Konwersatorium LXV pt.: „Czy praca u podstaw ma dziś znaczenie w kształtowaniu tożsamości narodowej?”



Pobieranie 79.52 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar79.52 Kb.
Konwersatorium LXV

pt.: „Czy praca u podstaw ma dziś znaczenie w kształtowaniu tożsamości narodowej?”

(19 października 2013)

Prowadzący: ks. Adam Zelga, proboszcz parafii p.w. bł. Edmunda Bojanowskiego; Kazimierz Adamaszek, wychowawca Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii w Warszawie; Anna Goławska, instruktor harcerski, członek zarządu Stowarzyszenia Harcerzy Katolickich „Orzeł”, członek Grupy Rekonstrukcji Historycznych Narodowych Sił Zbrojnych, członek Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, nauczyciel religii oraz wychowania do życia w Rodzinie w Szkole Podstawowej i w Zespole szkół Integracyjnych; Piotr Goławski, instruktor harcerski, przewodniczący Stowarzyszenia Harcerzy Katolickich „Orzeł”, członek Grupy Rekonstrukcji Historycznych Narodowych Sił Zbrojnych, członek Związku Żołnierzy Narodowych sił Zbrojnych, wychowawca w Świetlicy Środowiskowej Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Św. Wincentego a’ Paulo.

Ks. Adam Zelga

Bardzo serdeczne witam państwa. W tym roku nasz cykl poświęcony będzie postaci bł. Edmunda Bojanowskiego. Jest on patronem samego Przymierza Rodzin, Szkoły Wyższej Przymierza Rodzin jak i mojej parafii. Episkopat Polski ogłosił bł. rok Edmunda Bojanowskiego (2014), w rocznicę 200 lat od jego urodzin.


Temat dzisiejszego spotkania brzmi: „Czy praca u podstaw ma dziś znaczenie w kształtowaniu tożsamości narodowej?” Najpierw sięgnijmy do Bojanowskiego, który w XIX w., w Polsce podzielonej trzema zaborami wymyślił prosty sposób na polską niepodległość. Wybrał pracę u podstaw jako sposób przywracania tożsamości narodowej, jako podstawową pracę patriotyczną. Czy dzisiaj to jest aktualne? Wydaje się, że tego rodzaju praca zawsze jest aktualna. Dlatego zaprosiliśmy ludzi, którzy mogą nam na ten temat więcej powiedzieć, dać swoje świadectwo pracy u podstaw, w tym właśnie kontekście pracy dla tożsamości narodowej i patriotycznej.


Kazimierz Adamaszek

Zawodowo jestem związany z pracą w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii czyli powszechnie uważa się, że jest to praca z tak zwaną młodzieżą trudną. Kiedy rozmawiałem ze swoim dyrektorem podczas rozmowy kwalifikacyjnej usłyszałem właśnie to pytanie „co pan myśli na temat młodzieży trudnej?”. Uświadomiłem sobie wtedy, że tak naprawdę takiej młodzieży nie ma, że to pojęcie zostało wymyślone na określenie trudności, które bywają w kontaktach z młodzieżą. W rzeczywistości możemy mówić o młodzieży, która spotkała na swojej drodze ludzi, którzy pomogli im w rozwoju, lub o takiej, która spotkała ludzi, którzy zepchnęli ich w dół. W ośrodku, w którym pracuję pojawia się młodzież, która spotkała tych drugich.

Kiedy ksiądz Adam zaproponował mi udział w tym Konwersatorium, które ma temat: „czy praca u podstaw ma dziś znaczenie w kształtowaniu tożsamości narodowej?” i zapoznałem się z przesłanymi materiałami dotyczącymi bł. Edmunda, którego „spotkałem” przez kontakty z księdzem Adamem, zobaczyłem, że właściwie ta praca u podstaw, którą wykonywał bł. Edmund jest bardzo ściśle związane z tym, co powinno dziać się w takich miejscach jak ośrodki wychowawcze, młodzieżowe ośrodki socjoterapii, szkoły, a właściwie w każdym miejscu gdzie pracujemy z młodzieżą.

Mój kontakt z tą młodzieżą (pracuję z chłopcami od 13 do 18 roku życia) pokazuje, że aby móc mówić kim są, jeśli chodzi o ich korzenie narodowe, to trzeba im najpierw pokazać kim są jako ludzie. Zazwyczaj są głęboko przekonani, że sami są bardzo źli i świat wokół nich też jest zły. Słowo Ojczyzna, Polska, Naród kojarzy im się z narzekaniem ich rodziców, jaka ta Polska jest zła i dlaczego tu się tak źle dzieje. Na początek trzeba określić i spróbować zaspokoić ich podstawowe potrzeby, a dopiero następnie przywracać im to co jest ważne dla każdego człowieka, a więc szacunek, poczucie godności, czy odpowiedzialności za swoje życie. Kolejno można spróbować mówić o ojczyźnie, o patriotyzmie, o korzeniach narodowych i o tym, że być Polakiem nie znaczy być nieudacznikiem, o czym są przekonywani, przez to, że ich życie się nie udaje. Wiele im się w życiu nie udało i ich widzenie świata dokonuje się przez pryzmat tego, co się nie udaje.

W tym roku doświadczyłem ciekawej sytuacji wychowawczej. Zaproponowałem program, który zatytułowałem: „poznaj historię, poznaj siebie i świadomie buduj swoją tożsamość”. Polega on na wprowadzaniu młodego człowieka w konkretne sytuacje z historii, przez dzieje ludzi, którzy tą historię tworzyli. Próbuję pokazać moim uczniom, że historię narodu tworzą historie konkretnych ludzi. Byliśmy w muzeum pułkownika Kuklińskiego, potem oglądaliśmy filmy związane z różnymi postaciami historycznymi. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu moi uczniowie nagle zaczęli odkrywać, że nie są nikim. Jest to więc forma pracy u podstaw mająca na celu przywracanie człowiekowi godności, jego miejsca w społeczeństwie, świadomości tego, że jest ważny, że nie jest nikim i nie musi być w pojęciu ogólnym widziany jako ktoś zły i niepotrzebny. Niestety musimy być świadomi, że wielokrotnie ci chłopcy są tak traktowani i postrzegani, a przez to i nauczeni, żeby siebie widzieć, jak śmieci, jak odpadki społeczeństwa, które do niczego się nie nadają. Natomiast kiedy zaczyna budzić się w nich poczucie godności i odpowiedzialności za swoje życie, to oni stają się też otwarci na poczucie patriotyzmu i tożsamości narodowej.

Niestety muszę też powiedzieć o przykrym doświadczeniu z tym związanym. Moją propozycję programu rozesłałem do wszystkich moich współpracowników i odzew był niestety żaden. Nikt się tego nie podjął.

Drugie przykre doświadczenie dotyczy tego, że kwestie patriotyzmu, tożsamości narodowej i związanej z nią relacji do Boga są nieoficjalnie, a niekiedy też oficjalnie wycinane z programów wychowawczych placówek oświatowych, przynajmniej tych publicznych. W tym roku w nowym programie wychowawczym naszego ośrodka umieściłem tekst wprowadzający do tego programu, w którym były odniesienia do korzeni tożsamości narodowej związanych z chrześcijaństwem. Niestety tekst ten został usunięty z programu wychowawczego. Mówiąc krótko słowo „chrześcijański” jest niemile widziane w programie wychowawczym.

Natomiast moje doświadczenie wiąże się z tym, że kiedy przywraca się dziecku właściwą perspektywę w relacji do Boga, to zaczyna ono inaczej reagować na to, co się z nim dzieje i inaczej widzieć tych, których postrzega w swoim życiu jako osoby krzywdzące. Inaczej postrzegają swoich rodziców, opiekunów, inaczej postrzegają tych wszystkich bliskich, którzy doprowadzili ich do stanu w jakim się znaleźli.


Piotr Goławski

Gdy dostałem maila od księdza proboszcza z tematem Konwersatorium: „czy praca


u podstaw ma dziś znaczenie w kształtowaniu tożsamości narodowej?”, to pierwsza odpowiedź, która mi się nasunęła brzmiała była potwierdzająca – tak, ma znaczenie. Kropka, koniec i w zasadzie tyle mógłbym powiedzieć. Jednak to pytanie zawiera w sobie dwa pytania fundamentalne: czym jest dzisiaj praca u podstaw i co w dzisiejszych czasach możemy rozumieć jako tożsamość narodową, a tym bardziej jej kształtowanie.

Praca u podstaw we współczesnej Polsce ma zupełnie inny charakter niż, ten jaki miała w XIX wieku, w okresie życia Edmunda Bojanowskiego. Dzisiaj analfabetów praktycznie nie mamy. Ludzi chodzących boso też niewielu, a głodujących na pewno proporcjonalnie mniej niż w XIX wieku. Praca u podstaw wśród współczesnej młodzieży, we współczesnej Polsce dotyka, tak jak mówił Kazimierz, właśnie tej tożsamości narodowej, czyli naszych korzeni. Dzisiaj nie muszę skupiać się na tym, żeby tłumaczyć młodym jak się czyta książki i jakie książki warto czytać, chociaż zdarza się i tak, ale tak naprawdę jest duża potrzeba uświadamiania młodym ludziom kim i po co są, jaka jest ich rola w życiu i do jakiego celu wspólnie zmierzamy, co jest celem naszego życia.

Gdy przejrzałem życiorys Edmunda Bojanowskiego, odnalazłem w nim idealnego instruktora harcerskiego. Posługiwał się w swoim działaniu metodą harcerską, ponad 60 lat wcześniej zanim ona powstała. Można powiedzieć, że był pionierem metod harcerskich jakimi dziś harcerstwo się posługuje. Przede wszystkim wykorzystywał zasadę wychowywania młodych przez młodych. To jest w dzisiejszych czasach zasada rzadko stosowana, która świetnie realizowała się w okresie międzywojennym i która dzisiaj świetnie się sprawdza w harcerstwie. Edmund Bojanowski zaczął pracę z młodymi dziewczętami, które kształtując siebie dawały przykład innym opiekując się dziećmi w ochronkach.

W dzisiejszych czasach chłopcy, dziewczęta w wieku szkolnym, którzy chodzą do szkoły, potem na wiele zajęć poza szkolnych, kiedy przychodzą na zbiórki przeżywają szok, że prowadzi je drużynowy, który jest młodą osobą. Nie jest to pani nauczycielka ze szkoły, ani nie są to znajomi rodziców, czy też sami rodzice, tylko jest to osoba trochę starsza od nich, która ma podstawy do tego, żeby wychowywać, co znaczy, że wie na czym polega wychowanie. Są też zaskoczeni, że przez zabawę mogą się tyle nauczyć. To jest druga zasada harcerstwa, też realizowana w ochronkach Edmunda Bojanowskiego. Harcerze przychodzą chętnie na zbiórki, bo się bawią, a konsekwencją mądrej zabawy, którą zaplanował drużynowy nie ma być zabicie czasu na pięć minut zbiórki, tylko ma mieć określony cel i swój przebieg.

Są trzy cele w trzech grupach wiekowych u harcerzy. U Zuchów, czyli tej najmłodszej gałęzi wiekowej, nadrzędnym celem jest pokazanie, że jest ktoś obok. Należy tak działać, aby oduczyć dzieci egoizmu, w którym trwają od niemowlęctwa przez okres przedszkolny („mamo ja chcę, ja potrzebuję, ja jestem głodny”). W tym zuchowym okresie pokazujemy dzieciom, że jest ktoś obok, nie tylko komu warto się poświęcić i kim warto się zainteresować, ale kto jest ci potrzebny. Na przykład do wspólnej zabawy.

Potem jest okres harcerski, najliczniejszy, to są dzieci i młodzież w wieku szkolnym i gimnazjalnym. Ten okres służy przede wszystkim poznawaniu siebie. Jakie mam talenty, czym mnie Bóg obdarzył, co mogę ofiarować innym. Jest to okres kiedy człowiek zaczyna służyć innym. Naturalną konsekwencją poznania siebie, swoich talentów i umiejętności jest to, że ja muszę coś z tym zrobić. Nie otrzymałem tych darów wyłącznie dla siebie. Bóg dał mi je, żebym mógł kochać innych, żebym mógł działać na rzecz innych.

Najstarsza gałąź harcerska to są Wędrowniczki i Wędrownicy. Jest to już okres bezpośredniego przygotowania do dorosłego życia. W wędrówkach wykorzystywana jest „metoda puszczańska”, tak charakterystyczna dla harcerzy. Harcerz stara się żyć w środowisku naturalnym, czyli korzysta z tych najbardziej podstawowych narzędzi, jakim dysponuje środowisko naturalne, czyli to, co dał bezpośrednio człowiekowi Bóg. W tym okresie wędrowniczym, przez wędrówki, przez pokonywanie różnych trudności przygotowujemy się bezpośrednio do życia dorosłego, czyli rozeznajemy swoje powołanie: czy jest to powołanie do małżeństwa, do założenia rodziny, czy też do kapłaństwa lub życia zakonnego, czy też powołanie do służby innym. Jednak nie w samotności, bo nie ma powołania do samotności, tylko jest powołanie do samodzielnego życia. I takie jest założenie harcerskie.

Metoda harcerska jest spójna z tym co robił Edmund Bojanowski, który stawiał na kształtowanie człowieczeństwa. W metodzie harcerskiej nie chodzi tylko o to, żeby była fajna zabawa, żeby dzieci bawiły się bezpiecznie, rodzice nie martwili się i posyłali dzieci do harcerstwa, bo tam nie narażą się na alkohol, narkotyki, na deprawację, ale przede wszystkim chodzi o to, żeby od najmłodszych lat ukształtowywać człowieczeństwo w młodym człowieku. Dlatego harcerzem jest się przez całe życie do śmierci, bo nasze człowieczeństwo budujemy do końca naszych dni. Harcerzem jest się od złożenia przyrzeczenia harcerskiego do śmierci. W pewnym sensie od narodzenia, bo nasze człowieczeństwo buduje się od momentu urodzenia. Budowanie człowieczeństwa realizuje się przez kręgi przyjaźni, kręgi instruktorskie, ale również przez służbę, bo Bóg nas stworzył z miłości, czyli stworzył nas do relacji z drugim człowiekiem. Zresztą sam Bóg jest w trzech osobach, które są ze sobą w relacji, tak samo Bóg nas stworzył do relacji. Dlatego harcerz musi służyć. Element służby, który jest tak istotny, staramy się zaszczepiać naszym wychowankom już od najmłodszych lat jako naturalny element naszego życia.

Moja przygoda z harcerstwem zaczęła się w 1999 roku. Będąc wtedy licealistą, kierowałem się zasadami, które wyniosłem z domu. Moja tożsamość narodowa wypływała z tego jak byłem wychowywany przez moich rodziców i przez dziadków. Moja przygoda harcerska zaczęła się w okresie licealnym. Pociągała mnie przygoda i relacje z rówieśnikami. Nigdy nie byłem samotnikiem i bardzo lubiłem obracać się w kręgach towarzyskich.

W czasie mojej „przygody harcerskiej” stanąłem przed trudną decyzją. Wychodząc z kręgu wędrowniczego i kończąc egzaminem kurs instruktorski zastanawiałem się, czy to ma sens. Dostałem się wtedy na studia, na prawo i jak każdy student pierwszego roku bałem się czy dam sobie radę. Czy jestem w stanie pogodzić pracy na uczelni z prowadzeniem drużyny harcerskiej. Dzięki formacji, którą dało mi harcerstwo, miałem świadomość tego, że powinienem wychodzić naprzeciw oczekiwaniom Pana Boga, i że muszę powiedzieć Bogu TAK. Widząc, to co od Niego otrzymałem, znając już swoje talenty, miałem świadomość, że nie mogę Mu powiedzieć NIE. To jest moment przełomowy, jak sądzę w życiu każdego harcerza. Prowadząc kręgi instruktorskie z młodymi instruktorami, czyli osobami, które kończą liceum i wchodzą na studia, widzę, że mają te same wątpliwości co ja wtedy: czy dam radę i czy to ma sens. W takich sytuacjach można liczyć na pomoc harcerskiej wspólnoty.

Podobnie Edmund Bojanowski cały czas tworzył wspólnoty. Praca u podstaw nie była pracą z pojedynczymi osobami, lecz z grupami ludzi w różnym wieku. Podobne wspólnoty tworzy harcerstwo.

Anna Goławska

Zacznę od swojego świadectwa. Powiem krótko jak trafiłam do harcerstwa i co ono mi dało. Jak patrzę na to z perspektywy czasu sądzę, że harcerstwo o wiele więcej mi dało, niż ja sama dałam harcerstwu. Pochodzę z Pragi, z Targówka Fabrycznego, to jest najbiedniejsza dzielnica w Warszawie. Moja rodzina bardzo izolowała się od tego środowiska. Mimo że byłam zawsze blisko Kościoła i moja rodzina też udzielała się w Kościele, ale właściwie mój stosunek do Kościoła, był dość obojętny. Musiałam tam chodzić, bo rodzice mi kazali, ale nie przyjmowałam tego, jako coś, co jest dla mnie ważne i istotne w moim życiu. Moment zmiany nastąpił kiedy miałam kilkanaście lat. Mój proboszcz, za namową mojej babci, porosił, żebym zaangażowała się w parafii jako, jak by to określił Edmund Bojanowski, ochroniarka, która opiekowałaby się młodszymi dziewczynami i młodzieżą w parafii. I tak zaczęła się moje udzielanie się w parafii.

Na jedno ze spotkań przyszedł harcerz, który przedstawił harcerstwo w sposób bardzo atrakcyjny, szczególnie pod względem rozrywki, przygody. Bardzo mi tego brakowało, bo Targówek to silnie izolowane społeczeństwo, które nie chce nigdzie się pokazać na zewnątrz, bo ma kompleksy. Obraz harcerstwa, które wtedy był przedstawiony był atrakcyjny dla mnie. Czymś w czym mogłabym się wyżyć, poznać nowych ludzi, nowe środowisko, chodzić na wędrówki.

Z harcerstwem związałam się kiedy byłam w liceum. Żałuję do dzisiaj, że nie poznałam harcerstwa wcześniej, nie byłam zuchem, ani harcerzem. Znacznie później uświadomiłam sobie, że harcerstwo jest czymś znacznie ważniejszym, niż tylko zabawą. Na początku były wspólne wyjazdy, które polegały na przygodach, rozrywkach, a dopiero później dostaliśmy różne zadania do wykonania, które uświadomiły mi, że jest głęboki sens w tym co robimy, który pozwala mi być lepszym człowiekiem i lepszym Polakiem, a też zobaczyć inne osoby wokół. Zaczęła się służba dla innych i świadomość korzyści jakie z tego płynęły nie tylko dla mnie, ale też dla innych ludzi.

Edmund Bojanowski mówił, że najwyższym celem wychowania jest człowiek, który ma być obrazem i podobieństwem Boga na ziemi. I dopiero wtedy, dzięki harcerstwu poznałam, że właśnie moją drogą jest wychowanie drugiego człowieka, pokazywanie mu życia przez swój przykład. Jest ważne by nie być tylko moralizatorem. Mam być przede wszystkim przykładem. Edmund Bojanowski jeśli kogoś pouczał, kogoś karcił to dawał swój przykład, unikając moralizowania. Harcerstwo pozwala pokazać taką drogę człowiekowi, na której wartości nie są tylko czystymi zasadami pozbawionymi sensu, ale, że są atrakcyjne i otwierają wspaniałe pole do działania. Wszystko co powstaje na tej drodze jest oparte na prawdzie.

Ks. Adam Zelga

Skomentuję to jednym zdaniem: jak państwo widzicie Edmund Bojanowski się rozmnaża w XXI w., nie tylko przez rok, parafię Bojanowskiego, szkołę, ale charyzmatyczne osoby, które robią to samo, co on robił wtedy.



Dyskusja

Elżbieta Mycielska-Dowgiałło

Chciałam powiedzieć, o ogromnej roli przekazywania wartości przez swoje świadectwa, swojej postawy we wspólnocie. Ta wspólnota może być różnie tworzona, w różnych momentach naszego życia. Powiem o moich doświadczeniach z pracy dydaktycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Ponieważ jestem geomorfologiem, czyli zajmuję się nauką o rzeźbie powierzchni ziemi, więc oczywiście bardzo dużo zajęć odbywa się w terenie. W tym zakresie jest dużo podobieństw naszej pracy z harcerstwem. Zawsze marzyłam żeby być w harcerstwie, z którym zetknęłam się w ostatnim roku wojny. Mieszkaliśmy wtedy pod Krakowem i ukrywali się u nas harcerze z Szarych Szeregów, którzy wyszli z Warszawy po upadku Powstania Warszawskiego. Moje dziecinne marzenie nigdy się nie spełniło, gdyż w PRL już do czerwonego harcerstwa nie chciałam należeć.

Chciałam jeszcze powiedzieć o praktykach, które prowadziliśmy w Murzynowie pod Płockiem. Prowadziliśmy je dość nietypowo z moimi asystentami. Przyjeżdżaliśmy tam ze studentami na tydzień czy dwa i organizowaliśmy tam nasze wspólne życie. Poza zajęciami dydaktycznymi kameralnymi i terenowymi przygotowaliśmy wspólnie posiłki, były konkursy kto zrobi lepsze kanapki. Posiłki gotowaliśmy na zmianę, kto w danym momencie dysponował czasem. Pamiętam, że na zakończenie praktyk zrobiłam paschę, tylko że w domu robiłam ją zawsze z dwóch litrów mleka, a tu musiałam ją zrobić z litrów piętnastu. No, ale udało się. Po kilku latach spotkałam na ulicy jedną z naszych studentek. Wspominała praktyki w Murzynowie jako najmilsze z wszystkich na studiach, a tę paschę, mówiła – pamięta do dzisiejszego dnia.

Te wspólnie przygotowywane posiłki, czy zajęcia często bez sztywnych ram formalnych stwarzały atmosferę, że w ciągu tego tygodnia czy dwóch tworzyła się wspólnota oparta na wzajemnej sympatii i zaufaniu, w której można było rozmawiać właściwie o wszystkim. Tematy były najróżniejsze. Nie było sztywnej formy. Jest to coś ogromnie ważnego w pracy wychowawczej, ogólnie w pracy z ludźmi, niezależnie, czy są to dzieci małe, czy starsze, młodzież gimnazjalna, licealna, czy studenci. Musimy mieć świadomość, że przez nasze świadectwo wpływamy na to, jak ludzie (niezależnie od ich wieku), z którymi dane jest nam pracować później będą sobie radzić w życiu. Musimy o tym wiedzieć, że nasza postawa świadczy i dzięki temu możemy wiele dobrego zrobić.



Jan Zmyślony

Gdy przygotowałem do tego spotkania myślałem o okresie, w którym żył Edmund Bojanowski. Był to okres zaborów, więc bardzo ciężki dla nas czas. Polska nie istniała, przynajmniej na mapach świata. Zastanawiałem się też nad tym, czym jest tożsamość narodowa. Nie wiem czy państwo zdajecie sobie sprawę, co to znaczy. Tożsamość narodowa, to jest poczucie odrębności wobec innych narodów, kształtowane przez czynniki narodowo twórcze: symbole narodowe, język, barwy narodowe, świadomość pochodzenia, historia narodu, więzy krwi, szacunek do dziedzictwa narodowego, kultura, terytorium, charakter narodowy.

Pojawiło się takie stwierdzenie, że tożsamość ujawnia się szczególnie w sytuacjach kryzysowych, kiedy potrzebne jest wspólne działanie na rzecz ogólnie przyjętego dobra narodu. Nasunęła mi się analogia czasu, w którym my żyjemy, do tamtych czasów.
Nasuwa się pytanie, które czasy były lepsze, w których lepiej się działało i tworzyło coś dobrego.

Na zawiadomienie pani profesor o Konwersatoriach, napisałem: „dziękuje pani za pamięć. Chętnie będę uczestniczył w Konwersatoriach. Te spotkania pozwalają na złapanie oddechu w otaczającym nas świecie. Tworzymy na tych spotkaniach wspólnotę, o której tu mówili prelegenci, która pobudza do myślenia, do czynienia dobra. Jestem przytłoczony rzeczywistością, tym co jest lansowane w mediach, atakami na Kościół, propagowaniem życia bez zasad, a nawet świadomą demoralizacją w majestacie prawa. Przejdźmy od słów do czynów, dając świadectwo w codziennej szarej rzeczywistości, bądźmy odważni”.



Andrzej Skoczek

Pomimo wykształcenia biologicznego żywo interesują się historią, a szczególnie losami mojej rodziny, które są ściśle związane z powstaniem, szlakiem bojowym i działaniami 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Gdy analizuje się dokumenty historyczne z tamtego okresu uderza fakt, że żołnierze AK na Ziemi Wołyńskiej, pozostawieni sami sobie w końcowej fazie wojny wykazali niezwykłe wprost bohaterstwo. Zagrożeni z jednej strony milionową armią sowiecką wkraczającą już w granice Rzeczpospolitej, a z drugiej strony nękani walką z okupantem niemieckim i Ukraińską Powstańczą Armią , ci młodzi chłopcy, słabo wyszkoleni i źle uzbrojeni, walczyli w niezwykłą odwagą i bohaterstwem. Było wśród nich bardzo niewielu dezerterów, pomimo miażdżącej przewagi wrogów. W tej nierównej walce nie zostali pokonani przez sześć miesięcy! Zostali podstępnie rozbrojeni przez Armię Czerwoną dopiero w lipcu1944 roku w Skrobowie na Ziemi Lubelskiej. Przez cały czas walczyli i byli wierni hasłu wyhaftowanemu na sztandarach: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Zapoznając się z historią walk tej dywizji, zacząłem zastanawiać się skąd ci młodzi ludzie czerpali siłę i energię i skąd wśród nich było tylu odważnych żołnierzy, wręcz bohaterów. Sięgnąłem do historii Ziemi Wołyńskiej. Okazuje się, że już od 1920 roku na tych zacofanych ekonomicznie ziemiach zaczęto organizować harcerstwo. Hufiec Ziemi Wołyńskiej powstał w 1922 roku i skupiał głównie młodzież szkolną. Celem tej organizacji była pomoc rodzinom w wychowaniu patriotycznym młodzieży poprzez pracę od podstaw, zbiórki, instruktarze, szkolenia, zabawy, obozy, zloty itp.

Pamiętam z opowiadań rodziców, jak bardzo przeżywali swoją przysięgę harcerską. Przysięga była składana o świcie, przy ognisku, w lesie, w określonej scenerii i w podniosłym nastroju. Przedstawiciele społeczeństwa wręczali harcerzom sztandary, nadawali nazwy drużynom, podziwiali ich tężyznę fizyczną i sprawność podczas publicznych pokazów. Było to od podstaw wychowywanie świadomych obywateli II Rzeczpospolitej. To właśnie z pośród harcerzy rekrutowali się późniejsi żołnierze 27 WDP AK. Tak więc wychowawczy wysiłek kadry instruktorskiej i pedagogicznej okresu międzywojennego nie poszedł na marne, wychowano bowiem pokolenie ludzi aktywnych, moralnie zdrowych, w pełni ideowych i gotowych do poświęcenia nawet własnego życia w obronie Ojczyzny. Warto więc obecnie te wzorce wychowawcze kultywować, ponieważ w tamtych warunkach sprawdziły się w całości.



Adam Pietrzak

W latach 80. w czasie stanu wojennego, kiedy Klub Inteligencji Katolickiej został zawieszony, powstało Przymierzu Rodzin, które realizowało pracę organiczną w parafiach warszawskich. Dzięki tej pracy jesteśmy w tej Uczelni. Dlatego chciałbym, żebyście państwo spojrzeli także na tę szkołę jako na twór powstały dzięki zrozumieniu czym jest praca u podstaw.

Korzystając z charyzmatu bł. Edmunda, który jest naszym patronem stworzyliśmy grupy młodzieżowe prowadzone metodami para harcerskimi. Podobnie jak w harcerstwie wychowawcami byli niewiele starsi ludzie od swych wychowanków. Wychodziliśmy z założenia, że ci młodzi wychowawcy żyją w tym samym świecie, w którym żyją ich wychowankowie. Jeśli się wychowuje nie wchodząc w świat wychowanka, to uzyskuje się wówczas odpowiedź „teraz jest XXI wiek, teraz żyje się inaczej”. Trzeba wejść w ten świat, żeby pokazać, że w tym świecie Dekalog i wszystkie zasady moralne obowiązują w ten sam sposób i że można je realizować.

Co ciągle robimy w Przymierzu Rodzin? Przede wszystkim prowadzimy szkoły. Jest ich już obecnie dziewięć. One są wszystkie dużej rangi. Ludzie bardzo zabiegają by ich dzieci mogły się do nich dostać. Zgodnie z charyzmatem bł. Edmunda prowadzimy też świetlice środowiskowe dla młodzieży, dla dzieci zaniedbanych. Bł. Edmund po zarazie cholery, która przeszła przez Wielkopolskę zobaczył, że jest bardzo dużo sierot i wdów, którym trzeba pomóc. My to też dziś zauważamy. Jest bardzo dużo dzieci i młodzieży zaniedbanych, z rodzin dysfunkcyjnych, niezdolnych do wychowania. Powstały nasze świetlice w Kutnie, w środowisku postkomunistycznym, gdzie gdy dawaliśmy dzieciom ubranie, to oni tego nie prali i przychodziły po następne, a poprzednie szły do śmietnika. Są takie środowiska, w których dzieci czternastoletnie są nieochrzczone. Nie dlatego, że rodzice są niewierzący, tylko dlatego, że uważali, że nie było potrzeby. Teraz ci młodzi ludzie przychodzą prosić o chrzest i żeby ich do niego przygotować. Jest taka świetlica w Rawie Mazowieckiej, do której jeżdżę żeby rodzicom uświadamiać, co to jest wychowanie. Jak sobie uświadamiają co zostało zepsute, to płaczą. Nie tylko po to tam jeżdżę, żeby pokazywać co zostało zepsute, ale jak to naprawić. To jest ta praca organiczna, ten trud, który się opłaci. Jest też świetlica


w Warszawie, w Ursusie do której chodzą dzieci nie biednych ludzi, tylko pracoholików którzy nie potrafią dać miłości. Człowiek rozwija się wyłącznie w środowisku miłości. Ponieważ w tym środowisku często zdarzają się ojcowie, którzy z powodu braku czasu, nie powiedzieli nigdy dziecku „kocham cię, tęsknię za Tobą, jestem z Ciebie dumny”, to my musimy ten brak uzupełniać. Musimy patrzeć na te dzieci i zajmować się nimi z miłością, tworząc wspólnotę.

Musimy pamiętać, że wspólnota to nie jest każde zgromadzenie. Wspólnota to jest grupa osób złączonych miłością. Jeśli tej miłości nie ma, to nie ma wspólnoty, tylko zgromadzenie, które nie musi być wspólnotą. Nie każde zgromadzenie jest wspólnotą. Rodzina ma być wspólnotą, ale jak nie ma w niej miłości to tą wspólnotą nie jest.




Joanna Jaroszewska

Chciałabym zaapelować do tych z państwa, którzy pracują z młodzieżą starszą, żeby te wspólnoty nie były zamknięte. Młodzież widzi co się dzieje w Polsce. Wszyscy ze wszystkimi walczą. Trzeba żeby ta starsza młodzież uświadomiła sobie, że dla dobra wspólnego należy współpracować z ludźmi, którzy mają inne poglądy religijne czy polityczne. Każdy powinien pilnować swoich zasad, ale równocześnie żeby miał otwarte serce i otwartą głowę dla innych.



Piotr Goławski

Chciałbym nawiązać do mojego doświadczenia z dziećmi tak zwanymi trudnymi. Bo pracuję również jako wychowawca w świetlicy środowiskowej.

Są dwie grupy młodzieży. Pierwsza grupa, to młodzież, którym nikt dotychczas nie powiedział, że są dobrzy, że są wartościowymi ludźmi, że nie robią nic złego, a z założenia są zaszufladkowani jako ci gorsi. Są to często ludzie, którzy bardzo chcą coś zrobić, którzy mają potrzebę rozpoznania swojej roli, swojej tożsamości, tego co mogą zrobić dla innych, tylko nie widzą możliwości, płaszczyzny i odpowiednich narzędzi. Oni są trochę jak w zamkniętym kole. Brakuje im wiary w siebie i to powoduje, że ich postawa jest na NIE. To są młodzi ludzie, którzy są bardzo pozytywni, którzy są w stanie wiele poświęcić, ale potrzebują wsparcia i platformy działania.

Jest też druga grupa młodzieży, której bardzo ciężko wyrwać się z modnego współcześnie egoizmu, który jest nazwany „inwestowaniem w siebie”. Dzisiaj świat pojęć jest bardzo rozmywany. Pojęcia nie mają tej definicji, którą mieć powinny i poprzez pracę nad sobą promuje się pewnego rodzaju egoizm. Często doświadczam tego, że oferując młodemu człowiekowi coś co jest dla niego nie tylko dobre, ale i przyjemne, w przypadku jednak kiedy wymaga to ofiary, konieczności dania czegoś z siebie, waha się czy chce to robić. Bo może znajdzie coś przyjemniejszego, co nie będzie wymagało od niego poświęceń.



Kazimierz Adamaszek

Chciałem powiedzieć o dwóch rzeczach. Najpierw chciałbym odnieść się do tego, co mówił Piotr, że nie mamy analfabetów w Polsce. Niestety mamy ich i to jest przykre. Spotykam się wielokrotnie z młodzieżą, która nie umie czytać, i to nie jest kwestia tego, że nie umie czytać ze zrozumieniem, ale w ogóle nie umie czytać, nie zna tabliczki mnożenia.


Byłem zaskoczony, kiedy pewien młody chłopak nie był w stanie odczytać godziny na zegarze tarczowym, ze wskazówkami.

A druga rzecz, o której chciałem powiedzieć, to jest kwestia, która mnie jakoś bardzo mocno dotyka. Dotyczy ludzi starających się o pracę na stanowisku pedagoga, nauczyciela czy wychowawcy. Niestety współcześnie obserwuję wyraźnie negatywny dobór do pracy w tym zawodzie. Przychodzi coraz więcej osób, którzy niewiedzą nawet co mają robić, po co tu się znaleźli. Traktują pracę wyłącznie jako sposób na zarabianie pieniędzy. Przychodzą młodzi ludzie po studiach, gdzie na wielu uczelniach im mówiono, że szkoła i wychowanie musi być neutralne światopoglądowo. Kiedy zaczynamy o tym rozmawiać i mówię im, że powiedziano im jedną z największych bzdur, jaką można było powiedzieć i wtłoczono im to do głowy, czują się oszukani. Nie ma wychowania neutralnego światopoglądowo. Co to znaczy? Zawsze wychowujemy do jakiś wartości, bądź do tego, co nazywamy antywartościami, a co za tym idzie nie wychowujemy tylko demoralizujemy. To jest ważne, że nie istnieje wychowanie neutralne światopoglądowo, bo musi istnieć jakaś wartość do której prowadzimy wychowanka. Jak to jest ważne w kształceniu pedagogów, mogę posłużyć się cytatem Matki Darowskiej, która mówiła, że wychowawca zawsze prowadzi swojego wychowanka ku temu czym sam żyje. Po prostu nie może być innego wychowania. Jeżeli ja jestem wewnętrznie rozbity i nie wiem jak nazywać i określać rzeczy, jeżeli ja żyję w jakiejś zapaści, to ku temu będę wychowywał swoich wychowanków. Nie będę wychowywał ich do prawdy, tylko do tego co jest mi wygodne w danym momencie. Niestety z wielu uczelni młodzi ludzie trafiają do pracy i zderzając się z rzeczywistością, nie sprawdzają się w niej. To jest obszar, który musimy zagospodarować w pracy organicznej. Także na poziomie uniwersyteckim, czy akademickim ta praca u podstaw musi się odbywać.


Adam Pietrzak

Katecheci, którzy przygotowują młodzież do sakramentu bierzmowania zauważyli, że 30% czternasto- piętnastolatków nie potrafi z pamięci powiedzieć Ojcze Nasz. Przerażające, gdyż to są ludzie, którzy zapewne niedawno zdawali egzamin z pacierza przygotowując się do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej. Bierze się to z tego, że się nie modlą w rodzinach.


A potem mamy kłopoty z młodzieżą. W Modlitwie Pańskiej jest powiedziane „nie dopuść byśmy ulegli pokusie”. Pokusy są wszechobecne, dotykają młodzieży i dorosłych, ale strzeże nas od tego Pan Bóg, do którego zanosimy prośbę „I ustrzeż nas byśmy nie ulegli pokusie”.

Charyzmat bł. Edmunda Bojanowskiego nie może być rozpatrywany w oderwaniu od jego religijności. Źródłem jego pozytywnego działania była wiara. Urodził się w Grabonogu, a chodził do Gostynia, do kościoła na Świętej Góry, to są trzy kilometry pod górę. Człowiek, który był chory na gruźlicę. Codziennie chodził do kościoła, a jak nie mógł, bo była jakaś poważna przeszkoda, to w dziennikach pisał „dzień mi zszedł na darmo”. To jest źródło, z którego czerpią ludzi, którzy wierzą i żyją wartościami. Źródło i natchnienie do pracy pozytywnej.



Ks. Adam Zelga

Kiedyś poprosiłem wybitnego historyka, żeby coś powiedział o Bojanowskim, przygotował referat na podstawie jego dzienników. Po miesiącu oddzwonił i powiedział: „co ja mogę powiedzieć. To strasznie nudne: wstałem, była pogoda, wstałem nie było pogody, byłem na Mszy, nie byłem na Mszy, i tyle”. A ja na to: Mówię: „ty, jako wybitny historyk, naucz się czytać między wierszami. Właśnie tam jest wszystko zanotowane”.



Pierwsze zdania „Dziennika” Bojanowskiego wyznaczają jego program wychowawczy. Zmiany w przyrodzie i Eucharystia. Bez Eucharystii nie można zrozumieć Edmunda Bojanowskiego. Ten gruźlik, który po ludzku biorąc przegrał życie, umierał u przyjaciela na poddaszu jak żebrak, nic nie mając. Nie miał gdzie wrócić, bo nie miał domu. Brat zbankrutował w czasie, kiedy on był w seminarium duchownym, które chciał skończyć. Nic nie miał, a jednocześnie miał wszystko, bo miał Eucharystię. A Eucharystia jest niczym i jest wszystkim. Bojanowski to zrozumiał. Mówię to wam wszystkim, również młodym. Sam mając 60 lat do tego powoli dochodzę. Dotykam tej tajemnicy, tego misterium.


Anna Goławska

Zapraszając młodzież i dzieci do uczestnictwa w harcerstwie, do podejmowania różnych działań w społeczeństwie zawsze spotykamy znaczny opór, zawsze jakieś usprawiedliwienia, że oni nie mają czasu, że mają inne zadania. To jeden egzamin, a to drugi, to sesja, ciągle coś. Trzeba budować swoje CV, żeby gdzieś się pokazać w tym świecie, a harcerstwo jest często dla nich już nieatrakcyjne, a nawet jest „obciachem”. To, że grupa osób wędruje gdzieś na wycieczkę w obciachowych mundurach, śpiewa piosenki i modli się, nie przemawia do tych ludzi. Żeby być harcerzem trzeba być odważnym. Nie mówię tego o sobie. Przyszłam z innego środowiska i nie miałam tak naprawdę alternatywy. Ale ci ludzie, którzy teraz za naszą namową chcą być harcerzami, to muszą wykazać się odwagą, żeby podjąć to działanie, bo to w oczach większości młodych jest strasznym „obciachem”. Dzisiaj można mieć mnóstwo alternatyw. Są komputery, jest Facebook i wiele innych możliwości. Jeżeli jednak znajdą się odważni i ruszą na wędrówkę, to dążymy do tego, żeby był z nami jakiś duszpasterz i żeby był jakiś ważny temat do przegadania. Bierzemy plecaki, namioty i przy ognisku robimy obiad.

Kiedyś miałyśmy wędrówkę z samymi dziewczynami, które podjęły wyzwanie, mimo że bardzo się bały i nawet na początku nie bardzo wiedziały, o co w tym chodzi. Jednak kiedy zobaczyły jaki to ma sens i jakie to jest wspaniałe podejmować działanie i realizować zadania jakie miałyśmy podczas tej wędrówki, same doświadczyły ile im to daje. Jak mogą wyrwać się z życia, które jest wyścigiem szczurów. Zobaczyły sens służby harcerskiej, że nie są tylko dla siebie, ale są też dla innych. Młodzież potrzebuje różnych działań, potrzebuje wyjść z bierności, potrzebuje aktywności i dzięki temu może się rozwijać. I wtedy akceptuje siebie.

Sofia Okolko

Jestem studentką kierunku pedagogika i jestem bardzo dumna ze swojej grupy. Gdy rozmawiam z moimi koleżankami, studentkami trzeciego roku, to widzę, że one studiują zgodnie ze swoim powołaniem i widzę jak to jest ważne. Pochodzę z Ukrainy. Na uniwersytecie w Tarnopolu ukończyłam studia magisterskie z zarządzania. Gdy przeprowadzono tam ankietę wśród studentów, to 70% odpowiedziało, że nie są zadowoleni z wyboru studiów, że wybrali te studia, bo rodzice tak chcieli, albo że są na studiach, bo nie mają co robić, bo potrzebne są im pieniądze. Nie widzą sensu w studiowaniu. To było dla mnie szokujące. Dlatego jestem bardzo wdzięczna Szkole Wyższej Przymierza Rodzin za to, że wychowuje, kształtuje, daje wsparcie i motywację dla studiów na wybranym kierunku. Naprawdę dużo wsparcia. Bardzo dziękuję pani rektor, gdyż była pierwszą osobą, która mi otworzyła drzwi, żebym dalej mogła iść w wybranym przez siebie kierunku. Dziękuję studentom, którzy podobnie jak ja wybrali kierunek pedagogiki. Będziemy służyć ludziom. Takie życie ma sens.



Stanisław Prygoń

Nie należę do młodzieży. Ósmy krzyżyk na karku. Będzie przemawiało przeze mnie doświadczenie. Było wiele ciekawych stwierdzeń, które dotyczyły formy pracy. Należałoby moim zdaniem więcej uwagi zwrócić na treść. Co jest tą treścią? Co jest wyzwaniem współczesności? To co czeka młodzież. A młodzież często czeka przysłowiowy „trzepak”. Kiedy się zbliża lipiec, sierpień, oni nie mają co ze sobą zrobić. Jest jakaś alternatywa w postaci przystanku Woodstock, kiedy rodzice dadzą pieniądze, młodzież wyjeżdża i rodzice mają spokój, ale to jest spokój na dwa, trzy dni. Tę młodzież należałoby zagospodarować, dając jej to czego ona oczekuje, a co niesie potencjał wartości. W czasach PRL nie było tym harcerstwo. Pamiętam jak dyrektor szkoły, do której uczęszczałem tutaj na Ursynowie wezwał mnie i zapytał, czy chcę jechać na obóz harcerski. Pojechałem i nie miałem pojęcia, że to będzie czerwone harcerstwo i że moim druhem będzie Jacek Kuroń. Dzisiaj mam tego świadomość, że byłem wówczas indoktrynowany. Nie ma czegoś takiego jak neutralność światopoglądowa.

Młodzież trzeba zagospodarować. Słyszymy na to: „ale na to trzeba pieniędzy, których nie ma”. Może nie trzeba pieniędzy, a pomysłu. Zaproponować młodzieży zwyczajne proste namioty, prycze, sienniki, zorganizować im czas, żeby mogli wyżyć się sportowo a równocześnie dać im możliwość rozwoju intelektualnego. W duchu chrześcijańskim dać im podstawy społecznych zachowań, które będą miały wartość w ich późniejszym życiu. Jeśli nie zagospodarujemy tej młodzieży będzie to grzechem nas, którzy za tę młodzież odpowiadamy.

Maria Polakowska

Nie całe harcerstwo w PRL było „czerwone”. W czasie stanu wojennego wędrowałam przez Pieniny. Tuż przed Mszą świętą niedzielną w Krościenku czy w Szczawnicy słyszę z tyłu równy miarowy krok wielu nóg. Ciarki po plecach przeszły - milicja czy wojsko? Odwracam się i widzę zastęp harcerzy. Całą Mszę stali na baczność z czapkami w ręku. Nie bali się. Wprawdzie nie wiem czy spotkały ich za to jakieś nieprzyjemności, czy nie lecz trzeba pamiętać, że odwaga cywilna łączy się zawsze z ryzykiem, ale nie zawsze trafia na „zaciekłego wroga” w przeciwniku. Nie można dać się wepchnąć w nienawiść, bo wtedy stajemy na pozycji przegranego.



Elżbieta Mycielska-Dowgiałło

W czasach PRL harcerstwo nie było jednolicie złe. Nasze córki i córki brata mojego męża jeździły przez parę kolejnych 70. lat na obozy harcerskie pod Poznań, gdzie harcerstwo prowadzili nasi przyjaciele harcerze zgodnie z najlepszymi tradycjami Baden-Powella. Oczywiście były naloty Sanepidu (oficjalnie), ale jakoś strzegli Aniołowie Strużowie i obozy nie były rozwiązywane. Przez wiele lat to harcerstwo służyło ogromnej grupie młodzieży poznańskiej, ale nie tylko, bo jak mówiłam przyjeżdżała też młodzież z innych rejonów Polski. Tak więc na szczęście takie oazy były w Polsce i cieszymy się, że w tej chwili nie potrzebujemy doświadczać tego typu przeżyć.



Piotr Goławski

Chciałbym ustosunkować się do wcześniejszych wypowiedzi. Harcerstwo porównałbym do czekolady, a pewne twory harcersko podobne do produktu czekolado-podobnego.

Jestem zwolennikiem pewnego radykalizmu, jeśli chodzi o kwestie harcerskie. Harcerstwo, jak każda inna działalność wychowawcza, podlegało wpływom nie tylko politycznym, ale przede wszystkim ideologicznym i te wpływy wywierały w różnych okresach większe, bądź mniejsze piętno na metodzie wychowawczej jaką jest harcerstwo. Podstawową kwestią sporu jest tożsamość narodowa. Moja krótka interpretacja dlaczego tak jest, jest następująca: spieramy się o tożsamość, dlatego że walczymy z polskością. Dlaczego walczymy z polskością? Bo walczymy z tożsamością chrześcijańską, a jeśli walczymy
z tożsamością chrześcijańską, to tak naprawdę walczymy z Bogiem. Tutaj zderzają się dwa światy. Cywilizacja życia i cywilizacja śmierci. To ma bezpośrednie przełożenie na harcerstwo. Harcerstwo z założenia, jako jedyna metoda wychowawcza, obejmuje swoją pracą całą osobę ludzką, we wszystkich jego sferach. Jeśli ta metoda traci chociaż jeden człon, na przykład wychowanie religijne, formację religijną, przestaje być metodą harcerską i o tym powinniśmy pamiętać. Jeśli mieliśmy czerwone „harcerstwo” to zadaję pytanie, na które państwo możecie sobie odpowiedzieć sami, czy to rzeczywiście było jeszcze harcerstwo, jeżeli wyłączyliśmy z niego jeden element.

Anna Banach

Chciałabym się zgodzić, że młodzież dzisiejsza jest mało zagospodarowana, może dlatego, że nie jest zainteresowana czymś konkretnym, może nie ma wzorców, może nie ma odpowiednich wychowawców w szkole, w organizacjach młodzieżowych, czy we własnej rodzinie.

Chcę też powiedzieć parę słów o harcerstwie w PRL. Ja byłam w tym tzw. „czerwonym harcerstwie”. Harcerstwo nauczyło mnie odpowiedzialności, aktywności, pomysłowości życia w grupie. Dzięki temu jestem taka jaka jestem. Później byłam instruktorem i drużynową w harcerstwie w Domu Dziecka. Dobrze wspominam te czasy. Natomiast to, że jestem osobą o poglądach prawicowych, to jest wynik mojego wychowania w domu, w rodzinie. Nie zapominajmy, że organizacje młodzieżowe, szkoła, to nie wszystko, mamy jeszcze rodziców i rodzeństwo. Oni przede wszystkim wpływają na nasze poglądy i postawy. Nie krytykujmy wszystkiego, co wiąże się z tym starym czerwonym harcerstwem, bo ono mimo wszystko dało dużo młodzieży. Znam ludzi, którzy będąc instruktorami w tym harcerstwie są dziś odpowiedzialnymi nauczycielami i wychowawcami.

Adam Pietrzak

Nikt pani nie odbierze tego co pani otrzymała i co jest dla pani bardzo cenne. Nie jest jednak dobre, jeżeli zachodzi sprzeczność między tym co mówią rodzice w domu, a tym co przekazuje organizacja młodzieżowa, a w tym wypadku tak było.



Anna Banach

Człowiek ma też swoje poglądy i w pewnym momencie sam wybiera drogę. Nie można go indoktrynować od początku do końca.



Ks. Adam Zelga

Pani rektor mówi, że czas dobiega końca. Podsumowując wypada stwierdzić, że praca u podstaw, którą praktykował Bojanowski, jest dziś równie konieczna, albo nawet bardziej. Nasze spotkanie zakończę wierszem. Proszę zamknąć oczy i wędrować za wyobraźnią autora (Tomas Tranströmer, szwedzki laureat Nagrody Nobla z 2011 r.):



Łuki Romańskie

We wnętrzu ogromnego kościoła romańskiego cisnęli się turyści.

Rozpościerało się sklepienie za sklepieniem bez prześwitu.

Drgało kilka płomyków świec.

Objął mnie anioł bez twarzy

i zaszeptał przez całe ciało:

„Nie wstydź się tego, że jesteś człowiekiem, bądź dumny!

W twoim wnętrzu otwiera się sklepienie za sklepieniem bez końca.

Nigdy nie będziesz gotowy i tak jest słusznie.”

Byłem ślepy od łez

i wyprowadzono mnie na buzującą od słońca pizzę

wraz z Mr i Mrs Jones, Panem Tanaką i Signorą Sabatini

a we wnętrzu ich wszystkich otwierało się sklepienie za sklepieniem bez końca.

Z nagrania spisał Marcin Borzęcki



C.d. dyskusji uzyskany drogą korespondencyjną

Marianna Łacek (Australia)

Praca u podstaw

Nawet do podstaw niełatwo czasem wrócić, gdy trzeba pokonać wyrwę. Czy i kiedy da się ją zasypać? Jakie mosty trzeba przerzucić, aby były trwałe?

Pierwsza połowa lat 80. ubiegłego wieku. Do Australii przybywa niezwykle liczna grupa Polaków z „Emigracji Solidarnościowej”.

Prawie każdego dnia dzieci opowiadały o nowych koleżankach i kolegach, których nauczyciele przekazywali im, jako mówiącym po polsku, pod opiekę. Polskie szkoły sobotnie pękały w szwach. Po raz pierwszy w naszych Ośrodkach Duszpasterskich Księża Chrystusowcy zaczęli organizować przygotowanie do Pierwszej Komunii Świętej w języku polskim.

Na katechezę chodziły zarówno dzieci tutaj urodzone, jak i te niedawno przybyłe z Polski. Te z Polski były zwykle nieco starsze, nawet kilkunastoletnie. Szczególnie jeden przypadek utkwił mi w pamięci. Dwie siostry – jedenastoletnia i druga o rok starsza. Tę młodszą rodzice zapisali na katechezę. Kiedy zbliżał się termin Pierwszej Komunii, podekscytowane dzieci dzieliły się nawzajem wiadomościami kto przyjedzie, kogo rodzice zaprosili na tę uroczystość itp.

Wspomniana dziewczynka nie brała udziału w rozmowach. Nasza ośmioletnia córka wiedziała, że rodzice tamtej dziewczynki dopiero od niedawna mieszkają tutaj. Zapytała, czy nie moglibyśmy ich zaprosić na wspólne celebrowanie tej uroczystości. Oczywiście, przystaliśmy z ochotą. Kiedy poznaliśmy tych ludzi bliżej, okazało się, że ich starsza córka była u Pierwszej Komunii, ale na wsi u Babci. Ojciec w tej uroczystości nie brał udziału. („lepiej się było nie narażać”). Parę dni przed Pierwszą Komunią, podczas próby generalnej, my rodzice powtarzaliśmy za księdzem słowa błogosławieństwa, jakim mieliśmy obdarzyć nasze dzieci w ten uroczysty dla nich dzień. Byliśmy świadkami ogromnego wzruszenia ojca tych dziewczynek. Mówił, że dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co stracił. Chciałby jakoś to wszystko nadrobić, ale jak? Czy nie mogłaby ich starsza córka także wziąć udziału w tej uroczystości? On by ją także chciał pobłogosławić. Ksiądz oczywiście nie widział żadnych przeszkód, aby obydwie dziewczynki przystąpiły razem do Stołu Pańskiego (jedna do Pierwszej, druga do Drugiej Komunii Św.). Szybko zorganizowaliśmy sukienkę i potrzebne dodatki.

Po przepięknej, wzruszającej uroczystości poszliśmy do nas. Wszystkie trzy dziewczynki – nasza 8 letnia córka i jej dwie nieco starsze koleżanki zajęły poczesne miejsca wokół ustawionego u nas w ogródku stołu. Nie chcieliśmy winić tego Ojca. Próbowaliśmy go nawet zrozumieć. Mówił nam, że jako mały chłopiec służył do Mszy św. Do tej pory pamiętał całe fragmenty ministrantury po łacinie. Niestety nie znał żadnych odpowiedzi po polsku. Czyli, że soborowe zmiany już go nie dosięgnęły. Znał słowa starych pieśni („Serdeczna Matko”, czy „U drzwi Twoich”) natomiast ani on ani jego żona nie znali żadnych pieśni późniejszych. Nie znali nawet Apelu Jasnogórskiego. Wielu takich Polaków osiedliło się w Australii w tym czasie. Księża stanęli przed nie lada wyzwaniem.

W mojej sobotniej klasie maturalnej języka polskiego, jednej z uczennic towarzyszył nieco starszy chłopiec. On maturę miał już poza sobą. Przychodził, ponieważ po lekcjach obydwoje uczęszczali na prywatną katechezę do polskiego księdza. Zamierzali się pobrać, ale niestety żadne z nich nie było ochrzczone, a przecież uważali siebie za katolików. Poznałam ich rodziców. Katolicy! Oczywiście, w każdej prawie rozmowie winili system. „To Oni byli odpowiedzialni za to, że nie braliśmy ślubu kościelnego (dopiero tutaj), że nie chrzciliśmy dzieci, że nie przystępowały one do sakramentów świętych...” Mijałoby się z celem wytykanie tym ludziom, że przecież i my jesteśmy produktami tamtego systemu. Bardziej rozsądnie chyba było „nie kłuć w oczy” ale akceptować, pomagając w przerzucaniu mostów ponad tą duchową wyrwą, która stworzyła się w życiorysach tysięcy ludzi.





©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna