KŁopoty z odtajnianiem



Pobieranie 29.31 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar29.31 Kb.
KŁOPOTY Z ODTAJNIANIEM
Czy na Węgrzech można trafić do więzienia jeśli się bada działalność dawnej służby bezpieczeństwa? Wygląda na to, że owszem. W takiej sytuacji jest właśnie historyk Krisztián Ungváry, który przegrał niedawno proces z Györgyem Kolláthem, byłym naczelnikiem wydziału kadarowskiego MSW.
Cała ta historia dobrze ilustruje napięcia związane z aktami byłej służby bezpieczeństwa: wciąż mało wiadomo, co w nich jest, ci, którzy próbują upublicznić zawartość akt narażają się na szykany a byli pracownicy aparatu opresji politycznej mają się dobrze.
Ungváry napisał na jego temat w jednym z artykułów “z pewnością w 1988 roku “przypadkowo” mianowano go naczelnikiem wydziału przygotowującego ustawy w MSW i dano mu zadanie przygotował podstawę prawną dla przejścia agentów do nowego ustroju”. Zdaniem Ungváryego Kolláth miał stworzyć gwarancje prawne kontynuacji płacenia wynagrodzeń ściśle tajnym oficerom służby bezpieczeństwa po upadku socjalizmu. Kolláth uznał, że inkryminowane zdanie sugeruje, że był tajnym agentem, a ponieważ nim nie był, stanowi ono oszczerstwo. Daremnie Ungváry tłumaczył, że on czegoś takiego nigdy nie twierdził tylko to, że Kolláth był czymś gorszym od agenta bo pracując w kadarowskim MSW był poniekąd agentów pracodawcą. Sąd Najwyższy, dokąd sprawa w końcu dotarła, przyznał rację Kolláthowi i skazał Ungváryego na 520 dni więzienia z zamianą na grzywnę w wysokości 380 forintów (5.30 złotych) za dzień. Ungváry oświadczył, że zapłaci grzywnę za 519 dni a na jeden dzień pójdzie siedzieć.
Ujawnianie wczoraj i dziś
Powyższy artykuł Ungváryego był repliką na wcześniejszy artykuł Kollátha, w którym ten krytykował udostępnianie akt. Oba były częścią dyskusji jaka wywiązała się po tym jak instytut Political Capital opublikował w internecie swoją listę agentów zbierając w jedno miejsce ujawnione w takich czy innych okolicznościach nazwiska byłych agentów wraz z krótkim opisem ich działalności. Podobnych list publikowano tu więcej, właczając w to głośną listę 219 nazwisk prominentnych przedstawicieli mediów, świata kultury, kościołów oraz, a może przede wszystkim, partii i ugrupowań politycznych poza Węgierska Partią Socjalistyczną umieszczoną w internecie przez osobę ukrywającą się pod pseudonimem Szakértő90 (Ekspert90). Podobno jest to lista, którą pierwszemu niekomunistycznemu premierowi Józsefowi Antallowi przekazał jego poprzednik.
Takie chaotyczne ujawnianie różnych list oraz pojedyńczych nazwisk były przez długi czas tutaj normą. Szerszy dostęp do akt pojawił się dopiero w 2003 roku, kiedy uchwalono stosowną ustawę. Na jej podstawie każdy, także były pracownik służb albo agent, ma prawo otrzymać akta gromadzone na jego temat. Dostęp badaczy do akt ograniczony jest, między innymi, ochroną danych osobowych. W każdym wypadku jednak względy bezpieczeństwa państwowego, gdyby się pojawiły, przeważają nad dostępem do informacji. Kto decyduje co ewentualnie zagrażać mogłoby bezpieczeństwu narodowemu? Służby.
Kłopot ze służbami, obecnie zwanymi Państwowym Urzędem Bezpieczeństwa (NBH), polega na tym, że mimo upływu ponad siedemnastu lat od zmiany ustroju, jak to się tutaj nazywa upadek socjalizmu, pozostało w nich mnóstwo ludzi z poprzedniego reżimu. Jak przyznał kiedyś sam András Tóth, szef NBH, połowa jego pracowników zaczęła pracę jeszcze za Kádára, wśród kierownictwa udział jest ich jeszcze wyższy i wynosi 70%. W takiej sytuacji zachodzi podejrzenie nieobiektywności przy decyzjach o utajnieniu dokumentów. Niejednokotnie okazywało się bowiem, że gdy z jakiś powodów zdjęto z dokumentów pierwotnie utajnionych “z powodów bezpieczeństwa państwowego”, klauzulę tajności, niczego dającego podstawy do ich utajnienia w nich nie było. Na przykład, akta sprawy emigracyjnego Stowarzyszenia Towarzyszy Broni zamkniętej w 1962 na skutek początkowej decyzji miały pozostać tajemnicą państwową aż do roku 2042. Gdy w 2003 roku decyzję zmieniono dokumenty okazały się być zupełnie niewinne.
Nie wiadomo, co zostało
Akta służb kadarowskich po upadku socjalizmu miano przekazać do archiwów. Część jednak zawierającą dokumenty potrzebne do dalszego funkcjonowania służb, także wojskowych, pozwolono im zachować. Archiwa dodatkowo przetrzebiła afera Dunagate: 18 grudnia 1989 ówczesny minister spraw wewnętrznych wydał zarządzenie zezwalające na niszczenia akt bez protokołu, które trwało do 6 stycznia następnego roku. Od tego momentu datuje się zamieszanie dotyczące oceny ilości pozostałych materiałów. Według pierwszych szacunków poczynionych przez komisję parlamentarną powołaną przez niezależnych posłów jeszcze w 1990 roku osławiony wydział III/3 zajmujący się opozycją (wtedy jeszcze uważano, że do niego ograniczała się tajna policja polityczna) prowadził 1,400 teczek, z których ocalało cztery. Dla porównania, według ocen dzisiejszych pozostało 13-14 kilometrów bierzących akt, co odpowiada jakimś dwustu tysiącom teczek.
Zamieszanie potęgowały późniejsze oświadczenia byłych pracowników służb. Według nich całość akt została zniszczona, pojawiły się też stwierdzenia, że teczki były fałszowane. Zaniżano też ilość osób, na temat których gromadzono informacje: według byłego naczelnika oddziału trzeciego MSW było ich 1,400, co odpowiada liczbie osób śledzonych przez całą dobę, podczas gdy naprawdę liczba ta wynosiła ponad 160,000.
Do wyjaśnienia sytuacji powoływano kolejne komisje: wspomnianą komisję parlementarną z 1990 roku, komisję resortową z 1995 roku badające akta MSW czy komisję Gálszécsyego z 2003 roku działającą w oparciu o uchwaloną wówczas ustawę. Za każdym razem chodziło o ustalenie stanu faktycznego jeśli chodzi o ilość zachowanych dokumenty. Do tego doszła w 2002 roku komisja parlamentarna kierowana przez Imre Mécsa mająca za zadanie ustalenie kto spośród posłów do parlamentu miał związki ze służbami (znalazła czternastu).
Dotąd w żadnym wypadku rezultaty pracy komisji nie można uznać za satysfakcjonujące. Nadzieję na lepsze resultaty ma obecnie działająca komisja Jánosa Kenediego, byłego dysydenta, powołana przez premiera Gyurcsánya. “Chcemy zrekonstruować ilość akt wytworzonych przez policję polityczną pomiędzy grudniem 1944 i majem 1990 roku, zobaczyć co brakuje i czym można wytłumaczyć braki”, tłumaczy Kenedi. “Sądzę. że istnieje więcej akt, niż to w tej chwili oficjalnie wiadomo, i my je chcemy znaleźć”, dodaje. W komisji zgromadzili się weterani walki o jawność akt dawnych służb. Na czas pracy w komisji Ungváry, który również jest jej członkiem, zawiesił procesy, które toczył przeciwko NBH by uniknać sytuacji, w których kontroluje instytucję, z którą ma sprawę w sądzie.
Polityka i historia
W badaniu przeszłości służb polityki jest pewnie więcej niż historii. Nominalnie wszystkie partie polityczne popierają dostęp do archiwów w praktyce jednak postęp zapewnianiu go nie był dotąd zbyt szybki. Pozycje partii różnią się istotnymi niunsami. Fidesz, tłumaczy Ervin Demeter były minister nadzorujący służby specjalne w rządzie kierowanym przez tą partię, uważa, że istotniejsze od ścigania agentów jest wyciągnięcie konsekwencji wobec osób na szczycie piramidy aparatu opresji, którym powinno się zakazać udziały w życiu publicznym. Jest to postulat zaporowy, bo wprowadzenie jego wymagałoby modyfikacji konstytucji, do czego potrzebaby poparcia partii socjalistycznej, którą taki zakaz by zdecydowanie osłabił.
Liberalny SzDSz, do dziś mający w swych szeregach byłych dysydentów, stoi na odmiennej pozycji. “Uważam za konieczny jak najszerszy dostęp do akt byłych służb” mówi József Gulyás, przedstawiciel partii. Odrzuca przy tym wykluczenie z życia publicznego dawnych funcjonariuszy. “Za ważniejsze od napiętnowania jednostek uważamy poznanie mechanizmów działania dawnego systemu, obnażenie jego podłości”.
Wszystkie inicjatywy związane z dostępem do archiwów są interpretowane jako posunięcia polityczne. I tak, komisja Mécsa miała być odpowiedzią na ujawnienie przeszłości ówczesnego premiera Medgyessyego jako tajnego oficera służb. Jej działalność miała wykazać, że takich jak Medgyessy było więcej relatywizując tym jego rolę. Z kolei obecna komisja Kenediego, to według krytyków, próba współrządzącego Związku Wolnych Demokratów (SzDSz) zaistnienia w świadomości publicznej poprzez inną kwestię niż raczej niepopularny pomysł pluralistycznego systemu ubezpieczeń zdrowotnych. W dodatku do komisji nie zaproszono historyków związanych z prawicą, co podważa jej wiarygodność.
Ale to nie tylko polityka utrudnia historykom badania akt byłych służb. Dochodzi do tego, silna na Węgrzech, ochrona danych osobowych. “Fundamentalizm ochrony danych osobowych przeważył nad wolą upublicznienia dokumentów publicznych”, zżyma się Kenedi opisując niedawno jeszcze istniejący stan prawny wprowadzony przez ustawę z 1992 roku. Obecnie część utrudnień zniesiono, ale w okresie ich obowiązywania dochodziło do takich absurdów, że w swojej książce na temat funcjonowania służb pt. Państwowa służba bezpieczeństwa. Wybór tekstów Kenedi zmuszony był wymyślać pseudonimy dla pseudonimów agentów tak, aby nie naruszyć ich prawa do prywatności. Podawanie nazwisk było dozwolone tylko wtedy gdy miało to być niezbędne do przedstawienia jakiegoś wydarzenia historycznego.
Ujawniać czy nie ujawniać?
Dlaczego dostęp do akt jest tak ważny? Powodów są trzy. Najważnejszym jest poznanie przeszłości. Ungváry formułuje ostro: dla niego walka o ujawnienie przeszłości łączy się z kwestią nazwania zła złem a dobra dobrem, a także z kwestią tożsamości Węgrów, z tym, jak widzą oni swoją historię. “Odpowiednio podana przeszłość agencyjna może zostać uznana za zasługę tak długo jak znacząca część społeczeństwa uważa Jánosa Kádára za największego polityka węgierskiego dwudziestego wieku”. Poznanie przeszłości doprowadzi do demaskacji tego mitu, uważa. Dodać warto, że premier z okresu powstania 1956 roku Imre Nagy cieszy się tylko minimalnie wyższą popularnością niż jego kat, Kádár.
Chodzi jednak też o historię niepolityczną. “Bez dostępu do tych danych nie można pisać historii” mówi Kenedi. “Moi znajomi napisali książkę na temat węgierskiego przemysłu gumowego opierając się na danych z rocznika statystycznego. Przypadkiem pracując wśród akt trafiłem na tzw. teczkę obiektu fabryki wyrobów gumowych, w której była masa istotnych danych dotyczących produkcji, włączając w to mnożniki jakie miano stosować przy podawaniu oficjalnych danych.”
Po drugie, dla celów lustracyjnych – na Węgrzech funkcjonuje ustawa w tej dziedzinie. Po trzecie, by użyć terminu ukutego przez Kenediego, dla umożliwienia “odszkodowań informacyjnych”. Chodzi w nim o to, by osobom poszkodowanym przez komunistyczną służbę bezpieczeństwa choć częściowo skompensować doświadczone szykany przez udostępnienie materiałów, która na ich temat służba ta zbierała.
A jak argumentują krytycy otwarcia archiwów? András Gálszécsy, minister nadzorujący służby specjalne w pierwszym niekomunistycznym rządzie, uważa, że publikowanie danych agentów doprowadzi do tego, że nikt nie będzie chciał współpracować z obecnie funcjonującymi służbami. Przypomnijmy tu argument Demetera, że skupić się należy raczej na rozkazodawcach niż wykonawcach, i to tym bardziej tych z samego dołu. Kolláth we wspomnianym wyżej artykule formułuje dwa dalsze argumenty. Po pierwsze, praca w organach bezpieczeństwa a nawet bycie agentem nie były żadnym przestępstwem, dlaczego więc teraz za to karać. Po drugie, otwarcie akt obnaży słabości osób inwigilowanych, co bynajmniej nie jest w ich interesie. Właściwe odszkodowanie informacyjne w ich wypadku polegałoby na zniszczeniu ich akt.
Inwigilacja – fakty
Ogólne dane dotyczące systemu inwigilacji są znane. W 1954 roku pod obserwacją było na dziesięciomilionowych Węgrzech 1.5 miliona ludzi, w 1960 ich liczba zmalała do 600 tysięcy, w 1966 było ich 186 tysięcy a pod koniec socjalizmu w 1989 roku 164.900. Szacuje się, że donoszeniem zajmowało się w sumie dwieście tysięcy agentów. Tu jednak warto zatrzymać się na chwilę, żeby zrozumieć skomplikowany system inwigilacji.
Pojęcie “agent” nie jest bowiem jednoznaczne. Bardziej pojemna używana tutaj kategoria “ludzi sieci” obejmuje liczne podkategorie: informatorów, agentów, osoby, którym powierzono tajne zadanie, tajnych współpracowników, czy idąc dalej, ściśle tajnych oficerów, którzy choć nominalnie pracowali poza MSW to jednak stamtąd dostawali główną pensję, oficjalne kontakty, społeczne kontakty, okazyjne kontakty, czy informatorów spośród ludności. Przy czym ilość gromadzonych danych na temat danego współpracownika zależała od jego pozycji w hierarchii ludzi sieci: im wyżej tym mniej śladów w aktach.
Mało kogo to ciekawi
Węgrzy prawo do odszkodowań informacyjnych mają już od ponad dziesięciu lat. Każdy może pójść do Instytutu Historycznego, tutejszego odpowiednika IPNu, i poprosić o udostępnienie akt zbieranych na jego temat, jeśli one istnieją. Co ciekawe, z możliwości tej korzysta bardzo mało osób, dotąd było ich zaledwie dwadzieścia tysięcy, przy materiały znaleziono tylko w sześć tysięcy dwustu przypadkach.
Ujawnienie byłych agentów nie przynosi żadnych konswekwencji. Poza przypadkiem jednego dziennikarza i, byłego już, posła nikt nie stracił pracy z powodu związków z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Jedyną sankcją tutejszej lustracji było opublikowanie faktu współpracy. Co więcej, tego rodzaju informacje zamiast ostracyzmu społecznego dotąd powodowały raczej publiczne wylewy sympatii i solidarności. Dzień po tym jak okazało się, że znany reżyser filmowy István Szabó był agentem w latach pięćdziesiątych, na publicznym pokazie nowego filmu powitała go burza oklasków.
Być byłym agentem to nie wstyd
Ciekawe są reakcje ujawnionych – przez osoby trzecie, z zasady nikt się nie ujawnia sam - byłych agentów na informacje o ich przeszłości. Bywają przyznanie się i przeprosiny ale częstsze są zaprzeczenia czy agresja wobec tych, którzy fakt współpracy ujawnili. Bywa stwierdzenie “no i co z tego?” jak to miało miejsce w przypadku premiera Gyula Horna, któremu wykazano udział w formacjach paramilitarnych uczestniczących w zdławieniu powstania 1956 roku. Czasami słychać “nie mówmy o tym”, tak zareagował kardynał Paskai, który przez długie lata pisał raporty. István Szabó i Péter Medgyessy, premier w momencie, w którym upubliczniono, że był ściśle tajnym oficerem służb bezpieczeństwa, oświadczyli natomiast, że są ze swoich czynów dumni. Pierwszy miał w ten sposób uchronić kolegę przed więzieniem, drugi natomiast miał chronić tajemnice węgierskiego banku narodowego, w którym wówczas pracował, przed agentami KGB. “Lepszej mapy moralnego stanu kraju nie możnaby sobie wyobrazić”, komentuje to Kenedi.
Pouczający jest przypadek Sándora Tara. Ten utalentowany pisarz, szantażowany przez bezpiekę swoim homoseksualizmem, przez całe lata donosił na swojego bliskiego przyjaciela, nie kogo innego niż Jánosa Kenediego. Sprawa wydała się szereg lat po upadku socjalizmu, Tar i Kenedi wówczas opublikowali listy, które przedtem do siebie napisali. Tar przyznał się do wszystkiego a Kenedi nazwał go ofiarą i mu przebaczył. Planowali nawet wspólnie napisać książkę na temat ich przypadku, jednak nic z ich planów nie wyszło. Co ciekawe, po ujawnieniu się tego wyjątkowo odrażającego aktu szpiclowania liczba przyjaciół Tara gwałtownie wzrosła.
Ze strony kościołów, bo na Węgrzech obok kościoła katolickiego znaczące są też kościoły innych wyznań, brak jasnego przekazu moralnego dotyczącego współpracy ze strukturami bezpieczeństwa poprzedniego reżimu. Cisza bierze się z ich wcześniejszego uwikłania w tych strukturach. Większość, jeśli nie wszyscy biskupi katoliccy współpracowali. Agentem był także biskup kościoła luterańskiego Zoltán Káldy, który w latach 1984-87 stał na czele Światowej Federacji Luterańskiej.
Kościół nie przewodzi więc w rachunku narodowego sumienia. “Kościół zachowuje się tak, jak społeczeństwo”, ze smutkiem w głosie mówi Asztrik Várszegi, opat benedyktyński z Pannonhalmy i zarazem biskup, stojący na czele fundacji Ödöna Lénárda, która zajmuje się badanie historii kościoła po 1945 roku. “O problemie agentów w kościele się nie mówi. Skończy się on jak osoby nim dotknięte wymrą”, dodaje. Cytuje jednego ze swych zakonnych współbraci: “jakże się zdziwiliśmy kiedy komunizm upadł. I jakże się zdziwiliśmy, że komuniści zostali wśród nas: system niesiemy dalej w sobie”. Co gorzej, komunistom udało się wmówić wielu agentom, że to, co robili, robili dla kościoła. Do dzisiaj często w to wierzą.
Dlaczego sprawa agentów, i szerzej współpracy z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, uzyskuje tak niewielki rezonans w społeczeństwie? Pamiętać warto, że jeśli chodzi o dostęp do akt sytuacja na Węgrzech jest najgorsza w Europie Wschodniej. Kenedi widzi sprawę jasno. “Są kraje, gdzie wolność przybyła poprzez konkretny akt, na przykład upadek muru berlińskiego czy aksamitna rewolucja, który zamyka poprzedni system. Wówczas ludzie chcą się dowiedzieć, co było przedtem. Pierwsze wolne wybory na Węgrzech takim akterm nie były, w skutek czego zabrakło tu doświadczenia wolności.” Reformy były już wcześniej więc przejście od socjalizmu do demokracji było słabo odczuwalne. Ludzie nie zauważyli – nie odczuli – że kadaryzm się skończył. I dzięki temu, w dużej mierze, on trwa.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna