Kryzys finansowy bez tajemnic Zbieżność dramatów ekonomicznych, społecznych i ekologicznych Ladislau Dowbor



Pobieranie 161.57 Kb.
Strona1/3
Data07.05.2016
Rozmiar161.57 Kb.
  1   2   3


Kryzys finansowy bez tajemnic

Zbieżność dramatów ekonomicznych, społecznych i ekologicznych

Ladislau Dowbor

4 lutego 2009 r.

Podstawowe korzyści z globalizacji finansowej są dobrze znane: kanalizując fundusze tak, aby można było bardziej produktywnie je wykorzystywać, może ona pomóc zarówno krajom rozwiniętym, jak i rozwijającym się w osiągnięciu wyższej stopy życiowej.”

MFW, Finance & Development, marzec 2002 r., s. 13.

Administratorzy funduszów wzbogacili się, a inwestorzy widzieli, jak znikły ich pieniądze. W tym procesie chodzi o duże pieniądze.”

Paul Krugmann, Folha de São Paulo, 30 grudnia 2008 r.

Abstrakt: Mechanizmy kryzysu finansowego 2008 r. nie są zbyt zagadkowe. Jest to mieszanka pazerności, dużej dawki oczywistego oszustwa i rażącego braku lub wadliwości regulacji. W artykule tym wychodzę od mechanizmów, które bezpośrednio wywołały kryzys, następnie analizuję rozkład mechanizmów i instytucji regulujących oraz kluczową rolę Stanów Zjednoczonych. Oceniając skutki, staram się określić, kto w ostatecznym rozrachunku zapłaci za bankructwo kasyna, analizując to, jak spekulacja finansowa przyczyniła się do koncentracji dochodu i jak odmiennie mechanizmy te działają w Brazylii. W części końcowej przedstawiam dwie grupy propozycji – te, które zmierzają do utrzymania systemu, ale ulepszenia jego regulacji, i te, które postrzegają kryzys jako szansę postawienia w szerszej perspektywie problemów racjonalnej alokacji zasobów, pozwalającej sprostać dramatom społecznym i ekologicznym: mowa jest o kryzysie w jego szerszym kontekście i o tym jego wymiarze, który stwarza szansę na trwały rozwój.

Słowa kluczowe: globalizacja, kryzys finansowy, spekulacja, regulacja.

Abstract:The workings of the 2008 financial crisis are not very mysterious. A mixture of greed, a good dose of outright fraud, and blatantly absent or corrupt regulation. The paper starts presenting the mechanisms of the financial machine, including the institutions supposed to regulate it. It then concentrates on the impacts – who pays for what – and presents the results in terms of income concentration, followed by a few pages on the specific situation of the Brazilian financial intermediation system. The last part of the paper presents two groups of responses: on one hand, the ideas concerning the improvement of the regulatory framework, emitted by analysts or institutions interested in maintaining the system while making it more efficient; on the other hand, the views of those who consider that the present crisis is an opportunity to restructure the system, showing that the crisis of the financial system is in fact a part of the larger picture, that involves the social and environmental dramas.

Key words: globalization, financial crisis, speculation, regulation.

Striptiz (finansowy)

Ludzie wyobrażają sobie głębokie powiązania tam, gdzie na ogół działają dość proste mechanizmy. Wystarczy parę przykładów. Kilka lat temu doszło do katastrofy w Enronie – jednej z największych i najbardziej prestiżowych amerykańskich firm wielonarodowych. W firmie tej wybuchł kryzys finansowy, przy czym jeden z głównych mechanizmów oszukańczego tworzenia fikcyjnych zasobów, który go spowodował, był prosty jak drut. Podstawia się kogoś, kto daje swoje nazwisko i w raju podatkowym w rodzaju Belize otwiera fikcyjne przedsiębiorstwo. Przedsiębiorstwo to deklaruje, że jest zadłużone wobec Enronu na przykład na 100 milionów dolarów. Enron księguje ten dług w rubryce „aktywa” i w ten sposób poprawia swój wizerunek finansowy. Publikowane bilanse dobrze wyglądają, co zwiększa zaufanie nabywców akcji. Akcje rosną i waloryzują firmę, która teraz, jak twierdzi, jest warta o 100 milionów więcej.

Pomysł bardzo zainteresował dyrektorów Enronu. Sektor produkcyjny tego przedsiębiorstwa (który rzeczywiście wytwarzał rzeczy użyteczne) sprowadzono do „właściwych” rozmiarów, natomiast magowie finansów rzucili się na złotą żyłę, która miała tę przewagę, że wymagała mniejszej pracowitości, a była bardziej lukratywna. W chwili bankructwa, w księgach Enronu figurowało 1600 fikcyjnych przedsiębiorstw. Firma audytowa Arthur Andersen nic nie zauważyła. Firmy oceniające ryzyko też nic nie zauważyły. Jedna z nich świadczyła Enronowi usługi konsultingowe. Pozostałe są opłacane przez przedsiębiorstwa, które oceniają.

Wyszliśmy od przypadku Enronu, ponieważ jest prosty. Mechanizm oszustwa jest tu jasny i uczciwy. Kto nie chciał widzieć, ten nic nie widział. Przypadek ten pokazuje również, jaka kultura panuje w sferze finansowej: wszystkie chwyty są dozwolone, pod warunkiem, że się nie wpadnie. Nie jest to królestwo ludzi inteligentnych, lecz sprytnych (tak sprytnych, że aż bankrutują), a ci, którzy starają się wytwarzać rzeczywiście użyteczne towary i usługi, wpadają w pułapkę – częściowo sami są sobie winni, bo tolerują idiotów przebranych za magów finansów i marketingu. Jakiekolwiek podobieństwo do naszych przedsiębiorstw krajowych, które angażują się w awantury spekulacyjne, jest zupełnie przypadkowe.1

Zapłonem kryzysu finansowego 2008 r. był północnoamerykański rynek nieruchomości. Uruchomiono kredyty na zakup nieruchomości przez osoby, które zawodowcy nazwali rynkiem Ninjas (No Income, No Jobs, No Savings). Nakłania się osobę, którą nazwiemy nisko skapitalizowaną, do zakupu domu za 300 tysięcy dolarów. Nie ma problemu, mówi broker hipoteczny: domy się waloryzują, za rok pański dom będzie wart 380 tysięcy, co dla pana oznacza zysk w wysokości 80 tysięcy, więc będzie pan miał z czego spłacić część zaległości i zrefinansować resztę. Broker przekazuje umowę – sympatycznie nazywaną „subprime”, gdyż trochę gorszą niż prime – do banku, który razem z nim zaciera ręce z uciechy, że zyska się na tym aż 80 tysięcy dolarów, bo pożyczkobiorca będzie musiał przeznaczyć je na spłatę długu i procentów. Bank, widząc że trochę za dużo subprimes ma w portfelu, postanawia przekazać część tej junk – tandety czy rupieciarni, bo tak się nazywa na użytek wewnętrzny – komuś, kto będzie „sekurytyzował” operację, to znaczy – oczywiście za opłatą – udzieli pewnych gwarancji na wypadek, gdyby pożyczkobiorca okazał się totalnie niewypłacalny. Jest to niewielka opłata, którą bank uiszcza na poczet przyszłych 80 tysięcy – tyle że one ciągle są hipotetyczne. Hipotetyczne, acz prawdopodobne, gdyż masa kredytowa rzucona na rynek nieruchomości dynamizuje zakupy i tendencją jest wzrost cen.

Przedsiębiorstwa finansowe, które w ten sposób gromadzą górę junks, zaczynają się niepokoić i posyłają papiery dalej. W tym przypadku idealny jest na przykład szwedzki ciułacz, któremu lokalna agencja oferuje „świetny interes”, pozwalający mu dorobić do emerytury, bo co prawda chodzi o subprime, który jest nieco ryzykowny, ale za to nieźle oprocentowany. Aby interes był bardziej atrakcyjny, junks podzielono na transze o ratingu AAA, BBB i tak dalej, pozwalając ciułaczom czy jakiemuś niezbyt ostrożnemu funduszowi emerytalnemu nabyć „rupiecie” dysponujące dobrą oceną wiarygodności. „Rupiecie” te nazywa się teraz SIV, co znaczy Structured Investment Vehicle i brzmi bardziej szacownie. Tak oto, papiery się rozchodzą po świecie, a ponieważ w Stanach Zjednoczonych wartość nieruchomości wzrasta, tworząc tak zwaną „bańkę”, system działa i się szerzy, gdyż sąsiad opowiada sąsiadowi, jak już zwaloryzowała się jego emerytura.

Aby zrozumieć obecny kryzys, który, ogólnie rzecz biorąc, nie różni się zbytnio od przypadku Enronu, wystarczy przebyć tę drogę w odwrotnym kierunku. W obliczu nadmiaru osób nie posiadających żadnych zasobów, które pozwoliłyby im wywiązać się z przyjętych zobowiązań, agencje bankowe w Stanach Zjednoczonych wchodzą im na hipotekę, to znaczy przejmują ich domy. Bank nie widzi zbytniego pożytku w gromadzeniu domów, chyba że może je sprzedać i odzyskać pieniądze. Gdy zaś liczne agencje bankowe wystawiają domy na sprzedaż, ceny domów zaczynają gwałtownie spadać. Ninja, który spodziewał się zysku w wysokości 80 tysięcy dolarów i sfinansowanie nieodpowiedzialnego zakupu, widzi, że jego dom nie tylko nie zyskał na wartości, ale na niej stracił. Rynek nieruchomości ulega nasyceniu, ceny jeszcze bardziej spadają, ponieważ każda agencja i każda osoba prywatna starają się jak najszybciej sprzedać domy, zanim ceny spadną jeszcze bardziej. Bańka pęka. Szweda, który był ostatnim ogniwem i pozostał z papierami – teraz nazywanymi już „papierami toksycznymi” – w ręku, administrator konta informuje, że, niestety, jego fundusz emerytalny bardzo zmalał. „Nic nie można na to poradzić, przecież wie pan, że rynek to zawsze ryzyko.” Szwed traci emeryturę, Ninja wraca na ulicę – ktoś musiał stracić. Tym kimś, rzecz jasna, nie jest pośrednik finansowy. Podobnie jak to było w przypadku Enronu, ulubionym celem są fundusze emerytalne.

Gdzie jednak agencja bankowa znalazła tyle pieniędzy, aby pożyczyć je w sposób nieodpowiedzialny? Przecież w końcu przekazała Ninji czek na 300 tysięcy, aby Ninja mógł dokonać zakupu. Tu również mechanizm jest niezwykle prosty. Ninji nie wręcza się pieniędzy, lecz czek. Czek ten trafia do tego, kto sprzedał dom, i zostanie zdeponowany w tym samym lub innym banku. W pierwszym przypadku wróci więc do domu i bank poradzi depozytariuszowi, jak zrealizować wartość czeku w swoim oddziale, ewentualnie pomyśleć o swojej emeryturze. W drugim przypadku, ponieważ banki wydają czeki w dość zrównoważony sposób, mechanizm nocnych rozliczeń między bankami pozwala im wszystkim znajdować się w mniej więcej takiej samej sytuacji. Dlatego, aby pokryć chwilową nierównowagę, bankowi potrzeba niewiele pieniędzy. Stosunek między pieniędzmi, które pożycza i na które opiewa wydany czek, a pieniędzmi, które musi mieć w kasie, aby miał on pokrycie, nazywa się dźwignią (leverage).

Dźwignia, odkryta, a w każdym razie spopularyzowana już w czasach Odrodzenia przez bankierów weneckich, to rzecz cudowna. Pozwala bankowi pożyczać pieniądze, których bank nie ma. W porozumieniach międzynarodowych, zawieranych (zawierają je dżentelmeni i niech nikomu nie przyjdzie do głowy, aby to sprawdzić) w ramach bazylejskiego Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS), zaleca się na przykład, aby banki nie pożyczały więcej niż dziewięciokrotność tego, co mają w kasie, i zapewniały minimum zgodności między okresami kredytowania i terminami zwrotu pożyczek. Chodzi o to, aby bankom, na dłuższą metę mającym zapewnione pokrycie udzielonych kredytów, nie groziło, że na krótką metę zostaną z pustą kasą, gdy jacyś posiadacze kont zechcą nagle wycofać z nich duże sumy. Aby zdać sobie sprawę ze znaczenia zaleceń bazylejskich, wystarczy wiedzieć, że banki amerykańskie, które zbankrutowały, miały dźwignię rzędu 1 do 40.2

Korzyść płynąca z pożyczania pieniędzy, których się nie ma, jest ogromna. Na przykład osoba lokująca pieniądze w jakimś banku zyskuje na tym 10 procent rocznie. Bank musi skredytować te 10 procent na koncie depozytariusza. Jeśli pożyczy komuś te pieniądze na przykład na 20 procent, będzie musiał odliczyć od swoich zysków 10 procent z tytułu oprocentowania lokaty. Gdy jednak pożycza pieniądze, których nie ma, nic nie musi płacić – czerpie z tego czysty zysk. Dźwignia jest więc bardzo atrakcyjna. Pokusa zwiększenia różnicy między tym, co ma się w kasie, a tym, co się pożycza, staje się ogromna, zwłaszcza gdy widać, że inne banki też nie zachowują ostrożności, a zarabiają coraz więcej. To wyścig, w którym wygrywa ten, kto pierwszy dopadnie klienta. Zyski są tak duże, że ryzyko się nie liczy.



Fikcja regulacji

O „bańce” hipotecznej mówiło się od co najmniej trzech lat. Greenspan przewidywał soft landing, miękkie lądowanie, czyli stopniowe opróżnienie „bańki”, a nie twarde, crash landing, do którego w końcu doszło. Warto porównać stanowisko zadufanego w sobie Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2002 r., które posłużyło nam za pierwsze motto tego artykułu, z o wiele ostrożniejszą, a nawet alarmującą oceną już z 2005 r.: „Choć trudno wypowiadać się kategorycznie o czymś tak złożonym, jak nowoczesny system finansowy, jest rzeczą możliwą, że wydarzenia te stwarzają większe ruchy procykliczne niż w przeszłości. Mogą również stwarzać większe (jeśli nawet jeszcze niewielkie) prawdopodobieństwo katastrofalnego krachu (catastrophic meltdown).3

W grudniu 2007 r. MFW wołał z okładki swojej publikacji: „Global governance: who’s in charge?”, wyraźnie sugerując, że nikt nie jest „in charge” – nic nie reguluje. „Lax, if not fraudulent, underwriting practices in subprime mortgage lending largely explain the rise in the rate of seriously delinquent loans from 6 percent to 9 percent between the second quarter of 2006 and the second quarter of 2007”. Już wówczas MFW uważał, że toksyczna rupieciarnia (troubled loans, jak je wówczas jeszcze nazywano) psuje (disrupting) amerykański rynek finansowy 57 bilionów dolarów. Zdaniem MFW, winę za to ponosi globalizacja systemu, gdyż porzucają „local depository institutions [which] make loans” na rzecz „major Wall Street banks and securities firms, which employ the latest financial engineering to repackage mortgages into securities through credit derivatives and collateralized debt obligations”. MFW równie dobrze odwzorował wykorzystanie rajów podatkowych: „Securitization involves the pooling of mortgages into a special-purpose vehicle, which is simply a corporation registered in what is usually an off-shore tax-haven country.” Jak wskazuje MFW, tych i innych kanałów używano „to keep the subprime assets off their books and to avoid related capital requirements”. Zjawisko „keep off their books” jest nam znane pod popularną nazwą „lewa kasa”.4 Przypisywanie kryzysu „panice” i innym irracjonalnym zachowaniom nie ma sensu. Panika istnieje, gdyż ludzie nie lubią tracić pieniędzy, ale ma ona źródło w oszukańczym, jeśli nie zgoła przestępczym zachowaniu głównych instytucji finansowych, a przede wszystkim w tym, że Bankowi Rezerw Federalnych i rządowi północnoamerykańskiemu brak woli czy zdolności regulacji.

Gdy małe banki lokalne zamieniają się w planetarnych olbrzymów, prasa przedstawia to jako pozytywną ewolucję twierdząc, że banki stają się „solidniejsze”. W rzeczywistości stają się potężniejsze, a tym samym trudniej je kontrolować. Ogólnie rzecz biorąc, w wyniku globalizacji finansowej papiery wartościowe krążą po całej planecie, gdy tymczasem instrumenty regulacji – centralne banki narodowe – są rozczłonkowane w obrębie około 190 państw. W praktyce nikt niczego nie reguluje. Gdy jakieś państwo postanawia kontrolować kapitały, uciekają one w bardziej gościnne (market-friendly) okolice, w procesie, który bardzo przypomina mechanizmy wojny fiskalnej między gminami. W analizach Narodów Zjednoczonych nazywa się to race to the bottom, wyścigiem na dno, polegającym na tym, kto bardziej ograniczy swoją zdolność kontroli.

Przypomnijmy tu, że olbrzymy globalizujące finanse, tak zwani Institutional Investors, stanowią małą i dobraną grupę. Według New Scientist, zaledwie 66 grup zarządza 75 procentami planetarnych operacji spekulacyjnych, w których w przededniu zaostrzenia się kryzysu w 2008 r. obracano sumą 2,1 biliona dolarów dziennie.5 Łatwo sobie wyobrazić władzę polityczną, która odpowiada takiej zdolności zalania każdej gospodarki pieniędzmi lub zdestabilizowania jej ucieczkami kapitałów. Stiglitz przypomina, że chodzi o klub osób krążących na zmianę między Wall Street, północnoamerykańskim Departamentem Skarbu, MFW i Bankiem Światowym. Paulson, sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych za rządów Busha, należał do Goldman & Sachs. Mechanizm ten nazywa się popularnie „drzwiami obrotowymi”.

Należałoby jeszcze rozważyć rolę regulacyjną agencji ratingowych, zajmujących się oceną ryzyka kredytowego. Bardzo konserwatywny Economist zastanawia się nad wagą, jaką uzyskał oligopol trzech przedsiębiorstw – Moody’s, Standard & Poor (S&P) i Fitch – które „w ostatnich latach borykają się z ostrymi krytykami, gdyż pomyliły się przy okazji takich kryzysów, jak bankructwa Enronu, WorldComu i Parmalatu. Błędy te, narastające znaczenie agencji, brak konkurencji między nimi i brak zewnętrznego nadzoru sprawiają, że niektóre osoby stają się nerwowe.” W Economist argumentuje się również, że agencje ratingowe są opłacane przez tych, którzy emitują papiery wartościowe, a nie przez inwestorów, którzy korzystają z ocen ryzyka, co powoduje oczywiste konflikty interesów. W rezultacie „najpotężniejsza siła na rynkach kapitałowych nie podlega żadnej liczącej się regulacji”.6

Zdolność regulacyjną pogrzebano pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy zlikwidowano rozdział tradycyjnych banków handlowych, które zazwyczaj otrzymywały depozyty od posiadaczy rachunków bieżących i udzielały lokalnych pożyczek, od inwestorów instytucjonalnych. Wszyscy zaczęli robić, co chcieli, pośrednicy finansowy tworzyli „supermarkety” produktów finansowych i nawet wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe zajęły się spekulacją.7

W tej rozbieżności między finansami globalnymi a regulacją krajową ważną rolę uzupełniającą odgrywają raje podatkowe – 70 „państw”, bajecznych wysp, na których często jest więcej zarejestrowanych firm niż mieszkańców i nie płaci się podatków ani nie składa się sprawozdań z działalności gospodarczej. Raje te odgrywają dziś taką sama rolę, jaką w XVIII w. odgrywały niektóre wyspy na Morzu Karaibskim, stanowiące stałe schronienie dla piratów – można było magazynować tam, wymieniać i komercjalizować produkty pochodzące z nielegalnej działalności. Zmienił się jedynie rodzaj produktu, który obejmuje nie tylko lewą kasę, ale również uchylanie się od podatków, przemyt broni i pranie brudnych pieniędzy. Nie będzie minimum światowego ładu finansowego, dopóki będą istnieć te off-shores bezprawia.

Cyrk, kasyno, karuzela finansowa to terminy, którymi już dawno specjaliści określili karnawał ekonomiczny organizowany przez przeróżnych oportunistów za cudze pieniądze – oszczędności ludności czy emisje pieniądza za zezwoleniem władzy publicznej. Nie doprowadził on do krachu samych pośredników, lecz osoby, przedsiębiorstwa czy kraje, które produkują, oszczędzają i inwestują.

Rola Stanów Zjednoczonych

Epicentrum obecnego kryzysu znajduje się w Stanach Zjednoczonych, a osią, która go rozpętała, był rynek nieruchomości. Jednak w przeciwieństwie do kryzysów funduszów hedgingowych czy Long Term Capital Management (LTCM) sprzed kilku lat, istota sprawy polega na nowym zjawisku – kruchości Stanów Zjednoczonych. Tradycja ideologiczna wymaga, aby w zależności od punktu widzenia uważać, że USA stoją na skraju przepaści albo traktować je jako bastion kapitalizmu. W rzeczywistości jest to potężny bastion, ale ale bardzo osłabiony.

Dług publiczny Stanów Zjednoczonych wynosi 10,5 bilionów dolarów. Ponieważ nikt nie może sobie wyobrazić takiej sumy, warto przypomnieć, że światowy PKB wynosi około 55 bilionów dolarów. Innymi słowy, północnoamerykański dług publiczny stanowi blisko jedną piątą światowego PKB. To kraj, który żyje ponad stan. American Way of Life jest w dużej mierze sztuczny, nie mówiąc już o treści działalności gospodarczej: wydatki przedsiębiorstw północnoamerykańskich na obsługę prawną wynoszą 370 miliardów dolarów w skali rocznej i można powątpiewać w to, że przyrost PKB o tę sumę poprawia jakość Way of Life.

Zadłużenie państwa odbija się na położeniu rodzin. Dorosły Amerykanin ma przeciętnie osiem kart kredytowych i wydaje trzecia część dochodów na spłatę długów. W chwili udzielania kredytu wydaje się, że jest on instrumentem dynamizacji koniunktury, ponieważ zwiększa siłę nabywczą rodziny. Tymczasem każdy dług oznacza nie tylko jego spłatę, ale również spłatę procentów i w rzeczywistości wraz z zadłużeniem uzyskuje się antycypację konsumpcji, a nie jej wzrost. Gdy wybija godzina spłaty, efekt się odwraca. Dokąd bajka o dobrobycie zawiedzie rodziny północnoamerykańskie?



Private debt as percentage of GDP

Źródło: Monthly Review. John Bellamy Foster i Fred Magdoff (grudz. 2008)8.

Łączne zadłużenie publiczne i prywatne północnoamerykańskich gospodarstw domowych osiągnęło w 2007 r. prawie 48 bilionów dolarów. Pamiętajmy, że światowy PKB wynosi 55 bilionów i że Amerykanie są zadłużeni prawie na taką sumę, żyjąc sztucznie w domku z kart.9

W przypadku amerykańskim oba zadłużenia, publiczne i prywatne, zależą od nierównowagi między importem a eksportem rzędu 1 biliona dolarów rocznie.10 Ten systematyczny deficyt doprowadził do nagromadzenia rezerw dolarowych przez inne kraje, szczególnie przez Chiny, które – rzecz paradoksalna – posiadają dziś niebywałą zdolność destabilizacji północnoamerykańskiego systemu walutowego. Proszę sobie wyobrazić – komentuje nieformalnie Ignacy Sachs – Komunistyczną Partię Chin ratującą gospodarkę amerykańską.

Teraz, pod koniec 2008 r., amerykańskie firmy macierzyste przedsiębiorstw wielonarodowych skupują dolary na rynkach całego świata, aby się rekapitalizować, i niezliczone przedsiębiorstwa z długami w dolarach również szukają waluty, nie mówiąc już o spekulantach starających się „zrealizować” zgniłe papiery zamieniając je na prawdziwe pieniądze i waloryzując. Nie wiadomo, jak proces ten będzie przebiegał w średnim okresie, zwłaszcza ze względu na olbrzymią masę dolarów, które emitowały Stany Zjednoczone, gdy dolar był – częściowo jest nadal – zarówno walutą krajową, jak i światową walutą rezerwową.11

Efekt destabilizacyjny, który Stany Zjednoczone wywołują w skali planetarnej, jest potężny, a to sprawia, że odpowiedzialność spoczywająca na nowym rządzie amerykańskim jest o wiele większa niż w przeszłości. Nierównowaga pieniężna i finansowa narosła przez dziesięciolecia hulanki neoliberalnej i dziś obciąża struktury produkcyjne. Co ważniejsze, niedawna dynamika koncentracji dochodu w Stanach Zjednoczonych, spotęgowana przez drastyczną redukcję podatków płaconych przez bogaczy, stworzyła kulturę łatwego zysku i strukturę władzy, która uczyni wszystko, aby utrzymać system. Dopasowania będą musiały być głębokie.



Kto reguluje rachunek?

Jeszcze nie wystawiono rachunku za północnoamerykańską nieodpowiedzialność, naśladowaną przez inne kraje, które do wczoraj nas pouczały.12 Na bardzo krótką metę, starając się przeciwdziałać panice wśród wyborców, rządy najbardziej poszkodowanych krajów starały się uspokoić miliony drobnych depozytariuszy. Różne rządy zapewniły, że w przypadku bankructwa jakiegoś banku pokryją straty posiadaczy rachunków bieżących czy to do 100 tysięcy dolarów, czy nawet bez ograniczeń. Proces ten jest interesujący, ponieważ posiadaczowi rachunku zwróci się jego własne pieniądze z pieniędzy, które wpłacił państwu w formie podatków. Szczodrości rządów nie może zrozumieć wiele osób, które uważają, że należy obciążyć spekulantów, bo przecież to oni właśnie spekulowali pieniędzmi ciułaczy.

Jednak, rzecz jasna, ogromna masa operacji finansowych polegała na ratowaniu bankrutujących instytucji finansowych. Na początku 2009 r. zmobilizowane zasoby są warte około 4 bilionów dolarów. Jak to prostodusznie wyjaśnił były prezydent Bush, ich wyasygnowanie było sprzeczne z jego przekonaniami, ale ponieważ powszechny krach jeszcze bardziej poszkodowałby społeczeństwo, którego dobrobyt jest jego główną troską, był zmuszony uruchomić potrzebne pieniądze. Oczywiście, pieniądze publiczne, ponieważ chodziło właśnie o to, aby nie poszkodować banków czy firm ubezpieczeniowych. Tu również odczucie społeczne było głęboko dwuznaczne: z jednej strony zareagowano z ulgą, gdyż pozwalało to uniknąć krachu lub go opóźnić, a z drugiej stwierdzono z goryczą, że za pieniądze społeczeństwa ratuje się spekulantów. Przy pierwszym piruecie „rynku”, który nastąpił po tym, jak rząd amerykański zapowiedział, że udzieli pomocy w wysokości 700 miliardów dolarów, i rynek na chwilę stanął na nogach, z ust spekulantów padły takie oto – niestety, publiczne – deklaracje: „The happy days are back.” Oni już tego nie mówią, przynajmniej na razie. Przypomnijmy tu o czymś bardzo ważnym: tych wydatkowanych przez rząd amerykański bilionów dolarów zabraknie na ochronę zdrowia, edukację itd. Ktoś musi za to zapłacić.

Tymczasem ciągle szerzy się – i nie wiadomo, jakiego nabierze rozmachu – dramat tych, którzy oszczędzali całe życie, aby stworzyć fundusz emerytalny, i wielkich funduszy lokujących ich aktywa w akcjach, które straciły wartość. Należy przypomnieć, że administratorzy wielkich instytucji spekulacyjnych, którzy zasadniczo operują cudzymi pieniędzmi i mają zagwarantowane pensje – na ogół wynoszące dziesiątki milionów dolarów rocznie – pierwsi dowiedzieli się, dokąd należy przenieść to, co posiadają w opcjach na akcje przedsiębiorstw. Jednak posiadacze akcji stracili olbrzymie masy zasobów – na początku 2009 r. na sumę 30 bilionów dolarów. Gdy ktoś ma tysiąc dolarów w gotówce i nie szaleje inflacja, ma zagwarantowaną siłę nabywczą. Gdy jednak jego dolary zamieniły się w papiery, które straciły wartość, jest zrujnowany. Wiele osób pogorszyło sytuację, gdy w pogoni za dolarami, starając się zapewnić sobie gotówkę, wyzbywało się akcji przedsiębiorstw produkcyjnych, wytwarzających całkiem użyteczne rzeczy.

Tak oto szerzy się efekt mnożnikowy i nieodpowiedzialność spekulacji finansowej udziela się sferze działalności produkcyjnej. Proszę zauważyć, że „spekulacja” to technicznie prawidłowy termin. W języku angielskim, w przeciwieństwie do portugalskiego, nie ma różnicy między inwestycją a lokatę finansową. Z technicznego punktu widzenia mamy do czynienia z inwestycją, gdy ktoś na przykład buduje fabrykę i z zysku, który przyniesie mu produkcja, sfinansuje spłatę pożyczki i procenty. W tym przypadku operacja finansowa jest więc ściśle związana z działalnością produkcyjną. W przypadku lokaty finansowej dokonuje się tylko transfer aktywów finansowych z jednej sfery do innej i nie wytwarza się żadnego towaru ani usługi.13 Economist, w którym zawsze uważano taką lokatę za investment i przez dziesięciolecia twierdzono, że spekulacja sprzyja ruchliwości kapitałów, a tym samym ich produkcyjnemu wykorzystaniu, boryka się dziś z poważnymi trudnościami, usiłując pozbyć się tego przyciasnego mundurka. Nie chcąc oskarżyć swoich odwiecznych przyjaciół, że są spekulantami, zaczął nazywać ich speculative investors.14 Starożytni sofiści nie wpadliby na lepszy pomysł.

W rzeczywistości przeznaczanie zasobów finansowych na lokaty zamiast na inwestycje wyjałowiło oszczędności i zdolności rozwojowe gospodarki. Nastąpiło zerwanie niepisanej umowy – można było mówić o niesprawiedliwości w sytuacji, gdy jedni mają fortuny, a inni żyją w nędzy, ale zawsze chodziło nam po głowie, że w końcu bogacz przeznaczy swoje zyski na inwestycje, które stworzą dobra i miejsca pracy. Dziś już tak nie jest. To wyjałowienie oszczędności wyraźnie widać na poniższym wykresie, który pokazuje, jak rosły zyski, a malały inwestycje.


  1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna