdzie jakiś biały turysta i powie, że jestem – cool, a dam mu kopa. Czuję się jak frytka we frytownicy, jak zwłoki kurczaka na grilu, jak tybetański mnich w akcie samospalenia. Komuś wszedłem na świętość... no i dobrze, u mnie nie ma zmiłuj się. Jestem wnerwiony na siebie i cały świat, za to słońce i duchotę. Niech się wreszcie coś stanie.

W końcu odblokowuje hamulec i wciskam się w korek. Na przedmieściach nareszcie mogę jechać tak około 40km/h. Dopiero po 150km od centrum widzę pierwsze pola uprawne i wieś. To nie Indie, tu nie ma śmieci, ani smrodu. Rzeki są czyste, może lekko błotniste, ale nie czarne jak w Indiach, no i nie cuchną na dwa kilometry zanim się je zobaczy. Pachnie jakieś słodkie kwiecie. Co chwilę inne, aż mdli. Zapach słodki i urzekający, miesza się z wonią suchych liści opadłych na pola ryżowe w wodę. Zapach jesieni, ognisk z liści i mojej ulubionej pory roku. Coś jak wczesny październik, ale 39st.C i duchota. Zauważyłem też dwie ciekawostki. Ze strażackiej sikawki oblewano izolatory na słupach wysokiego napięcia. Nie wiem po co. W innym miejscu naprawiano grube kable na słupach. Włazili po słupie i dalej od słupa do słupa po kablach, jak po tyrolce.

Jadę autostradą aby w jeden dzień wyrwać się z nizinnej, nijakiej Tajlandii w góry. Tam chłodniej, tam ciekawszy krajobraz, tam mniej ludzi i więcej przyrody. Tylko liczenie czasu do cogodzinnych postojów na zregenerowanie dupy, odmierza jakoś tą drogę. Siedzenie KTMa to majstersztyk. Tylko te wredne Austriaki potrafią tak zaprojektować fotel motocykla podróżniczego, abyś miał dość podróży. Piję wodę, leżę na ławeczce pod plastykowym daszkiem – takie, gęsto naustawiane, miejsca postojowe dla kierowców – potem palę moto i jadę godzinę dalej. Mam serdecznie dość. Zastanawiam się kto mnie namówił do tej przygody, a po skonkludowaniu, że to ja sam, mam jeszcze więcej złości. Mijają mnie luksusowe autobusy dalekobieżne z klimatyzowanym wnętrzem, malowane w dziecinne wzory, a z wyglądu karoserii przypominają kolorowe cukierki. Czy ci ludzie, patrząc na mnie, też myślą, że jestem głupi? Najbardziej dobijające jest to, że za dziewięć dni będę wracał tą samą drogą do Bangkoku.

Dopiero przed miastem Tak, krajobraz zaczyna zmieniać się na lepsze. Każdy bowiem pagórek, jest lepszy od płaskiej jak Wielkopolska krainy, co ją przemierzam od rana. Powoli wjeżdżam w góry. Przełęcz 872m n.p.m. to przyjemny chłód i zakręty. Wreszcie jakaś odmiana. Nagie liściaste drzewa, podobne do eukaliptusów i fikusów, zastąpiły szerokolistne palmy, ukwiecona trawa i zapach pomarańczy. Asfalt z piaskowca śliski jak diabli, więc trzeba uważać, ale i tak lepiej niż ciągle na wprost. Zatrzymuję się na punkcie widokowym. Ma być ładnie, a jest jakby spojrzeć z przełęczy Okraj na południe. Tyle, że przejrzystość powietrza nijaka z powodu gorąca. Ciesz się z tego co masz człowieku i jedź do Mae Sot na nocleg.

Nijakie, nowoczesne, dwojga dostępnych kolorów – srebrne albo czarne pick-upy, mijają mnie raz po raz. Tajlandia to kraina pick-upów, jak inne w tym regionie. Nikt tu nie lubuje się w starych samochodach. Nikt nie rozumie, że stare lepsze. Nowe z klimatyzacją jest najlepsze. Hilux króluje we wszelkich odmianach. Czasami, na poboczu zobaczyć można złomowiska starych samochodów. Przyciągają mnie niezrozumiałym magnesem. Te piękne kształty, świadectwo dawnych lat świetności formy i techniki. Zastąpił to dzisiejszy kicz masówki.

No i dojechałem do Mae Sot. Miała być wioska przygraniczna. A jest duże miasto z nijaką zabudową i licznymi hurtowniami dziewiarskimi. Znalazłem hotel za 15zł. Inne były droższe. Już prawie zdecydowałem się spać w lesie pod namiotem. W Mae Sot oficjalnie mieszka około 120 tysięcy ludzi, ale dane nieoficjalne mówią o stu tysiącach imigrantów z Birmy, jako niestałych mieszkańcach miasteczka. Oficjalne dane liczebności populacji w dzikich krajach, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Na zachód od miasta zbudowano w 1997 most na rzece Moei, który jest najważniejszym przejściem granicznym między Tajlandią a Birmą.

Teraz prysznic i hajda w miasto szukać sklepu z zeszytami szkolnymi, bo nie mam w czym pisać. Śniadanie dzisiaj zjadłem o 20-stej, współbiesiadując ze zbieraniną turystyczną. Knajpa na modłę zachodnią, przypominała te tybetańskie na uchodźstwie. Tutaj miast walczyć o ‘free Tibet’ walczy się o ‘free Birma’. Najważniejsze, że się walczy, „nie wiadomo o co, ale walczy się” - jak mawiał kiedyś Kobuszewski w Dudku. Na ścianach wizerunki Che Gewary, jako symbolu rewolucji, zmiany stanowisk, jak mawiał Orwell, kiedy to klasa średnia, siłą upadku klasy niższej zdobywa status klasy wyższej. Che symbolizuje też śmierć w poświęceniu ideałom, stałość absolutu, no i podobnie jak Kościuszko, antytalent strategii prowadzenia bitew. Mieli coś ze sobą wspólnego. Wybili się na przewodnika narodów, nieskazitelnego przywódcę rewolucji, mimo że z powodu ich działań więcej te narody straciły żyć ludzkich, zdestabilizowały gospodarkę, aniżeli zyskały wymiernych korzyści. Jednak Kościuszko, jako ten, który ma trudne do wymówienia nazwisko, nie stał się symbolem wolności.

W knajpie obsługiwali młodzi. Od razu można było poznać kto jest synem szefa. Birmańczycy na uchodźstwie osiedlili się w takich przygranicznych mieścinach i handlują, budują restauracje dla turystów i swoich. Trzymają się razem, pytanie ile czasu zajmie im wtopienie się w tajską rzeczywistość? Czy doczekają i będą chcieli wrócić kiedy komuna w Birmie padnie?

A tymczasem ja mogłem pobrylować. Ktoś mnie zapytał jak tu przyjechałem, a ja tylko na to czekałem. Motocyklem mówisz, a gdzie go wypożyczyłeś – a ja na, to zgodnie z prawdą, że – w Polsce. Niby tak od niechcenia, z udawaną skromnością, dystansem do tych wszystkich spraw, które to skutecznie uniemożliwiają. Może dukam po angielsku, ale słuchaczy znalazłem. Gęby porozdziawiali, a ja miałem chwilę sławy i zadośćuczynienia za te skwierczenie cały dzień na słońcu.

Na wysokiego konia wlazłeś i spaść musisz. Nic tylko flaszka Hong Thong może zalać ognisko żalu wyrosłego z pychy. Samochwalstwo – marność nad marnościami. Przywiązanie do sukcesów nie pozwoli zacząć od nowa, rzucić tą całą iluzję bycia kimś na rzecz bycia znowu nikim. Zamiast marzeń mam dokonania. Tak czterdziestoletni faceci marzą o „trzeciej miłości i drugiej młodości”. Z kieratu wyrwą się tylko odważni albo głupi. Będą dumni z siebie, albo podkulając ogon zawiedzeni.

Za ścianą mam bar dla lokalesów. Nie słuchają India-disco ani Russia-disco, ani też disco-polo. Leciały całkiem dobre kawałki zachodniej muzyki. Minęły dwie godziny i głosy pijanych mężczyzn zaczęły górować nad muzyką. Sam tak czasami ryczę, jakbym był lwem ogłaszającym granice swojego terytorium. Oni hałasują po swojemu. Nijak to przyporządkować do znajomych dźwięków. Przywołują tylko na pamięć epizody z amerykańskich filmów o wojnie w Wietnamie, o bezdusznych jak kosmos i żółtych jak ufoludki oprawcach. Tak innych i odległych, że nikt nie poświęci im chwili zastanowienia. Skwitowanie ich mentalności – dzicy – jest łagodne. Zwykle są dla nas tak niezrozumiali w namiętnościach, jak odlegli są od naszych wzorców. Szukałem i szukam nadal celnych opracowań wschodniej mentalności tak społecznej, jak i indywidualnej. Ale nie znajduję, albo nie trafiam, na nic rzeczowo bezstronnego w sądach i logicznie racjonalnego w uczuciach. Taoizm i konfucjanizm nie do końca tłumaczą, są zbyt ogólne i mało konkretne według zachodnich kryteriów oceny. A może oni są po prostu normalni, a my skrzywieni przez proto-socjalistycznych chrześcijan, wynoszących prawa jednostki ponad potrzeby ogółu.

Rano ruszyłem naprzeciw bieżącej ku mnie wolności. Z początku było nawet chłodno. Zastanawiałem się czy nie wyciągnąć kurtki przeciwwiatrowej. Ale chciałem jak najszybciej wyjechać z wielkomiejskiego Mae Sot. Zatankowałem paliwo i ustępując z drogi rozpędzonym pick-upom ruszyłem na północ, w kierunku Mare Sariang. To typowa, turystyczna droga przez tajskie góry, wiodąca do Złotego Trójkąta, u zbiegu granic tajskiej, laotańskiej i birmańskiej.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna