Legenda Męczenników Dominikańskich geneza i funkcjonowanie Sandomierz zawsze „stał na drodze”



Pobieranie 18.44 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar18.44 Kb.
dr Tomisław Giergiel

Instytut Historii UMCS, Lublin


Legenda Męczenników Dominikańskich - geneza i funkcjonowanie
Sandomierz zawsze „stał na drodze” najeźdźcom ze Wschodu – doświadczył on od nich w okresie średniowiecza najbardziej ze wszystkich ośrodków państwa. Dziś zajmiemy się drugim najazdem z przełomu 1259/60 r. zwanym najazdem tatarsko-ruskim, gdyż Tatarzy działali wówczas w zespół z oddziałami ruskimi.

Najazd ten odbił się szerokim echem nie tylko w źródłach im współczesnych. Posiada liczne opisy źródłowe, zarówno dające się zweryfikować, jak i nie mające potwierdzenia w innych przekazach. Są one opracowane w kilku osobnych przyczynkach, lecz nie w postaci nowoczesnej monografii, której brak się odczuwa. Groza, jaka towarzyszyła najazdowi zapadła głęboko w świadomości ludzi, odbijała się w później powstałych, nie zawsze spisywanych opowieściach.

Legendy te opowiadają zgodnie z prawdą o zdobyciu miasta przez Tatarów. Ich autorzy opierając się na suchych w treści rocznikach, rozbudowywali fabułę wątkami świeckimi i religijnymi. Rozdzielały się one pod piórem polskich, a zwłaszcza sandomierskich literatów, na szereg odnóg i dygresji. Jedna z nich osnuta jest na losach dowódcy obrony miasta Piotra z Krępy, który próbując paktować z najeźdźcami udał się do ich obozu, co dla Sandomierza skończyło się tragicznie.

Bohaterami drugiego tatarskiego wątku są Męczennicy Sandomierscy i Dominikańscy. Mówi on o śmierci wielu tysięcy mieszkańców Sandomierza po zdobyciu grodu. W legendzie Tatarzy nie oszczędzili starców ani dzieci w palącej się kolegiacie i gromadząc pozostałą ludność, bezlitośnie ją wycięli. Zastanówmy się nad jej genezą.

Najpełniejszy i najwiarygodniejszy opis oblężenia Sandomierza, jego zdobycia i konsekwencji dla mieszkańców znajdziemy w źródle ruskim, kronice wołyńsko-halickiej, z uwagi na to, że autor prawdopodobnie towarzyszył najeźdźcom. Jego przekaz jest jasny: oblężenie Sandomierza trwało bardzo długo. Bezpośredni szturm z udziałem machiny oblężniczej trwał nieustannie przez cztery dni i był skierowany na obwarowane miasto (gorod). Wpłynęło to na załamanie się morale pozostałych obrońców, doszło do kapitulacji zamku sandomierskiego i wybicia mieszkańców, którzy tam się schronili.

Kronika wołyńsko-halicka zawiera informacje o wypadkach, które działy się w kolegiacie i niedaleko Wisły. Oto jej fragment: Cerkiew zaś w grodzie tym była bowiem murowana, wielka i przedziwna, błyszcząca pięknem, była bowiem zbudowana z białych kamieni ciosanych. I ta była pełna ludzi. Dach zaś w niej pokryty drzewem. Ten zapalił się i zgorzało w niej bez liku mnóstwo ludzi.[…] Nazajutrz zaś ihumeni z popami i z diakonami, ustawiwszy chór, odprawili sumę i przystąpili do komunii …Po wygnaniu zaś ich z grodu, posadzili ich Tatarzy na błoniu przy Wiśle, i siedzieli dwa dni na błoniu, po czym jęli zabijać ich wszystkich – mężów i niewiasty, i nie pozostał od nich nikt.

Oto najwcześniejsza wzmianka o śmierci ihumenów, czyli zakonników, a jedynym zakonem osiadłym wówczas w Sandomierzu byli dominikanie.

W ramach kultu męczenników sandomierskich, który obejmował świeckich i duchownych, z czasem pojawia się nurt dominikański. Nie mógł się on oprzeć na kronice ruskiej bo była ona w ogóle nieznana w Polsce.

Jedynym średniowiecznym i najstarszym polskim autorem, który wspomina o tych wypadkach jest Jan Długosz. Ale nie w kronice, tylko w Liber beneficiorum księdze uposażeń diecezji krakowskiej. Długosz pisze o męczeństwie dominikanów sandomierskich, wzmiankuje o liczbie pomordowanych zakonników w czasie najazdu (46) oraz, że zginęli śpiewając pieśń Salve Regina.

I to są jedyne dwa źródła średniowieczne, które mówią o tych wydarzeniach. Nie znają one ani innej liczby niż 46 zakonników, nie znają ich imion ani innych okoliczności poza śpiewem antyfony Salve Regina. Informacja Długosza wydaje się bardzo interesująca. Nie wiemy skąd zaczerpnął te dane, ale można przypuszczać, że były to źródła klasztorne. Nie wymienił on jednak imion zakonników sandomierskich, więc informacje o ich śmierci należy ocenić jako bardzo skąpe i bezimienne.

Dominikanina o imieniu Sadok, przedstawianego w aurze niezwykłości, znała zaś historiografia dominikańska dotycząca prowincji węgierskiej i zachodni badacze zakonni. Ich źródła polskiej nauce najpełniej zbadał Krzysztof Stopka.

Te źródła to przede wszystkim XIII-wieczny dodatek do kroniki dominikanina Gerarda de Fracheto, która przedstawia początki węgierskiej prowincji zakonnej, obejmującej także Chorwację. Sadok występuje tam jako przeor konwentu w Zgrzebiu. Miał on proroczy sen, odnoszący się do nowicjuszy. Kronika mówi, że sen swój opowiedział braciom nazajutrz po odmówieniu modlitwy.

Dominikanie według wzmiankowanej kroniki prowadzili też misje w innych krajach. Wśród nich wymieniona jest Polonia. K. Stopka udowodnił jednak, że jeden z rękopisów ma w miejscu Poloniam lekcję Dilacum, nazwę określającą ziemię Philot, leżącą w Albanii. Pomimo tego, że prowincja polska nie była związana z węgierską, ten błąd w życiorysie Sadoka wszedł do historiografii zakonnej, a zwłaszcza do katalogów męczenników dominikańskich z dodanymi dowolnie elementami, jak śmierć z rąk Tatarów oraz męczeństwo zespół z 48 braćmi.
Do Polski informacje te trafiły dopiero w trakcie starań o kanonizację św. Jacka w końcu XVI w. Skojarzono je z przekazem Długosza i innych kronikarzy o śmierci 46 dominikanów sandomierskich, co przyczyniło się do wyodrębnienia ich kultu z poprzednio omówionego kultu męczenników sandomierskich. W literackim przeniesieniu węgierskiego Sadoka do Sandomierza kluczową rolę odegrały zapewne podobne okoliczności śmierci (także z rąk Tatarów), ten sam zakon, narodowa lecz błędna identyfikacja i zbliżona liczba towarzyszy. Wszystko połączył w swoich książkach o. Abraham Bzowski w początkach XVII w. Jego opowieść o sandomierskim przeorze o imieniu Sadok, cudownej zapowiedzi śmierci, przemowie przeora do braci i schowanym w chórze zakonniku jest jednak „owocem fantazji”. Poparty źródłem jest tylko wątek, który mówi, że zakonnicy ponieśli śmierć z rąk Tatarów z pieśnią z na ustach.

Dokonując krytyki pisarstwa Bzowskiego o. Jacek Woroniecki zauważył jednocześnie, że: „Pierwiastek legendarny jest w dziedzinie kultu świętych czymś bardzo cennym, świadczy bowiem, jak ich postacie żyją w pamięci potomnych, jak bardzo ich interesują i pobudzają do wiernej służby bożej. Legendy nieraz przechowują w pamięci ludu drobne prawdziwe szczegóły, których historyk nie uważał za stosowne zapisać, a które mają swoje znaczenie dla charakterystyki postaci”.

W XVII w. poprzez budowę kaplicy Męczenników przy kościele św. Jakuba, męczeńską śmierć ks. Rogali w trakcie najazdu Rakoczego, ogłoszenie listy zamordowanych zakonników i uzyskanie odpustu zupełnego dla sandomierskiego kościoła św. Jakuba, intensyfikuje się kult przeora i jego braci. Nawiązaniem do niego w przestrzeni kolegiaty sandomierskiej, były umieszczone w pocz. XVIII w. obrazy przedstawiające m. in. rzeź dominikanów.

Zebranie dowodów kultu, m. in. świadectwa pewnego Szweda zakwaterowanego w klasztorze o pojawiających się postaciach, relacji o śpiewach, światłach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych, wpłynęło na beatyfikację Sadoka i 48 Męczenników Dominikańskich w 1807 r.


W literaturze mamy kompleksową krytykę legendy o męczennikach w Sandomierzu. Brak jest jednak analizy ciekawej kontynuacji tej legendy, której motywem jest leżące za miastem wzgórze Salve Regina. Najstarsza XIX-wieczna redakcja mówi nam o byku (lub wole) hodowanym przez dominikanów, który zerwawszy się, rzucił się w pogoń za Tatarami odjeżdżającymi w kierunku Krakowa. Na przedmieściu krakowskim nazywanym Krakówką zwierzę widząc, że ich nie dopędzi, z żalu usypał kopytami wysoki kopiec, a na jego szczycie wyrył napis Salve Regina, nawiązując do antyfony śpiewanej przez zakonników. Do biografii węgierskiej Sadoka i hagiografii polskiej dołączono akcent lokalny i topograficzny. W ten sposób losy dominikanów, być może przybyłych z daleka, ściślej związano z pradawnym sandomierskim miejscem. Wzgórze od wieków było otoczone tajemniczością, uważane za „spadkobiercę wcześniejszych tradycji”, a jego historia nasycona jest motywami fantastyki. Wystarczy przywołać tytuły polemicznych artykułów, które na lamach Zeszytów Sandomierskich umieszczali sandomierscy archeolodzy.

Napis wyryty na murawie wzgórza jest poświadczony od I poł. XIX w. Posiada on także inne wytłumaczenie – wypalenie prochem przez konfederatów barskich. Zwyczaj odświeżania napisu podtrzymywali klerycy miejscowego seminarium, aktualnie zajmują się tym przewodnicy PTTK. Współcześnie legendę zarówno o dominikanach jak i o napisie Salve Regina wielokrotnie redagował i rozwijał literacko A. J. Sarwa.

Obserwacja tradycji tekstów podań o Piotrze z Krępy, Męczennikach sandomierskich i męczennikach dominikańskich skłania do niełatwej próby rozdzielenia warstwy legendarnej od warstwy historycznej. Porównując przekazy pod względem wiarygodności, najmniej takich treści widać w hagiografii dominikańskiej, oczywiście nie kwestionując faktu pomordowania „ihumenów” przez Tatarów. Legenda dominikańska miała jednak określony cel i ten cel spełniła, doprowadzając do beatyfikacji Sadoka i Męczenników. Elementem, który wybijał się w całej opowieści, niezwykle nośnym, było poddanie się woli Boga.

Szukając różnych wersji legendy dominikańskiej sięgnąłem do miesięcznika dominikańskiego „W Drodze”. Pod artykułem o. Jacka Salija, myślę że nie przypadkowo, redakcja umieściła myśl Mahatmy Gandhiego: Jeśli koś mnie zabije, a ja umrę mając na wargach modlitwę za tego zabójcę… dopiero wtedy będzie można powiedzieć że była we mnie non-violence ludzi mężnych., czyli brak przemocy ludzi mężnych. Ten cytat pokazuje prawdziwą uniwersalność legendy dominikańskiej, pamiętajmy że o tradycji sięgającej średniowiecza.



Należy także powiedzieć, że legendarne dzieje dominikanów sandomierskich są najbardziej żywe w dziejach miasta, ze wszystkich innych wątków tatarskich. Są one obecne i dziś - w opowieściach przewodników, opracowaniach literackich i podręczniku historii regionalnej dla najmłodszych Sandomierzan. Ich treść może dać odpowiedź na najtrudniejsze pytania: o powody powstania legendy, jej strukturę, przyczyny ewoluowania. Legendy modyfikowano w zależności od potrzeb. Służyły w wielu przestrzeniach.

Ta, którą dzisiaj przedstawiliśmy kreowała kult, dowodziła męczeństwa i prowadziła do beatyfikacji, ale też budowała tożsamość lokalnej wspólnoty osadzając ją w przeszłości. Wątki tatarskie wzmacniały tę tożsamość o element bardzo ważny - poczucie wyjątkowości.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna