Literatura holocaustu I literatura gułagu? Literatura doświadczenia totalitarnego! „Dwa przeciwległe bieguny, system ten sam”



Pobieranie 196.91 Kb.
Strona1/3
Data08.05.2016
Rozmiar196.91 Kb.
  1   2   3
Słupskie Prace Filologiczne • Seria Filologia Polska 5 • 2007

Tadeusz Sucharski


Akademia Pomorska

LITERATURA HOLOCAUSTU I LITERATURA GUŁAGU? LITERATURA DOŚWIADCZENIA TOTALITARNEGO!



Dwa przeciwległe bieguny, system ten sam”

Opowiada Herling-Grudziński w Innym Świecie historię trzech niemieckich komunistów, którzy po pożarze Reichstagu uciekli przed hitlerowskimi prześladowaniami do „ojczyzny proletariatu” i którym owa przybrana ojczyzna łagrem odwzajemniła ich szczere uczucia. Po podpisaniu paktu między Hitlerem i Stalinem, czyli w okresie oficjalnej przyjaźni między oboma totalitarnymi imperiami, przed więźniami niemieckimi otworzyła się szansa powrotu do ojczyzny. Ich gotowość pójścia do hitlerowskich obozów koncentracyjnych, w której widzieli jedyny sposób wyrwania się z „archipelagu GUŁag”, sprowokowała narratora Innego Świata do pytania:


Czy sądzą, że istotnie niemieckie obozy koncentracyjne są lepsze od sowieckich obozów pracy. Hans wzruszył ramionami i odmruknął coś lekceważąco, lecz Stefan zdawał się mieć pewne zrozumienie dla tego punktu widzenia. Wówczas milczący dotąd Otto podniósł swój olbrzymi łeb, przeszył go zimnym spojrzeniem maleńkich ślepi i powiedział prawie dosłownie: Du has eine Lust zu philosophieren, Stefan, aber Heimat ist immer Heimat, und Russland wird immer ein Dreck sein. Zrezygnowałem i ja z tego „filozofowania”. W sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy wszyscy czterej, mówić im o potwornościach hitleryzmu znaczyłoby tyle, co tłumaczyć trzem szczurom uwięzionym w potrzasku, że najbliższa dziura prowadzi do takiej samej pułapki1.
„Filozofowanie” owo nie było przecież czymś wyjątkowym, choć może się pojawić pytanie, czy już w roku 1941 Herling miał świadomość istotnego podobieństwa między sowieckim i nazistowskim systemem koncentracyjnym (obozy hitlerowskie istniały przecież prawie od dziesięciu lat), czy też jest to swego rodzaju „antydatowanie” refleksji po wyjściu z łagru, po zakończeniu wojny? W owym czasie bowiem ów problem pojawił się w wielu tekstach łagrowych. W roku 1947, a więc jeszcze kilka lat przed Innym Światem, Anatol Krakowiecki kończąc swoją Książkę o Kołymie, pisał:
Ukończyłem swoją pracę i nie boję się asocjacji, wpływów i – to było bolesne! – licytacji okropności. Czytam więc, rozważam i porównywam. Przygniata mnie temat Oświęcimia.

- Oświęcim – Kołyma!

Dwa konary ludzkiej tragedii, pień ten sam: cierpienie bez granic! Dwa przeciwne światy. Dwa przeciwległe bieguny, system ten sam:

„Dymy nad Birkenau” i dymy nad tajgą.

Błyskawiczna, potworna śmierć: gaz! – powolne gnicie i ciało odpadające od kości: cynga! Czerwone krematorium i białe!

„Vernichtungslager Auschwitz” – Oświęcim i „Uprawlenie Siewiero-


-Wostocznych Isprawitielno-Trudowych Łagierej” – Kołyma.

„Lasciate ogni speranza!”

„Lager” i „łagier”. Druty kolczaste! Zdegenerowane oprychy: „kapo” i „starosta”, „Sonderkomando” i „specizolator”.

Tu i tam „Strafkomando” i „sztrafkomandirówka” – ta sama nazwa. Ta sama istota rzeczy... „Muzułmany” w Oświęcimiu i „dochodiagi” na Kołymie.

Mnożą się, mnożą zestawienia, porównania, analogie.

- Już nic gorszego nie może być niż Oświęcim – mówię sobie.

- A Kołyma? – zapytuję po chwili.

Jeżeli szatan ma skrzydła, to są właśnie te skrzydła – jednego szatana!

- Już nic gorszego nie może być niż Kołyma.

- A Oświęcim?2


Poszukiwanie analogii nie jest wszakże tylko polską „specjalnością”; Warłam Szałamow w Lekcjach miłości jednoznacznie zestawia Oświęcim i Kołymę, choć, jak podkreśla: „na Kołymie nie było morderców, tutaj woleli wymrażać, «dokańczać», rezultat był taki sam”3. Komentując słowa pisarza rosyjskiego, Michaił Heller z pełnym przekonaniem twierdził:
Kołyma – to bliźniacza siostra hitlerowskich obozów śmierci. Ale i od nich się ona odróżnia. Oczywiście nie tym, że w Oświęcimiu i Treblince likwidowano ludzi
w komorach gazowych, a na dalekiej sowieckiej Północy, na biegunie zimna, umieszczano więźniów w brezentowych namiotach. Różnica polega na tym, że w hitlerowskich obozach ofiary wiedziały, dlaczego są zabijane. [...] Zabijany przez hitlerowców więzień wiedział, że jest przeciwnikiem hitlerowskiego reżimu lub też Żydem czy rosyjskim jeńcem wojennym. Ten zaś, kto umierał w kołymskich – i we wszystkich innych sowieckich łagrach – kończył życie, nie wiedząc dlaczego. [...] W hitlerowskich obozach śmierci więźniowie przez ten krótki czas, który pozostawiał ich przy życiu – od wejścia przez obozowe wrota udekorowane napisem „Praca daje wolność” do wejścia do komory gazowej – nosili na piersiach znak określający przyczynę ich śmierci: „polityczny”, „Żyd”, „Rosjanin”, „Polak”... W kołymskich obozach śmierci więźniowie przez ten krótki czas, który mieli wypełnić nieludzko męczącym trudem – od wejścia przez wrota upiększone słowami „Praca to sprawa honoru, sprawa dzielności
i bohaterstwa” do śmierci w lodowatym wykopie czy na brudnym łóżku szpitalnym – wiedzieli jedynie, że w aktach ich spraw widnieją tajemnicze cyfry: 58 i numer paragrafu lub zagadkowe litery: KRD, KRTD, ASA....4
Znacznie rzadziej natomiast, co tylko w pierwszym odruchu może budzić pewne zdziwienie (zważywszy na zasadniczo „postępową” orientację intelektualistów zachodnich), spotkamy próby porównania obozów hitlerowskich ze stalinowskimi łagrami u pisarzy-więźniów nazistowskich. Warto przytoczyć opinię jednego z najważniejszych świadków Holocaustu. Primo Levi w rozmowie z Ferdinando Camonem, odnosząc się do sugestii swego interlokutora o „dwóch odmiennych obozach”, o „dwóch doświadczeniach literackich różniących się między sobą” nieporównywalnie, podkreślił, że były „rzeczy” „takie jak u nas”, ale były i takie, „które się różniły od naszych”5. Wnioski takie wyciągnął, zestawiając ze sobą obraz łagru przedstawiony w Jednym dniu Iwana Denisowicza z własnym doświadczeniem oświęcimskim. Zaskakujące jest jednak, że potrafił precyzyjnie wskazać podobieństwa (brak solidarności między więźniami, uprzywilejowanie „niskich numerów” i ich sztukę „organizowania” sobie obozowego życia), natomiast nie umiał równie szczegółowo powiedzieć o różnicach. Poprzestał zaledwie na stwierdzeniu: „różniliśmy się [...] w wielu innych punktach”6.

Gdyby spróbować poszukać odpowiedzi na pytanie, skąd u łagierników taka skłonność do „filozofowania”, porównywania obozów stalinowskich i hitlerowskich, to jedna z możliwych odpowiedzi zawierałaby się w przypuszczeniu, że pisarze


i świadkowie gułagu jednocześnie chcieli czytelnikowi zachodniemu dać jakieś wyobrażenie o tym, jak wygląda codzienność w sowieckim obozie. Odwołanie do Oświęcimia, piekła poznanego, przyswojonego, ale i osądzonego, stwarzało taką okazję. Wszak „do sowieckich łagrów i ich ofiar nigdy nie dotarły kamery filmowe, tak jak pod koniec drugiej wojny światowej stało się w Niemczech. Brak wyobraźni doprowadził do braku zrozumienia”7. Michaił Heller dopowiada: „Prawda o obozach hitlerowskich znana światu od marca 1933, nie wymagała dowodów, wydawała się oczywistością. Faszyzm i obozy koncentracyjne stały się z punktu synonimami”8. Ale kto chciał w to wierzyć, kogo to interesowało? Nie mógł przewidzieć w łagrze Herling, że na miejsce zniszczonej pułapki hitleryzmu – pojawi się w wolnym świecie inna, ale bardzo uciążliwa pułapka lewicowości, a pułapka komunizmu obejmie pół Europy, olbrzymie przestrzenie Azji.

«Postępowa» operacja rozłączenia totalitarnych bliźniaków”9


Minęło ponad pół wieku od słów Herlinga i Krakowieckiego. Europa jest inna, wolna od totalitarnych pułapek. Czy jesteśmy w stanie sine ira et studio objąć naukową refleksją Holocaust i gułag, największe i najtragiczniejsze doświadczenia wieku XX, choć pewnie posługiwanie się takimi epitetami wynika z jednoznacznie europocentrycznego punktu widzenia10. Jak możliwa jest obecnie i czy w ogóle możliwa jest refleksja obejmująca literacki zapis doświadczenia nazizmu, komunizmu (nie stalinizmu, bo jest to istotne zawężenie, o czym pisali już Wasilij Grosman, Sołżenicyn i ich następcy) – Holocaustu i gułagu. Na pewno trzeba pamiętać
o mądrej uwadze Krakowieckiego, by ustrzec się „licytacji okropności”, choć o nią przecież najłatwiej. Bo jeśli nazizm zgodnie został uznany za „ucieleśnienie absolutnego zła” – to takiego wyroku w stosunku do komunizmu długo jeszcze nie będzie, o ile w ogóle się pojawi. Na temat „literatura Holocaustu i literatura gułagu” nie chcę jednak patrzeć jako na refleks, pochodną najważniejszego sporu ostatnich dekad, bo przecież, jak poświadczają przytoczone cytaty, taka refleksja pojawia się niemal automatycznie. Żeby to zrealizować, trzeba przyjrzeć się ograniczeniom dotychczasowym, które nie pozwalały w polskiej, krajowej, historii literatury mówić
o literaturze gułagu, a o literaturze Holocaustu mówiły, ale w sposób poddany doktrynalnym ograniczeniom.

Przedtem jeszcze niezbędnych jest kilka uwag wprowadzających. Tekst niniejszy jest zapisem refleksji badacza, czytelnika historii literatury, którego zainteresowania naukowe obejmują bardziej literaturę gułagu niż Holocaustu, który mając świadomość ogromu materiału poświęconego Shoah11 oraz ekstremalnych emocji wywoływanych przezeń jeszcze teraz, chce się upomnieć o tę pierwszą literaturę – nie znaną, odrzucaną, represjonowaną, ciągle „źle obecną” nie tylko w Polsce. W prezentowanym szkicu pojawiają się próby refleksji nad ograniczeniami w pisaniu historii literatury obejmującej dzieła literackie poświęcone ludzkim doświadczeniom w zbrodniczych systemach totalitarnych oraz przyczynami owych ograniczeń. Dominują jednak przemyślenia, jak pisać historię literatury, która nie dokonywałaby sztucznych podziałów w utworach obrazujących takie same (lub bardzo podobne) ekstremalne doświadczenie człowieka „wilczego wieku”12. W praktyce oznacza to próbę wskazania podobieństw i miejsc wspólnych w literaturze Holocaustu i gułagu.

Pierwsza uwaga, która pojawia się niemal automatycznie, kiedy próbujemy ogarnąć te problemy, związana jest z nazewnictwem, z semantyką. Jednym z podstawowych zadań systemu totalitarnego, dążącego do zapanowania nad całością życia, było zawładnięcie świadomością poprzez zawłaszczenie języka. I tu chciałbym dostrzec, niestety, pośmiertny triumf sowieckiego komunizmu. Już bowiem w samych tych neutralnych, wydawałoby się, określeniach kryje się straszliwa pułapka. Otóż mówiąc Holocaust, niezależnie od tego, czy rozumiemy przez to Zagładę Żydów, czy też myślimy o wszystkich ofiarach nazizmu13 oddajemy hołd ofiarom. Nie podejmuję się w tym tekście próby uzasadnienia słuszności jednej lub drugiej strony zaangażowanej w polemikę14, niemniej jednak pojęcie „literatura Holocaustu” używane będzie w rozumieniu doświadczenia związanego z terrorem hitlerowskim, nazistowskim. Używając natomiast nazwy gułag, niezależnie od tego, czy rozumiemy przez to akronimiczną nazwę sowieckiej instytucji (Gławnoje Uprawlenije Łagierej), czy „cały system, pracy niewolniczej”, czy też „sam system represji – zespół procedur”15 akcentujemy oprawców, zbrodniczy system, skazujemy na zapomnienie ofiary. Być może pewną próbą ucieczki od tego nie w pełni uświadamianego niebezpieczeństwa jest drobna z pozoru zmiana ortograficzna z GUŁag na gułag. W tej zmianie chciałbym jednak widzieć odzwierciedlenie zmiany myślenia – przeniesienia uwagi z systemu zbrodni na jego ofiary. Chciałbym jednocześnie wierzyć, że za kilkadziesiąt lat termin „gułag” uzyska w pełni status neologizmu semantycznego zbliżonego znaczeniowo do terminu „Holocaust”.

Trzeba także objąć refleksją możliwości publikacji dzieł poświęconych Holocaustowi i gułagowi nie tylko w kraju, ale także za granicą. W państwie rządzonym przez partię komunistyczną sytuacja była klarowna – nie było zasadniczo ograniczeń (przynajmniej w latach tużpowojennych) w zakresie literatury ukazującej zbrodnie hitlerowskie16 i nie było miejsca na książki, w których znalazłyby się krytyczne wzmianki na temat stalinizmu. Natomiast polska literatura tworzona na emigracji ściśle związana była z euroamerykańskim „klimatem życia”. Toteż polskie świadectwa zbrodni totalitarnych, stalinowskich i hitlerowskich (przecież zbiór Byliśmy


w Oświęcimiu
wydany został w Monachium), „świat” czytał inaczej. Polska literatura dobrze zrozumiała, jak pisał generał Anders, „obowiązek wobec własnego narodu i wobec całego cywilizowanego świata”17, ale owa misja nie doczekała się odpowiedniego rezonansu. Nie było łatwo ujawnić prawdziwe oblicze sowieckiego imperium, „powiedzieć światu!..”18, „powiedzieć Zachodowi”19, ponieważ Zachód nie chciał tego słyszeć. Decydował strach przed degradowaniem alianta, strach przed uświadomieniem sobie, że „pokonano jednego zbrodniarza z pomocą innego”20. Wspomnienia starobielskie Józefa Czapskiego nie dostały od razu zgody cenzury angielskiej na publikację. Do Innego Świata wstęp pisał Bertrand Russell, akcentując nie tyle wartość artystyczną dzieła, ile jego prawdziwość. Słowa filozofa, które miały pełnić funkcję imprimatur, stanowiły pewnie w zamierzeniu wydawcy odpowiedź na załączone do angielskiego wydania listy sowieckich komunistów, twierdzących, że opisanych przez Herlinga „obozów w ogóle nie ma”21. Ale przecież listy zamieszczono. Jeśli nawet nie podważały one wprost prawdziwości świadectwa Polaka, to na pewno ich dołączenie świadczyło o pragnieniu zachowania skrajnego „obiektywizmu” przez tych samych ludzi, którzy nie kwestionowali, jak pisze Applebaum, tekstów Elie Wiesela, Primo Leviego22. I za zbrodnię poczytaliby próbę dołączenia do nich listów funkcjonariuszy hitlerowskich.

Istotne znaczenie miała także skrywana, milcząca zgoda Zachodu na istnienie


i rozszerzanie się „cywilizacji koncentracyjnej”, pragnienie zasłonięcia i ochronienia własnego wolnego życia. Polska misja cywilizacyjna rozmijała się z nastawieniem tych, do których była skierowana. Zachód wolał nie wiedzieć o istnieniu „innego świata”, „nieludzkiej ziemi”, by nie niszczyć złudzeń „prawdziwej wolności”, która wszystkim dana być nie może23.

W okresie „zimnej wojny”, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, nie przyjmowano świadectw ze Związku Sowieckiego ze względu na makkartyzm. Negatywna reakcja wobec nagonki na komunistów lub niby-komunistów amerykańskich powodowała odrzucenie wszystkiego, co w złym świetle pokazywało codzienność sowiecką. Ale postawa taka nie była determinowana tylko niechęcią wobec makkartryzmu, już bowiem w 1939 roku 400 „wybitnych przedstawicieli świata nauki i kultury [amerykańskiej] potrafiło protestować na łamach „New York Times” przeciwko zaliczeniu Związku Radzieckiego przez Johna Deweya do grona reżimów totalitarnych”24.

Prowadziła to w konsekwencji do „oswojenia” komunizmu, „obojętności wobec stalinizmu”25, do grzechu lewicowości. Anna Applebaum słusznie podkreśla, że te same nauki Marksa i Engelsa ukształtowały lewicę rosyjską i zachodnioeuropejską. Wszelkie tużpowojenne próby objęcia wspólną refleksją koncentracyjnych systemów III Rzeszy i Związku Sowieckiego były gwałtownie odrzucane przez „dobrze myślących” intelektualistów zachodnich. Doświadczył tego David Rousset, więzień obozów hitlerowskich (w tym Buchenwaldu) i autor fundamentalnych dzieł na ich temat (krótko po wojnie opublikował L’Univers concentrationnaire,
w roku 1947 powieść Les Jours de notre mort), który domagając się powołania komisji do zbadania sprawy obozów pracy w całej Europie, oskarżony został przez Louisa Aragona i jego „Les Lettres Françaises” o szerzenie oszczerstw. Po wysłuchaniu wielu świadków, więźniów stalinowskich (w tym Polaków: Józefa Czapskiego, Jerzego Gliksmana, Kazimierza Zamorskiego26) sąd przyznał rację Roussetowi. Otóż jeśli w pełni zrozumiałe jest poddanie się marzeniom o świecie sprawiedliwości i równości społecznej (jeszcze w latach 20. i 30. odrzucano teksty napisane przez „cudem uratowanych więźniów obozów sowieckich” i traktowano je jako „insynuacje wrogów rewolucji”27), niemożliwa do zaakceptowania pozostaje uparta „obrona sensu dokonanych w przeszłości wyborów”28 mimo jaskrawych dowodów niesłuszności owego wyboru, odrzucania świadectw ukazujących zbrodnicze metody realizacji utopii.

Ale nie jest to przecież tylko przeszłość, doświadczenia z Czarną księgą komunizmu w pełni egzemplifikują obecne jeszcze teraz ideologiczne zaćmienie badaczy, historyków. Trzech współautorów publikacji, jak pisze Krystyna Kersten, zakwestionowało „proponowany pierwotnie tytuł całości: Zbrodnie komunizmu. Margolin domagał się usunięcia ze wstępu «fałszywego porównania nazizm – komunizm», żądał też «całkowitego przeredagowania nadużywanych stwierdzeń o miejscu zbrodni w komunizmie»”29. Herling-Grudziński, podkreśla, że zachodni głównie proceder


szukania [...] tzw. okoliczności łagodzących dla systemu sowieckiego przy jednoznacznym potępieniu hitleryzmu, dowodzenie, że Gułag był jednak trochę bardziej „ludzki” i „ideowy” od Holocaustu, jest dowodem poniżającej głupoty30.
Sołżenicyn akcentuje znaczenie ideologii, która
dostarcza upragnionego usprawiedliwienia łotrostwu – i koniecznej, wieloletniej odporności zbrodniarzowi. [...] Dzięki IDEOLOGII wiek dwudziesty poznał, co to jest łotrostwo pomnożone przez miliony ofiar. Tych faktów nie można obalić, pominąć, przemilczeć – kto więc ośmieli się po tym twierdzić, że zbrodniarzy nie ma? A któż te miliony ludzi unicestwił? A bez zbrodniarzy – nie byłoby Archipelagu31.
Do relatywizacji i usprawiedliwiania zbrodni stalinowskich, komunistycznych („jeśli chcesz zrobić jajecznicę/omlet, musisz rozbić jajko”) przyczynił się także brak „potępienia samej IDEI rozprawiania się jednych ludzi z drugimi”32, „sowieckiej Norymbergi”, której domagali się najpierw Sołżenicyn, potem Naum Korżawin. W Archipelagu GUŁag Sołżenicyn pisał:
I oto w Zachodnich Niemczech w 1966 roku liczba ukaranych sądownie przestępców hitlerowskich doszła do OSIEMDZIESIĘCIU SZEŚCIU TYSIĘCY. A my zachłystujemy się z oburzenia, nie żałujemy całych kolumn w gazetach, ani godzin programu radiowego, po fajerancie przesiadujemy na wiecach i głosujemy, że ZA MAŁO! Tych 86 tysięcy – za mało! I po 20 lat im za mało! Więcej!

U nas natomiast (według opublikowanych danych) – skazano około TRZYDZIESTU OSÓB. [...]

A tymczasem, gdyby tych zachodnioniemieckich 86 przetłumaczyć na nasze proporcje, to byłoby ich – jak na nasz kraj – ĆWIERĆ MILIONA!33
Nad to wszystko nadbudowuje się kwestia zniszczenia i znieprawienia języka, który służył kreowaniu takiego obrazu świata, jaki sobie władza komunistyczna wymyśliła, uwiedzenia przez propagandę. Wat powiada w Moim wieku, że tylko „w więziennych klozetach można odczytać prostą ludzką prawdę o państwie Stalina”34. A nieco wcześniej:
Zniewolenia, samowola, poniewierka, głód byłyby nieporównanie łatwiejsze do zniesienia, gdyby nie przymus nazywania ich: wolnością, sprawiedliwością, dobrem ludu. Masowe eksterminacje nie są wyjątkiem w dziejach, okrucieństwo jest w naturze ludzi, społeczeństw. Ale tu uzyskały nowy, trzeci wymiar, głębiej i subtelniej opresyjny: przeogromną antrepryzę znieprawienia mowy ludzkiej. Gdybyż to było tylko kłamstwo, hipokryzja. Kłamstwo jest w naturze ludzkiej, hipokrytyczne są wszystkie rządy. Ale hipokryzja władców wzbudza bunt – tutaj możliwość buntu była w zalążku zdławiona raz na zawsze. [...] Tutaj instrumenty ujawniania zostały policyjnie skonfiskowane raz na zawsze. [...] Im nikczemniejsze były fakty, tym bardziej pompatyczne ich nazwy. [...] Z ostentacją, z diaboliczną systematyką i perseweracją utrzymywano obok siebie spoisty zbiór nazw pompatycznych i przeciwną im monstrualną rzeczywistość i pod grozą eksterminacji przymuszano do globalnej wiary w ich tożsamość35.
Język faszystowski doczekał się bardzo wnikliwej analizy w książce Wiktora Klemperera LTI. Notatnik filologa, język komunistyczny, wykazujący zresztą niezwykłe podobieństwo, jak na razie – nie. I do tej pory badacze literatury zastanawiają się, czy postawa Przybosia, Peipera, Boya we Lwowie i ich artykuły witające
z radością „wyzwolenie” Zachodniej Ukrainy spod polskiej, „pańskiej” władzy była kolaboracją, jednoznacznie oceniając jako współpracę z okupantem hitlerowskim opublikowanie kilku tekstów przez Józefa Mackiewicza w hitlerowskiej gadzinówce w Wilnie. Tak samo potraktowano zresztą okupacyjną postawę Ferdynanda Goetla, towarzyszącego autorowi Drogi donikąd w międzynarodowej delegacji uczestniczącej w ekshumacji grobów katyńskich. Ci pierwsi, publikowani i honorowani jako koryfeusze literatury, ci drudzy, odebrani krajowym czytelnikom, skazani na zapomnienie. Jeszcze dzisiaj sprawdza się przestroga Wata:
Dopóki semantyka literatury sowieckiej nie zakorzeni się na powrót w normalnym języku, dopóki słowa „dobrobyt”, „lud”, „dobro”, „wolność” nie będą oznaczać tego, co znaczą, a kłamstwo nie będzie niczym innym jak tylko kłamstwem – prawdziwa literatura prawdopodobnie nie jest możliwa36.
Czy może być zatem i jak może być prawdziwa historia literatury?

A przecież trudno przecenić naukowe korzyści płynące z zestawienia totalizmu nazistowskiego i komunistycznego. Dzięki takiemu podejściu Zbigniew Brzeziński


i Carl Friedrich w książce Totalitarian Dictatorship and Autocracy już w roku 1956 sformułowali teorię totalitaryzmu37. W Korzeniach totalitaryzmu Hannah Arendt uczyniła obozy koncentracyjne – hitlerowskie i stalinowskie –„kluczem do zrozumienia «straszliwego nowatorstwa» totalitaryzmu, widząc w nich laboratoria totalnego panowania pracujące nad zmianą samej istoty człowieczeństwa. Tam właśnie ujawniać się miało najwyraźniej «radykalne zło» nowych systemów”38.

Próby porównawczego zestawienia totalitarnych obozów znaleźć można również w badaniach literackich. Jednym z pierwszych badaczy był cytowany już Michaił Heller. Wstęp do Opowiadań kołymskich Szałamowa, z którego pochodzi cytowany wyżej fragment zestawiający Kołymę z Auschwitz, poprzedziła jednak wydana już na początku lat siedemdziesiątych monografia Świat obozów koncentracyjnych a literatura sowiecka. Przytoczył w niej autor za Wielką encyklopedią sowiecką definicję obozów koncentracyjnych, „specjalnych zakładów karnych stworzonych w państwach faszystowskich”39, której adekwatność w stosunku do obozów stalinowskich Heller znajduje w wielu dziełach literatury rosyjskiej. Tom encyklopedii opublikowany został w roku 1937, gdy sowieckie „imperium koncentracyjne rozrosło się


z nigdy dotąd nie widzianym rozmachem”40.

Niezwykle ważną próbą podsumowania niemiecko-sowieckiego „wszechświata koncentracyjnego”41 jest nie tłumaczona jeszcze na język polski książka Tzvetana Todorova Face à l’Extrême wydana w Paryżu w 199142. Ta książka zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na odwołania do polskich dzieł poświęconych tej tematyce. Todorov posługuje się pojęciem „obozy totalitarne”, podkreśla „wzrost zła”


w XX wieku, dostrzegając jego główne przyczyny we „fragmentaryzacji świata”
i „depersonalizacji stosunków ludzkich”.

Najpełniejszą chyba jednak, jak dotychczas, próbą ogarnięcia porażającego fenomenu XX wieku: „ogromu zabijania ludzi przez ludzi”43 jest esej Alaina Besan-çona Przekleństwo wieku. Podtytuł książki jednoznacznie precyzuje obszary refleksji francuskiego filozofa: O komunizmie, narodowym socjalizmie i jedyności Zagłady. Praca ta, wydana we Francji w 1998 roku i szybko, na szczęście, przetłumaczona na język polski, utwierdza w słuszności wspólnego spojrzenia na „bliźnięta” (jedno- lub „niejednojajowe” w zależności od orientacji badacza). Besançon bez wahania mówi, że „choć wzajem wrogie i różniące się pochodzeniem historycznym mają wiele cech wspólnych”. Przyświeca im ten sam cel: stworzenie społeczeństwa doskonałego, przypisują sobie dobroczynną rolę, ponieważ pragną dobra narodu lub ludzkości. Ale „najbardziej [...] zbliża je przyznanie sobie prawa, a nawet obowiązku zabijania, co oba dokonały podobnymi sposobami na skalę nieznaną historii”44.

Herling-Grudziński, najbardziej wrażliwy pośród polskich pisarzy na próby „«postępowej» operacji rozłączenia totalitarnych bliźniaków” i niestrudzony w wychwytywaniu głosów „postępowców”, wspomina w Dzienniku pisanym nocą o sympozjum na temat totalitaryzmu na uniwersytecie w Sienie, które odbyło się we wrześniu 1977 roku. Francesco Cataluccio przedstawił na nim tekst zatytułowany Lager e Gulag in Primo Levi, którego puenta brzmiała: „Wolno paradoksalnie twierdzić, że Levi mówił bardziej o Gułagu mówiąc o Holocauście, niż kiedy mówi o Sołżenicynie i Szałamowie”45.

Wspomina Grudziński w tym samym tomie Dziennika pisanego nocą innego włoskiego badacza, Domenico Scarpa, który poszedł dalej niż Cataluccio; w szkicu Lager e Gulag, Levi e Herling udowodnił bowiem, „że dokładna analiza porównawcza książek pisarza włoskiego i [...] Innego świata prowadzi do wyraźnych analogii w anatomii obu bliźniaków totalitarnych”46.

A jak ów problem rozwiązywali polscy historycy literatury? Jedną z najwcześniejszych prób równoległego czytania literatury Holocaustu i literatury gułagu stała się konferencja poświęcona „martyrologii lat II wojny światowej w literaturze”, której książkowa dokumentacja ukazała się w roku 199047. Na niej to właśnie Jerzy Święch zaproponował wspólne określenie „literatura cierpienia”. Badacz podkreślił słusznie, że „literatura łagrowa” jest odpowiednikiem „literatury obozowej”, ale skupił się na podkreśleniu różnic między nimi. W podręczniku akademickim Literatura polska w latach II wojny światowej ten sam autor pisał o świadectwach terroru totalitarnego, brunatnego i czerwonego48, podkreślał także, że „do niedawna jeszcze pojęcie tzw. literatury obozowej wiązane było wyłącznie z niemieckimi obozami koncentracyjnymi. Łagry w ZSRR i zachowane świadectwa o nich stanowią ważne uzupełnienie tych doświadczeń, także i pod względem różnic”49. Analizując jednak język pierwszych świadectw doświadczenia ekstremalnego, sięgnął po przykłady
z literatury Holocaustu. W przypadku jednak tej książki są to ograniczenia w pełni zrozumiałe, większość przecież tekstów powstała po okresie, o którym pisał Święch.

Przeglądowy bardziej niż analityczny charakter rozdziału Literatury polskiej na obczyźnie poświęcony prozie beletrystycznej nie pozwolił Zygmuntowi Markiewiczowi na podjęcie rozważań, w których możliwe stałoby się dostrzeżenie strukturalnych, gatunkowych i ideowych paralel, podobieństw w literaturze Holocaustu i gułagu. Autor, co prawda, wymienia je obok siebie, ale poddany kompozycyjnym


i chronologicznym rygorom przyjętym w podręczniku poprzestaje tylko na ich odnotowaniu50.

W większości jednak prac, zarówno emigracyjnych, jak i krajowych, dominuje tradycyjny, dychotomiczny podział na literaturę obozową i łagrową. Maria Danilewicz-Zielińska, choć parafrazuje we wstępnych uwagach poświęconych emigracyjnej prozie „obozowej” słowa Krakowieckiego, że „wojenną martyrologię porównać można do dyptychu o «skrzydłach» sowieckim i nazistowskim”51, w dwóch różnych rozdziałach analizuje literackie zapisy owych „skrzydeł”. Podobne rozwiązanie znajdziemy w książce Zbigniewa Jarosińskiego Literatura polska 1945-1975, jej autor rozdzielnie omówił literaturę obozową i literaturę łagrową. Pewne próby paralelnego spojrzenia, choć tylko w odniesieniu do najwcześniejszych tekstów, znaleźć można w książce Stanisława Burkota Literatura polska w latach 1939-1999.

Najwięcej miejsca pośród książek systematyzujących powojenną literaturę polską poświęcił temu zagadnieniu Tadeusz Drewnowski w Próbach scalenia. Przyjąwszy problemowe spojrzenie na literaturę, szczęśliwie wolne już od konieczności rozdzielenia na twórczość krajową i emigracyjną, podkreślił, że „przy pewnym podziale kompetencji emigracja zgodnie [...] współdziałała z krajem w zakresie obnażenia stalinizmu”52. Ale zabrakło mu już chyba determinacji do udokumentowania tej tezy. Po sugestywnych uwagach wstępnych na temat współczesnych totalitaryzmów w wydaniu hitlerowskim i bolszewickim (z zastrzeżeniem jednak, że identyfikować ich nie sposób) skupił się raczej historyk na uwypukleniu różnic między literaturą łagrową i lagrową niż szukaniu podobieństw. Badacz podkreśla raczej wartość dokumentalną dzieł, nie zaś ich poziom artystyczny, choć zauważa niewystarczalność lub nadmiar środków artystycznych przede wszystkim w tekstach Naglerowej i Czuchnowskiego.

Ale, co najważniejsze, Drewnowski zwraca uwagę na motywy, które dla literatury łagrowej mają przecież marginalne znaczenie – „dziką egzotykę rosyjską, wschodnią bierność, inność, azjatyckość”53. Można w tym widzieć polonocentryzm, może rusofobię autora, ale można także dostrzec konsekwencję przyjęcia perspektywy Eugeniusza Czaplejewicza, który próbując napisać „monografię” „polskiej literatury łagrowej” widział w niej kontynuację polskiej literatury „syberyjskiej”. Zaliczył do niej Anhellego, Dziadów część III, powieści Sieroszewskiego, co oczywiście można zrozumieć, ale także Sachem i Jądro ciemności54. Ciekawe jednak w książce Czaplejewicza, jednej z najwcześniejszych publikacji krajowych poświęconych w całości literaturze najbardziej „źle obecnej”, okazały się ledwie zasygnalizowane sugestie, że literatura emigracyjna, syberyjska, łagrowa i lagrowa, „to różne przejawy jednego i tego samego zjawiska literackiego”, którego imienia „dotąd nie znamy”55. Otóż Czaplejewicz próbuje spojrzeć na tę literaturę „z perspektywy rozwoju literatury europejskiej”, kolejne utwory traktuje jako przykłady realizacji „kroniki zwyciężonych”, w której dominują motywy katabazy, a w strukturze narracji wykorzystana bywa zazwyczaj parabaza56. Ów problem nie doczekał się jednak głębszego rozwinięcia.

Najważniejszą próbę syntetycznego ujęcia tekstów poświęconych doświadczeniom hitleryzmu i sowieckiego komunizmu znajdziemy w Słowniku literatury polskiej XX wieku. W haśle „literatura obozowa” Lidia Burska nie tylko pomieściła razem teksty dokumentujące doświadczenie hitlerowskie i stalinowskie, ale podjęła cenną próbę usystematyzowania tej literatury. Autorka przyjmuje założenie Wernera, że „obóz totalitarny to państwo totalitarne w pigułce. W lagrze (łagrze) wszystkie cechy tego systemu ujawniają się w swej czystej postaci”57. Burska podkreśla tożsamość problemów, z którymi poradzić sobie musiała literatura obozowa: poszukiwanie nowych form wypowiedzi, „kreowanie odmiennych niż dotąd warunków ludzkiego losu, historii, literatury”58. Dostrzega również dialektykę postaw narratorów, bohaterów tych dzieł; epatowanie patriotyzmem z jednej strony – demistyfikację narodu i stereotypów patriotyzmu z drugiej; zlagrowanie – obronę człowieczeństwa; nadzieję – beznadziejność.

Najcenniejsza jednak wydaje się w tym haśle próba systematyzacji literatury obozowej, choć, co naturalne, jest ona dyskusyjna, szczególne w odniesieniu do dzieł łagrowych. Otóż Burska wyróżnia cztery nurty obozowej literatury: do pierwszego zalicza teksty, w których dominuje patos oskarżenia oraz postawa wartościująca oparta na fundamentach humanistycznych, katolickich, patriotycznych. Jako przykładowe realizacje podaje m.in. wspomnienia Z. Kossak-Szczuckiej Z otchłani i B. Obertyńskiej


W domu niewoli. Drugą grupę tekstów łączy „funkcja solidarnej pamięci” (określenie K. Wyki); są to dzieła, w których prezentowana jest „wiara w istnienie ponadczasowych wartości humanistycznych”, ale dominuje przede wszystkim świadomość, że są one kruche, że trzeba o nie walczyć. Tu Burska wskazuje książkę Szmaglewskiej Dymy nad Birkenau, Andrzejewskiego Apel oraz Inny Świat Herlinga, Na nieludzkiej ziemi Czapskiego, etc. Do trzeciej grupy zalicza Burska świadectwa z „kamiennego świata”, których autorzy przyjmują „obozowy horyzont wartości” i jako bohatera kreują człowieka zlagrowanego, dochodiagę. Do opowiadań oświęcimskich Borowskiego, Pięciu lata kacetu Grzesiuka niezwykle trafnie dołącza Dzień i noc Leo Lipskiego, Rzekę Pawła Mayewskiego. Wreszcie ostatnią grupę tworzą dzieła, w których dostrzega Burska próby „oddalenia przeżyć przez satyrę lub zastosowanie kategorii absurdu”59. Tu jednak podkreśla znaczenie tej formuły opisu, co zaskakuje, głównie
w literaturze łagrowej, jako przykłady wymieniając Zapiski oficera Armii Czerwonej Piaseckiego i Budujemy kanał Olszewskiego.
  1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna